Dobroduszność

Zanim wybuchła pełnoskalowa wojna Wadim handlował ciuchami na bazarku w Bachmucie. „Wielkich pieniędzy z tego nie było”, mówi. „Ale jako dzieciaki z sierocińca, nie mieliśmy z żoną wielkich oczekiwań”, uśmiecha się lekko. „To było dobre, zwyczajne życie”, podkreśla.

Przerwał je rosyjski pocisk artyleryjski, wystrzelony w pierwszych miesiącach walk o miasto. Eksplozja zabiła żonę Wadima i jego 13-letnią córkę. Zginęły na miejscu, w gruzach własnego domu.

„Byłem wtedy w Kramatorsku, dlatego przeżyłem”, twarz mężczyzny wyraża głęboki smutek; znam dobrze to spojrzenie ludzi, którzy żałują, że to nie ich trafiło. „Załamałem się”, na moment urywa opowieść. „Minęło wiele miesięcy nim stanąłem na nogi. Zgłosiłem się do wojska, dostałem przydział do brygady szturmowej. Nasz oddział trafił na Zaporoże”, Wadim wzdycha głośno, dodając, że wysyłkę na „zerówkę” poprzedziło ledwie 19-dniowe szkolenie.

Jako obserwator, z dwoma innymi kolegami, obsadził wysuniętą pozycję. „Lisią jamę”, jak mówi. Łączność radiową szybko trafił szlag, rosjanie regularnie ostrzeliwali ich pozycję, atakowali dronami, utrudniali jakikolwiek ruch. Jeden z żołnierzy zginął („spłonął…”, Wadim nie wchodzi w szczegóły), drugi zdezerterował. „Zostałem sam”, uśmiecha się smutno.

Swoi tymczasem cofnęli się, strefa śmierci była zbyt szeroka, by próbować ją pokonać. „Tak przynajmniej mi się wydawało”, relacjonuje Wadim.

Na szczęście w powietrzu były też własne drony. Wykryły go, przez kilka tygodni co jakiś czas zrzucały mu żywność i wodę.

rosjanie nie zapomnieli o jego istnieniu – ich drony regularnie próbowały go zabić. Ewakuacja nie wchodziła w grę, Wadim tkwił w norze, co jakiś czas zdobywając się na odwagę, by wystawić głowę po prowiant.

Któregoś razu, gdy zrzut nastąpił nieco dalej, mężczyzna postanowił zaryzykować. Nie dotarł do ładunku, wszedł na minę. Własną, zastawioną przez poprzedników kilkanaście tygodni wcześniej. „Teren zarósł wysoką trawą, straciłem orientację”, tłumaczy.

Eksplozja urwała mu dwa palce u prawej stopy.

Doczołgał się do okopu, na tyle, na ile mógł, zabezpieczył ranę. A potem przez dwa miesiące – DWA MIESIĄCE – czekał na pomoc. „Pęsetą wyciągałem z rany robaki”, mówi.

Swoje drony wciąż przylatywały, ale czego by nie podrzuciły, Wadim nie miał tego, co najważniejsze – właściwej opieki medycznej. W którymś momencie uznał więc, że musi zaryzykować i przedostać się na tyły.

Na czworaka, czołgając się, pokonywał kolejne metry. „Nocą; za dnia chowałem się w krzakach”, opowiada. Po drodze minął kilka innych odciętych pozycji. Koledzy dali jeść, pić, ale nikt nie miał odwagi się przyłączyć.

Samotna wyprawa na tyły trwała 18 dni – wtedy podjął go wóz ewakuacji medycznej. I zaczęła się kolejna podróż – tym razem już nie po życie, a po zdrowie.

Gdy piszę te słowa, Wadim jest w drodze do Holandii, gdzie poddany zostanie gruntownej rehabilitacji.

Opowiadam Wam jego historię jako dowód ludzkiej niezłomności – lecz nie tylko. Wadim to ilustracja czegoś bardziej wspaniałego, budującego. „Jestem głęboko wierzącym Romem”, podkreśla na wstępie rozmowy. Dopiero później, gdy padają zacytowane za chwilę słowa, rozumiem, po co to zastrzeżenie. „Cieszę się, że nikogo nie zabiłem, że dzięki Bogu nie mam krwi na rękach”, słyszę. Wznoszę brwi, zdumiony; Wadim chyba dostrzega ów gest. „Po tamtej stronie są ludzie, tacy sami jak my”, przekonuje. Facet, któremu ruskie zabiły żonę, córkę, odebrały ukochane miasto i zdrowie. Rozpierdala mnie ta dobroduszność, zawstydza. Ale i daje nadzieję.

