Mobilizacja

A zatem eskalacja – wieszczą niektórzy po dzisiejszym wystąpieniu Putina. Owszem, ale… pozorna, biorąc pod uwagę przewidywalne skutki.

Bo tak, ogłoszenie częściowej mobilizacji daje państwu więcej uprawnień do stosowania przymusu. Trudniej będzie wymigać się od poboru, wczorajsze zmiany w prawie wprowadzone przez Dumę dodatkowo temu pomogą. Ale nie zmienia się nastawienie rosjan do tej wojny – rzeczywiste, nie deklaratywne – i oni jak nie chcieli, tak nie zechcą walczyć. Widzieliśmy to wczoraj w metadanych – w gwałtownym skoku wyszukiwań treści na temat możliwości uniknięcia wojska i wyjazdu z rosji.

Zatem w mojej ocenie pobór mobilizacyjny będzie miał co najwyżej mocno ograniczone „osiągnięcia”. Oczywiście, te kilkadziesiąt tysięcy dodatkowych sztuk mięsa armatniego wpłynie na sytuację na froncie. Ale jej jakoś dramatycznie nie zmieni.

Reszta (putinowskiego wystąpienia), to stara mantra: źli Ukraińcy, zły Zachód, konieczność wsparcia „swoich” w Donbasie, groźby użycia broni jądrowej.

Zapowiedź kontynuowania wojny? Tu też bez zaskoczeń – putin, z powodów, o których już tu pisałem, chce konflikt przeciągnąć przez zimę (częściowa mobilizacja ma mu w tym pomóc, bo na froncie jednostki liniowe mają po 40-50 proc. stanów i za chwilę nie byłoby kim walczyć).

Jak dla mnie to wystąpienia to pokaz NIE-mocy. Musimy ogłosić częściową mobilizację – mówi putin, tym samym przyznając się, że „operacja specjalna” leży i kwiczy. Wbrew przewidywaniom, nie zadeklarował przyjęcia DRL i ŁRL do rosji – dobrze wie, że nie byłby w stanie dać „republikom” odpowiednich gwarancji bezpieczeństwa. Nie bez znaczenia jest zapewne projekt legislacyjny z USA, przewidujący – w razie uznania przez moskwę wyników „referendów” – transfer 300 mld dol. rosyjskich aktywów, zamrożonych w Stanach, do… Ukrainy. Widmo takiej straty przywołuje putina do porządku, co skądinąd jest dobrą wiadomością, bo pozwala wierzyć w elementarną racjonalności reżimu.

Ale ten reżim jest schyłkowy – i słabo-silne wystąpienie putina najlepszym tego dowodem. Zauważcie, że znów skłamał, przekonując rosjan, że Ługanda jest już „wyzwolona”. Tymczasem od kilku dni harcują tam oddziały armii ukraińskiej. Luzer nie potrafi się do takich faktów przyznać…

Ps. Wystąpienie tego gamonia szojgu – który dał głos zaraz po putinie – najlepiej ilustruje, jaki to był cyrk. „Straciliśmy 6 tys. zabitych”, mówi minister obrony i zaraz potem dodaje: „Mobilizacja obejmie 300 tys. osób”. Czy ktoś tym durniom jeszcze wierzy?

PS. Za Lotnictwo: „Dzisiejsze ogłoszenie w Rosji mobilizacji wojskowej pozytywnie wpłynęło na ożywienie rynku przewozów lotniczych tego kraju. Samoloty na połączeniach międzynarodowych zaczęły zapełniać się pasażerami do ostatniego miejsca. W kilka minut po przemówieniu prezydenta Putina, w którym ogłosił częściową mobilizację rezerwistów, wszystkie bezpośrednie bilety na 21 września do Stambułu i Erewania zostały wyprzedane.

Jak informuje serwis Aviasales, również w kolejnych dniach zabraknie biletów na bezpośrednie loty z Rosji do Armenii lub Turcji. Za to wciąż istnieje możliwość wykupienia lotu do Dubaju, a dopiero stamtąd do Stambułu. O godzinie 10:30 zostało tylko kilka wolnych miejsc na bezpośrednie loty z Moskwy do Turcji, jednak z terminem wylotu pod koniec bieżącego tygodnia”.

