Tory

rosyjskie ataki na ukraińską infrastrukturę transportową wyraźnie się nasilają. Drony uderzają w kolej, porty i przejścia graniczne, także te położone przy zachodniej granicy kraju. Ataki zagrażają również cywilom, stąd wyjaśnienie, że rosjanom chodzi o zastraszenie społeczeństwa i złamanie jego odporności. Ale czy tylko?

W niedzielę 13 września rosyjski atak dronowy spowodował pożar stacji paliw i ciężarówek w pobliżu przejścia Jagodzin–Dorohusk. Do zdarzenia doszło niespełna 800 metrów od polskiej granicy. Odprawy trzeba było wstrzymać, a ludzi ewakuować z pojazdów do miejsc schronienia. Również 13 września rosyjski bezzałogowiec uderzył w lokomotywę pociągu w tym samym rejonie, około dwóch kilometrów od naszej granicy. Tym razem na szczęście nikt nie zginął.

rosjanie od początku pełnoskalowej wojny atakują obiekty cywilne, a ich bomby, drony i rakiety zabijają mieszkańców ukraińskich miast i niszczą domy, szkoły czy szpitale. Tylko 12 września rosyjskie naloty zabiły co najmniej 10 osób i raniły dziesiątki kolejnych. Terror jest więc ważnym elementem rosyjskiej kampanii, ale nie wyjaśnia wszystkiego.

Kręgosłup państwa na wojnie

Kolej jest obiektem cywilnym. Jeżdżą nią pasażerowie, przewożone są zboże, stal, paliwa i tysiące innych produktów. W warunkach wojny staje się jednak również jednym z najważniejszych elementów wojskowej logistyki.

Ukraina jest pod tym względem przypadkiem szczególnym. To ogromny kraj, a linia frontu liczy ponad 1200 kilometrów. Każdego dnia trzeba dostarczać na nią amunicję, paliwo, części zamienne, wyposażenie i ludzi. Przy takich odległościach i skali potrzeb kolej ma przewagę, której nie da się łatwo zastąpić transportem drogowym. Pojedynczy skład może zabrać ładunek wymagający użycia dziesiątek ciężarówek, zużywając przy tym mniej paliwa i angażując mniej ludzi. Ponadto sieć drogowa już przed pełnoskalową wojną należała do słabych punktów ukraińskiej infrastruktury. Drogi lokalne i regionalne są stosunkowo rzadkie, a duża część pozostaje w złym stanie. Wojna tylko pogłębiła te problemy – niszcząc drogi i mosty oraz kierując na pozostałe trasy jeszcze większy strumień ciężkiego transportu.

Kolej pozostaje więc jedną z głównych arterii łączących zachodnie zaplecze kraju z rejonami położonymi bliżej frontu. A właśnie na zachodniej granicy ukraiński system logistyczny łączy się z europejskim zapleczem, przez które płynie pomoc wojskowa.

O skali tego przedsięwzięcia świadczą dane natowskiej misji NSATU, która koordynuje część międzynarodowej pomocy wojskowej dla Ukrainy. W 2025 roku przez zarządzany przez nią system dostaw przeszło około 220 tys. ton uzbrojenia i wyposażenia. Jak wyliczał zastępca dowódcy NSATU gen. Maik Keller, odpowiada to ładunkowi około 9 tys. ciężarówek lub 1800 wagonów kolejowych. Większość dostaw koordynowanych przez NSATU przechodziła przez hub w Polsce, a NATO przygotowywało drugi w Rumunii.

Z punktu widzenia rosyjskiego sztabu ten system jest częścią zaplecza ukraińskiej armii. Nie oznacza to, że każdy pociąg i obiekt kolejowy automatycznie staje się celem wojskowym. Oznacza natomiast, że rosja ma wojskowy interes w ograniczeniu możliwości transportowych Ukrainy.

Naturalne wąskie gardła

Atakowanie samych torów jest mało efektywne. Uszkodzony odcinek można stosunkowo szybko naprawić albo ominąć. Znacznie bardziej opłaca się uderzać w elementy, od których zależy funkcjonowanie całego systemu: węzły kolejowe, mosty, podstacje zasilające trakcję, lokomotywownie czy tabor.

