Ostrzeżenie

Kilka dni temu przeczytałem książkę Richarda Shirreff’a pt.: „2017. Wojna z Rosją”. To głośny ostatnio tytuł, pozwolę więc sobie poświęcić mu osobny wpis.

„2017…” to powieść dziejąca się na przestrzeni kilku miesięcy przyszłego roku. Opowiada o hipotetycznym konflikcie z naszym wschodnim sąsiadem, sprowokowanym atakiem Rosji na państwa nadbałtyckie. Więcej szczegółów zdradzał nie będę, warto jednak zauważyć, że w wymiarze literackim jest to pozycja taka sobie – drażnią papierowi bohaterowie, wkurzają głupie błędy. To dziwne, że autor posiadający tak głęboką specjalistyczną wiedzę, nie wie, ilu czołgami dysponuje polska brygada pancerna. Albo na jednej stronie, jednego z bohaterów raz tytułuje kapitanem, raz majorem.

Mniejsza jednak o to.

Wartość książki wynika z faktu, że napisał ją wysokiej rangi wojskowy. Sir Richard Shirreff służbę w armii rozpoczął w 1976 roku i pełnił ją do marca 2014 roku. Odszedł z wojska w stopniu generała. W trakcie swojej kariery wziął udział w pierwszej i w drugiej wojnie w Iraku, ale co najważniejsze – w latach 2011-2014 pełnił funkcję zastępcy naczelnego dowódcy sił NATO w Europie. Zna więc Sojusz od kuchni, świadom jego siły i słabości jak mało kto.

I o tym jest jego książka.

Dla nas, Polaków, to pozycja szczególnie pouczająca. Autor wiele miejsca poświęca procesowi decyzyjnemu, który w swojej obecnej formie jest skrajnie nieefektywny. Chodzi przede wszystkim o wymóg jednomyślności 28 członków Sojuszu, bez której nie ma mowy o konkretnych działaniach z użyciem wojsk. Te zaś – zarówno w postaci sił szybkiego reagowania, jak i tak zwanej szpicy – są bytem w znacznej mierze propagandowym. Pustym sloganem, jeśli mamy nadzieję na ich operacyjną gotowość w deklarowanych przez polityków terminach.

Bo ci ostatni skutecznie NATO rozbrajają. Shirreff opisuje to na najbliższym sobie przykładzie – armii brytyjskiej, która po kilku latach „restrukturyzacji”, jest dziś cieniem dawnej potęgi. Zdolnym wysłać na nieodległy przecież, środkowoeuropejski front, jedną (!) brygadę. I to w bólach, po wcześniejszym skanibalizowaniu innych związków taktycznych (skądś to znamy, prawda?). Co gorsza, autor „2017…” nie pozostawia złudzeń, że w jego książce wcale nie mamy do czynienia z literacką fikcją odnośnie możliwości Sojuszu. Potencjał NATO jest dużo większy od rosyjskiego, a Rosja nie jest w stanie prowadzić wojny na więcej niż jednym froncie jednocześnie. Ale duża ilość sił skoncentrowanych przy granicy z NATO, ich wysoki stopień gotowości bojowej, przede wszystkim zaś niespotykany na Zachodzie poziom determinacji przywódców oznacza – ni mniej, ni więcej – że ochrona wschodniej flanki ma deklaratywny charakter.

Tak w książce, jak i w rzeczywistości.

Cztery bataliony i brygada pancerna tego nie zmienią. Rosja może z dnia na dzień zająć Litwę, Łotwę i Estonię, po czym zapowiedzieć, że próba odbicia tych terytoriów spotka się z atomową ripostą.

Jak rozwiązać taki dylemat?

