Ostatnia?

Według części zachodnich i ukraińskich ekspertów Moskwa przygotowuje kolejną dużą ofensywę, próbując jeszcze raz przełamać front. Pytanie jednak, czy rosyjska armia dysponuje dziś potencjałem pozwalającym na taki manewr – i czy ewentualne niepowodzenie rzeczywiście ograniczyłoby zdolność Kremla do prowadzenia dalszych działań ofensywnych.

Pierwsze miesiące 2026 roku nie przyniosły zasadniczej zmiany sytuacji na froncie rosyjsko-ukraińskim. Walki pozostają intensywne, lecz postępy rosyjskiej armii są niewielkie i okupione dużymi stratami. Ba, na Zaporożu to Ukraińcy spychają rosjan z części pozycji; zyski terytorialne są symboliczne, ale inicjatywa należy tam do obrońców.

Mimo to pojawiają się sygnały o możliwej wiosennej ofensywie rosjan. Wskazywać na to mają dane wywiadowcze, koncentracja wojsk, rotacje jednostek i wzmożona aktywność logistyczna. Ukraińskie dowództwo ostrzega, że rosja może przygotowywać operację zaczepną na kilku odcinkach frontu w Donbasie. Zdobycie całego obwodu donieckiego pozostaje jednym z kluczowych celów politycznych Kremla.

Z operacyjnego punktu widzenia oznaczałoby to próbę przełamania ukraińskiej obrony w rejonie Pokrowska, Konstantyniwki, Kramatorska i Słowiańska – ośrodków o znaczeniu logistycznym i militarnym. Ich utrata utrudniłaby Ukrainie utrzymanie obrony we wschodniej części kraju. Możliwe byłyby także działania pomocnicze: na południu próba odsunięcia ukraińskiej artylerii od korytarza lądowego na Krym, a na północy operacje wiążące w rejonie Charkowa lub Sum.

—–

Ale czy rosja „ma czym robić”? Tak. System kontraktów wojskowych, wspierany kolejnymi falami mobilizacji, pozwala jej utrzymywać dużą liczebność wojsk na froncie. Problemem pozostaje jednak jakość nowych żołnierzy, często po skróconym szkoleniu.

Jeszcze poważniejszym wyzwaniem jest sprzęt. Straty rosyjskiej armii od początku wojny obejmują tysiące czołgów, bojowych wozów piechoty i systemów artyleryjskich. Choć przemysł obronny zwiększył produkcję amunicji i części uzbrojenia, wiele jednostek korzysta dziś ze sprzętu wyciągniętego z magazynów lub zmodernizowanych konstrukcji starszych generacji. Nie oznacza to jednak wyczerpania potencjału rosji – gospodarka przestawiona na tryb wojenny oraz wsparcie państw partnerskich pozwalają jeszcze utrzymywać produkcję uzbrojenia i prowadzić wojnę materiałową.

Dotychczasowe działania ofensywne rosji pokazują jednak, że nawet przy dużym zaangażowaniu sił postępy są bardzo ograniczone. Jednym z głównych powodów jest charakter ukraińskiej obrony: wielowarstwowe umocnienia wspierane przez artylerię, drony i precyzyjne systemy rakietowe. Masowe użycie dronów sprawia, że koncentracja wojsk – niezbędna do klasycznego przełamania – jest trudna do ukrycia i szybko naraża nacierające jednostki na ogień. W efekcie rosyjskie natarcia mają najczęściej charakter lokalnych ataków prowadzonych przez niewielkie grupy piechoty wspierane przez artylerię i drony. Pozwala to powoli zdobywać teren, ale utrudnia szybkie przełamanie frontu.

—–

Skuteczna operacja zaczepna rosji mogłaby oznaczać załamanie ukraińskiej obrony w rejonie Kramatorska i Słowiańska, co pozwoliłoby Kremlowi ogłosić realizację jednego z głównych celów wojny, czyli opanowanie całego obwodu donieckiego. Najbardziej ambitny scenariusz zakładałby głębsze przełamanie frontu i powrót do operacji manewrowej w głębi Ukrainy, choć rosyjska armia od dawna nie była w stanie przeprowadzić takiej operacji na większą skalę.