Zobaczy putler te 300 tys. zmobilizowanych jak świnia niebo…

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Deklaracje

Panowie szojgu i putin mają lada moment wygłosić jakieś ważne oświadczenia. Prawdopodobnie będą one dotyczyć „referendów” – i tego, że Moskwa chętnie, a jakże i w ogóle, wesprze swoich braci w mowie, i w razie „społecznego mandatu” przygarnie na łono matuszki rassiji wschodnio-ukraińskie „republiki”. Obecność szojgu każe przypuszczać, że padną jakieś militarne zapowiedzi. Mówi się, że reżim planuje uciec do przodu i ogłosi stan wojenny oraz mobilizację.

Nim dacie się przestraszyć wizją „no to teraz ruskie się rozkręcą; rzucą do walki milionową armię”, chciałbym Was uspokoić. Nim rzucą do walki, muszą:

  • z powodzeniem przeprowadzić mobilizację;
  • odpowiednio wyekwipować nowe oddziały;
  • odpowiednio je przeszkolić.

Tymczasem…

O zebraniu odpowiedniej ilości sprzętu – i o tym, że nie jest to możliwe przy zachowaniu elementarnej jakości – już pisałem.

Odpowiednie szkolenie to pół roku; Ukraińcy dopiero teraz wprowadzają do walki brygady, których formowanie rozpoczęło się zaraz po inwazji. Czynią to po przejściu pełnego cyklu szkoleń. O tym, że ma to sens, przekonaliśmy się podczas niedawnej ofensywy pod Charkowem. O tym, że wprowadzanie do boju na szybko organizowanych oddziałów – bez uprzedniego ich zgrania, ba, bez elementarnych szkoleń dla pojedynczego żołnierza – nie ma sensu, przekonują koszmarne rosyjskie straty i generalne niepowodzenia wszędzie tam, gdzie pojawiają się ochotnicy (i „ochotnicy”).

Co zaś się tyczy mobilizacji – przedsmak za nami. I wcale nie mam na myśli kulawej kampanii rekrutacyjnej, która w ostatecznym rozrachunku trafia co najwyżej do wykolejeńców. Jak pamiętacie, wiosną rozpoczął się w rosji pobór. To w gruncie rzeczy była mobilizacja (analogicznie jak u nas w czasach obowiązkowej zasadniczej służby wojskowej), z tą różnicą, że dotyczyła konkretnych roczników. Wedle planów, od kwietnia do połowy lipca miano zmobilizować 150 tys. mężczyzn. Nim dane utajniono, pod koniec czerwca, wiadomo było, że plan w skali kraju udało się zrealizować w… 26 procentach. W kamasze poszło 40 tys. poborowych. Gros młodych ludzi dało nogę z kraju, ci którzy zostali w rosji, na głowie stawali, by nie założyć munduru.

I dla przykładu – w Samarze do służby stawiło się 100 na 3200 poborowych, w regionie woroneskim – także stu na 2800. Niżny Nowogród zrealizował plan poboru w 44 proc., w Tule do armii zgłosił się co trzeci rekrut.

Kilkanaście dni temu rosyjski urząd statystyczny Rosstat podał, że w pierwszym półroczu z rosji wyjechało (nie w celach turystycznych, a na dłużej) 419 tys. osób. To ponad dwa razy więcej niż w tym samym okresie poprzedniego roku. Pierwszy raz w historii rosji po 1991 roku więcej osób wyemigrowało, niż imigrowało. Imigrantów – głównie z dawnych republik sowieckich – było 322 tys. Tradycyjnie przybyli oni do rosji w poszukiwaniu pracy (mimo zachęt skierowanych do tego środowiska – m.in. obietnicy szybkiego uzyskania obywatelstwa – nie stało się ono rezerwuarem rekrutacyjnym).