Najlepiej w ogóle przed nim nie stawać. Zachód schował się za swoją nuklearną tarczą, przekonany, że to wystarczy. Zapomniał przy tym o konwencjonalnym mieczu, który w nie mniejszym stopniu gwarantuje mu bezpieczeństwo. Rosja, przekonuje Shirreff, będzie testować NATO. Używając przywołanej analogi – będzie sprawdzać, na ile może odepchnąć pozbawionego miecza, skrytego za tarczą wojownika. A gdy ten będzie się cofać, oddając kolejne terytoria, ostatecznie przegra. Rozpadnie się, bez walki, bo przecież tarcza to ostateczny argument, którego użycie oznacza zagładę całej ludzkości.

Zachód musi odzyskać swój miecz, a wraz z nim wolę, by go użyć – taki wniosek płynie z lektury „2017…”. Odstąpić od niemądrych restrukturyzacji sił konwencjonalnych i dać sobie spokój z naiwną wiarą w przewidywalność rosyjskich przywódców. Dyslokować na wschód coś więcej niż niewielkie oddziały i przede wszystkim pokonać polityczną bezwolę. To ostatnie może oznaczać nieprzyjemne korekty w obrębie Sojuszu. Shirreff doskonale ilustruje to, jak w najważniejszych natowskich strukturach „starsi” sojusznicy patrzą na „nowych”, tych z Europy Środkowo-Wschodniej. Polsce się tu nie obrywa, ale już Węgry jawią wręcz jako rosyjski koń trojański w łonie NATO. To powinna być dla naszej dyplomacji ważna wskazówka.

—–

Amerykański Apache – jedna z maszyn, która brała udział w manewrach Anakonda-16/fot. Bartek Bera

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Szaman

Czytam, słucham – oczom i uszom nie wierzę.

Antoni Macierewicz, powołując się na fejka z rosyjskiego internetu, podchwyconego później przez tzw.: niepokorny (w czasach rządów PO-PSL) portal, uznał za fakt informacje o przekazaniu Mistrali rosyjskiej marynarce wojennej. Wykrzyczał to z sejmowej mównicy.

Przypomnijmy – pierwotnie Rosja miała nabyć te okręty od francuskiego producenta, ale sankcje nałożone na Moskwę po inwazji na Ukrainę uniemożliwiły transakcję. Francja sprzedała helikoperowce Egiptowi – i to on, wbrew ustaleniom z Francuzami, miał je odsprzedać dalej. Tym sposobem miano obejść sankcje i, co gorsza, w takich okolicznościach miała do Rosji trafić niezwykle niebezpieczna broń.

Od sensacji szefa MON odcięli się wszyscy zainteresowani, a ich oficjalne wypowiedzi wprost nosiły znamiona prośby o puknięcie się w głowę.

Lecz politycy PiS-u, włącznie z samym zainteresowanym, ani na moment nie wykazali zażenowania. Miast przyznać się do głupiej wpadki, brnęli dalej, sugerując, że za mało wiemy, by jednoznacznie ocenić sytuację. Krok dalej poszedł minister Mariusz Błaszczak, z którego wypowiedzi wynika, że Antoni Macierewicz, podnosząc larum, zapobiegł sprzedaży Mistrali do Rosji…

Dodajmy, że okręty nie zmieniły właściciela, a kilkuset egipskich marynarzy wciąż pobiera nauki od francuskich kolegów.

Ta sytuacja doskonale opisuję strategię zagospodarowywania rzeczywistości, stosowaną przez Prawo i Sprawiedliwość.

Mamy burzę wywołaną przez Macierewicza? Mamy. Okręty jak nie były rosyjskie, tak nie są? No nie są.

Na gruncie racjonalności nie ma ciągu przyczynowo-skutkowego między tymi faktami. Lecz w narracji pisowskiej jest – stan opisany w zdaniu drugim, wprost wynika z aktywności opisanej w zdaniu pierwszym.

To sytuacja podobna do tego, co dzieje się ze Smoleńskiem.

Był konflikt między pisowskim prezydentem a rządem PO-PSL? Był. Prezydent zginął w katastrofie lotniczej? Zginął!

Przypadek?