Taki wzorzec działań obserwujemy już od dawna. We wrześniu 2025 roku prezes Ukrzaliznyci Ołeksandr Percowski mówił Reutersowi o „systematycznej” rosyjskiej kampanii przeciw kolei, która nasiliła się latem. rosjanie atakowali m.in. podstacje energetyczne i kluczowe węzły. Około 30 proc. ukraińskiej sieci kolejowej znajdowało się wówczas w ciągłej naprawie, a przewoźnik zatrudniający około 170 tys. osób musiał zastępować uszkodzone systemy i organizować transport alternatywny.

Te dane pokazują, że celem takiej kampanii nie musi być całkowite sparaliżowanie kolei. Przy rozmiarach Ukrainy i odporności jej systemu transportowego byłoby to zresztą niezwykle trudne. Wystarczy pogorszyć jego działanie. Każda kilkugodzinna przerwa, konieczność skierowania pociągu objazdem, użycia lokomotywy spalinowej zamiast elektrycznej czy przerzucenia ładunku na ciężarówki oznacza opóźnienie i dodatkowy koszt. Jeśli takie zakłócenia pojawiają się jednocześnie w wielu miejscach, ich skutki zaczynają się kumulować.

Jeszcze „ciekawszym” celem są przejścia graniczne. Wewnątrz Ukrainy istnieją tysiące kilometrów dróg i linii kolejowych. Na zachodniej granicy cały ten system styka się jednak z europejską siecią transportową w ograniczonej liczbie miejsc. Dochodzi do tego różnica rozstawu torów między większością Ukrainy a państwami Unii Europejskiej, która zwiększa znaczenie terminali przeładunkowych i infrastruktury po obu stronach granicy. Powstają w ten sposób naturalne wąskie gardła: miejsca, przez które musi przejść duża część ruchu między Ukrainą a jej europejskim zapleczem.

1 września rosjanie uderzyli w przejście Orliwka na granicy z Rumunią. Odprawy ludzi i pojazdów zostały czasowo zawieszone. W sierpniu w obwodzie odeskim ogłoszono ponad 300 alarmów lotniczych trwających łącznie 238 godzin. Już samo to utrudnia funkcjonowanie transportu. Dwanaście dni później rosyjskie drony uderzyły w rejon Jagodzina przy polskiej granicy. Po tym incydencie rosyjskie MON oznajmiło, że celem ataku była infrastruktura służąca do przewozu ładunków wojskowych z Europy. rosyjskich komunikatów nie należy traktować jako wiarygodnego opisu konkretnych uderzeń – zwłaszcza gdy trafiane są obiekty cywilne. Sam wybór rejonów uderzeń pokazuje jednak zainteresowanie Moskwy zachodnimi korytarzami transportowymi Ukrainy.

A znaczenie wspomnianych korytarzy nie ogranicza się do logistyki wojskowej – o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna”. Oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Screen z nagrania ujawnionego przez rosyjskie ministerstwo obrony. Film przedstawia atak na pociąg w pobliżu granicy z Polską.

Totalna…

Jeszcze do niedawna ukraińskie ataki w głębi rosji były wymierzone przede wszystkim w rafinerie, bazy lotnicze i zakłady zbrojeniowe. Od kilku tygodni na liście celów coraz częściej pojawiają się magazyny Wildberries – największej rosyjskiej platformy handlu internetowego. Ukraińskie drony pokonują setki kilometrów, by niszczyć hale wypełnione elektroniką, ubraniami czy sprzętem AGD. Dlaczego Kijów uznał, że warto zużywać na nie cenne środki dalekiego zasięgu?

(…) Ukraińcy nie polują na sklepy czy punkty odbioru przesyłek, lecz na wielkie centra logistyczne – węzły, przez które przepływają ogromne ilości towarów. To pierwsza wskazówka pozwalająca zrozumieć sens tej kampanii.