– 76 proc. poparcia dla wojny to poparcie z kanapy? Zwolennicy wojny nie są gotowi pójść i umrzeć za ojczyznę?” – pyta Lwa Gudkowa, socjologa z Centrum Lewady Masza Makarowa, rosyjska dziennikarka mieszkająca w Polsce (w rozmowie dla OkoPress).

– Oczywiście, że nie są – odpowiada Gudkow. – Jest to znane i stabilne zjawisko. W 2014 roku, kiedy w Donbasie odbywała się próba powtórzenia tego, co stało się na Krymie, pytaliśmy „Czy Pan/Pani jest gotowy/gotowa pojechać tam, by walczyć?” albo: „Czy Pan/Pani zgadza się, by syn, mąż, brat pojechał tam, by bronić Rosjan w Donbasie?” Albo jeszcze inaczej: „Czy Pan/Pani jest gotowy/gotowa ponieść koszty aneksji Donbasu?” Gotowych czysto deklaratywnie było od 3 do 5 proc. A reakcja innych to: „Ale co to ma wspólnego ze mną? Dlaczego ja mam być za to odpowiedzialny?”. Wsparcie na słowach i aktywne uczestnictwo to różne płaszczyzny świadomości.

Innymi słowy wowa, czego byś nie zrobił, to jeb…e.

—–

Nz. Czołg ukraińskiej armii – jeden z tych, którego załoga miesiącami przygotowywała się do walki/fot. Sztab Generalny Ukraińskich Sił Zbrojnych

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dugin

Aleksander Dugin to rosyjski odpowiednik Alfreda Rosenberga, naczelnego ideologa nazizmu. To w chorym łbie tego drugiego narodziła się wizja „lebensraum”, przestrzeni życiowej, na którą zasługują i którą muszą sobie wywalczyć Niemcy na wschodzie. Dunin w takich samych kategoriach myśli o rosjanach, przy czym sięga dalej niż nazistowski protoplasta – jego zdaniem, ruskij mir winien zapanował od zachodnich rubieży Europy aż po Władywostok. Oczywiście, nie ma w tych rojeniach miejsca na państwo polskie, zaś początkiem nowego ładu winien być podbój Ukrainy. Bezwzględny, połączony z eksterminacją „nieposłusznego elementu”.

Kocopoły Dugina leżą dziś u podstaw ideologii państwowej rosji, choć on sam nie jest już tak blisko z putinem, jak jeszcze kilka lat temu. I tu widać pewną paralelę z losami Rosenberga, który – jak wielu innych nazistowskich dygnitarzy – z biegiem czasu stracił znaczną część sympatii Hitlera.

Rosenberg wojnę przeżył – w Norymberdze dostał czapę i w 1946 roku zawisł na stryczku. Dugin żyje, choć wczoraj ledwie uniknął śmierci. W zamachu, którego był celem (bądź za cel miał uchodzić), zginęła za to jego córka Daria. Znam zasadę, wedle której dzieci nie powinny odpowiadać za grzechy rodziców. Zasadniczo podzielam, choć chciałbym podkreślić, że zabita w pełni utożsamiała się z „ideami” ojca, czemu wielokrotnie dawała publicznie wyraz. Trudno szlochać nad śmiercią kogoś takiego, a pozostając przy historycznej analogii – czy tragiczne śmierci dzieci nazistów winny wywoływać u współczesnych – ofiar i potencjalnych ofiar hitlerowców – odruch współczucia? To rzecz jasna retoryczne pytanie.

Ale ja nie o tym. Śmierć córki Dugina stała się pretekstem do nawoływań o „twardą” rozprawę z Ukraińcami. Pełno tego w rosyjskim internecie, który z miejsca orzekł, że za zamachem stoją ukraińskie służby specjalne. Mam wrażenie, że o to właśnie chodziło…

Dugin z córką brali wczoraj udział w „patriotycznej” imprezie – festiwalu „Tradycja”. Jego organizatorem był Zachar Prilepin, nacjonalista, przy którym nasz Bąkiewicz to chłopiec w krótkich gaciach. Pisarz, dziennikarz, a zarazem weteran obu czeczeńskich wojen i „ochotnik” w Donbasie. Ukrainożerca, jak można wywnioskować z jego publicznych wypowiedzi.