Niepowodzenie ofensywy nie oznaczałoby jednak końca wojny. rosja nadal dysponuje znacznymi zasobami ludzkimi i potencjałem przemysłowym, a jej system polityczny jest zdolny narzucać społeczeństwu długotrwały wysiłek wojenny. Jeśli ofensywa zakończy się fiaskiem, konflikt prawdopodobnie wejdzie w jeszcze dłuższą fazę wyniszczeniową. Front pozostanie względnie stabilny, a kluczową rolę nadal będą odgrywać artyleria, drony i uderzenia dalekiego zasięgu. Wojna jeszcze wyraźniej stanie się starciem gospodarek, przemysłów i systemów mobilizacyjnych, w którym ostatecznie może zadecydować wytrzymałość państw zaangażowanych w konflikt.

Ten tekst, w bardziej rozbudowanej wersji, opublikowałem na łamach portalu „Polska Zbrojna” – oto link do całości materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

NZ. Ukraińska armia jest gotowa na przyjęcie rosjan, zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Wyczerpywanie

„No to Ukraina już przegrała”, napisał jeden z moich Czytelników w reakcji na tekst, który opublikowałem w TVP Info. Dotyczył on przewidywań na 2026 rok i opisywał trudną sytuację władz w Kijowie. O niczym w artykule nie przesądzałem, ale materiał istotnie nie był hurra-optymistyczny (bo być nie mógł…), ponieważ jednak pisałem głównie z perspektywy ukraińskiej, rzeczywiście można było odnieść wrażenie pewnej „asymetrii pesymizmu”. Nie było moją intencją przekonanie Czytelnika, że rosja jest w wyjątkowo lepszej sytuacji niż Ukraina. Bo nie jest, o czym pisałem wielokrotnie, ale najwyraźniej muszę napisać raz jeszcze, w kontrze do defetystycznych nastrojów.

Zatem nie, rosja nie wygrała (już) wojny z Ukrainą. Teza o rosyjskim zwycięstwie jest nieprawdziwa nie w myśl zasady „zależy, jak spojrzeć”, tylko w sensie elementarnym – nie zgadza się ani z logiką wojny, ani z faktami, ani z tym, jak w historii kończą się konflikty zbrojne.

—–

Problem zaczyna się już na poziomie definicji zwycięstwa. Jeśli zwycięstwo ma oznaczać realizację celów politycznych i wojskowych, to rosja tych celów nie osiągnęła. Wojna nie miała być długotrwałym konfliktem pozycyjnym, lecz operacją zmieniającą układ sił w regionie. Ukraina miała zostać złamana, jej elity zastąpione, a państwowość podporządkowana rosyjskiej woli. Tymczasem Ukraina nie tylko przetrwała, ale zbudowała armię zdolną do zadawania rosji realnych, bolesnych strat. Państwo, które po prawie czterech latach pełnoskalowej wojny nadal walczy, zachowuje ciągłość władzy i zdolność mobilizacyjną, nie jest dowodem czyjejś wygranej – jest dowodem porażki planowania agresora.

W wymiarze czysto wojskowym rosja nie osiągnęła rozstrzygnięcia: nie zdobyła przewagi strategicznej, nie zniszczyła sił przeciwnika i nie narzuciła tempa działań. Linia frontu, tak często przywoływana jako dowód „faktów dokonanych”, jest miarą impasu okupionego ogromnym kosztem ludzkim, zużyciem sprzętu i koniecznością permanentnej mobilizacji. Państwo, które musi rok po roku dosypywać ludzi i zasobów tylko po to, by utrzymać stan posiadania, nie znajduje się w fazie zwycięstwa, lecz w fazie strategicznego wyczerpywania.