Kijów uzasadnia ataki wojskowym znaczeniem infrastruktury Wildberries. Według strony ukraińskiej za pośrednictwem platformy do rosyjskich żołnierzy trafia wyposażenie oraz towary podwójnego zastosowania, w tym komponenty wykorzystywane do produkcji dronów. Kreml temu zaprzecza i przekonuje, że Ukraińcy świadomie atakują obiekty cywilne. Tego sporu nie sposób dziś jednoznacznie rozstrzygnąć, a twierdzeń o bezpośrednim udziale Wildberries w zaopatrywaniu armii nie należy traktować jako bezspornie potwierdzonych.

Nie oznacza to jednak, że argument o wojskowym znaczeniu platformy można łatwo odrzucić. Wojna w Ukrainie już dawno zatarła tradycyjną granicę między logistyką wojskową i cywilną. rosyjscy żołnierze, ich rodziny, wolontariusze oraz organizacje wspierające jednostki kupują na zwykłym rynku elektronikę, narzędzia, odzież, wyposażenie osobiste i tysiące innych produktów przydatnych na froncie. Część z nich to klasyczne towary podwójnego zastosowania – całkowicie cywilne w jednym miejscu, niezwykle użyteczne dla wojska w innym.

W takim modelu wojny platforma handlowa nie musi mieć podpisanej umowy z ministerstwem obrony, by stać się częścią zaplecza sił zbrojnych. Wystarczy, że jej sieć magazynów, transportu i dystrybucji umożliwia szybkie dostarczenie sprzętu tam, gdzie jest na niego zapotrzebowanie. Wildberries nie jest więc wojskową hurtownią. Ale ogromny system logistyczny stworzony przez firmę może służyć także ludziom prowadzącym i wspierającym wojnę (…).

Jest jednak jeszcze jeden wymiar ukraińskiej kampanii, być może najważniejszy. Przez ponad cztery lata Kreml usiłował prowadzić wojnę w taki sposób, aby większość rosjan odczuwała ją możliwie słabo. Owszem, setki tysięcy ludzi trafiły do armii, wzrosły wydatki wojskowe, pojawiły się sankcje i ograniczenia. Ale zwłaszcza mieszkańcy wielkich miast mieli nadal pracować, konsumować i żyć w poczuciu względnej normalności.

Wildberries stało się jednym z symboli tej normalności.

Można prowadzić największą wojnę w Europie od 1945 roku, a jednocześnie wieczorem zamówić telefon, buty, zabawkę dla dziecka czy ekspres do kawy i następnego dnia odebrać paczkę kilkaset metrów od domu. Wojna toczy się gdzieś daleko. Giną ludzie, płoną miasta, ale codzienny rytuał konsumpcji działa dokładnie tak jak wcześniej.

Ukraińskie drony próbują tę granicę przesunąć. Wojna ma pojawić się nie tylko w telewizyjnych wiadomościach czy w rodzinie zmobilizowanego żołnierza, ale również w najbardziej banalnych elementach codzienności: zamówienie jest opóźnione, towar przepadł w magazynie, sprzedawca zniknął z platformy, cena wzrosła.

To strategia niepozbawiona ryzyka. Magazyny Wildberries są obiektami cywilnymi i pracują w nich cywile. Już pierwsze duże uderzenia na centra logistyczne firmy przyniosły ofiary śmiertelne. Kolejni ludzie ginęli podczas następnych nalotów, także w sierpniu.

Im szerzej Ukraina definiuje infrastrukturę wspierającą rosyjski wysiłek wojenny, tym trudniejsze staje się pytanie o granicę między zapleczem militarnym a cywilnym. Jeśli magazyn internetowego sklepu staje się elementem machiny wojennej dlatego, że przepływają przez niego towary wykorzystywane także przez żołnierzy, gdzie kończy się gospodarcze zaplecze wojny? Podobny problem dotyczy również kolei, telekomunikacji, zakładów przemysłowych czy firm transportowych.