Dugin był gościem honorowym, jego SUV stał zaparkowany na vipowskiej części parkingu. Z uwagi na charakter imprezy oraz specyfikę lokalizacji – mam na myśli podmoskiewskie rezydencje ludzi władzy (w pobliżu miejsca eksplozji mieszka na przykład Siergiej Szojgu) – teren roił się od wszelkiej maści tajniaków.

Do eksplozji toyoty doszło około godz. 21:30, kobieta zginęła na miejscu. Na co dzień luksusową terenówką (swoją drogą, ciekawe dlaczego nie ładą nivą…?) jeździł Dugin, ale tego wieczora w ostatniej chwili zmienił zdanie. Po namowie kolegów-organizatorów wsiadł z nimi do auta. Nie ma znaczenia, czy życie uratowano mu przypadkiem czy z rozmysłem. Faktem jest, że zamach – czy zginąłby w nim Dugin, córka, czy oboje – stwarza wrażenie zuchwałego ataku na symbol wielkoruskiego imperializmu. „Tak z nami pogrywać nie można!”, czytam w rusnecie. Takie opinie przeplatają się z oburzeniem („jak można zabijać kobiety!?”), co zwykle kończy się wezwaniem do bezpardonowej zemsty.

Przypomina to nastroje społeczne po wysadzeniu bloków mieszkalnych w Moskwie, co stało się pretekstem do rozpoczęcia drugiej wojny w Czeczenii. Jakość tej prowokacji była marna, od razu bowiem dało się dostrzec wyraźny ślad FSB, ale większość rosjan nie zwracała uwagi na takie szczegóły. Tak jak teraz nie zadaje pytań, jakim cudem, w takim miejscu, udałoby się Ukraińcom podłożyć bombę (niewydolność rosyjskiego państwa, zgniłego od korupcji, nie wyklucza takiej opcji, lecz z uwagi na ukraińską strategię „no unnecessary violence”/działania bez niepotrzebnej przemocy, uważam taki scenariusz za mało realny).

Napisać, że rosjanom nie idzie w Ukrainie, to jakby nic nie napisać. Niewykluczone, że Kreml tworzy właśnie preteksty dla nadzwyczajnej mobilizacji (społeczeństwa, gospodarki, armii), bez których „operacja specjalna” skazana będzie na porażkę. Ostatecznie nikt nie lubi terrorystów, zwłaszcza gdy sięgają po „niewinne ofiary”. Jest w tym nuta perwersji, mowa bowiem o narodzie, który bez większego sprzeciwu akceptował dotąd mordowanie cywilnych Ukraińców. No ale „Kali ukraść – dobrze, Kalemu ukraść – źle”. A i na Zachodzie, przesiąkniętym aż po usranie zbędnym humanitaryzmem, znajdą się użyteczni idioci, oburzeni „państwowym terroryzmem Ukrainy”.

Tyle dobrego, że wielkoruskie kanalie ze szczytów będą się teraz zastanawiać: „kiedy trafi na mnie?”. I nie ma znaczenia, czy źródłem tych lęków będą swoi („czy zechcą i mnie poświęcić?”), czy Ukraińcy.

—–

Nz. Aleksander Dugin na miejscu eksplozji.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Niewidzialna

„Bez mojej wiedzy i zgody nawet wróbel nie przeleci nad Berlinem” – chełpił się przed Hitlerem Herman Goering, dowódca Luftwaffe. Nazistowski marszałek wypowiedział te słowa na początku 1940 roku, przekonany, że nic nie zagrozi potędze niemieckiego lotnictwa. Nocą 25 sierpnia 1940 roku Brytyjczycy powiedzieli „sprawdzam” – wówczas na stolicę III Rzeszy po raz pierwszy spadły alianckie bomby. Tylko do końca 1940 roku Berlin był bombardowany jeszcze 27 razy…

Wspominam o tym na wieść o zapewnieniu, jakie złożył tydzień temu – po pierwszym ukraińskim ataku na Krym – minister Siergiej Szojgu. Otóż miał on powiedzieć rosyjskiemu prezydentowi, że to pierwszy i ostatni raz, kiedy Ukraińcom udało się pokonać obronę przeciwlotniczą półwyspu. Dziś rano, a później koło południa, ukraińskie siły zbrojne udowodniły, ile warte są słowa szefa rosyjskiego resortu obrony. Najpierw rakiety zniszczyły skład amunicyjny, a potem spadły na wojskowe lotnisko w samym środku Krymu, ponad 200 km od linii frontu. Uderzające podobieństwo do sytuacji sprzed 80 lat, czyż nie?