Dziękuję Wadimie, cieszę się, że Cię poznałem.

Ps. Na lotnisku Rzeszów-Jasionka działa hub medyczny, prowadzony przez Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. Trafiają tam pacjenci z Ukrainy, wysyłani na rehabilitację do innych krajów w Europie. Hub jest ich pierwszym przystankiem po tej stronie granicy. Przygotowuję materiał na jego temat, już dziś zapraszam Was do lektury na łamach „Polski Zbrojnej”.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Wadim/fot. własne

Zdolności

Kilka dni temu rozmawiałem z gen. bryg. Witoldem Bartoszkiem, zastępcą dowódcy NSATU, powołanej niedawno natowskiej struktury odpowiedzialnej za koordynację pomocy dla Ukrainy.

Sam wywiad jest raczej dla insajderów, głęboko siedzących w tematyce wojskowej (i umiejących czytać wojskową nomenklaturę), tym niemniej kilka kwestii wartych jest tego, by o nich wspomnieć na szerszym forum. Uczynię to cytując fragmenty rozmowy (link do całości znajdziecie poniżej).

MO: Pan kieruje największym z trzech zarządów dowództwa…

WB: Tak, to Support Division, który liczy ponad 135 osób pochodzących z 31 krajów. Odpowiadam za procesy finansowe i logistykę. Dowodzę też trzema centrami logistycznymi (LENs): w Polsce (LEN-P), Rumunii (LEN-R) i Słowacji (LEN-S). Największe z nich, w Rzeszowie-Jasionce, obsługuje ponad 94% dostaw sprzętu i zaopatrzenia kierowanego do Ukrainy. (…).

MO: Czy może Pan powiedzieć, jaki konkretnie sprzęt przekazujecie Ukrainie?

WB: Od marca, gdy przejęliśmy centra logistyczne, zrealizowaliśmy ok. 80 tys. transportów – średnio 20 tys. ton miesięcznie. Wspieramy obronę powietrzną, wysyłaliśmy np. radar systemu Patriot (z zasobów Niemiec), przekazujemy sprzęt dla wojsk pancernych, artylerii, jednostek walki elektronicznej oraz inżynieryjnych. (…).

MO: Czy zdarza się, że w zasobach zachodnich armii brakuje sprzętu, który jest Ukrainie pilnie potrzebny na pierwszej linii frontu?

WB: Takie sytuacje się zdarzają. Na początku wojny pomoc opierała się głównie na zapasach, dziś coraz więcej dostaw pochodzi bezpośrednio od europejskiego przemysłu obronnego, a więc sprzęt nie jest dostępny od ręki. Dobrym przykładem jest niemiecki system IRIS-T, który trafia na pole walki prosto z fabryki. Wspieramy też rozwój ukraińskiego przemysłu, bo choć nie zapewni on pełnej samowystarczalności tamtejszej armii, to jest to kierunek, który warto wzmacniać. Musimy też pamiętać o równowadze – Ukraina potrzebuje wsparcia, ale NATO musi jednocześnie odbudowywać własne zdolności. (…).

MO: Jakie są cele NSATU na najbliższy czas?

WB: Chcemy zwiększyć przewidywalność dostaw. To kluczowe dla planowania działań obronnych. Czasem decyzje zapadają zbyt późno. To obszar, który musimy poprawić wspólnie z partnerami w Europie i poza nią. Pracujemy nad tym, by Ukraina mogła planować z większym wyprzedzeniem, a nie tylko reagować na bieżące potrzeby.

Cały czas musimy też wysyłać rosji jasny sygnał, że będziemy wspierać Ukrainę tak długo, jak będzie to konieczne. Niezależnie od planów Kremla, Ukraina nie zostanie sama. To nie tylko kwestia polityczna, lecz także moralna i strategiczna. Wierzę, że konsekwencja i solidarność są kluczowe – i że właśnie dzięki nim Ukraina przetrwa tę próbę.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

A tu aktywne przekierowanie do całości wywiadu.

Nz. Transporter opancerzony ZSU pochodzący z zasobów którejś z zachodnich armii/fot. SzG ZSU