(Nie)inność

rosja. Stu protestujących wieje przed jednym policjantem.

– Ej, a dlaczego my uciekamy? – reflektuje się niechętny mobilizacji demonstrant. – Przecież nas jest setka, a on jeden?

– A bo to wiadomo, komu przypierdoli? – odpowiada mu kolega, równie niechętny wysyłce na front.

I uciekają dalej…

Prezentowałem już kiedyś dowcip oparty o ten schemat (ich stu – on jeden). Zaadaptowałem go do potrzeb teraźniejszości, by łatwiej mi było zilustrować pewną kwestię. Mam rzecz jasna świadomość niepoprawności politycznej, ale nie zamierzam za to przepraszać. Ostatecznie rosjanie zasługują na nasze drwiny, co i tak jest łagodnym potraktowaniem za setki lat egzystencjalnego zagrożenia, jakie nam tu zgotowali. Ale ja nie o tym.

Ogłoszenie mobilizacji wywołało w rosji niemałą panikę. Pisałem o tym wczoraj, wspomnę więc dla porządku o tłumach na lotniskach i na granicach, które rosjanie jeszcze mogą przekraczać. Potencjalni poborowi wolą uciec niż dać się wcielić i trafić na front. Przy tej okazji mała historyczna dygresja. Tylko dwa procent żołnierzy armii czerwonej w 1945 roku stanowili weterani wcieleni do służby przed wybuchem wojny w czerwcu 1941 roku. Reszta poległa, została ranna lub trafiła do niewoli, co w większości przypadków i tak oznaczało śmierć. Między 1941 a 1945 rokiem zginęło co najmniej 12,5 mln czerwonoarmistów. Na 5 mln niemieckich żołnierzy zabitych podczas II wojny światowej, 4 mln ofiar przypada na front wschodni. Wschód (i „wschód”, bo przecież sowieci mieli nieco inną perspektywę geograficzną niż Niemcy) był przedsionkiem piekła. W relacjach rodzinnych – tej części mojej familii, która miała niemieckie korzenie – jeszcze długo po wojnie obecny był wątek bezbrzeżnego lęku przed posłaniem do rosji, z jakim mierzyli się męscy krewni. Babcia wspominała kiedyś o uldze – która spadła na rodzinę – gdy okazało się, że zmobilizowani brat i kuzyn zostali wysłani do Francji. Ten drugi i tak zginął, co jednak nie zmieniło wyobrażeń o piekielnym wschodzie. Sowieckie bestialstwo wobec cywilów – nieodłączny element towarzyszący przemarszowi armii czerwonej – tylko je ugruntowało.

Wróćmy do współczesności. Przez front ukraiński (z naszej perspektywy wschodni, dla rosjan raczej południowy), przewinęło się dotąd 400 tys. wojskowych z armii putina. 80 tys. zginęło, zostało rannych i kontuzjowanych, dostało się do niewoli. Innymi słowy, co piąty żołnierz został wyeliminowany z walki (przy czym jeńców jest tam garstka). Powiestki – wezwania mobilizacyjne – są zatem dla rosjan niczym zaproszenie do tańca z diabłem. Tak jak kiedyś były dla ich (pra)dziadków i (pra)dziadków dawnych wrogów. To wyroki śmierci lub kalectwa, obarczone ogromnym ryzykiem realizacji.

Nie dziwi mnie zatem „nie” dla mobilizacji, lecz na boga, stanowczo protestuję przed nazywaniem demonstrantów „obrońcami praw człowieka”. Zagotowało się we mnie, gdy po raz pierwszy – wczoraj wieczorem – zetknąłem się z tą frazą. Bo nie o prawa człowieka tu idzie, a prawo Andrieja czy innego Saszy do wygodnego życia. Gdzie byli ci wszyscy obrońcy do tej pory? Jakoś nie przeszkadzało im, że giną Ukraińcy, w tym kobiety i dzieci, a większość tych śmierci to efekt terrorystycznej kampanii oraz zwyczajnego łajdactwa. Obudzili się, gdy zawisło nad nimi, nad ich bliskimi, ryzyko wysyłki na śmierć. Ja to oczywiście rozumiem, bunt zaś wspieram (jak wszystko, co kruszy zręby tego pseudopaństwa), ale nazywajmy rzeczy po imieniu.