Jak wynika z danych ukraińskiego dowództwa, aktywne działania bojowe prowadzone są obecnie na froncie o długości 1300 km. I choć punktowo dochodzi do bardzo ciężkich starć, to nie na liniach styku wojsk ważą się losy wojny. Inicjatywa strategiczna chyba już na dobre przeszła w ręce Ukraińców, którzy przeprowadzają operację zasługującą na miano „niewidzialnej kontrofensywy”. Owa niewidzialność jest rzecz jasna umowna – fizyczne skutki są bowiem wyraźne i mają postać spektakularnych eksplozji. Rzecz w tym, że obrońcy uzyskują kolejne „punkty” (w wojennej rozgrywce), bez angażowania wielkich związków taktycznych w rozległe obszarowo, manewrowe działania.

Spójrzmy na bieżącą sytuację wojsk rosyjskich. Straciły one impet na północnym i środkowym odcinku frontu (w Donbasie) nie tylko za sprawą uporczywej ukraińskiej obrony, ale też na skutek decyzji własnego dowództwa, które przesunęło znaczną część sił na południe. Przesunęło, spodziewając się ukraińskich kontruderzeń. Ta rotacja jednak nie zmieniła in plus położenia Rosjan w obwodzie chersońskim i zaporoskim. Bo choć jest ich tam teraz więcej, ich możliwości operacyjne znacząco zmalały. Do tego stopnia, że zasadnym wydaje się twierdzenie, iż Ukraińcy zastawili na najeźdźców pułapkę. Mówienie o lądowej kontrofensywie na tym etapie konfliktu było „podpuchą”. Gdy nabrani rosyjscy generałowie pchnęli większą liczbę oddziałów w okolice Chersonia, precyzyjne ukraińskie ataki na mosty odcięły od reszty wojsk już nie tylko rosyjskie siły na zachodnim brzegu Dniepru. Uderzenia rakietowe na północy obwodów chersońskiego i zaporoskiego oraz przy granicy z Krymem sprawiają, że zgromadzone w tym obszarze oddziały zostały w istotnym zakresie pozbawione dróg zaopatrzenia. Mamy zatem do czynienia z sytuacją „kotła bez przykrywki” – Ukraińcy fizycznie nie otaczają Rosjan, stykają się z nimi tylko na północy i zachodzie chersońsko-zaporoskiego teatru działań wojennych, ale ich „długie ręce” – precyzyjne systemy rakietowe dalekiego zasięgu – mieszają najeźdźcom szyki od wielkiego rozlewiska Dniepru w okolicach Zaporoża, aż po brzeg Morza Azowskiego na wysokości Berdiańska.