Jeszcze wyraźniej widać to na poziomie politycznym. Wojny wygrywa się wtedy, gdy przeciwnik uznaje porażkę, a otoczenie międzynarodowe akceptuje nowy stan rzeczy. Tego nie ma. rosja nie uzyskała legitymizacji swoich zdobyczy, nie stworzyła nowego ładu bezpieczeństwa i nie zmusiła Zachodu do powrotu do „business as usual”. Wręcz przeciwnie: wojna doprowadziła do trwałego wypchnięcia Ukrainy z rosyjskiej strefy wpływów i do wzmocnienia zachodnich struktur bezpieczeństwa. Narracja o „zmęczonym Zachodzie” funkcjonuje dobrze w mediach społecznościowych, ale słabo radzi sobie z faktami. Pomoc bywa wolniejsza, bardziej targowana i mniej entuzjastyczna niż na początku wojny, lecz nie została cofnięta – mimo częściowej obstrukcji USA – a kluczowe decyzje – dotyczące produkcji amunicji, szkolenia czy przekazywania coraz bardziej zaawansowanych systemów – zapadły i są realizowane.

—–

Argument gospodarczy również nie wytrzymuje krytyki. Owszem, rosyjska gospodarka funkcjonuje, a wskaźniki wzrostu można pokazać na wykresach. Tyle że jest to wzrost charakterystyczny dla państwa w trybie wojennym, opartego na masowej produkcji zbrojeniowej i wydatkach publicznych podporządkowanych frontowi. To nie jest historia o sukcesie, lecz o przestawieniu całego organizmu na jeden cel. Kosztem inwestycji cywilnych, elastyczności i długofalowego rozwoju rosja stała się państwem coraz bardziej uzależnionym od wojny – bo bez niej model ten zaczyna się chwiać. Trudno uznać to za wygraną; to raczej opis sytuacji, w której konflikt staje się warunkiem stabilności systemu.

Co więcej, fabryki pracują, broń schodzi z taśm, ale efektywność produkcji maleje, koszty rosną szybciej niż zdolność państwa do ich absorpcji, a brak rąk do pracy i inflacja stają się problemami strukturalnymi. Nad rosją cały czas wisi widmo załamania importu krytycznych komponentów, bez których zbrojeniówka i przemysł wydobywczy sobie nie poradzą. To nie jest pozycja siły, lecz kruchej równowagi.

Idźmy dalej, rosja ma większą populację niż Ukraina, ale ponosi też wielokrotnie wyższe straty. Wojna wyciąga z rynku pracy setki tysięcy mężczyzn w wieku produkcyjnym, zwiększa presję demograficzną i pogłębia nierównowagi regionalne. Każda kolejna fala mobilizacji jest droższa niż poprzednia, a mechanizmy zachęty finansowej wymagają sięgania do topniejących oszczędności. Na 2026 rok jeszcze ich wystarczy, ale co będzie dalej?

Skąd więc w ogóle bierze się przekonanie, że rosja „już wygrała”? Z przesunięcia znaczeń. Dla wielu obserwatorów zwycięstwo nie oznacza dziś jednoznacznego rozstrzygnięcia, lecz sam fakt, że wojna trwa, że jest kosztowna, że wspierający Ukrainę Zachód nie potrafi jej szybko zakończyć. Tyle że zmęczenie wojną nie jest jej przegraniem, a brak szybkiego sukcesu jednego z przeciwników nie oznacza automatycznie triumfu drugiego. Wojna, w której jedna ze stron nie potrafi ani wygrać, ani się wycofać bez strategicznej i symbolicznej porażki, rzadko bywa zapamiętana jako zwycięska. I żadna propaganda tego nie zmieni.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne, za SzG ZSU

2025

2025 rok ma się ku końcowi, ale końca rosyjsko-ukraińskiej wojny nadal nie widać. Minione dwanaście miesięcy nie przyniosło przełomu – wbrew buńczucznym zapowiedziom Kremla, armii rosyjskiej nie udało się rozstrzygnąć konfliktu na polu bitwy. Te zaś drastycznie się przeobraziło, choć jedna jego cecha pozostaje niezmienna – front to nadal „maszynka do mielenia mięsa”, głównie rosyjskiego. Mijający rok rosjanie zamkną ze stratą kolejnych 400 tys. żołnierzy – zabitych, rannych, zaginionych i wziętych do niewoli – niewiele mniejszą niż w najkrwawszym 2024 roku.

