(De)mobilizacja

Ilość nie zawsze przechodzi w jakość, ale co do zasady, im większa armia, tym większe szanse na wojenne powodzenie. Wojny jednak kiedyś się kończą – i rzesze zmobilizowanych mężczyzn nagle pozostają bez zajęcia.

Ta sytuacja może przybrać pozytywny obrót, jak w przypadku „najwspanialszego pokolenia” – urodzonych w latach 20. XX wieku Amerykanów, których Waszyngton posłał na fronty II wojny światowej. Wróciwszy do domów, zdemobilizowani weterani zbudowali powojenną potęgę USA i własne, dobre życie.

Ale jest i scenariusz pesymistyczny, także znany z najnowszej historii. W tej opowieści miliony ocalonych z okopowego piekła mężczyzn trafiło w społeczną próżnię. Do przegranej ojczyzny, trawionej koszmarnym kryzysem i bezrobociem, gdzie dawnych bohaterów postrzegano jako darmozjadów.

„Stracone pokolenie” – tak ich nazywano, młodych Niemców, niepotrzebnych wojsku po 1918 roku. Frustracja, która w tym środowisku dojrzewała, kilka lat później znalazła tragiczne ujście. To pośród weteranów kajzerowskiej armii wykluł się faszyzm, to oni pchnęli Republikę Weimarską w objęcia zbrodniczego nazizmu.

—–

Dziś chyba możemy zaryzykować twierdzenie, że konflikt na Wschodzie zmierza do finału. Nie wierzę, by był to definitywny koniec, zakładam, że nastąpi nieco dłuższa, może nawet kilkuletnia pauza. Nie zacznie się ona jutro czy pojutrze, raczej w perspektywie najbliższych miesięcy. Tak czy inaczej, w obu armiach – rosyjskiej i ukraińskiej – służy obecnie niemal dwa i pół miliona ludzi; to o 150 proc. więcej niż przed 24 lutego 2022 roku. Jeśli podejść do sprawy racjonalnie, czas pokoju winien przynieść przynajmniej częściową demobilizację.

Co wówczas stanie się z weteranami? A może takie rozważania w ogóle nie mają racji bytu?

—–

Częściową odpowiedź przynosi nam kondycja rosyjskiej gospodarki. Parametry takie jak PKB czy bezrobocie mogą sugerować, że wszystko z nią w porządku, ale przyjrzyjmy się uważniej. Bezrobotnych jest niewielu, bo wojsko ściągnęło z rynku mnóstwo mężczyzn. Wojowanie to też robota, w rosji wyjątkowo opłacalna, tylko jaka jest wartość dodana tej pracy? Żołnierz tylko zużywa, nic nie produkuje. Z kolei wzrost PKB przede wszystkim wynika ze zwiększonej aktywności zakładów zbrojeniowych. Ale ich urobek w miażdżącej większości przepalany jest w Ukrainie. Dosłownie przepalany. Taki model gospodarowania jest skrajnie ekstensywny i uzależniony od występowania dwóch czynników.

Po pierwsze, wojny, bez której nie byłoby po co remontować i budować kolejnych partii sprzętu.

Po drugie, społecznej zgody na wyrzeczenia. Pracownicy zbrojeniówki zarabiają dwa-trzy razy więcej niż przed „spec-operacją”, ale pensje reszty obywateli nie rosną. Ba, spada jakość usług publicznych, zaniedbywane są inne gałęzie gospodarki, bo państwo połowę dochodów przeznacza na wojowanie. „Wszystko dla frontu, wszystko dla zwycięstwa!”. Patriotyczna retoryka jeszcze w rosji działa, ale po prawdzie nie ma dla niej alternatywy, tak jak nie ma alternatywy dla wojny. To znaczy byłaby, gdyby koniec konfliktu oznaczał natychmiastowy powrót do warunków wymiany gospodarczej sprzed inwazji. Co dałoby rosji sposobność zarabiania na eksporcie kopalin, dostęp do zachodnich rynków i technologii – a to z kolei tchnęłoby ducha w podupadłe przemysły i usługi. No ale na to się nie zanosi – na Zachodzie nie widać gotowości do drastycznych redukcji sankcji.