I nie jest to wyłącznie kwestia natury humanitarno-prawnej. Ukraińcy dają bowiem rosjanom argument do dalszej brutalizacji wojny. Moskwa również atakuje ukraińskie centra logistyczne, przekonując, że przechowywane i dystrybuowane są w nich komponenty dronów oraz inne towary podwójnego zastosowania. (…) Nie zmienia to zasadniczej odpowiedzialności za to, co dzieje się na Wschodzie. To rosja rozpoczęła wojnę i to ona narzuciła jej reguły, od początku atakując także cywilne zaplecze Ukrainy. Dziś jednak również Kijów coraz szerzej definiuje to, co stanowi zaplecze wojenne przeciwnika. Konflikt stopniowo przesuwa się więc w stronę modelu, w którym coraz trudniej oddzielić front od gospodarki i wojsko od cywilnego zaplecza.

Idzie w stronę wojny totalnej…

Znacznie bardziej rozbudowaną wersję tego tekstu opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Czas!

We wrześniu 2022 roku świat z niedowierzaniem obserwował ukraińską kontrofensywę w obwodzie charkowskim. rosyjskie oddziały w nieco ponad tydzień utraciły niemal cały zajęty kilka miesięcy wcześniej teren, porzucając setki pojazdów, magazyny amunicji i ogromne ilości sprzętu. W natarciu uczestniczyły również czołgi T-72 przekazane Ukrainie przez Polskę. Owszem, maszyny miały już wówczas 30-40 lat, co dziś bywa powodem do określania ich mianem „złomu”. Ale na wojnie wartość broni rzadko mierzy się rokiem produkcji. Znacznie ważniejsze jest to, czy można jej natychmiast użyć.

Wiosną 2022 roku rosyjska armia nacierała na kilku kierunkach, ukraińskie jednostki ponosiły ciężkie straty, a kolejne brygady formowane w ramach mobilizacji trzeba było jak najszybciej wyposażyć i skierować na front. Czas liczono nie w miesiącach, lecz w dniach.

W takich realiach czołg T-72 miał dla Ukrainy większą wartość bojową niż znacznie nowocześniejszy Leopard 2 czy Abrams. Nie dlatego, że był od nich lepszy. Był po prostu gotowy do walki. Ukraińscy pancerniacy od dziesięcioleci szkolili się na konstrukcjach rodziny T-64, T-72 i T-80, przemysł posiadał doświadczenie w ich remontach, magazyny dysponowały częściami zamiennymi, a system logistyczny był dostosowany do utrzymywania tych pojazdów w służbie. Wprowadzenie kolejnych T-72 nie wymagało budowy nowego zaplecza szkoleniowego ani organizowania od podstaw systemu obsługi technicznej. Oznaczało możliwość niemal natychmiastowego uzupełnienia strat i zwiększenia potencjału walczących jednostek.

Ta sama logika dotyczyła również innych kategorii uzbrojenia o sowieckim rodowodzie. Armatohaubice, bojowe wozy piechoty, środki przeciwlotnicze czy amunicja były cenne nie tylko dlatego, że zwiększały liczbę egzemplarzy danego sprzętu. Przede wszystkim pozwalały utrzymać ciągłość działań bojowych. W pierwszych miesiącach wojny każda dostawa poradzieckiej techniki oznaczała możliwość odtworzenia utraconych zdolności, wyposażenia nowo formowanych pododdziałów lub utrzymania wysokiego tempa operacji. A właśnie tego Ukraina potrzebowała najbardziej.

Kiedy w pierwszych tygodniach wojny kolejne państwa Zachodu wciąż zastanawiały się, gdzie przebiega granica dopuszczalnego wsparcia dla Kijowa, Polska już ją przekraczała. Jako jeden z pierwszych sojuszników zdecydowała się przekazać ciężki sprzęt pochodzący z własnych jednostek, świadomie godząc się na czasowe osłabienie własnego potencjału.

Najbardziej wymownym przykładem są właśnie czołgi. Polska przekazała Ukrainie około 240 czołgów T-72 różnych wersji już w 2022 roku, a następnie kolejne wozy, w tym PT-91 Twardy oraz 14 Leopardów 2A4. Łącznie do Kijowa trafiło 318 czołgów z polskich zasobów – więcej niż przekazało jakiekolwiek inne państwo.