Na początku mijającego roku ukraińska armia wciąż utrzymywała pozycje w rosyjskim obwodzie kurskim. Kontrolowany przez Ukraińców obszar znacząco się skurczył w porównaniu ze zdobyczami z początku wyprawy do rosji (z lata 2024 roku), niemniej wciąż mieliśmy do czynienia z sytuacją przeniesienia działań zbrojnych na terytorium agresora. Kreml nie mógł tej zniewagi znieść, stąd desperackie próby wyparcia wojsk ukraińskich, w kwietniu 2025 roku zwieńczone sukcesem. Zapracowali na niego nie tylko rosjanie, ale i wydatnie wspierający ich północni Koreańczycy. Trup ścielił się gęsto – odzyskanie obszaru o wielkości przeciętnego polskiego powiatu (nieco ponad 1000 km kw.) kosztowało rosjan i ich sojuszników życie i zdrowie 40 tys. ludzi. Lecz w ostatecznym rozrachunku, po ośmiu miesiącach walk, obwód kurski został odbity – i jeśli idzie o osiągnięcia na froncie jest to jedyne bezapelacyjne zwycięstwo Moskwy w 2025 roku. Warto wszak dodać, że po sukcesie militarnym Kreml „zapominał” o konieczności odbudowy zniszczonych podczas działań wojennych miejscowości – ma wszak inne priorytety, związane z kontynuowaniem napaści – ale to temat na odrębny komentarz.

—–

Jeśliby porównać mapy z oznaczonymi rosyjskimi zdobyczami z grudnia 2023 roku, z grudnia 2024 roku i obecne – na pierwszy rzut oka nie zobaczymy żadnych zmian. Dopiero w dużym powiększeniu i po uważnym przestudiowaniu poszczególnych odcinków frontu dostrzeżemy symboliczne korekty. Po wejściu rosyjsko-ukraińskich zmagań w fazę wojny pozycyjnej – co nastąpiło jesienią 2023 roku – rosjanie zajęli zaledwie 1,5 proc. powierzchni Ukrainy. W tym czasie szeregi ich armii uszczupliły się o milion (!) żołnierzy – taki jest ludzki wymiar tego sukcesu. Co należy podkreślać w obliczu coraz popularniejszych – także w Polsce – narracji, wedle których rosjanie niepowstrzymanie prą na zachód. W przypadku niektórych prorosyjskich przekazów, owo parcie przyrównywane jest do uporu i determinacji armii czerwonej z lat 1943-45 – co jest wybitnie absurdalną analogią. Sowieci wszak w dwa lata przesunęli front o 2 tys. km, żołnierzom putina w podobnym czasie udało się odeprzeć Ukraińców na głębokość do 50 km. Punktowo, w kilku szerokich na kilkanaście kilometrów pasach natarcia. Gieorgij Żukow pewnie przewraca się w grobie na dźwięk porównań jego wyczynów z osiągnięciami walerija gierasimowa, dowódcy putinowskiej armii.

„Ale to nie jest wojna o teren!”, słyszymy co jakiś czas. Tego rodzaju opinie mają usprawiedliwiać brak rosyjskich zdobyczy oraz rzucić światło na rzeczywiste intencje Moskwy. Ta mianowicie ma dążyć do złamania kręgosłupa ukraińskiej armii, poprzez narzucenie jej wojny na wyniszczenie – ludzi i zasobów, których w rosji jest więcej niż w Ukrainie. W stosowanym momencie – gdy Ukraińcy wreszcie nie będą już mieli kim i czym walczyć – Moskwa przymusi Kijów do odpowiednich ustępstw, także terytorialnych. W takim ujęciu koszmarne rosyjskie straty są rodzajem inwestycji – „na dziś” wydaje się ona przepłacona, ale efekt docelowy ją uzasadni.