Atakom na mosty towarzyszą uderzenia na składy amunicyjne – co obserwujemy już od wielu tygodni, a co ma na celu paraliż rosyjskiej artylerii, dającej najeźdźcom lokalne przewagi na froncie. Jednocześnie atakowane są lotniska oraz stanowiska obrony przeciwlotniczej/antyrakietowej wraz ze wspierającymi je zestawami radarowymi. Tym sposobem Ukraińcy zwiększają swobodę operacyjną własnej artylerii (eliminując ryzyko ataków z powietrza) oraz tworzą przestrzeń dla działań własnego lotnictwa – niebo bowiem „nie znosi próżni” i miejsce rosyjskich maszyn, wypalonych na lotniskach, zajmą samoloty obrońców. Niewykluczone, że ostatecznym celem jest stworzenie dogodnych uwarunkowań dla działań na lądzie, przy czym trudno tu ustalić ich zakres. Wyrzucenie Rosjan z zachodniego brzegu Dniepru i wyzwolenie Chersonia wydają się oczywistym priorytetem, ale – zdaje się – Ukraińcy mierzą dalej. Być może się mylę, lecz z ich działań wyłania się zamysł fizycznego odcięcia Krymu (przy jednoczesnej eliminacji półwyspu jako zaplecza logistycznego dla południowego frontu). Nie nastąpi to dziś czy jutro; proces „rozmiękczania” rosyjskich oddziałów zgromadzonych we wspomnianym „kotle” i kolejne ataki na krymskie bazy potrwają zapewne kilka tygodni. Niemniej dobry prognostyk już jest – Rosjanie wycofali swoje regionalne dowództwo z Chersonia dalej na wschód (prawdopodobnie do Melitopola). Nie znaczy to, że stracili zainteresowanie miastem, ale wysłali jasny sygnał, że nie czują się w nim bezpieczni.

Tak, jak rosyjscy turyści nie czują się bezpieczni na Krymie. Tydzień temu Kreml mógł jeszcze kłamać, że zniszczone lotnisko to efekt zaprószenia ognia, dziś nawet ogłupieni propagandą Rosjanie mają już jasność, że wojna przeniosła się na półwysep. Co teoretycznie winno skłonić Moskwę do… użycia broni jądrowej, bo przecież „Krym to Rosja” wedle prawa Federacji. Do tego, że to mało prawdopodobny scenariusz reakcji postaram się Was przekonać w kolejnym wpisie.

—–

Nz. Zaatakowana dziś koło południa rosyjska baza lotnicza pod Symferopolem (zdjęcie sprzed uderzenia)/fot. Maxar Technologies

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Stan

„Rosja to stan umysłu” – głosi popularne hasło. Pojawiło się ono w obiegu jeszcze w czasach przedsowieckich, ale sławę przyniósł mu Internet. Kilkanaście lat temu w sieci zaczęły pojawiać się filmiki i serie zdjęć, ilustrujące codzienność głównie rosyjskiej prowincji. Jej absurdy, degenerację i degradację. Zapijaczony świat pełnej przemocy materialnej rozpierduchy. Śmialiśmy się z tego, wciąż śmiejemy, choć w gruncie rzeczy nie raz jest to śmiech przez łzy. Śmiech maskujący przerażenie, w najlepszym razie zdumienie. „To ludzie tak mogą?”, kręcimy głowami. Pamiętam sytuację sprzed lat, gdy w pracy obejrzałem jeden z pierwszych filmików z serii „Rosja to stan umysłu”. Naprawdę – mogą to potwierdzić moje współpracownice – spadłem wówczas z krzesła (i mało się nie posikałem). Opisuję to bez cienia dumy, bo w gruncie rzeczy chodzi o coś wstydliwego – prostackie poczucie humoru, jakąś odmianę klasizmu i nacjonalizmu. Bo przecież stało za tym, nadal stoi, przekonanie, że u nas „takie rzeczy”, w takim nasileniu i nagromadzeniu, nie są możliwe. Gwoli usprawiedliwienia dodam, że był też we mnie element duszęszczypatielny. Rodzaj nostalgii za szaloną odmianą słowiańszczyzny.

Z tego ostatniego nic już dzisiaj nie zostało, za to wciąż przybywa mi argumentów za Rosją jako stanem odmiennej umysłowości. Żyję w kraju, którego rządzący mocno odkleili się od rzeczywistości i w przekazie propagandowym tworzą alternatywny świat – tak głupi, że czasem aż zęby zgrzytają. Ale to przedszkole absurdu w porównaniu z tym, co własnym obywatelom (i nie tylko) funduje rosyjska propaganda. „K…a, jakim trzeba być debilem, żeby to kupować?”, łapię się często na takiej refleksji. Chciałbym wierzyć, że wielu Rosjan zachowuje zdrowy rozsądek i z dystansem podchodzi do kolejnych sensacji propagandystów. Tak, jak większość Polaków do doniesień TVP. Czas spędzony w rosyjskojęzycznym uniwersum pozbywa mnie złudzeń. Bo chyba istotna większość „ruskich” wierzy w te brednie o konieczności denazyfikacji, o ukraińskim ludobójstwie w Donbasie, o sprowokowanej przez Zachód wojnie. Czy wreszcie o istnieniu amerykańskich biolaboratoriów na terenie Ukrainy. Placówek, których celem jest produkcja broni wymierzonej w Rosję i Rosjan, genetycznych rozwiązań, które miałby doprowadzić do upadku Federacji. To jedna z najpopularniejszych fałszywych narracji, którymi posługuje się Kreml, by uzasadnić agresję na Ukrainę.