Uczyniono wiele, by na gruncie racjonalnej analizy wykluczyć hipotezę zamachu. Intelektualna uczciwość nie pozwala przyjąć jej za zasadną. Lecz w świecie ignorującym materialne, namacalne dowody, tego typu konkluzje nie mają racji bytu. Liczy się wiedza „tego, który wie”. Który za sprawą charyzmy najrozmaitszego pochodzenia, narzuca innym swoje rozumienie sytuacji.

Takiego kogoś nazywa się szamanem.

Tak, Antoni Macierewicz jest szamanem. A pisowska narracja ma wiele znamion szamanizmu. Tworzy alternatywne ciągi przyczynowo-skutkowe, które bronią się wyłącznie w jednym przypadku – gdy stoi za nimi wiara. W zamach smoleński można tylko uwierzyć, w moc sprawczą Macierewicza, który nie dopuścił do sprzedaży Mistrali, również. I tej wiary nie da się zracjonalizować. Nie wytrzymuje ona próby naukowej metody. Szukanie szerszej legitymizacji – chęć udowodnienia „niewierzącym”, że jednak mamy rację – kończy się wybuchającymi puszkami, pękającymi parówkami i pożal się boże komisją (która, na przykład, „zapomina”, że Tu-154, nim zahaczył o brzozę, szorował podwoziem po konarach innych drzew, gubiąc przy tym części).

Jacek Kurski nie bez powodu użył przed laty określenia „ciemny lud” – który „wszystko kupi”. Nie ma we mnie pogardy i poczucia wyższości, gdy cytuję tę w istocie obrzydliwą wypowiedź. Lecz, jakkolwiek cyniczna, dobrze opisuje kompetencje poznawcze i kulturowe tych, którzy wierzą w pisowskie ciągi przyczynowo-skutkowe. Szamani mieli się dobrze w społecznościach pierwotnych – triumf nauki i edukacji odebrał im role przewodników.

Nie zawsze i nie wszędzie. Myślenie magiczne, pobożnożyczeniowe, przetrwało do dziś. Sprawa wspomnianych okrętów dobrze ilustruje ów – chwilowy mam nadzieję – deficyt racjonalności. „I to jest minister!” – czytam na jednym z propisowskich forów. „Gdyby nie on, za parę miesięcy pływałby nam ruski Mistral po Bałtyku”.

Ps. A tymczasem na Bałtyku pojawiły się dwie rosyjskie korwety typu Bujan-M – jedne z najnowocześniejszych okrętów w swojej klasie. Ich portem macierzystym ma być Kaliningrad. Szamańskie zaklęcia nie stanowią dla nich żadnego zagrożenia…

—–

Prezydencki tupolew, 3 lata przed katastrofą. Zdjęcie zrobione w Bagram/fot. Marcin Ogdowski

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Okupacja

Rozmawiam z Tamilą Tashevą, krymską Tatarką, współzałożycielką i koordynatorką organizacji „Krym SOS”.

– Ile osób uciekło z Krymu po przyłączeniu go do Rosji?

– Oficjalne dane mówią o 25 tysiącach osób, które wyjechały z półwyspu na skutek rosyjskiej okupacji. Nieoficjalne – nawet o 50 tysiącach uciekinierów.

– Skąd ta rozbieżność?

– Dysponujemy wyłącznie statystykami, prowadzonymi od października 2014 roku. To, co działo się wcześniej, nie było w żaden sposób odnotowywane. Ukraińskie służby graniczne pojawiły się na tak zwanej granicy dopiero jesienią 2014 roku. Poza tym nie wszystkie osoby, które wyjechały z Krymu, zostały uznane za przesiedleńców, nie wszystkie się zarejestrowały. Krymczanie z klasy średniej radzą sobie na kontynentalnej Ukrainie bez wsparcia państwa czy instytucji humanitarnych. Unikają zatem skomplikowanej procedury rejestracji. Wśród moich bliskich znajomych jest dziesięć rodzin, które wyjechały z Krymu, ale jako uchodźcy zarejestrowały się tylko dwie.