Nie da się wykluczyć, że putin tak właśnie kalkuluje i oczyma wyobraźni widzi już Zadnieprze jako część federacji, oddaną przez Kijów po druzgocącej klęsce. Rzecz w tym, że rozmiar owej klęski musiałby być przeogromny, by Ukraina udzieliła rosji takich koncesji. A takiego rezultatu – totalnego rzucenia Ukrainy na kolana – rosjanie bez użycia broni jądrowej nie wywalczą. Nie w perspektywie najbliższych kilkunastu miesięcy, w trakcie których sami muszą zakończyć wojnę, bo zaczyna ona drastycznie przerastać ich możliwości. I kończąc ów wątek terenowy – w rozmowach pokojowych obszar znajdujący się pod kontrolą ma zawsze istotne znacznie. Jest atutem pokonanego czy słabszego przeciwnika – w najgorszym razie towarem, którym można kupczyć, redukując skalę porażki. Obie strony o tym wiedzą i choćby już z tego powodu to JEST wojna o teren.

—–

W dalszej części tekstu przyglądam się obszarowi, gdzie jest ona toczona. Opisuję realia frontu oraz konsekwencje bezwzględnej dominacji dronów na polu bitwy. Wspominam o rozszerzeniu strefy walk na głębokie zaplecze obu stron. Materiał ten znajdziecie w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do całości.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Ukraiński artylerzysta/fot. SzG ZSU.

Strefa

Jeszcze do niedawna obrazy z frontu w Ukrainie przywodziły skojarzenia z I wojną światową. Równoległe pasy okopów, zasieki, umocnienia i bijąca z oddali artyleria. „Wojna ma charakter pozycyjny”, donosiły media, co rusz opisując wyniszczające ataki rosjan, które w najlepszym razie przesuwały front o kilka kilometrów w skali roku. Dziś nadal „niewiele się dzieje” – obszar objęty walkami z grubsza pozostaje ten sam – ale sytuacja na polu bitwy drastycznie się zmieniła. I ta zmiana wymusza szeregi innych, adaptacyjnych strategii.

Na wielu odcinkach nie ma już wyraźnie wytyczonych pozycji, zachowujących ciągłość i nieprzecinających się z liniami wroga. Front stał się szeroką na kilkanaście kilometrów „strefą śmierci”, gdzie liczące po kilkunastu-kilkudziesięciu żołnierzy grupy są porozrzucane często w przypadkowy sposób – jedne pododdziały są bliżej, inne dalej od swoich, bywa, że od zaplecza oddzielają je wrogie ugrupowania. Krańce tej strefy wyznaczają zasięgi dronów – w ostatnim czasie przede wszystkim maszyn sterowanych światłowodem. To one decydują tu o wszystkim, kontrolując wszelkie ruchy przeciwnika. W takich warunkach – pełnej lub częściowej izolacji – żołnierze trwają nawet tygodniami; niektórych nigdy nie udaje się uratować z odcięcia.

—–

Ów stan nie tylko utrudnia wyrysowanie pozycji, zasięgów, zdobyczy; w sumie to najmniejsze zmartwienie sztabowców. Większym jest koszmar logistyczny. W klasycznym modelu ciężarówki z zaopatrzeniem docierały do przyfrontowych hubów, skąd towar – mniejszymi pojazdami czy ostatecznie na plecach żołnierzy – trafiał do okopów. Dziś ten schemat jest w dużej mierze nieaktualny. Oddziały funkcjonujące w izolacji, rozproszone na kilkunastu kilometrach „strefy śmierci”, nie mają bezpiecznych dróg zaopatrzenia. Każdy transport naziemny jest natychmiast wykrywany przez drony przeciwnika i narażony na ostrzał. W efekcie kolumny logistyczne praktycznie zniknęły z krajobrazu frontu. W ich miejsce pojawiły się bezzałogowce – to nimi dostarcza się amunicję, żywność, wodę, lekarstwa. Na drony zaopatrzeniowe czyhają inne bezpilotowce, lecz mimo wszystko łatwiej im przedrzeć się niż wozom na lądzie.