Ostatnia odsłona tej opowieści? Rzekome eksperymenty na ukraińskich żołnierzach, w wyniku których zamieniają się oni w potwory. O czym pisze „Kommiersant”, powołując się na raport komisji Dumy „badającej działalność amerykańskich laboratoriów biologicznych na Ukrainie”. Zdaniem Konstantina Kosaczowa, przewodniczącego Rady Federacji, analiza próbek krwi wziętych do niewoli ukraińskich żołnierzy potwierdza, że „w przypadku szeregu chorób, w tym nietypowych dla terytorium Ukrainy, zawartość odpowiednich substancji przekracza dopuszczalne normy wielokrotnie”. W ocenie Kosaczowa, wojskowych poddawano eksperymentom z wyjątkowo groźnymi chorobami, by następnie „rozprzestrzenić je w celach militarnych”. Krok dalej poszła Irina Jarowaja. „W co piątej przebadanej próbce krwi jeńców ukraińskich znaleziono gorączkę zachodniego Nilu”, twierdzi wiceprzewodnicząca Dumy Państwowej. Według niej, w Ukrainie – oczywiście pod kontrolą USA – wdrożono „system kontroli i tworzenia najbardziej brutalnej maszyny do zabijania”. Potwierdza to dodatkowo podawany żołnierzom doping „w celu zneutralizowania ostatnich śladów ludzkiej świadomości i przekształcenia ich w najbardziej okrutne i śmiercionośne potwory”. Grubo, prawda?

Gwoli rzetelności dodać należy, że na terenie Ukrainy działa kilka laboratoriów, które zajmują się przeciwdziałaniem zagrożeniu wybuchem najgroźniejszych chorób zakaźnych. Ufundował je w latach 90. rząd Stanów Zjednoczonych, gdy wraz z upadkiem Związku Sowieckiego kompletnej dezorganizacji uległy instytucje zajmujące się m.in. nadzorem epidemiologicznym – co objęło także obszar byłej Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Od dawna jednak wszystkie te laboratoria są obsługiwane wyłącznie przez ukraińskie podmioty, a ich istnienie – wbrew spiskowym teoriom – nigdy nie było tajemnicą.

Tajemnicą, tyle że poliszynela, są z kolei rosyjskie problemy z rekrutacją. Według najnowszych danych brytyjskiego wywiadu, do połowy lipca poległo lub zostało rannych 50 tysięcy rosyjskich żołnierzy. Ukraińskie służby oceniają, że straty bezpowrotne oraz czasowe wyłączenia (lżejsze rany, kontuzje, choroby, „frontowe przemęczenie”) obejmują już 65 proc. personelu z pierwotnej liczby (ok. 170 tysięcy) żołnierzy zaangażowanych do inwazji na Ukrainę. Mimo ogłoszonej przez ministra Szojgu kolejnej ofensywy, tempo i intensywność rosyjskich działań na wschodzie kraju pozostają niskie. O ile w drugiej fazie konfliktu (pierwsza obejmuje zwycięską dla Moskwy kampanię na południu i katastrofalną porażkę na północy), nazywanej przez media „bitwą o Donbas”, Rosjanie z ogromnym trudem, ale brnęli do przodu, o tyle teraz front się ustabilizował. Trudno obecnie powiedzieć, czy ta trzecia faza wojny zostanie zdominowana przez „drugą bitwę o Donbas”, czy może oś ciężkości przesunie się na południe. Wiele tu zależy od inicjatywy Ukraińców oraz od tempa, w jakim Rosjanie uzupełnią straty.

