Logistyka!

– Logistyka decyduje dziś o tempie i skuteczności działań bojowych – mówi gen. bryg. Witold Bartoszek, zastępca dowódcy – asystent ds. wsparcia w Dowództwie NATO ds. Szkolenia Bojowego, Wsparcia i Pomocy Siłom Zbrojnym Ukrainy (NSATU). Jak podkreśla, wojna w Ukrainie pokazuje, że kluczowe stają się rozproszone systemy zaopatrzenia, nowe technologie i coraz szersze wykorzystanie dronów.

Marcin Ogdowski: Wojna w Ukrainie pokazała ogromne znaczenie zaplecza logistycznego. Czy można dziś powiedzieć, że o powodzeniu operacji decyduje nie tylko manewr i ogień, lecz także sprawność dostaw i zabezpieczenia wojsk?

Witold Bartoszek: Już na samym początku pełnoskalowej wojny siły zbrojne Ukrainy pokazały, jak wielkie znaczenie ma logistyka. Potrafiły rozpoznać słabe strony rosyjskiego systemu zaopatrzenia i skutecznie je wykorzystać. Jednocześnie same szybko zmieniły sposób działania – rozproszyły zapasy, ograniczając ryzyko ich zniszczenia, a do transportu zaopatrzenia zaczęły szeroko wykorzystywać także cywilne pojazdy. Dzięki temu amunicja, paliwo czy sprzęt mogły docierać do walczących oddziałów nawet w bardzo trudnych warunkach. To pokazuje, że logistyka – choć często działa w tle – ma dziś ogromny wpływ na przebieg działań bojowych.

Jednym z najbardziej widocznych zjawisk tej wojny jest szybkie wprowadzanie nowych technologii. Jak bardzo zmieniają one sposób prowadzenia działań i ich zabezpieczenia?

Nowe technologie stały się jednym z kluczowych elementów tej wojny. Widzimy to praktycznie każdego dnia. Ukraińskie siły zbrojne bardzo szybko wdrażają rozwiązania cyfrowe – zarówno w zarządzaniu zasobami, jak i w procesie podejmowania decyzji. Do tego dochodzą systemy dronowe i antydronowe, rozwój walki radioelektronicznej czy coraz szersze wykorzystanie sztucznej inteligencji. Wszystko to sprawia, że współczesne pole walki wygląda zupełnie inaczej niż jeszcze kilka lat temu. Co ciekawe, Ukraina zaczyna już nawet eksportować część swoich rozwiązań technologicznych, na przykład do państw Zatoki Perskiej.

(…)

Wzdłuż linii frontu powstała dziś kilkudziesięcio-kilometrowa strefa, w której praktycznie każdy ruch może zostać wykryty przez drony lub systemy rozpoznania. Jak wpływa to na organizację logistyki?

Przede wszystkim wymusza dużo większą ostrożność i racjonalne gospodarowanie zasobami. Każdy transport czy ruch pojazdów musi być dobrze przemyślany, bo łatwo może zostać wykryty i zniszczony. Dlatego ogromnego znaczenia nabiera planowanie dostaw i odpowiednie rozłożenie ich w czasie. Logistyka musi być dziś bardziej elastyczna i działać w sposób rozproszony, aby ograniczyć ryzyko strat.

Drony coraz częściej wykonują zadania, które jeszcze niedawno były domeną ludzi – nie tylko rozpoznanie czy ataki, lecz także transport zaopatrzenia. Czy to początek logistycznej rewolucji na polu walki?

Można tak powiedzieć. Nawet na poziomie niewielkich pododdziałów – sekcji czy drużyny – wykorzystuje się dziś kilka różnych dronów jednocześnie. Jeden może transportować amunicję lub żywność, inny prowadzić obserwację, kolejny chronić grupę przed dronami przeciwnika, a jeszcze inny wykonywać zadania uderzeniowe. Jeśli w działaniach logistycznych zaczynamy wykorzystywać tak szeroki zestaw bezzałogowców, to rzeczywiście mamy do czynienia z dużą zmianą w sposobie zabezpieczenia działań bojowych.

Jednym z najważniejszych wniosków z wojny jest konieczność rozproszenia zapasów i infrastruktury logistycznej. Czy oznacza to odejście od dużych baz na rzecz wielu mniejszych punktów zaopatrzenia?