Na tym jednak pomoc się nie kończyła. Ukraina otrzymała również m.in. 137 systemów artyleryjskich, ponad pół tysiąca pojazdów opancerzonych, samoloty MiG-29, śmigłowce Mi-24 oraz ogromne ilości amunicji – od czołgowej, przez artyleryjską, po moździerzową. Zdecydowana większość donacji przypadła na lata 2022–2023, czyli okres, gdy ważyły się losy ukraińskiej obrony i państwowości.

Patrząc z perspektywy połowy 2026 roku łatwo zapomnieć, jak wyglądały pierwsze miesiące pełnoskalowej wojny. Dziś nikogo nie dziwią zachodnie czołgi na ukraińskim froncie, samoloty F-16 w barwach Sił Powietrznych Ukrainy czy dyskusje o kolejnych pakietach wsparcia. Wiosną 2022 roku nic z tego nie było jednak przesądzone.

W wielu zachodnich stolicach dominowało przekonanie, że Ukraina może nie przetrwać rosyjskiego uderzenia. Pomoc koncentrowała się przede wszystkim na lekkim uzbrojeniu przeciwpancernym i przeciwlotniczym, amunicji oraz wyposażeniu indywidualnym. Przekazanie czołgów, artylerii czy samolotów uznawano za krok zbyt ryzykowny politycznie, mogący doprowadzić do niekontrolowanej eskalacji konfliktu.

Polska patrzyła na sytuację inaczej. Nie dlatego, że lepiej od innych znała przyszłość. Po prostu rozumiała, że jeśli Ukraina ma doczekać momentu, w którym Zachód zdecyduje się przekazać bardziej zaawansowane uzbrojenie, musi najpierw utrzymać front. A do tego potrzebowała nie obietnic przyszłych dostaw, lecz sprzętu, który mógł trafić do walki natychmiast.

Nasze leciwe T-72 dały Ukrainie najcenniejszy zasób na wojnie – czas. I choćby dlatego nie były złomem.

Ten tekst, w obszerniejszej wersji, opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do oryginalnego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Polskie T-72 podczas ćwiczeń Anakonda 2010/fot. własne

Logistyka!

– Logistyka decyduje dziś o tempie i skuteczności działań bojowych – mówi gen. bryg. Witold Bartoszek, zastępca dowódcy – asystent ds. wsparcia w Dowództwie NATO ds. Szkolenia Bojowego, Wsparcia i Pomocy Siłom Zbrojnym Ukrainy (NSATU). Jak podkreśla, wojna w Ukrainie pokazuje, że kluczowe stają się rozproszone systemy zaopatrzenia, nowe technologie i coraz szersze wykorzystanie dronów.

Marcin Ogdowski: Wojna w Ukrainie pokazała ogromne znaczenie zaplecza logistycznego. Czy można dziś powiedzieć, że o powodzeniu operacji decyduje nie tylko manewr i ogień, lecz także sprawność dostaw i zabezpieczenia wojsk?

Witold Bartoszek: Już na samym początku pełnoskalowej wojny siły zbrojne Ukrainy pokazały, jak wielkie znaczenie ma logistyka. Potrafiły rozpoznać słabe strony rosyjskiego systemu zaopatrzenia i skutecznie je wykorzystać. Jednocześnie same szybko zmieniły sposób działania – rozproszyły zapasy, ograniczając ryzyko ich zniszczenia, a do transportu zaopatrzenia zaczęły szeroko wykorzystywać także cywilne pojazdy. Dzięki temu amunicja, paliwo czy sprzęt mogły docierać do walczących oddziałów nawet w bardzo trudnych warunkach. To pokazuje, że logistyka – choć często działa w tle – ma dziś ogromny wpływ na przebieg działań bojowych.

Jednym z najbardziej widocznych zjawisk tej wojny jest szybkie wprowadzanie nowych technologii. Jak bardzo zmieniają one sposób prowadzenia działań i ich zabezpieczenia?