Małe quadcoptery przenoszą paczki o wadze kilku kilogramów. Większe konstrukcje potrafią dostarczyć skrzynki amunicji czy medykamentów. To wciąż znacznie mniejsze możliwości niż ciężarówek czy choćby quadów, które należy kompensować masowym zastosowanie dronów. A z tym bywa różnie…

W efekcie każdy oddział musi być przygotowany do funkcjonowania w realiach niedoboru. Lokalni dowódcy, nie mogąc liczyć na regularne dostawy, planują w kategoriach „co uda się przerzucić dronem” i „co można zdobyć na miejscu”. Koniecznością stają się zaimprowizowane punkty zaopatrzenia – w piwnicach, jamach, gdziekolwiek się stacjonuje i da się coś zachomikować. Do rangi kluczowych kompetencji urasta umiejętność racjonowania żywności i amunicji.

Tyle na poziomie taktycznym – na bardziej ogólnym, operacyjnym i strategicznym, brak stabilnych linii zaopatrzenia oznacza, że każda większa operacja ofensywna czy obronna jest ryzykowna. Brak pewności dostaw ogranicza tempo działań i wymusza ostrożność, co de facto konserwuje statyczny charakter frontu, nawet jeśli jest on znacząco szerszy niż kiedyś.

—–

Zmiana charakteru frontu dramatycznie wpłynęła na funkcjonowanie wojskowej służby zdrowia. W „typowych” warunkach okopowych ranny żołnierz miał szansę na stosunkowo szybką ewakuację – sanitariusze wynosili go z linii, a transport naziemny kierował do polowego szpitala (ewentualnie wcześniej „zahaczając” o punkt stabilizacji). Dziś ten schemat jest w dużej mierze niemożliwy. W „strefie śmierci” także ruch pojazdów medycznych – i samych medyków – jest natychmiast wykrywany przez drony; a zapisy prawa humanitarnego w rosyjskiej wojnie z Ukrainą niestety nie obowiązują. Próby ewakuacji często kończą się stratami wśród ratowników. Bywa, że poszkodowani pozostają w miejscach, w których ich raniono, jeśli mają więcej szczęścia, trafiają do schronów i piwnic. W każdym razie z dala od profesjonalnej pomocy medycznej – i tak przez wiele godzin, nawet dni.

Wojsko próbuje sobie radzić. Transport rannych odbywa się nocą, czasem z wykorzystaniem autonomicznych pojazdów. Drony dostarczają leki i medykamenty, zaimprowizowane punkty chirurgiczne powstają coraz bliżej „zerówki”. Lekarze próbują w nich ratować życie w warunkach dalekich od sterylnych, narażając się przy tym bardziej niż do tej pory. A i tak, mimo tych wysiłków, wielu żołnierzy umiera, także z powodu powikłań.

Najbardziej dramatycznym skutkiem opóźnień w ewakuacji jest powrót zgorzeli gazowej, gangreny – choroby znanej z okopów I wojny światowej. Bakterie Clostridium rozwijają się w głębokich ranach postrzałowych, gdy tkanki pozostają niedotlenione. W normalnych warunkach szybka operacja usuwa zagrożenie, ale długotrwały brak interwencji sprzyja infekcji, co w najlepszym razie oznacza konieczność amputacji zranionej ręki czy nogi.

Ukraińska armia próbuje zaradzić tym problemom, zmieniając system szkolenia medycznego. Model docelowy – do którego wciąż daleko – to sytuacja, w której każdy żołnierz będzie potencjalnym ratownikiem. Umiejętność tamowania krwotoków, stosowania opasek uciskowych czy igłowej dekompresji klatki piersiowej to już niewystarczająca podstawa. Żołnierze muszą być przygotowywani do improwizowanych amputacji, by ratować życie towarzyszy.

Perspektywa zranienia zawsze jest obciążeniem psychicznym – ale jeśli żołnierz traci wiarę, że w razie potrzeby otrzyma pomoc, owo obciążenie staje się trudne do zniesienia. I wprost przekłada się na zdolność i gotowość do walki.