Tak, ale musi to być robione rozsądnie i z uwzględnieniem skali działań. W praktyce oznacza to tworzenie wielu mniejszych miejsc przechowywania zapasów – zarówno w infrastrukturze wojskowej, jak i cywilnej, a także w obiektach mobilnych czy polowych. Podobnie zmienia się sposób prowadzenia napraw sprzętu. Coraz częściej to mobilne zespoły serwisowe zbliżają się do walczących pododdziałów, aby szybciej przywrócić sprzęt do działania. W tradycyjnym podejściu uszkodzony sprzęt wycofywano daleko na tyły, co dziś bywa zbyt czasochłonne.

Kluczowe jest też odpowiednie planowanie dostaw – czyli ustalenie, co, gdzie i kiedy powinno trafić do walczących oddziałów. Najważniejsze pozostają oczywiście amunicja, paliwo, żywność oraz części zamienne.

Czy państwa NATO – w tym Polska – są przygotowane do działania w tak rozproszonym systemie logistycznym?

To jedno z wyzwań. Podczas ćwiczeń trzeba jak najbardziej realistycznie odtwarzać sytuację na polu walki – zarówno pod względem zagrożeń, jak i warunków terenowych czy skali działań. Bardzo ważne jest budowanie świadomości sytuacyjnej i ćwiczenie reakcji na rozwój wydarzeń.

Trzeba jednak pamiętać, że ćwiczymy w warunkach pokoju, co z prawnego punktu widzenia wprowadza pewne ograniczenia. Nie zawsze możemy na przykład w pełni wykorzystywać cywilną infrastrukturę czy środki transportu. Dlatego część rozwiązań warto przygotowywać wcześniej na poziomie planowania – poprzez gry wojenne i odpowiednie dokumenty, które mogłyby zostać uruchomione w sytuacji kryzysu lub wojny.

(…)

Gdyby miał Pan wskazać jedną najważniejszą lekcję z tej wojny dla polskich logistyków wojskowych – jaka by ona była?

Często powtarzamy zasadę „train as you fight” – ćwicz tak, jak będziesz walczył. Warto naprawdę wziąć ją sobie do serca. Wojna w Ukrainie pokazuje, jak ogromne znaczenie logistyka ma już od pierwszych godzin konfliktu.

Oczywiście nie wszystkie doświadczenia można przenieść wprost do polskich sił zbrojnych. Ale powinniśmy uważnie je analizować i wyciągać wnioski. Dzięki temu łatwiej będzie nam dostosować zarówno planowanie, jak i praktyczne działania logistyczne do realiów współczesnego pola walki.

Dziękuję za rozmowę.

Całość wywiadu, który przeprowadziłem dla portalu „Polska Zbrojna”, znajdziecie pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Ukraiński pojazd autonomiczny służący do ewakuacji rannych i dostaw amunicji/fot. SzG ZSU

Racje

Latem 2015 roku linia frontu między wojskami rosyjskimi i ukraińskimi przecinała miejscowość Szyrokino, położoną kilkanaście kilometrów na wschód od Mariupola. Nadmorskiego kurortu bronili żołnierze „Azowa”, zajmujący pozycje w zrujnowanym ośrodku kolonijnym. Ciepłe posiłki przywożono im raz na dobę, pickupem. Żadnych specjałów, ot mielony z ryżem, zalany cienkim sosem. „Nie ma co narzekać”, przekonywał wtedy jeden z azowców. „To, co wolontariusze gotują w naszej bazie na tyłach jest bez porównania lepsze niż to świństwo”, mężczyzna wskazał ręką na rzędy puszek z tuszonką. „Tego nawet pies nie ruszy, a oni chcą, by jedli to żołnierze”, wspominając „onych” Ukrainiec miał na myśli urzędników ministerstwa obrony. Od tych wydarzeń minęło ponad dziesięć lat, prawie cztery w realiach pełnoskalowej wojny i ogromnej mobilizacji państwa ukraińskiego. Czy coś się w kwestii aprowizacji zmieniło? I tak, i nie…