Nowe technologie stały się jednym z kluczowych elementów tej wojny. Widzimy to praktycznie każdego dnia. Ukraińskie siły zbrojne bardzo szybko wdrażają rozwiązania cyfrowe – zarówno w zarządzaniu zasobami, jak i w procesie podejmowania decyzji. Do tego dochodzą systemy dronowe i antydronowe, rozwój walki radioelektronicznej czy coraz szersze wykorzystanie sztucznej inteligencji. Wszystko to sprawia, że współczesne pole walki wygląda zupełnie inaczej niż jeszcze kilka lat temu. Co ciekawe, Ukraina zaczyna już nawet eksportować część swoich rozwiązań technologicznych, na przykład do państw Zatoki Perskiej.

(…)

Wzdłuż linii frontu powstała dziś kilkudziesięcio-kilometrowa strefa, w której praktycznie każdy ruch może zostać wykryty przez drony lub systemy rozpoznania. Jak wpływa to na organizację logistyki?

Przede wszystkim wymusza dużo większą ostrożność i racjonalne gospodarowanie zasobami. Każdy transport czy ruch pojazdów musi być dobrze przemyślany, bo łatwo może zostać wykryty i zniszczony. Dlatego ogromnego znaczenia nabiera planowanie dostaw i odpowiednie rozłożenie ich w czasie. Logistyka musi być dziś bardziej elastyczna i działać w sposób rozproszony, aby ograniczyć ryzyko strat.

Drony coraz częściej wykonują zadania, które jeszcze niedawno były domeną ludzi – nie tylko rozpoznanie czy ataki, lecz także transport zaopatrzenia. Czy to początek logistycznej rewolucji na polu walki?

Można tak powiedzieć. Nawet na poziomie niewielkich pododdziałów – sekcji czy drużyny – wykorzystuje się dziś kilka różnych dronów jednocześnie. Jeden może transportować amunicję lub żywność, inny prowadzić obserwację, kolejny chronić grupę przed dronami przeciwnika, a jeszcze inny wykonywać zadania uderzeniowe. Jeśli w działaniach logistycznych zaczynamy wykorzystywać tak szeroki zestaw bezzałogowców, to rzeczywiście mamy do czynienia z dużą zmianą w sposobie zabezpieczenia działań bojowych.

Jednym z najważniejszych wniosków z wojny jest konieczność rozproszenia zapasów i infrastruktury logistycznej. Czy oznacza to odejście od dużych baz na rzecz wielu mniejszych punktów zaopatrzenia?

Tak, ale musi to być robione rozsądnie i z uwzględnieniem skali działań. W praktyce oznacza to tworzenie wielu mniejszych miejsc przechowywania zapasów – zarówno w infrastrukturze wojskowej, jak i cywilnej, a także w obiektach mobilnych czy polowych. Podobnie zmienia się sposób prowadzenia napraw sprzętu. Coraz częściej to mobilne zespoły serwisowe zbliżają się do walczących pododdziałów, aby szybciej przywrócić sprzęt do działania. W tradycyjnym podejściu uszkodzony sprzęt wycofywano daleko na tyły, co dziś bywa zbyt czasochłonne.

Kluczowe jest też odpowiednie planowanie dostaw – czyli ustalenie, co, gdzie i kiedy powinno trafić do walczących oddziałów. Najważniejsze pozostają oczywiście amunicja, paliwo, żywność oraz części zamienne.

Czy państwa NATO – w tym Polska – są przygotowane do działania w tak rozproszonym systemie logistycznym?

To jedno z wyzwań. Podczas ćwiczeń trzeba jak najbardziej realistycznie odtwarzać sytuację na polu walki – zarówno pod względem zagrożeń, jak i warunków terenowych czy skali działań. Bardzo ważne jest budowanie świadomości sytuacyjnej i ćwiczenie reakcji na rozwój wydarzeń.

Trzeba jednak pamiętać, że ćwiczymy w warunkach pokoju, co z prawnego punktu widzenia wprowadza pewne ograniczenia. Nie zawsze możemy na przykład w pełni wykorzystywać cywilną infrastrukturę czy środki transportu. Dlatego część rozwiązań warto przygotowywać wcześniej na poziomie planowania – poprzez gry wojenne i odpowiednie dokumenty, które mogłyby zostać uruchomione w sytuacji kryzysu lub wojny.