– Żeby zarysować skalę migracji – o jakiej części społeczności mówimy?

– Przed okupacją na Krymie mieszkało 2,5 mln osób (w tym 250 tys. Tatarów – dop. MO).

– Wyjeżdża zatem niewielki odsetek…

– To prawda. Ale  ważne jest to, co dzieje się na samym półwyspie. A sprawy mają się tak, że jedni wyjeżdżają, a innych wciąż przywożą. Federacja Rosyjska prowadzi politykę wypychania ludności nielojalnej wobec okupacyjnych władz. W tym samym czasie zwozi na Krym całe zastępy urzędników, wojskowych, własny personel medyczny – i w ten sposób łamie prawo międzynarodowe, bo zmienia skład etniczny półwyspu.

– W gronie tych wypychanych są przede wszystkim Tatarzy?

– Wyjeżdżają nie tylko oni. Ale możemy powiedzieć, że połowa z uciekających to Tatarzy krymscy.

– Na czym polega rosyjska presja?

– To zależy. Do tej pory możemy mówić o trzech falach uciekinierów z Krymu. Pierwsza zaczęła się na początku okupacji, zwłaszcza po tak zwanym referendum z 16 marca 2014 roku. Wtedy, aż do końca 2014 roku, półwysep opuszczali ludzie nastawieni patriotycznie wobec Ukrainy, niechcący żyć w warunkach rosyjskiej okupacji. W tamtym czasie nie stosowano jeszcze zaostrzonych środków – ci ludzie wyjeżdżali z Krymu dobrowolnie. W 2015 roku zaczął uciekać mały i średni biznes, z powodu problemów związanych z prowadzeniem interesu w warunkach okupacji, także przymusowych wywłaszczeń i przejęć majątków. A obok nich młodzi ludzie w wieku poborowym, obawiający się wezwań do rosyjskiej armii, w której nie chcieli służyć.

– Wspomnianych biznesmenów wywłaszczano w świetle prawa, czy mówimy o bandyckich przejęciach?

– Zwykle zaczynało się od tego, że przychodzili przedstawiciele urzędu skarbowego i próbowali znaleźć jakieś formalne powody do konfiskaty majątku.

– A gdy się nie udawało?

– Pojawiała się bezpośrednia presja, zwłaszcza na biznesmenów tatarskiego pochodzenia. Na przykład wybuchały pożary w restauracjach.

– Kim byli podpalacze?

– Jeszcze przed włączeniem do Rosji, na półwyspie stworzono tak zwaną „Krymską samoobronę”. Rodzaj bojówki, finansowanej i wyposażanej w mundury i broń przez Moskwę. Po referendum dostała ona oficjalny status i dziś wykonuje brudną robotę – coś, czego nie podejmą się policjanci, robią członkowie samoobrony. Ale są oni pod całkowitą kontrolą Federacji Rosyjskiej. To sytuacja podobna do tej, jaką mamy na Donbasie – gdzie Moskwa też zaopatruje tak zwane samozwańcze grupy. Na Krymie to one stoją za porwaniami i pobiciami, samych biznesmenów i ich rodzin. Wiele ofiar nie wytrzymało takiej presji…

– A trzecia fala uciekinierów to…?

– W 2016 roku uciekają przede wszystkim krymscy Tatarzy. W kwietniu Federacja Rosyjska zakazała działalności Medżlisu, tatarskiego samorządu. Tak zaczęły się prześladowania polityczne muzułmanów, czego przykładem może być „sprawa Hizb at-Tahrir” (od nazwy radykalnej islamskiej organizacji, z którą mają być jakoby powiązani liderzy Medżlisu – dop. MO). Zatrzymano 14 osób, przeciwko czterem wszczęto już proces. Prokuratura domaga się dla nich wyroków od 7 do 17 lat.

– Co jeszcze ma obciążać muzułmanów?