Kompaktowość i kaloryczność

„Zaopatrzenie ukraińskiej armii od 2017 roku opiera się na tzw. systemie katalogowym”, mówi Jurij Hudymenko, zasłużony podoficer, saper, obecnie polityk i lider ruchu „Demokratyczna Siekiera”. Zarządza nim spółka zależna tamtejszego resortu obrony – Państwowy Operator Tyłów. Organizuje ona otwarte przetargi, gdzie zainteresowane firmy oferują katalog 365 produktów – warzyw, mięsa, pieczywa i owoców. „Jednostka szczebla brygady sama decyduje, co nabędzie”, tłumaczy Hudymenko i podkreśla, że zwykle zakupy robione są na dwa tygodnie. „Firmy dostarczają produkty do magazynów jednostek, a stamtąd są one rozwożone do poszczególnych oddziałów. Z zakupionej żywności przygotowuje się śniadania, obiady i kolacje tak, by żołnierz otrzymał co najmniej 3500 kalorii na dobę, a dzienne racje miały wartość 150 hrywień [15 złotych polskich]”, wylicza. Oczywiście mowa o jednostkach, które znajdują się w miejscach stałej dyslokacji lub mają rozwinięte kuchnie polowe. Dla oddziałów na pierwszej linii kupowane są zestawy suchego prowiantu.

Czy istnieją inne różnice w zasadach aprowizacji? „Owszem, związane z rodzajem wojska”, kontynuuje Hudymenko. „Piechota, oddziały szturmowe mają większe zapotrzebowanie na lekkie, łatwe do przenoszenia i wysokokaloryczne racje indywidualne. Specyfika ich zadań wymaga długich marszów i przekłada się na ograniczony dostęp do palników. Oddziały artylerii i broni pancernej mają zwykle sposobność rozłożenia obozów, co pozwala na rozwinięcie kuchni i scentralizowane przygotowywanie posiłków. To wygodniejsze i korzystniejsze dla żołnierzy, ale wymaga większych nakładów na paliwo i logistykę”, podkreśla weteran ukraińskiej armii.

Ukraińskie ministerstwo obrony zapytane o to, czy dostępne są posiłki wegetariańskie czy wegańskie, odpowiada, że „menu składa się z kilku opcji dań, uwzględniających życzenia żołnierzy i możliwości techniczne kuchni”. Zanim wybuchła pełnoskalowa wojna, resort planował wprowadzenie halalowych i koszernych racji, ale pomysł zarzucono z powodu, jak to określono, „niekorzystnych kalkulacji ekonomicznych”. „Tak naprawdę wszystko zależy od dostępnych zasobów, lokalizacji, od wydarzeń na froncie”, komentuje Hudymenko. „Specjalne diety, wegetarianizm, weganizm, ograniczenia religijne – w spokojnych czasach i miejscu można się do nich stosować samodzielnie, rezygnując z pewnych potraw i zastępując je czymś innym z proponowanego menu. W warunkach polowych priorytetem jest, i zawsze będzie, szybkie wydawanie znormalizowanych posiłków”.

W strefie śmierci

Przy dynamicznej linii frontu nie zawsze jest to możliwe. „W rejonie aktywnych działań wojennych przerwy w dostawach żywności zdarzają się regularnie”, przyznaje Hudymenko. I nie chodzi tylko o zmieniające się położenie oddziałów. „Tak jak my mamy ważne zadanie dostarczenia zaopatrzenia, tak wróg ma równie ważny cel – nie pozwolić nam tego zrobić. Przeciwnik wie, gdzie są kluczowe huby logistyczne, ponieważ na froncie i w jego pobliżu jest ich ograniczona liczba, zna prowadzące do nich drogi”, mówi.

Wyzwaniem jest też charakter frontu, który w ostatnich miesiącach w wielu miejscach uległ drastycznemu przeobrażeniu. Walki nie toczą się już w tradycyjnych okopach czy na jasno wyznaczonych liniach. Zamiast tego istnieje szeroka na kilkanaście kilometrów „strefa śmierci”, kontrolowana przez bezzałogowce. Zgrupowania liczące po kilkunastu-kilkudziesięciu żołnierzy są w niej porozrzucane często w przypadkowy sposób – jedne pododdziały są bliżej, inni dalej od swoich, bywa, że od zaplecza oddzielają je nie tylko połacie skanowanego przez drony terenu, ale i wrogie ugrupowania. W takich warunkach, de facto odcięcia, wojskowi funkcjonują nawet przez wiele tygodni, co oznacza konieczność dostarczania zaopatrzenia z powietrza – dronami, którym mimo wszystko łatwiej się przedrzeć niż wozom na lądzie.

A istnieją też problemy pozamilitarne. Wojna niesie ze sobą możliwość rozwijania interesów – niektóre firmy, walczące o warte miliardy hrywien zlecenia, szkodzą sobie nawzajem. „Duzi gracze podkradają sobie podwykonawców lub nakłaniając ich do zakłócania dostaw”, tłumaczy Jurij Hudymenko. Dodajmy do tego biurokratyczny bałagan, korupcję i niekompetencję części kadry urzędniczej MON, o czym regularnie piszą ukraińskie media i na co wciąż skarżą się przedstawiciele armii.