—–

To, co dzieje się w „strefie śmierci”, wymusza transformację sposobu prowadzenia walki i organizacji dowodzenia. To już nie jest wojna, w której dowódcy batalionów i brygad mają w miarę jasny obraz sytuacji w strefie swojej odpowiedzialności. To konflikt, w którym małe grupy żołnierzy muszą działać samodzielnie, często w izolacji, a decyzje zapadają na poziomie drużyn i sekcji, w oparciu o szczątkowe, „lokalne” informacje. W wojsku, które działa w takich okolicznościach, nie sprawdzi się koncepcja „niemyślących bagnetów”. Inicjatywą i improwizacją muszą wykazywać się żołnierze na najniższym szczeblu – inaczej nie przeżyją.

Wszechobecność dronów i systemów zakłócania utrudnia komunikację, wymusza pogodzenie się z realiami ciszy radiowej. Sprawia, że obrona polega na ciągłym maskowaniu się, unikaniu wykrycia. Natarcie z kolei wymaga synchronizacji wielu małych grup, które muszą działać równolegle, ale bez pewności wzajemnego wsparcia. Dlaczego małych? Bo każdy ruch jest ryzykowny, bo drony przeciwnika natychmiast wykrywają koncentrację większych sił.

Wymiar operacyjny? Dowódcy wyższego szczebla tracą możliwość bezpośredniego kontrolowania działań – muszą polegać na raportach i fragmentarycznych danych. Wzrasta znaczenie elastyczności i zdolności adaptacji. Armia musi szkolić żołnierzy do samodzielnego podejmowania decyzji, co zmienia kulturę wojskową – z hierarchicznej na bardziej autonomiczną. Wojsko ukraińskie wciąż się zmienia, jednak spora jego część nadal nie potrafi zerwać z sowieckim dziedzictwem skrajnej hierarchiczności i bierności żołnierskich „dołów”. W realiach „strefy śmierci” przekłada się to na ponadnormatywne straty.

C.d. tekstu – który opublikowałem w portalu TVP.Info – znajdziecie pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Tomaszowi Krajewskiemu, Piotrowi Rucińskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi oraz Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewic. A także: Piotrowi Żakowi, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Adamowi Cybowiczowi, Janowi Mozełewskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Przemysławowi Kowalskiemu, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej i Piotrowi Habeli.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni: Mateuszowi Sznurze, Tomaszowi Olejnikowi, Marcie Müller-Reczek i Piotrkowi Jasiewiczowi.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne/fot. SG ZSU

Doświadczenie

„Mamy prawie 50 tys. żołnierzy z doświadczeniem bojowym”, podkreślał pewien pułkownik, wykładowca ówczesnej Akademii Obrony Narodowej. „To połowa armii”, mówił, wyraźnie zadowolony. „Znakomity kapitał na przyszłość”, dodał. Zakwestionowałem jego optymizm, chyba nazbyt grubiańsko; w każdym razie rozstaliśmy się w niezgodzie. Lecz mowa o człowieku, który miał dość intelektualnej uczciwości, by po czasie przyznać: „Masz rację”. „Doświadczenie z Iraku i Afganistanu na niewiele się zda w Europie”, usłyszałem, tym razem już przez telefon.

Był rok 2012, armię rzeczywiście mieliśmy ostrzelaną. I doświadczoną w realizacji zadań w ramach wielonarodowego kontyngentu; tyle wygrać. Ale istota tego treningu sprawdzała się do udziału w konflikcie asymetrycznym, antypartyzanckim – a więc o względnie niskiej intensywności – w dodatku prowadzonym w bardzo specyficznych warunkach geograficznych. Nie do powtórzenia w Europie, w konfrontacji z przeciwnikiem takim jak rosja.

Wojna, która wybuchła na wschodzie Ukrainy dwa lata później, w pełni to potwierdziła.