Z tego samego powodu (intelektualnej uczciwości) nie ulegajmy narracji o jakimś gwałtownym przebudzeniu – rosji/rosjan. To, co od wczoraj oglądamy, to reakcja zlęknionej wielkomiejskiej elity, która zdała sobie sprawę, że jej w miarę wygodne życie może zostać zaburzone. Dopóki ruchawki nie obejmą biednej prowincji, dopóty nie będzie to nic istotnego. Z dostępnych informacji wynika, że policja zatrzymała półtora tysiąca demonstrantów. Sporo? Cóż, to dziesięć procent protestujących, w 144-milionowym kraju…

Ale nie chcę utwierdzać Was w przekonaniu, że „ruskie są jakieś inne/dziwne”. Pozwólcie, że znów wspomogę się historią. Babcia mojej żony spędziła okupację w jednej z podkrakowskich wsi. Jako dziewczynka, potem nastolatka, przeżyła wojnę świadomie. Z jej wspomnień wyłania się obraz zupełnie inny od martyrologicznej wizji, do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni. Niemców właściwie tam nie ma – od czasu do czasu do wsi przyjeżdżał policjant na rowerze. Taki dobroduszny pierdoła z mauzerem niezdarnie przewieszonym przez plecy, co to może i kiedyś – podczas poprzedniej wojny – zdolny był do jakichś heroicznych czynów, ale jako chłop pod pięćdziesiątkę myślał tylko o tym, żeby mieć święty spokój. Co jakiś czas do wsi wbijała większa grupa okupantów – po kontrybucje – i wówczas już tak sielsko nie było, niemniej wciąż mówimy o świecie zupełnie innym niż realia wielkich miast. Gdzie okupacja równała się bezpardonowemu terrorowi na niespotykaną wcześniej skalę. Ale w percepcji bohaterki mojej opowieści te miasta były daleko, dalekie też wydawały się wsie, które poddano brutalnym pacyfikacjom. Okupacyjny nadzór realizował ów nieszczęśnik na rowerze (nieszczęśnik, bo w końcu utłukli go partyzanci) oraz „strażnik w głowach” wieśniaków, który „przypominał im”, że Niemcy dysponują atutem przemocy i chętnie po niego sięgają.

Polska była krajem przyfrontowym, przez cały okres okupacji zmierzały nią nieprzebrane masy wojska, lecz do służby okupacyjnej oddelegowano tylko nieznaczną część niemieckich sił zbrojnych i aparatu bezpieczeństwa. Przez większość tego czasu na jednego hitlerowskiego funkcjonariusza przypadło dosłownie – jak w zacytowanym dowcipie – stu Polaków. A jednak dali się zastraszyć. Oczywiście, powstało podziemie, prowadzono akcję zbrojną, lecz wyzwolenie musiało przyjść z zewnątrz (na nieszczęście byli to sowieci).

W czasach PRL-u tylko w okresie stalinowskim mieliśmy do czynienia z powszechnym terrorem – później opresyjność systemu była już tylko niższa. Ale trwał, dzięki strategii terroru selektywnego. Nie było konieczności masowego gnębienia ludzi – wystarczyło, że raz na jakiś czas milicja obtłukła komuś twarz, ktoś trafił do pudła za „działalność antysystemową”, kto inny miał kłopoty (z pracą, z otrzymaniem mieszkania, z dostępem do jakichś dóbr). Ludzie wiedzieli, i bez spektakularnych akcji typu rozpędzona demonstracja czy strajk, że władza ma narzędzia do stosowania przemocy. I to wystarczało, by „karawana toczyła się dalej”. Sprzyjał temu naturalny konformizm – potrzeba zorganizowania sobie życia niezależnie od okoliczności, a choćby i z bagnetem przy dupie.

Tak naprawdę rosjanie nie realizują jakiejś etnicznie swoistej strategii życiowej – robią to, co (robiliby) inni. Z tą różnicą, że oni żyją w warunkach okupacji/zniewolenia od dawna. „Był czas przywyknąć”, wchłonąć normy wiernopoddaństwa do tego stopnia, że niemożnością wydają się inne reguły.

Na szczęście putinowskie imperium ufundowane jest na kłamstwie. Wojna w Ukrainie pokazała, że rzekoma reforma armii rosyjskiej była jedną wielką ściemą. Oszukiwano się nawzajem, trudno w tej chwili ocenić, kto kogo bardziej i kto w tym wszystkim miał większą świadomość realiów. putin, zdaje się, uwierzył, że biliony rubli wyłożone na zbrojenia dały mu wojsko na miarę XXI wieku. No i się przejechał. A upadłych mitów może być więcej. Armia jest zwykle wzorcową instytucją, świadczącą o sprawności państwa – jeśli więc ona nie działa, uprawnionym są podejrzenia, że aparat represji jest w podobnej kondycji.

Czy jest? rosjanie chyba tego nie wiedzą, nie wiem, czy chcą wiedzieć. Czy chcą sprawdzić, co się stanie, jak wrzucą „pierdołę na rowerze” do studni. Będzie to (byłoby!) co najmniej tak ważne jak ukraińskie zwycięstwa na froncie. Bez wewnętrznej presji to obrzydliwe gmaszysko się nie przewali.