Na szczęście zmiany systemu zaopatrzenia nie wyeliminowały wolontariuszy – o czym przeczytacie w drugiej części tekstu. Materiał jest dostępny w cyfrowym wydaniu magazynu „Polska Zbrojna” – oto link, pod którym możecie je nabyć. W miesięczniku znajdziecie też kilka innych moich tekstów – polecam je Waszej uwadze. Przeczytajcie również tekst numeru, poświęcony żywieniu w Wojsku Polskim.

PS. Kto nie lubi cyfrowych gazet, „Pezetka” jest i w tradycyjnym, papierowym wydaniu – znajdziecie ją w salonikach prasowych.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Ciepły posiłek przygotowany na tyłach trafiał do żołnierzy raz na dobę. W tym przypadku były to mielone kotlety z ryżem. Szyrokino, lato 2015 roku/fot. własne

Strefa

Jeszcze do niedawna obrazy z frontu w Ukrainie przywodziły skojarzenia z I wojną światową. Równoległe pasy okopów, zasieki, umocnienia i bijąca z oddali artyleria. „Wojna ma charakter pozycyjny”, donosiły media, co rusz opisując wyniszczające ataki rosjan, które w najlepszym razie przesuwały front o kilka kilometrów w skali roku. Dziś nadal „niewiele się dzieje” – obszar objęty walkami z grubsza pozostaje ten sam – ale sytuacja na polu bitwy drastycznie się zmieniła. I ta zmiana wymusza szeregi innych, adaptacyjnych strategii.

Na wielu odcinkach nie ma już wyraźnie wytyczonych pozycji, zachowujących ciągłość i nieprzecinających się z liniami wroga. Front stał się szeroką na kilkanaście kilometrów „strefą śmierci”, gdzie liczące po kilkunastu-kilkudziesięciu żołnierzy grupy są porozrzucane często w przypadkowy sposób – jedne pododdziały są bliżej, inne dalej od swoich, bywa, że od zaplecza oddzielają je wrogie ugrupowania. Krańce tej strefy wyznaczają zasięgi dronów – w ostatnim czasie przede wszystkim maszyn sterowanych światłowodem. To one decydują tu o wszystkim, kontrolując wszelkie ruchy przeciwnika. W takich warunkach – pełnej lub częściowej izolacji – żołnierze trwają nawet tygodniami; niektórych nigdy nie udaje się uratować z odcięcia.

—–

Ów stan nie tylko utrudnia wyrysowanie pozycji, zasięgów, zdobyczy; w sumie to najmniejsze zmartwienie sztabowców. Większym jest koszmar logistyczny. W klasycznym modelu ciężarówki z zaopatrzeniem docierały do przyfrontowych hubów, skąd towar – mniejszymi pojazdami czy ostatecznie na plecach żołnierzy – trafiał do okopów. Dziś ten schemat jest w dużej mierze nieaktualny. Oddziały funkcjonujące w izolacji, rozproszone na kilkunastu kilometrach „strefy śmierci”, nie mają bezpiecznych dróg zaopatrzenia. Każdy transport naziemny jest natychmiast wykrywany przez drony przeciwnika i narażony na ostrzał. W efekcie kolumny logistyczne praktycznie zniknęły z krajobrazu frontu. W ich miejsce pojawiły się bezzałogowce – to nimi dostarcza się amunicję, żywność, wodę, lekarstwa. Na drony zaopatrzeniowe czyhają inne bezpilotowce, lecz mimo wszystko łatwiej im przedrzeć się niż wozom na lądzie.

Małe quadcoptery przenoszą paczki o wadze kilku kilogramów. Większe konstrukcje potrafią dostarczyć skrzynki amunicji czy medykamentów. To wciąż znacznie mniejsze możliwości niż ciężarówek czy choćby quadów, które należy kompensować masowym zastosowanie dronów. A z tym bywa różnie…

W efekcie każdy oddział musi być przygotowany do funkcjonowania w realiach niedoboru. Lokalni dowódcy, nie mogąc liczyć na regularne dostawy, planują w kategoriach „co uda się przerzucić dronem” i „co można zdobyć na miejscu”. Koniecznością stają się zaimprowizowane punkty zaopatrzenia – w piwnicach, jamach, gdziekolwiek się stacjonuje i da się coś zachomikować. Do rangi kluczowych kompetencji urasta umiejętność racjonowania żywności i amunicji.