Tym sprzętowym poświęcę odrębny wpis, skupmy się zatem na kwestii stanów osobowych. W Rosji trwa obecnie ogromna kampania medialna, której celem jest pozyskanie ochotników do służby w Ukrainie. MON oferuje ogromne jak na rosyjskie standardy pieniądze – pensje w wysokości kilkunastu tysięcy złotych. Mimo to chętni nie walą drzwiami i oknami, a Moskwa zmuszona jest sięgać po, hmm, niestandardowe rozwiązania. Na przykład proponując więźniom skracanie wyroków w zamian za kontraktową służbę. Na celowniku są też niesolidni kredytobiorcy, alimenciarze i generalnie osoby w trudnej sytuacji życiowej. Gros aktywności rekrutacyjnej skierowana jest na biedą prowincję zamieszkałą przez mniejszości etniczne. Putin nadal obawia się ogłoszenia powszechnej mobilizacji, co teoretycznie dałoby armii szeroki dostęp do mniej problematycznego rekruta (w Rosji jest aż 47 mln mężczyzn w wieku mobilizacyjnym; więcej, niż wynosi populacja całej Ukrainy).

Choć w mediach i na ulicach prowadzona jest równolegle zakrojona na szeroką skalę kampania społeczna, odwołująca się do wartości patriotycznych i propaństwowych, istotą rekrutacji pozostają zachęty finansowe. Mamy tu zatem do czynienia z ogromną porażką putinowskiego reżimu, który w warstwie retorycznej tak często odwołuje się do idei nacjonalistycznych, a w praktyce mierzy się ze społeczną obojętnością na górnolotne hasła i odezwy. Potencjalny rosyjski rekrut deklaratywnie wspiera politykę państwa, lecz ani myśli nadstawiać za nią własnej głowy. Ideologiczna pustka nie jest tylko problemem współczesnej Rosji – mierzył się z nią także Związek Sowiecki. Tyle że Putin pragnął tę pustkę wypełnić nacjonalistyczno-religijno-imperialnym żarem – i wiele wskazywało na to, że mu się udało. Dziś widzimy, że ów żar gaśnie w obliczu ukraińskiej determinacji, której efektem jest frontowe piekło.

„Nie chcecie ginąć za Rosję, to może gińcie za ruble”, reaguje kremlowska propaganda. I wypuszcza kuriozalny z naszej perspektyw reportaż, poświęcony rodzicom Alieksieja Małowa, zabitego w Ukrainie żołnierza z jednej ze wsi obwodu saratowskiego. 31-letni Małow zginął na początku inwazji. Pośmiertnie otrzymał medal za odwagę, a jego rodzice „pogrzebowe” – zasiłek wypłacany rodzinom poległych wojskowych (tych oficjalnie poległych, których ciała sprowadzono do Rosji, gdzie odbyły się publiczne pogrzeby; to sytuacja, która dotyczy znaczącej mniejszości zabitych Rosjan). W materiale telewizji Rossiji 1 rodzice z dumą opowiadają o synu i otrzymanych pieniądzach, które wydali na nowiutką Ładę. Białą, bo o takiej właśnie marzył Alieksiej – słyszymy z ust jego ojca. „W pierwszą podróż nowym samochodem rodzicie pojechali na cmentarz”, informuje nas narrator. Przesłanie reportażu jest jednoznaczne – nie ma syna, ale jest samochód. I reszta pokaźnego odszkodowania (w przeliczeniu sięga ono nawet miliona złotych). To mało subtelny przekaz do rodziców pt.: „udział waszego syna w wojnie się opłaci”. Skuteczny? Rosyjskie media coraz częściej informują o przypadkach donosów na synów, którzy „uchylają się od służby wojskowej w ważne dla kraju dni”.

Bo Rosja to stan umysłu…

—–

Nz. Szkolenie ukraińskich artylerzystów – jak nic mutantów…/fot. Sztab Generalny Ukraińskich Sił Zbrojnych

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to