Jest więc rosja skazana na wojnę i dalsze przejadanie oszczędności. Przez kilka lat można w ten sposób funkcjonować, a przecież putin nie myśli w kategoriach długoterminowych, jest starcem. Chce utrzymać władzę teraz i w najbliższym czasie. Co będzie po nim, chyba niespecjalnie go zajmuje.

—–

No dobrze, tylko jak to się ma do perspektywy wygaszenia konfliktu, o której piszę kilka akapitów wyżej? Ano tak, że wojny nie będzie, ale wojenne wzmożenie owszem. Mobilizacja – ludzi i zasobów – bo przecież „wróg czuwa”, a dotychczasowe rozstrzygnięcia wymagają dogrywki. W takim scenariuszu koszary nadal będą pełne i choć to rozwiązanie drogie w utrzymaniu, to i tak tańsze niż regularne wojowanie. Co więcej, dające sposobność odbudowy utraconego parku sprzętowego armii, stworzenia zapasów, które teraz „przejada” front. Same korzyści…

Idźmy dalej. Płaca minimalna w rosji to odpowiednik naszych dziewięciuset złotych, przy cenach podobnych do polskich. Na „głubince” – rosyjskiej prowincji – takie wynagrodzenie to standard, nieliczni zarabiają więcej. Armia tymczasem oferuje kilkanaście razy wyższe pensje. Czy nawykli do takich zarobków weterani zgodzą się na powrót do starego – do marnych cywilnych pensji i równie marnej egzystencji? Kto im zapłacić porównywalne z żołdem pieniądze? Co zrobią, gdy armia się na nich wypnie?

Historycznie patrząc, bunty żołnierskich mas i w rosji miały moc obalania reżimów. Czy putin zaryzykuje gniew setek tysięcy zdemobilizowanych, nawykłych do przemocy mężczyzn? Zapewne wybierze opcję trzymania ich „pod parą”, w wojsku.

—–

Ukraina również płaci wojskowym więcej, niż zarabiają zwykli obywatele. W realiach pełnoskalowej wojny żołnierz ZSU otrzymuje przeciętnie pięciokrotność średniego wynagrodzenia (na nasze to ponad 10 tys. złotych). Więc i tam demobilizacja oznaczałaby materialną degradację weteranów, tym większą, jeśli ukraińska gospodarka nie ruszyłaby z kopyta. Po prawdzie, niewiele tu zależy od samej Ukrainy, a tego, ilu zagranicznych partnerów zdecyduje się pomóc w odbudowie poturbowanego kraju i w nim zainwestować. Prężny rozwój zagospodarowałby potencjał weteranów, marazm, recesja, życie w ruinach – dosłownie i w przenośni – mogłyby pchnąć zdemobilizowanych mężczyzn ku radykalizacji. Mniejsza jakiej, na pewno niebezpiecznej dla ukraińskiej demokracji.

Zresztą, nie trzeba jakiejś szczególnej obstrukcji – wystarczy, by masy byłych żołnierzy wyjechały z kraju (o co formalnie będzie łatwiej, gdy zniesiony zostanie stan wyjątkowy). Ukraina już straciła dużą część najcenniejszego potencjału demograficznego, byłby to zatem kolejny dotkliwy cios.

—–

Ale nie takiego ciosu najbardziej obawiają się w Kijowie. Fakt, iż ukraińskie władze nie rozważają drastycznej demobilizacji nawet jeśli uda się zawrzeć z rosjanami jakieś porozumienie, wynika z czego innego. Z nieufności i przekonania, że rosja – niezależnie od formalnych deklaracji – i tak spróbuje doprowadzić do terminacji ukraińskiej państwowości. Że ponownie zaatakuje.

To dlatego Kijów tak głośno protestuje przeciwko pomysłowi redukcji swoich sił zbrojnych, co miałoby być jednym z warunków pokoju. Dlatego nie godzi się na oddawanie bez walki Zaporoża, Chersońsczyzny i Doniecczyzny – by nie ułatwić rosjanom przyszłej inwazji. Dlatego wreszcie usilnie zabiega, by gwarancje bezpieczeństwa obejmowały mechanizmy, które zabezpieczą finansowanie wojska na co najmniej obecnym poziomie. Bo Ukraina sama wielkiej armii nie utrzyma, a bez niej zginie.