Tyle na poziomie taktycznym – na bardziej ogólnym, operacyjnym i strategicznym, brak stabilnych linii zaopatrzenia oznacza, że każda większa operacja ofensywna czy obronna jest ryzykowna. Brak pewności dostaw ogranicza tempo działań i wymusza ostrożność, co de facto konserwuje statyczny charakter frontu, nawet jeśli jest on znacząco szerszy niż kiedyś.

—–

Zmiana charakteru frontu dramatycznie wpłynęła na funkcjonowanie wojskowej służby zdrowia. W „typowych” warunkach okopowych ranny żołnierz miał szansę na stosunkowo szybką ewakuację – sanitariusze wynosili go z linii, a transport naziemny kierował do polowego szpitala (ewentualnie wcześniej „zahaczając” o punkt stabilizacji). Dziś ten schemat jest w dużej mierze niemożliwy. W „strefie śmierci” także ruch pojazdów medycznych – i samych medyków – jest natychmiast wykrywany przez drony; a zapisy prawa humanitarnego w rosyjskiej wojnie z Ukrainą niestety nie obowiązują. Próby ewakuacji często kończą się stratami wśród ratowników. Bywa, że poszkodowani pozostają w miejscach, w których ich raniono, jeśli mają więcej szczęścia, trafiają do schronów i piwnic. W każdym razie z dala od profesjonalnej pomocy medycznej – i tak przez wiele godzin, nawet dni.

Wojsko próbuje sobie radzić. Transport rannych odbywa się nocą, czasem z wykorzystaniem autonomicznych pojazdów. Drony dostarczają leki i medykamenty, zaimprowizowane punkty chirurgiczne powstają coraz bliżej „zerówki”. Lekarze próbują w nich ratować życie w warunkach dalekich od sterylnych, narażając się przy tym bardziej niż do tej pory. A i tak, mimo tych wysiłków, wielu żołnierzy umiera, także z powodu powikłań.

Najbardziej dramatycznym skutkiem opóźnień w ewakuacji jest powrót zgorzeli gazowej, gangreny – choroby znanej z okopów I wojny światowej. Bakterie Clostridium rozwijają się w głębokich ranach postrzałowych, gdy tkanki pozostają niedotlenione. W normalnych warunkach szybka operacja usuwa zagrożenie, ale długotrwały brak interwencji sprzyja infekcji, co w najlepszym razie oznacza konieczność amputacji zranionej ręki czy nogi.

Ukraińska armia próbuje zaradzić tym problemom, zmieniając system szkolenia medycznego. Model docelowy – do którego wciąż daleko – to sytuacja, w której każdy żołnierz będzie potencjalnym ratownikiem. Umiejętność tamowania krwotoków, stosowania opasek uciskowych czy igłowej dekompresji klatki piersiowej to już niewystarczająca podstawa. Żołnierze muszą być przygotowywani do improwizowanych amputacji, by ratować życie towarzyszy.

Perspektywa zranienia zawsze jest obciążeniem psychicznym – ale jeśli żołnierz traci wiarę, że w razie potrzeby otrzyma pomoc, owo obciążenie staje się trudne do zniesienia. I wprost przekłada się na zdolność i gotowość do walki.

—–

To, co dzieje się w „strefie śmierci”, wymusza transformację sposobu prowadzenia walki i organizacji dowodzenia. To już nie jest wojna, w której dowódcy batalionów i brygad mają w miarę jasny obraz sytuacji w strefie swojej odpowiedzialności. To konflikt, w którym małe grupy żołnierzy muszą działać samodzielnie, często w izolacji, a decyzje zapadają na poziomie drużyn i sekcji, w oparciu o szczątkowe, „lokalne” informacje. W wojsku, które działa w takich okolicznościach, nie sprawdzi się koncepcja „niemyślących bagnetów”. Inicjatywą i improwizacją muszą wykazywać się żołnierze na najniższym szczeblu – inaczej nie przeżyją.

Wszechobecność dronów i systemów zakłócania utrudnia komunikację, wymusza pogodzenie się z realiami ciszy radiowej. Sprawia, że obrona polega na ciągłym maskowaniu się, unikaniu wykrycia. Natarcie z kolei wymaga synchronizacji wielu małych grup, które muszą działać równolegle, ale bez pewności wzajemnego wsparcia. Dlaczego małych? Bo każdy ruch jest ryzykowny, bo drony przeciwnika natychmiast wykrywają koncentrację większych sił.