Po co o tym piszę? Ano mamy wysyp opinii, wedle których „już za chwileczkę, już za momencik”, armia rosyjska uderzy na Europę. No więc pytam, czym? Prymitywnie przerobionymi moskwiczami i ładami, wózkami golfowymi? Stadem pędzonych „wpieriod!” kalek? Oczywiście, celowo uwypuklam rosyjskie słabości – są w wojsku putina przyzwoicie wyekwipowane komponenty – ale co do zasady, siły zbrojne federacji pozostają cieniem samych siebie sprzed trzech lat. Liczniejszą, ale dramatycznie niedoposażoną strukturą, która na odzyskanie potencjału sprzed 24 lutego 2022 roku potrzebuje co najmniej 10 lat. Cudów nie ma, sowieckie zapasy „wyszły”, a przemysł – wbrew propagandowym twierdzeniom – nie jest w stanie produkować wielkich mas uzbrojenia.

Odrębną kwestią pozostaje jego jakość – dotychczasowa okazała się niewystarczająca nawet do pokonania Ukrainy. Zatem w ciągu tej dekady należałoby – patrząc z perspektywy Moskwy – wymyślić i wdrożyć coś „ekstra”. Powodzenia, zwłaszcza w realiach sankcji i zdychającej gospodarki.

„No ale doświadczenie!”, mógłby rzec ktoś. Jakie? Z ponad miliona posłanych na wojnę z Ukrainą żołnierzy prawie połowa nie żyje bądź została trwale okaleczona. Czym jest kunszt pozostałych? To pytanie, o sposób, w jaki rosjanie wyszarpali Ukrainie kilkanaście procent jej terytorium. Rajdami z początków pełnoskalowej wojny, nieco późniejszym „walcem artyleryjskim” i „mięsnymi szturmami”, które dramatycznie nasiliły się w drugim i trzecim roku inwazji. To jest istota doświadczenia bojowego rosyjskich żołnierzy i ich dowódców.

Czy da się je wykorzystać w wojnie z armiami natowskimi? A niby jak przy miażdżącej przewadze w powietrzu (sama Europa „zjada” tu rosję, nie tyle liczbą, co jakością)?

„W powietrzu latają też drony!”, stwierdziłby ów ktoś. No latają, ale w całej tej opowieści o bezpilotowcach zapominamy, że to bieda-broń, narzędzie kompensacyjne, używane z braku innych środków. Przede wszystkim klasycznego lotnictwa oraz dalekonośnej, precyzyjnej artylerii; obie strony konfliktu na Wschodzie mają w tych zakresach istotne braki (fizyczne bądź kompetencyjne). Wojna z innym przeciwnikiem – dysponującym silnym lotnictwem i artylerią o lepszej donośności i celności – nie wyglądałaby tak, jak zmagania na Donbasie czy Zaporożu. Najogólniej rzecz ujmując, rosjanie nie byliby w stanie podejść tak blisko, strefa kontaktu byłaby znacznie rozleglejsza, najpewniej w ogóle nie byłoby linii frontu. Większość dronów okazałby się nieprzydatna, większość rosjan zginęłaby na skutek „wybombardowania”.

Oczywiście, determinacja i ostrzelanie (rozumiane nie jako kompetencja w posługiwaniu się bronią, ale nawyk funkcjonowania w realiach zagrożenia), to byłyby rosyjskie atuty. Tyle że bez technologii dalece niewystarczające. Pamiętajmy o tym proszę, nim zanurzymy się w ponury nastrój.

PS. Nie, Ukraina nie jest stracona. Ostatnie wypowiedzi amerykańskich polityków niczego nie przesądzają. Jutro i pojutrze, po spotkaniu w Monachium, będziemy wiedzieć więcej. Dziś mam „dzień świra”, ale będę trzymał rękę na pulsie. Dodam tylko, bo warto, że putinowska machina wojenna na lądzie ewidentnie dostała zadyszki; rosjanie stanęli, Ukraińcy lokalnie kontratakują, często z powodzeniem. Takie są fakty, a nie zmarkotniałe spekulacje.

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa… – w sklepie na Patronite pojawiły się kolejne książki – powieści, które napisałem i wydałem „w czasach afgańskich”, reportaż z tamtego okresu oraz książka political/war fiction, dziejąca się w realiach pandemii i rosyjskiej agresji militarnej na Polskę. Polecam lektury – by je nabyć, przejdźcie na stronę pod tym linkiem.