(…)

Gdyby miał Pan wskazać jedną najważniejszą lekcję z tej wojny dla polskich logistyków wojskowych – jaka by ona była?

Często powtarzamy zasadę „train as you fight” – ćwicz tak, jak będziesz walczył. Warto naprawdę wziąć ją sobie do serca. Wojna w Ukrainie pokazuje, jak ogromne znaczenie logistyka ma już od pierwszych godzin konfliktu.

Oczywiście nie wszystkie doświadczenia można przenieść wprost do polskich sił zbrojnych. Ale powinniśmy uważnie je analizować i wyciągać wnioski. Dzięki temu łatwiej będzie nam dostosować zarówno planowanie, jak i praktyczne działania logistyczne do realiów współczesnego pola walki.

Dziękuję za rozmowę.

Całość wywiadu, który przeprowadziłem dla portalu „Polska Zbrojna”, znajdziecie pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Ukraiński pojazd autonomiczny służący do ewakuacji rannych i dostaw amunicji/fot. SzG ZSU

Racje

Latem 2015 roku linia frontu między wojskami rosyjskimi i ukraińskimi przecinała miejscowość Szyrokino, położoną kilkanaście kilometrów na wschód od Mariupola. Nadmorskiego kurortu bronili żołnierze „Azowa”, zajmujący pozycje w zrujnowanym ośrodku kolonijnym. Ciepłe posiłki przywożono im raz na dobę, pickupem. Żadnych specjałów, ot mielony z ryżem, zalany cienkim sosem. „Nie ma co narzekać”, przekonywał wtedy jeden z azowców. „To, co wolontariusze gotują w naszej bazie na tyłach jest bez porównania lepsze niż to świństwo”, mężczyzna wskazał ręką na rzędy puszek z tuszonką. „Tego nawet pies nie ruszy, a oni chcą, by jedli to żołnierze”, wspominając „onych” Ukrainiec miał na myśli urzędników ministerstwa obrony. Od tych wydarzeń minęło ponad dziesięć lat, prawie cztery w realiach pełnoskalowej wojny i ogromnej mobilizacji państwa ukraińskiego. Czy coś się w kwestii aprowizacji zmieniło? I tak, i nie…

Kompaktowość i kaloryczność

„Zaopatrzenie ukraińskiej armii od 2017 roku opiera się na tzw. systemie katalogowym”, mówi Jurij Hudymenko, zasłużony podoficer, saper, obecnie polityk i lider ruchu „Demokratyczna Siekiera”. Zarządza nim spółka zależna tamtejszego resortu obrony – Państwowy Operator Tyłów. Organizuje ona otwarte przetargi, gdzie zainteresowane firmy oferują katalog 365 produktów – warzyw, mięsa, pieczywa i owoców. „Jednostka szczebla brygady sama decyduje, co nabędzie”, tłumaczy Hudymenko i podkreśla, że zwykle zakupy robione są na dwa tygodnie. „Firmy dostarczają produkty do magazynów jednostek, a stamtąd są one rozwożone do poszczególnych oddziałów. Z zakupionej żywności przygotowuje się śniadania, obiady i kolacje tak, by żołnierz otrzymał co najmniej 3500 kalorii na dobę, a dzienne racje miały wartość 150 hrywień [15 złotych polskich]”, wylicza. Oczywiście mowa o jednostkach, które znajdują się w miejscach stałej dyslokacji lub mają rozwinięte kuchnie polowe. Dla oddziałów na pierwszej linii kupowane są zestawy suchego prowiantu.

Czy istnieją inne różnice w zasadach aprowizacji? „Owszem, związane z rodzajem wojska”, kontynuuje Hudymenko. „Piechota, oddziały szturmowe mają większe zapotrzebowanie na lekkie, łatwe do przenoszenia i wysokokaloryczne racje indywidualne. Specyfika ich zadań wymaga długich marszów i przekłada się na ograniczony dostęp do palników. Oddziały artylerii i broni pancernej mają zwykle sposobność rozłożenia obozów, co pozwala na rozwinięcie kuchni i scentralizowane przygotowywanie posiłków. To wygodniejsze i korzystniejsze dla żołnierzy, ale wymaga większych nakładów na paliwo i logistykę”, podkreśla weteran ukraińskiej armii.

