„Duchy”

Stany Zjednoczone uderzyły na Iran. Na tym etapie trudno powiedzieć, czy to „wejście na całego”, przewidujące dłuższe zaangażowanie sił powietrznych USA, czy jednorazowy cios, za którym stoją dwie intencje.

Po pierwsze, zniszczenia kluczowych elementów infrastruktury irańskiego programu nuklearnego, po drugie, deeskalacji przez eskalację („uderzamy mocno, by przeciwnikowi odechciało się dalszej walki”, takie myślenie stoi za ideą deeskalacyjnych ataków). Oświadczenie prezydenta trumpa skłania mnie do przekonania, że Amerykanie czekają teraz na ruch Irańczyków. Ale zarazem sposobią się do kolejnych uderzeń, o czym świadczy dalsze gromadzenie sił powietrznych i morskich w regionie.

Co do samego ataku – użyto w nich trzech samolotów B-2 Spirit oraz atomowego okrętu podwodnego. To siły tylko pozornie niewielkie, mówimy bowiem o typach uzbrojenia, które mają ogromną moc rażenia (i są koszmarnie drogie – pojedynczy bombowiec B-2 ma wartość ponad 2 mld dolarów). „Duchy” zrzuciły co najmniej sześć bomb GBU-57, przeznaczonych do niszczenia instalacji podziemnych; każda z nich waży około 14 (!) ton. USS Georgia wystrzelił 30 pocisków manewrujących Tomahawk. Pierwszy „pakunek” przeznaczony był na ośrodek nuklearny Fordow, rakiety poleciały na obiekty Natanz i Isfahan.

Czy uderzenia były skuteczne? Bałbym się tak na gorąco to oceniać, ale marszałkowie z Facebooka i Twittera (X-a) orzekli, że w przypadku Fordow Amerykanie mogą sobie co najwyżej podłubać w nosie. Bo ich potężne bomby niszczą do głębokości 60 metrów, tymczasem irański ośrodek znajduje się 800 metrów pod ziemią. Logiczne? Tylko pozornie. Spytajcie górników, ile kluczowych elementów zapewniających funkcjonowanie kopalni znajduje się na powierzchni i z poziomu zero łączy się z tym, co pod ziemią. Wyobrażacie sobie cokolwiek na głębokości, nie tylko kopalnię, bez szybów transportowych i wentylacyjnych? Bo ja nie. Zakładam za to, że celem Amerykanów nie była fizyczna destrukcja najgłębiej położonych elementów, ale doprowadzenie do sytuacji, w których staną się one bezużyteczne, bo przysypane i odcięte. W takim przypadku bezpieczne schronienie staje się pułapką.

Zdaje się zresztą, że Irańczycy dobrze o tym wiedzieli. Nad ranem przyznali, że ośrodek Fordow został zniszczony, ale – zastrzegli – to, co najcenniejsze, zostało wcześniej ewakuowane. Nie wiem, czy chodzi o jakiś sprzęt czy raczej o ludzi, wszak w tym oświadczeniu znalazło się też takie sformułowanie: że wiedzy zbombardować się nie da. Co do zasady owszem – fizyka jądrowa trwać będzie niezależnie od działań wymierzonych w Iran przez Izrael i USA. Ale pojedynczych ludzi, naukowców, można zabijać, także bombami, co Izrael czyni od ponad tygodnia oraz skrytobójczo już od wielu lat, mocno przerzedzając populację irańskich specjalistów. Co podkreślam, by zwrócić Waszą uwagę na niezwykłą istotność niekinetycznego, nie-ściśle-militarnego aspektu tej wojny.

W kontakcie!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa, w sklepie Patronite możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. B-2 Spirit podczas zrzucania zwykłych bomb lotniczych/fot. USAF, domena publiczna

Ślepy

7 kwietnia 2017 roku amerykańskie siły zbrojne uderzyły w syryjską bazę al-Shajrat – był to odwet za przeprowadzony właśnie z tego lotniska atak na cywilów z użyciem broni chemicznej, do jakiego doszło kilka dni wcześniej. Amerykański cios przyszedł z oddali i przyjął postać pocisków samosterujących Tomahawk. Flota USA odpaliła wówczas 59 rakiet; mowa o egzemplarzach z wcześniejszych serii produkcyjnych, niemniej każdy z nich wart był około miliona dolarów. Co ciekawe, amerykańskie rakiety dosięgły celu, mimo iż wspierający Assada Rosjanie mieli w Syrii zestawy przeciwlotnicze S-400, reklamowane jako doskonale nadające się do strącania zachodnich pocisków manewrujących. Wedle niepotwierdzonych informacji, Moskwa wiedziała o zamiarach Waszyngtonu, Biały Dom bowiem poinformował Kreml o ataku tuż zanim wystartowały pierwsze rakiety. Tym tłumaczono później pośpieszną ewakuację dwóch kompanii rosyjskiego wojska, które stacjonowały w al-Shajrat. Rosyjska niemoc czy zaniechanie – nie zamierzam tego rozstrzygać, bo i nie o to w tym wpisie chodzi. Rzecz w skali amerykańskiego ataku – jednorazowym użyciu, na jeden cel, niemal 60 rakiet.