– Toczy się też proces związany z wydarzeniami z lutego 2014 roku, kiedy krymscy Tatarzy i sympatycy władzy ukraińskiej protestowali przed budynkiem Rady Najwyższej Krymu. Doszło wówczas do przepychanek, zatrzymano wiele osób – obecnie z tego grona wobec czterech trwa proces sądowy.

W tych i innych sprawach formułowane są zarzuty działalności terrorystycznej. Generalnie bowiem Federacja Rosyjska stara się przedstawić społeczność tatarską na Krymie – zarówno zagranicy jak i pozostałym mieszkańcom półwyspu – jako niebezpiecznych, islamskich fundamentalistów.

– Stąd posądzenie o przynależność do organizacji Hizb at-Tahrir, która od 2003 roku jest w Rosji zabroniona?

– Owszem. Choć proszę zauważyć, że na terytorium Ukrainy nie była ona objęta zakazem działalności. Tak czy inaczej, zarówno przed wojną, jak i teraz, tak na Ukrainie, jak i na Krymie, nie było żadnych akcji terrorystycznych ze strony tej organizacji. Warto też dodać, że rosyjski Memoriał uznał wszystkich zaaresztowanych w „sprawie Hizb at-Tahrir” za więźniów politycznych.

– Zatem zbrojnego oporu na Krymie nie ma?

– Nie ma. Zresztą byłoby to szaleństwem w sytuacji, kiedy półwysep to jedna wielka wojskowa baza. Jest za to opór bierny, na przykład wspólne zbieranie się w domach na modlitwy. Czy ostatnio bardzo popularne tatuowanie sobie herbu Ukrainy. Chciałabym to jednak wyraźnie podkreślić – Krymczanie, w tym Tatarzy, z własnej woli przyjęli postawę „żadnej przemocy”.

– Czy działania, mające na celu stygmatyzację Tatarów, przynoszą oczekiwane przez Rosjan skutki?

– Przed 1 września dzieci dostały dzienniczki, w których na pierwszej stronie opisano historię Krymu. Gdzie stoi, że po utworzeniu Ukrainy w 1991 roku, Tatarzy – przy wsparciu władz z Kijowa – „zagarnęli Krym”. I że dopiero w 2014 roku udało się półwysep „odzyskać dla większości Krymczan”. Dzieci są podatne na tego typu przekłamania – większość zapewne w nie uwierzy.

– Ale to może się wydarzyć w przyszłości. A co dzieje się już teraz?

– Już, za używanie na ulicy języka krymsko-tatarskiego, można zostać pobitym przez nie-tatarskich Krymczan. Mamy też bardziej drastyczne wypadki, na przykład Tatarki, która została porwana i zgwałcona przez sąsiada. Tylko z powodu własnego pochodzenia.

– Jak wygląda sytuacja humanitarna na półwyspie?

– Często o niej zapominamy, mówiąc o Krymie tylko w aspekcie politycznym. Tymczasem nawet sympatycy Federacji przyznają, że przestał działać system opieki zdrowotnej. Z powodu niedostatków paliwa nie jeżdżą karetki, brakuje leków, nawet tych podstawowych. Ceny wzrosły, pensje spadły – lekarze uciekają z publicznych szpitali i przychodni do prywatnych placówek. Tam mają lepszą sytuację, ale zwykłych Krymczan zwyczajnie nie stać na takie usługi.

Nie lepiej jest z produktami żywnościowymi. Jest ich mało, są drogie. I obiektywnie nie mogą być tańsze, skoro trafiają na półwysep z Rosji, przez Kercz, co wiąże się z wysokimi kosztami spedycji.

Mieszkańcom brakuje prądu oraz wody do picia i podlewania. Najgorsza sytuacja w tym zakresie panuje na północy półwyspu. To z jednej strony efekt odcięcia, czy – jak w przypadku energii – ograniczenia dostaw z Ukrainy, z drugiej, niewydolności Rosji. Wielkiego imperium, które nie potrafi zbudować odpowiedniej infrastruktury.

– Dziękuję za rozmowę.