Ukraińskie ministerstwo obrony zapytane o to, czy dostępne są posiłki wegetariańskie czy wegańskie, odpowiada, że „menu składa się z kilku opcji dań, uwzględniających życzenia żołnierzy i możliwości techniczne kuchni”. Zanim wybuchła pełnoskalowa wojna, resort planował wprowadzenie halalowych i koszernych racji, ale pomysł zarzucono z powodu, jak to określono, „niekorzystnych kalkulacji ekonomicznych”. „Tak naprawdę wszystko zależy od dostępnych zasobów, lokalizacji, od wydarzeń na froncie”, komentuje Hudymenko. „Specjalne diety, wegetarianizm, weganizm, ograniczenia religijne – w spokojnych czasach i miejscu można się do nich stosować samodzielnie, rezygnując z pewnych potraw i zastępując je czymś innym z proponowanego menu. W warunkach polowych priorytetem jest, i zawsze będzie, szybkie wydawanie znormalizowanych posiłków”.

W strefie śmierci

Przy dynamicznej linii frontu nie zawsze jest to możliwe. „W rejonie aktywnych działań wojennych przerwy w dostawach żywności zdarzają się regularnie”, przyznaje Hudymenko. I nie chodzi tylko o zmieniające się położenie oddziałów. „Tak jak my mamy ważne zadanie dostarczenia zaopatrzenia, tak wróg ma równie ważny cel – nie pozwolić nam tego zrobić. Przeciwnik wie, gdzie są kluczowe huby logistyczne, ponieważ na froncie i w jego pobliżu jest ich ograniczona liczba, zna prowadzące do nich drogi”, mówi.

Wyzwaniem jest też charakter frontu, który w ostatnich miesiącach w wielu miejscach uległ drastycznemu przeobrażeniu. Walki nie toczą się już w tradycyjnych okopach czy na jasno wyznaczonych liniach. Zamiast tego istnieje szeroka na kilkanaście kilometrów „strefa śmierci”, kontrolowana przez bezzałogowce. Zgrupowania liczące po kilkunastu-kilkudziesięciu żołnierzy są w niej porozrzucane często w przypadkowy sposób – jedne pododdziały są bliżej, inni dalej od swoich, bywa, że od zaplecza oddzielają je nie tylko połacie skanowanego przez drony terenu, ale i wrogie ugrupowania. W takich warunkach, de facto odcięcia, wojskowi funkcjonują nawet przez wiele tygodni, co oznacza konieczność dostarczania zaopatrzenia z powietrza – dronami, którym mimo wszystko łatwiej się przedrzeć niż wozom na lądzie.

A istnieją też problemy pozamilitarne. Wojna niesie ze sobą możliwość rozwijania interesów – niektóre firmy, walczące o warte miliardy hrywien zlecenia, szkodzą sobie nawzajem. „Duzi gracze podkradają sobie podwykonawców lub nakłaniając ich do zakłócania dostaw”, tłumaczy Jurij Hudymenko. Dodajmy do tego biurokratyczny bałagan, korupcję i niekompetencję części kadry urzędniczej MON, o czym regularnie piszą ukraińskie media i na co wciąż skarżą się przedstawiciele armii.

Na szczęście zmiany systemu zaopatrzenia nie wyeliminowały wolontariuszy – o czym przeczytacie w drugiej części tekstu. Materiał jest dostępny w cyfrowym wydaniu magazynu „Polska Zbrojna” – oto link, pod którym możecie je nabyć. W miesięczniku znajdziecie też kilka innych moich tekstów – polecam je Waszej uwadze. Przeczytajcie również tekst numeru, poświęcony żywieniu w Wojsku Polskim.

PS. Kto nie lubi cyfrowych gazet, „Pezetka” jest i w tradycyjnym, papierowym wydaniu – znajdziecie ją w salonikach prasowych.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Ciepły posiłek przygotowany na tyłach trafiał do żołnierzy raz na dobę. W tym przypadku były to mielone kotlety z ryżem. Szyrokino, lato 2015 roku/fot. własne