Nie tylko zresztą Ukraina…

—–

Szanowni, zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę (wkrótce uzupełnioną o wyprzedane tytuły) znajdziecie pod tym linkiem.

Ten tekst pierwotnie opublikowałem na łamach portalu Interia.pl

Nz. Ukraińska artyleria na froncie/fot. SzG ZSU

Dobro

Mam dziś urodziny, czterdzieste ósme. Gdy przyszedłem na świat w Polsce żyły jeszcze miliony ludzi, dla których II wojna światowa stanowiła osobiste doświadczenie. Nadal było ich mnóstwo, gdy zyskałem zdolność słuchania i rozmawiania o tym największym dramacie w historii ludzkości. Moim świadkiem była przede wszystkim Babcia, przez jakiś czas jej brat – póki neurodegeneracyjne dziadostwo nie odebrało mu mowy, a potem pchnęło w stronę wegetacji. Swoje dorzucali też starsi sąsiedzi, jednak to babcine wspomnienia wywarły największy wpływ i w jakiejś mierze ustawiły moje życie.

Mnóstwo było tych opowieści – i nieważne jak dramatycznych, Babcia relacjonowała je tonem niezwykle rzeczowym. Czasem tylko się zacinała, przerywała rozmowę, do której powrót trwał niekiedy nawet kilka tygodni. Teraz to oczywiste, że chodziło o emocje – ból, złość, niekiedy wstyd – ale jako chłopiec dusiłem w sobie irytację; po prawdzie to do dziś jest we mnie mnóstwo poznawczego głodu i frustracji, gdy z jakichś powodów ktoś lub coś uniemożliwia mi wgląd w pasjonujące historie. Tak czy inaczej nie odpuszczałem, wykorzystując każdą sposobność, by nakłonić do mówienia i wysłuchać seniorkę rodu. W którymś momencie stało się to czymś na miarę obsesji, dotarło bowiem do mnie, że ścigam się z czasem.

Jako dzieciak chodziłem po toruńskich fortach, w których trzymano sowieckich jeńców. Oglądałem ich rysunki na ścianach, uczyłem się rosyjskiego na notatkach i zostawionych tam napisach. Kiedyś zerwałem fragment otynkowania; nie mam pojęcia dlaczego. Kruchy dowód czyjejś historii zmienił się w proszek i pył. A mnie poraziło – doskonale pamiętam fizyczne aspekty tej sytuacji. Poczułem, że krzywdzę jakiegoś Saszę czy Aloszę. Dziś napisałbym o wtórnej wiktymizacji, wtedy tak mądry nie byłem – po prostu zabolała mnie świadomość, że „dokładam” ludziom wcześniej bestialsko zamordowanym przez Niemców. Od tamtej chwili nosiłem w sobie przekonanie o ulotności istnienia, co przełożyło się także na podejście do babcinych opowieści. Zosia nie młodniała; pragnąłem, by żyła 100 lat, ale natura i tak miała moje oczekiwania za nic. Babci coraz trudniej było wracać w przeszłość, a im bardziej nie pamiętała, tym mocnej chciałem dowiedzieć się jak najwięcej – póki jeszcze się dało. Postanowiłem być depozytariuszem tej historii, a potem – gdy ta potrzeba stała się nawykiem – także innych opowieści.

I tak zostało mi do teraz – ale o tym jeszcze później.

Spośród wspomnień Babci jedno szczególnie mocno „pracuje we mnie” do dziś. Gdy zimą 1945 roku sowieci zaczęli boje o Toruń, rodzina Wunderlichów, jak wszyscy sąsiedzi w kamienicy, ukryła się w piwnicy. Gdy działa umilkły i zdawało się, że najgorsze już minęło, Zofia opuściła schronienie. Poszła „na zwiady”. W mieszkaniu na parterze – tym samym, które było dla mnie domem przez ponad 20 lat – natknęła się na sowieckiego żołnierza, szabrownika, który z miejsca się na nią rzucił. „Drań powalił mnie i bił głową o podłogę. Darłam się wniebogłosy, z nadzieją, że ktoś usłyszy i przyjdzie z pomocą”, relacjonowała po latach. Przyszedł, oficer armii czerwonej. Wywlekł swojego na podwórze i zastrzelił. Tak po prostu.