Wymiar operacyjny? Dowódcy wyższego szczebla tracą możliwość bezpośredniego kontrolowania działań – muszą polegać na raportach i fragmentarycznych danych. Wzrasta znaczenie elastyczności i zdolności adaptacji. Armia musi szkolić żołnierzy do samodzielnego podejmowania decyzji, co zmienia kulturę wojskową – z hierarchicznej na bardziej autonomiczną. Wojsko ukraińskie wciąż się zmienia, jednak spora jego część nadal nie potrafi zerwać z sowieckim dziedzictwem skrajnej hierarchiczności i bierności żołnierskich „dołów”. W realiach „strefy śmierci” przekłada się to na ponadnormatywne straty.

C.d. tekstu – który opublikowałem w portalu TVP.Info – znajdziecie pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Tomaszowi Krajewskiemu, Piotrowi Rucińskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi oraz Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewic. A także: Piotrowi Żakowi, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Adamowi Cybowiczowi, Janowi Mozełewskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Przemysławowi Kowalskiemu, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej i Piotrowi Habeli.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni: Mateuszowi Sznurze, Tomaszowi Olejnikowi, Marcie Müller-Reczek i Piotrkowi Jasiewiczowi.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne/fot. SG ZSU

Zdolności

Kilka dni temu rozmawiałem z gen. bryg. Witoldem Bartoszkiem, zastępcą dowódcy NSATU, powołanej niedawno natowskiej struktury odpowiedzialnej za koordynację pomocy dla Ukrainy.

Sam wywiad jest raczej dla insajderów, głęboko siedzących w tematyce wojskowej (i umiejących czytać wojskową nomenklaturę), tym niemniej kilka kwestii wartych jest tego, by o nich wspomnieć na szerszym forum. Uczynię to cytując fragmenty rozmowy (link do całości znajdziecie poniżej).

MO: Pan kieruje największym z trzech zarządów dowództwa…

WB: Tak, to Support Division, który liczy ponad 135 osób pochodzących z 31 krajów. Odpowiadam za procesy finansowe i logistykę. Dowodzę też trzema centrami logistycznymi (LENs): w Polsce (LEN-P), Rumunii (LEN-R) i Słowacji (LEN-S). Największe z nich, w Rzeszowie-Jasionce, obsługuje ponad 94% dostaw sprzętu i zaopatrzenia kierowanego do Ukrainy. (…).

MO: Czy może Pan powiedzieć, jaki konkretnie sprzęt przekazujecie Ukrainie?

WB: Od marca, gdy przejęliśmy centra logistyczne, zrealizowaliśmy ok. 80 tys. transportów – średnio 20 tys. ton miesięcznie. Wspieramy obronę powietrzną, wysyłaliśmy np. radar systemu Patriot (z zasobów Niemiec), przekazujemy sprzęt dla wojsk pancernych, artylerii, jednostek walki elektronicznej oraz inżynieryjnych. (…).

MO: Czy zdarza się, że w zasobach zachodnich armii brakuje sprzętu, który jest Ukrainie pilnie potrzebny na pierwszej linii frontu?

WB: Takie sytuacje się zdarzają. Na początku wojny pomoc opierała się głównie na zapasach, dziś coraz więcej dostaw pochodzi bezpośrednio od europejskiego przemysłu obronnego, a więc sprzęt nie jest dostępny od ręki. Dobrym przykładem jest niemiecki system IRIS-T, który trafia na pole walki prosto z fabryki. Wspieramy też rozwój ukraińskiego przemysłu, bo choć nie zapewni on pełnej samowystarczalności tamtejszej armii, to jest to kierunek, który warto wzmacniać. Musimy też pamiętać o równowadze – Ukraina potrzebuje wsparcia, ale NATO musi jednocześnie odbudowywać własne zdolności. (…).

MO: Jakie są cele NSATU na najbliższy czas?

WB: Chcemy zwiększyć przewidywalność dostaw. To kluczowe dla planowania działań obronnych. Czasem decyzje zapadają zbyt późno. To obszar, który musimy poprawić wspólnie z partnerami w Europie i poza nią. Pracujemy nad tym, by Ukraina mogła planować z większym wyprzedzeniem, a nie tylko reagować na bieżące potrzeby.