Rosjanie w Ukrainie nigdy czegoś takiego nie zrobili. Najbardziej spektakularna akcja w ich wykonaniu miała miejsce 12 marca, kiedy około 30 rakiet spadło na instalacje poligonowe w Jaworowie koło Lwowa. Gromadzić się tam mieli zagraniczni ochotnicy, wspierający Ukrainę, choć bardziej prawdopodobnym zamiarem nalotu była chęć zniszczenie miejscowego centrum dystrybucyjnego zachodniej pomocy wojskowej. Co jakiś czas obserwujemy uderzenia z jednoczesnym użyciem kilkunastu rakiet, częściej kilku (jak niesławny nalot na Winnicę z minionego tygodnia), jednak gros rosyjskich ataków to pojedyncze odpalenia w pojedyncze cele. Intensywność i skupienie – podobne do zachodnich standardów w tym zakresie – obserwowaliśmy właściwie tylko w pierwszym dniu wojny; wtedy wydawało się, że agresorzy, mając całą Ukrainę w zasięgu, będą ją konsekwentnie „rozmiękczać”, systematycznymi i potężnymi uderzeniami.

Do tej pory rosyjska armia wystrzeliła około 3000 pocisków samosterujących i rakiet balistycznych. Laikom może się wydawać, że jest to ogromna liczba. Biorąc pod uwagę, że kończy nam się piąty miesiąc wojny, terytorialną rozległość Ukrainy oraz liczbę potencjalnych celów (krytyczne elementy infrastruktury, centra dowodzenia, magazyny, miejsca koncentracji wojsk) – nie, nie jest tego dużo. Wręcz dramatycznie mało, co jednoznacznie wskazuje na słabość rosyjskiej armii. Zwłaszcza w obliczu coraz częstszych przypadków sięgania po coraz starsze zapasy – radzieckie rakiety jeszcze z lat 60. – oraz wykorzystywania do uderzeń na cele naziemne pocisków przeciwlotniczych z wyrzutni S-300.

Przed wybuchem wojny Rosjanie produkowali kilka bardziej zaawansowanych systemów – najważniejsze z nich to rakiety balistyczne Iskander-M (odpalane z mobilnych wyrzutni), pociski manewrujące Kalibr (przenoszone przez okręty, w tym jednostki podwodne) oraz naddźwiękowe przeciwokrętowe pociski manewrujące P-800 Oniks, możliwe do użycia przeciwko celom naziemnym. W arsenale armii rosyjskiej znalazły się także m.in. Ch-101, Ch-59 i Ch-32 – pociski manewrujące odpalane z powietrza.

Wedle dostępnych informacji, przez całą miniona dekadę rosyjski przemysł dostarczał wojsku po 50 Oniksów i Iskanderów rocznie. Z pozostałymi był kłopot związany z dostępnością silników, wcześniej – w czasach sowieckich – produkowanych w Ukrainie. Rozpad Sowiecji i późniejsze zerwanie kooperacji z ukraińskim przemysłem zbrojeniowym zmusiły Rosjan do prac nas własnymi jednostkami napędowymi. Szło jak po grudzie, bo dla przykładu wcześniejsze wersje Kalibrów (sprzed 2014 roku) wyposażono w silniki pochodzące z… wycofanych z uzbrojenia starych radzieckich rakiet. Rosyjska zbrojeniówka potrzebowała ponad 20 lat, by opracować trzy silniki turboodrzutowe do swoich pocisków manewrujących. Mimo to możliwości produkcyjne pozostają na poziomie chałupniczym – przemysł może zaoferować armii nie więcej niż setkę silników do Kalibrów, Ch-101 i Ch-59 rocznie (łącznie). Wspomniane Ch-32 wytwarza się dopiero od 2019 roku w liczbie 20 rocznie – taka bowiem jest skala produkcji silników. Sumarycznie mam zatem nieco ponad 200 rakiet balistycznych i pocisków manewrujących na rok. Czyli proste odtworzenie arsenału do stanów sprzed inwazji to kwestia… kilkunastu lat.

A przecież nic tu nie jest oczywiste. Bo z jednej strony mamy do czynienia z mobilizacją przemysłu, z drugiej, z odcięciem od zachodnich technologii używanych na przykład w systemach celowniczych najnowszych rakiet. Problem z dostępnością komponentów pojawił się już po pierwszej serii sankcji z przełomu lat 2014-15 (wprowadzonych po aneksji Krymu i ataku na Donbas). Rosyjska zbrojeniówka przeszła wówczas na dwa tryby: „montujemy, co uda się ukraść” oraz „wtórnie wykorzystamy to, co już kiedyś wyprodukowaliśmy”. Oczywista zdawałoby się ścieżka – opracowanie zamienników – jak dotąd okazuje się ślepa. Gdy Ukraińcy wzięli na warsztat szczątki użytych przeciw nim rakiet Ch-101, wyszło na jaw, że wyposażono je w elektronikę z lat 70. Specjaliści zidentyfikowali części wyprodukowane m.in. przez fabrykę elementów radiowych w Woroneżu oraz miński zakład „Integral”. Za najnowsze uchodził system nawigacji PGI-2M, opracowany w 1977 roku. Nie dziwi zatem, że większość pocisków Ch-101 wystrzelonych do celów w Ukrainie chybiła.

Niestety, mówimy o broni wyposażonej w kilkudziesięcio-kilkusetkilogramowe głowice, więc chybienie i tak niesie ze sobą dramatyczne skutki, giną bowiem przypadkowe ofiary. Ślepy niedźwiedź wciąż pozostaje niebezpieczny.

—–

Nz. Start Kalibra/fot. MOFR

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to