—–

Nz. „Sprawdzam!” w odniesieniu do rosyjskiej armii przynosi takie skutki…/fot. Sztab Generalny Ukraińskich Sił Zbrojnych.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Mobilizacja

A zatem eskalacja – wieszczą niektórzy po dzisiejszym wystąpieniu Putina. Owszem, ale… pozorna, biorąc pod uwagę przewidywalne skutki.

Bo tak, ogłoszenie częściowej mobilizacji daje państwu więcej uprawnień do stosowania przymusu. Trudniej będzie wymigać się od poboru, wczorajsze zmiany w prawie wprowadzone przez Dumę dodatkowo temu pomogą. Ale nie zmienia się nastawienie rosjan do tej wojny – rzeczywiste, nie deklaratywne – i oni jak nie chcieli, tak nie zechcą walczyć. Widzieliśmy to wczoraj w metadanych – w gwałtownym skoku wyszukiwań treści na temat możliwości uniknięcia wojska i wyjazdu z rosji.

Zatem w mojej ocenie pobór mobilizacyjny będzie miał co najwyżej mocno ograniczone „osiągnięcia”. Oczywiście, te kilkadziesiąt tysięcy dodatkowych sztuk mięsa armatniego wpłynie na sytuację na froncie. Ale jej jakoś dramatycznie nie zmieni.

Reszta (putinowskiego wystąpienia), to stara mantra: źli Ukraińcy, zły Zachód, konieczność wsparcia „swoich” w Donbasie, groźby użycia broni jądrowej.

Zapowiedź kontynuowania wojny? Tu też bez zaskoczeń – putin, z powodów, o których już tu pisałem, chce konflikt przeciągnąć przez zimę (częściowa mobilizacja ma mu w tym pomóc, bo na froncie jednostki liniowe mają po 40-50 proc. stanów i za chwilę nie byłoby kim walczyć).

Jak dla mnie to wystąpienia to pokaz NIE-mocy. Musimy ogłosić częściową mobilizację – mówi putin, tym samym przyznając się, że „operacja specjalna” leży i kwiczy. Wbrew przewidywaniom, nie zadeklarował przyjęcia DRL i ŁRL do rosji – dobrze wie, że nie byłby w stanie dać „republikom” odpowiednich gwarancji bezpieczeństwa. Nie bez znaczenia jest zapewne projekt legislacyjny z USA, przewidujący – w razie uznania przez moskwę wyników „referendów” – transfer 300 mld dol. rosyjskich aktywów, zamrożonych w Stanach, do… Ukrainy. Widmo takiej straty przywołuje putina do porządku, co skądinąd jest dobrą wiadomością, bo pozwala wierzyć w elementarną racjonalności reżimu.

Ale ten reżim jest schyłkowy – i słabo-silne wystąpienie putina najlepszym tego dowodem. Zauważcie, że znów skłamał, przekonując rosjan, że Ługanda jest już „wyzwolona”. Tymczasem od kilku dni harcują tam oddziały armii ukraińskiej. Luzer nie potrafi się do takich faktów przyznać…

Ps. Wystąpienie tego gamonia szojgu – który dał głos zaraz po putinie – najlepiej ilustruje, jaki to był cyrk. „Straciliśmy 6 tys. zabitych”, mówi minister obrony i zaraz potem dodaje: „Mobilizacja obejmie 300 tys. osób”. Czy ktoś tym durniom jeszcze wierzy?

PS. Za Lotnictwo: „Dzisiejsze ogłoszenie w Rosji mobilizacji wojskowej pozytywnie wpłynęło na ożywienie rynku przewozów lotniczych tego kraju. Samoloty na połączeniach międzynarodowych zaczęły zapełniać się pasażerami do ostatniego miejsca. W kilka minut po przemówieniu prezydenta Putina, w którym ogłosił częściową mobilizację rezerwistów, wszystkie bezpośrednie bilety na 21 września do Stambułu i Erewania zostały wyprzedane.

Jak informuje serwis Aviasales, również w kolejnych dniach zabraknie biletów na bezpośrednie loty z Rosji do Armenii lub Turcji. Za to wciąż istnieje możliwość wykupienia lotu do Dubaju, a dopiero stamtąd do Stambułu. O godzinie 10:30 zostało tylko kilka wolnych miejsc na bezpośrednie loty z Moskwy do Turcji, jednak z terminem wylotu pod koniec bieżącego tygodnia”.

Zobaczy putler te 300 tys. zmobilizowanych jak świnia niebo…

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to