*          *          *

Organizacja „Krym SOS” została założona przez aktywistów, przeciwnych rosyjskiej okupacji, jeszcze w lutym 2014 roku. Świadczy pomoc materialną i prawną uchodźcom z okupowanego terytorium. Wolontariusze z „Krym SOS” występują również na rozmaitych formach międzynarodowych, gdzie informują o sytuacji na półwyspie.

„Krym SOS” zajmuje się także wsparciem rodzin członków tak zwanej „Niebiańskiej Sotni” (osób zabitych na Majdanie). W tym zakresie współpracuje z polską Fundacją Solidarności Międzynarodowej i z Fundacją Edukacja dla Demokracji.

Z Tamilą Tashevą spotkałem się w Kijowie. Za zorganizowanie wywiadu dziękuję Fundacji Solidarności Międzynarodowej.

—–

Nz. Tamila Tasheva/fot. Paweł Krawczyk

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Potencjały

Szczyt NATO za nami, warto więc pokusić się o kilka uwag. Lecz nie zamierzam płynąć z nurtem zachwytów na temat organizacyjnego sukcesu, jakim było przeprowadzenie sojuszniczych obrad bez zaliczenia wpadki. Kraje o potencjale Polski – zwłaszcza zaś jej aspiracjach – winny takie imprezy robić na pograniczu rutyny. Po prostu. Samo zachwyt jest w tym przypadku przejawem prowincjonalności.

Reprymenda, jakiej Barack Obama udzielił polskiemu prezydentowi i władzom RP, to kwestia na odrębny wpis. W tym chciałbym się skupić na najważniejszym z naszej perspektywy ustaleniu szczytu, dotyczącym dyslokacji sił Sojuszu. Przedstawiciele rządu i prezydenta każą nam widzieć w tym niemal globalny przełom, coś, co zmieni dysproporcję sił w naszej części Europy. Tymczasem jest to bzdura – niebezpieczna, bo tworząca iluzję niemal bezwzględnego bezpieczeństwa.

Zrównoważenie

Cztery bataliony, które mają trafić do Polski i państw nadbałtyckich, są kroplą w morzu potrzeb – jeśliby rozpatrywać zagrożenie ze strony Rosji w taki sposób, że należy jak najszybciej dążyć do zrównoważenia potencjału. Z amerykańskich symulacji wynika, że do skutecznej obrony Pentagon musiałby przerzucić na terytorium Litwy, Łotwy i Estonii 10 ciężkich brygad – czyli 40 tysięcy żołnierzy. Trzy bataliony, które tam trafią, to 13-krotnie mniejsza siła.

Konflikt o „Pribałtykę” wiązałby się też z koniecznością zabezpieczenia Polski, w tym słynnego już przesmyku suwalskiego. Opierając się o dostępne informacje na temat planów ewentualnościowych, do tego celu niezbędne byłoby dyslokowanie co najmniej pięciu natowskich dywizji, rozwiniętych do stanów bojowych. To ponad 80 tysięcy ludzi. Batalion US Army, który w myśl ustaleń warszawskiego szczytu ma przebywać w Polsce, liczyć będzie nieco ponad tysiąc żołnierzy – 80-krotnie mniej od potrzeb, które stoją za hasłem „zrównoważenie potencjału”.

Va banque

Zatem nie ma mowy o żadnym wyrównaniu szans. Zwłaszcza, że wciąż nie wiemy, jak na weekendowe obrady zareagują Rosjanie. Z Moskwy słychać rozmaite głosy, także pomruki, w myśl których decyzje podjęte w Warszawie to niemal „wypowiedzenie wojny”. Jeśli górę weźmie retoryka wojenna, odpowiedzią będzie wzmocnienie i tak niemałych rosyjskich sił w obwodzie kaliningradzkim, na Białorusi i generalnie na zachodnich rubieżach Rosji.