Ów samosąd – akt brutalnej, ale przecież sprawiedliwości – znacząco odbiegał od wydarzeń, których świadkami, uczestnikami i ofiarami stali się wkrótce mieszkańcy toruńskiego Podgórza. Wejście sowietów było niczym karnawał przemocy – rabunku, gwałtu, mordów. Znajomą Babci zastrzelono, bo nie chciała oddać żołdakowi butów-oficerek – pamiątki po mężu, a zarazem idealnego obuwa na srogą zimę. „To był brudny, pijany i dziki motłoch”, wspomnienia krewnej nie odbiegały od powszechnie znanych doświadczeń innych osób, które zetknęły się z radzieckimi wyzwolicielami.

Ale był też ten oficer. I gdy o nim myślę, sądzę, że to za jego sprawą zagnieździł się w mojej głowie archetyp „dobrego ruska”. Mam w swoich powieściach (w „Uwikłanych” i w „Międzyrzeczu”) dwóch takich bohaterów. Oficerów współczesnej rosyjskiej armii – brutalnych, srogich, równolegle do tych cech pielęgnujących poczucie elementarnej sprawiedliwości i przyzwoitości. Lepszych od własnych towarzyszy i stojącej za nimi organizacji. Szukałem takich bohaterów i takich historii, gdy w 2015 roku pojechałem do Donbasu, na „tamtą stronę”. Po co? Wówczas mogła za tym stać rusofilia, z której dopiero później „wyleczyły” mnie rosyjskie zbrodnie w Ukrainie. Nade wszystko jednak robiłem to, co „zawsze”, co stało się paliwem, które pchnęło mnie do Iraku, Afganistanu, a później Ukrainy, „kazało” tam jeździć, gdy dorosłem i nie chciałem już tylko słuchać zamierzchłej historii i w niej jedynie tkwić. Gdy ktoś pragnie szukać dobra w miejscach przesiąkniętych złem, wojna jest idealnym miejscem.

Wiele babcinych opowieści miało ten pierwiastek dobra. Historia o rzucaniu chleba idącym do obozu sowieckim jeńcom – za co groziło rozstrzelanie, a co i tak nie powstrzymało Babci i jej sąsiadów („te bidoki wyglądały na żywe szkielety”), była jedną z takich relacji. Przywodziła mnie do wniosku, że ludzie nie są aż tacy źli – a tego bardzo potrzebowałem. Wciąż potrzebuję – to przekonanie, które mnie stabilizuje. Więc gdy ktoś mnie pyta o wybory zawodowe – o to, po co mi była ta wojenna reporterka – odpowiadam, że dla spokoju ducha. I nie ma w tym przekory, choć owszem, jest paradoks.

Mógłby ktoś zauważyć, że Babcia „sprzedała” mi swoją traumę. Epigenetyka miałaby w tym temacie co nieco do powiedzenia, nauki społeczne również. Jest coś na rzeczy, że traumę się dziedziczy, że za sprawą jakiegoś dziwacznego mechanizmu przechodzi ona z dziadków na wnuki. Odtwarza się i wytwarza na nowo, uzupełnia o świeże treści. Ja swoją matrycę wypełniłem doświadczeniami, które nijak się mają do tego, co przeżyła Zofia – lecz i tak było tego dość, by przez lata bujać się ze stresem pourazowym, a potem depresją. Czego nie piszę w tonie zarzutu wobec przodkini – boże broń! Mam w końcu wolną wolę, a patrząc wstecz, jeśli ktokolwiek ponosi tu odpowiedzialność, to ci, którzy straumatyzowali mi Babcię.

„Obyś synek nie żałował…”, usłyszałem od niej, gdy oznajmiłem po raz pierwszy, że jadę na wojnę. Mimo wszystko nie żałuję.

—–

Urodziny od jakiegoś czasu wprawiają mnie w melancholijny nastrój, skłaniają do podsumowań. Niech wybaczą ci, których zanudziłem – po weekendzie wracam do bieżącego raportowania.

A dziś chętnie przyjmę urodzinowe „kawy”, za które z góry pięknie dziękuję. Za subskrypcje zresztą również, wiadomo wszak, że piszę głównie dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Odpowiednie przyciski znajdziecie poniżej:

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, „Międzyrzecze. Cena przetrwania” i „(Dez)informacji” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Babcia, pierwsze powojenne lato…/fot. archiwum prywatne