Cały czas musimy też wysyłać rosji jasny sygnał, że będziemy wspierać Ukrainę tak długo, jak będzie to konieczne. Niezależnie od planów Kremla, Ukraina nie zostanie sama. To nie tylko kwestia polityczna, lecz także moralna i strategiczna. Wierzę, że konsekwencja i solidarność są kluczowe – i że właśnie dzięki nim Ukraina przetrwa tę próbę.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

A tu aktywne przekierowanie do całości wywiadu.

Nz. Transporter opancerzony ZSU pochodzący z zasobów którejś z zachodnich armii/fot. SzG ZSU

„Dziady”

Był lipiec 2015 roku – przez Szyrokino, nadmorski kurort położony nieopodal Mariupola, przebiegała wówczas linia frontu. Formalnie obowiązywały tzw. porozumienia mińskie, które przewidywały, że obie strony nie będą używać artylerii. Tymczasem separatyści do spółki z rosjanami grzmocili po pozycjach ukraińskich ile wlezie, i to z najcięższych kalibrów. Ukraińcy nie pozostawali dłużni – i tak trwała sobie kanonada, w środku której spędziłem kilkanaście godzin.

Ogień zmusił moich ukraińskich towarzyszy do opuszczenia okopów – schroniliśmy się w piwnicach zrujnowanego ośrodka kolonijnego „Majak”. Ściany drżały, tynk sypał się na głowy, a chłopcy co rusz złorzeczyli na „watników”.

– Już całkiem rozwalą drogę i kto dowiezie nam żarcie? – jeden z nich wyjaśnił mi powody złości. Przypomniałem sobie ścieżkę wiodącą ku pozycjom „mojego” plutonu. Rano, kilkanaście godzin wcześniej, była poprzecinana lejami i wymagała poruszania się slalomem. Bardzo szybkim slalomem, bo na finiszu droga wychodziła na otwarty teren ostrzeliwany przez snajpera.

Kiwnąłem głową. Nad nami, w jednym z pomieszczeń magazynowych, zgromadzono setki puszek „tuszonki”, więc mogłoby się wydawać, że nie ma powodów do zmartwień. Rzecz w tym, że wieprzowiny (jeśli to rzeczywiście była wieprzowina…) przełknąć się nie dało, z uwagi na obrzydliwy smak i podłą jakość. „Tego nawet psy i koty żreć nie chcą…”, mówili żołnierze, przeklinając armijną logistykę i wychwalając wolontariuszy, którzy na zapleczu przygotowywali posiłki z „normalnych produktów” i dowozili je pick-upami na front.

Niedobór – jak to zwykle bywa – wykształcał zaradnych. Ostrzał trwał w najlepsze, gdy żołnierz imieniem Maksym klepnął mnie w ramię i powiedział:

– Chodź, coś ci pokażę.

Zeszliśmy do czegoś, co było piwnicą w piwnicy – małym pomieszczeniem wyposażonym w łóżko, stolik, krzesło i dwie skrzynie po amunicji.

– Fajnie się tu urządziłem, prawda? – gospodarz oczekiwał aprobaty. – Patrz – był wyraźnie zadowolony. – Moje skarby – uchylił jedną ze skrzyń.

Sądziłem, że zobaczę zdobyczne artefakty – elektronikę czy inny wartościowy sprzęt – tymczasem patrzyłem na… słodycze. Czekoladę, kilka batonów, jakieś ciastka i cukierki. Były też puszki z „energetykami” i paczka kawy. – Szybko nie umrę… – Maksym puścił oczko.

Uśmiechnąłem się. Na wesoło, choć w głębi ducha na smutno. Jako „dziecko komuny” wychowałem się w gospodarce niedoboru i kulturze przezorności, nakazującej chomikowanie. Jednak większość życia spędziłem w innych realiach, a ta jego część związana z pracą i wojnami wręcz mnie „zepsuła”. Towarzyszenie Polakom i Amerykanom w Iraku i Afganistanie oznaczało funkcjonowanie w warunkach logistycznego luksusu. Płatnik – rząd USA – robił wszystko, by żołnierz dobrze zjadł (przyswoił dziennie 4 tys. kalorii), wypoczął, miał zapewnioną rozrywkę; jako tzw. embed, dziennikarz akredytowany przy wojsku, i ja byłem beneficjentem tego systemu. Lody waniliowe na pustyni? Proszę bardzo. Świeże owoce i warzywa z drugiego końca świata? Nie ma problemu. Stek? Jasne! Jak wysmażony? W takim kontekście skarby Maksyma jawiły się niczym śmieci. Ba, tak właśnie o nich pomyślałem, przypominając sobie walające się po natowskich bazach racje żywnościowe, pełne także niechcianych słodyczy.