Powiedzmy więc sobie jasno – „efekt batalionów” nie wynika z ich realnej siły. Ta – w porównaniu z potencjałem przeciwnika – jest symboliczna. Póki jednak działa amerykański straszak – zakładający, że Rosjanie nie uderzą na kraj, w którym stacjonują Amerykanie – póty nawet tak symboliczna obecność ma praktyczny wymiar.

Lecz jeśli Rosjanie zdecydują się zagrać va banque, kraje nadbałtyckie i zapewne część Polski nie unikną okupacji. Siły zbrojne tych państw, wspomniane bataliony, dodatkowa brygada gdzieś w Europie oraz szpica razem wzięte, nie zatrzymają rosyjskiej armii.

Głęboko wierzę, że byłaby to okupacja czasowa – że NATO wywiązałoby się ze swoich zobowiązań. Co dla Rosji – jak już napisałem w poprzednim wpisie – oznaczałoby klęskę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Zwycięstwo

Kilka dni temu generał Ben Hodges – dowódca amerykańskich wojsk lądowych w Europie – przyznał publicznie, że NATO nie byłoby w stanie uchronić państw nadbałtyckich przed zajęciem ich przez armię rosyjską.

„Rosjanie podbiliby je, zanim nasze siły dotarłyby, by stanąć w ich obronie” – mówił Hodges niemieckiemu tygodnikowi „Die Zeit”. Wojskowy przyznał też rację ekspertom, którzy prognozują, iż rosyjskie wojska są w stanie maksymalnie w 60 godzin zająć wspomniane kraje.

Tuż po tej wypowiedzi posypały się komentarze wszelkiej maści „speców”, których generalna linia sprowadza się do stwierdzenia, że NATO to wydmuszka, że Ameryka jest słaba, że Rosja rulez i dajmy sobie spokój ze stawianiem się niedźwiedziowi. Bo a nuż i na Polskę ryknie – a wtedy nic i nikt nas nie uchroni.

Ehh…

Hodges nie ujawnił żadnej tajemnicy, nie powiedział czegoś, co winno dramatycznie zmienić nasze wyobrażenia na temat (nie)równowagi militarnej w regionie. Generał stwierdził, co oczywiste – że trzymająca w Europie „pod parą” ponad 250 tys. żołnierzy Rosja, nie może przegrać z przeciwnikiem, który ma do dyspozycji kilkanaście razy mniej wojska. A taki jest potencjał Litwy, Łotwy i Estonii, z uwzględnieniem stacjonujących tam obcych oddziałów. Rzekł (choć trzeba to czytać między słowami), że ów teatr działań jest zbyt mały, by prowadzić na nim długotrwałą, efektywną obronę, która przetrwałaby do czasu nadejścia głównych sił.

Nawet tak zwanej szpicy, która też potrzebuje (czy raczej – będzie potrzebować) kilkudziesięciu godzin, by móc wejść do akcji.

Hodges nie sfalsyfikował (jak napisał to jeden z portali) sensowności projektu o nazwie „NATO”. Bo nie ma ku temu żadnych podstaw. I Stany, i Europa Zachodnia – a już zwłaszcza ich zsumowany potencjał, którego organizacyjną czapką jest Sojusz – dysponują możliwościami dużo większymi niż Rosja. Mówiąc wprost, nasz wschodni sąsiad nie przetrwałby konfrontacji z Zachodem. I w tej groźbie kryje się siła NATO.

Teoretyczna możliwość lokalnego, taktycznego sukcesu przeciwnika, w żaden sposób nie przekreśla sensowności trwania przymierza (ostatecznie, utracone terytoria można odbić). Rosjanie też o tym wiedzą. I dlatego, choć mogliby zająć „Pribałtikę” w kilkadziesiąt godzin, póki rządzą nimi w miarę racjonalni ludzie, póty się na to nie zdecydują. Wiedzą, że byłoby to ich ostatnie zwycięstwo.

—–

Armia amerykańska w Afganistanie/fot. Marcin Ogdowski

Postaw mi kawę na buycoffee.to