Wtedy, w Szyrokino, w pełni uświadomiłem sobie różnicę między wojną prowadzoną przez Wschód (i na Wschodzie), a konfliktem, w który angażuje się Zachód.

Często słyszę argument, że „Ukraina jest za biedna, by tę wojnę wygrać”. Zgadzam się z nim, i zarazem nie zgadzam. Dlaczego?

Pisałem już o tym, więc tylko powtórzę – gdyby wsparcie dla Kijowa miało typowy zachodni rozmach logistyczny (bogactwo materiałowe) – gdyby Zachód użył nie promili, a procentów swego ekonomicznego potencjału – po armii rosyjskiej w Ukrainie nie zostałby marny pył. W realiach „kroplówki” zaś jest jak jest – wystarczy, by obronić niepodległość, ale na definitywne pokonanie wroga nie ma większych szans.

Nie dlatego, że rosjanie są jakoś szczególnie lepiej zaopatrzeni i wyposażeni. Z wielu miejsc dochodzą wieści o tym, że armia rosyjska już się „ogarnęła”. Sporo w tym prawdy, zwłaszcza jeśli za punkt wyjścia weźmiemy kondycję tego wojska wczesną jesienią 2022 roku – rozbitego, zdemoralizowanego i zdziesiątkowanego. Dziś rosjanie sprawnie uzupełniają straty i mogą sobie pozwolić na częste rotowanie oddziałów – luksus niedostępny Ukraińcom. Z obecności większej liczby „świeżego wojska” nie wywodziłbym jednak wniosku o rosyjskiej gotowości do „wielkiej ofensywy” – więcej napiszę o tym w oddzielnym wpisie, jutro. Na użytek tego tekstu dość stwierdzić, że miażdżąca większość oddziałów inwazyjnych wciąż pozostaje armią „dziadów”, trawioną potężnymi problemami aprowizacyjnymi i żenująco niewydolną logistyką.

Co z tego, że w siły zbrojne rosji mają bombowce strategiczne, zdolne razić rakietami na odległość dwóch i pół tysiąca kilometrów, że wysyłają w kosmos satelity obserwacyjne, a w podziemnych silosach trzymają rakiety międzykontynentalne z głowicami jądrowymi? Co z tego, skoro zwykły żołnierz na pierwszej linii często nie ma co zjeść i nie dostarcza mu się pitnej wody, w efekcie nie dość, że jest głodny, to jeszcze trawi go czerwonka.

Ba, nierzadko zmienia się w kryminalistę. Powszechna bezkarność sprawców zbrodni to część modus operandi rosyjskiej armii nie dlatego, że rosjanie są „z gruntu źli” – bo nie są. Po prostu, wojsko nie jest w stanie zaspokoić wielu podstawowych potrzeb żołnierza, godzi się zatem na jego bandyckie zachowania, traktując je jako cenę za dyspozycyjność. Promując wręcz jako cnotę samowystarczalność prostego „sołdata”, który sam się wyżywi – rabując żywność cywilom – i jeszcze sobie dorobi – kradnąc dobra materialne okupowanej ludności.

Z jakiego powodu o tym piszę? Mit „drugiej armii świata” zdechł w Ukrainie zimą i wiosną 2022 roku. Ale od jakiegoś czasu znów się w naszej części świata odradza. Na miano osobliwego paradoksu zasługuje fakt, że dzieje się to mimo braku znaczących sukcesów rosji. Znów – jak przed inwazją – pozwalamy się okłamywać (pro)rosyjskiej propagandzie i sami się okłamujemy co do rzeczywistych możliwości militarnych federacji rosyjskiej. Tymczasem to nadal jest bieda-armia, silna słabością swojego ubogiego przeciwnika.

Nadal możemy pomóc Ukraińcom tych „dziadów” pokonać.

A gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Pozwoliłem sobie zilustrować ów wpis zaproszeniem na spotkanie – w najbliższy czwartek, w Lublinie. Mam nadzieję, że mimo pięknej pogody frekwencja dopisze.

Istotne fragmenty tego tekstu znalazły się w linkowanym materiale, który opublikowałem w portalu Interia.pl