Dlaczego…

Mamy piątek wieczór, więc będzie nieco lżej (ale nie do końca…). Poniżej otwierający powieść fragment „Międzyrzecza. Ceny przetrwania”. Wydałem tę książkę w 2019 roku i do głowy mi wówczas nie przyszło, jak bardzo antycypuję przyszłość. Z tą różnicą, że u mnie wojna toczy się między rosją a Polską, nie Ukrainą. Ale ów wymyślony konflikt z dużym podobieństwem przebiega tak, jak rzeczywiste rosyjsko-ukraińskie zmagania. Polecam lekturę wpisu, z nadzieją, że skłoni Was do sięgnięcia po całą powieść.

—–

Przesmyk suwalski, 25 lipca, niedziela

– Było super, jest doskonale… – wycedził pełnym sarkazmu tonem Piotr Kucharski, przyglądając się swojej twarzy na ekranie wyłączonego smartfonu. Prowizoryczne lusterko nie dawało wyraźnego obrazu, ale to, co dostrzegł, wystarczyło, by uznać, że jego wizerunek – przystojnego mężczyzny – właśnie znacząco ucierpiał. Górna szczęka bolała go jak diabli, w ustach czuł metaliczny smak krwi. Stracił obie jedynki, prawa dwójka, dotknięta językiem, ruszała się niczym rachityczne drzewo na wietrze. Pchnął ją mocniej i syknął z bólu – ząb, w towarzystwie „sąsiada”, opadł na dolną wargę. Kucharski splunął, zostawiając na piasku krwawy ślad. Wzdrygnął się na widok resztek własnego uzębienia. W porównaniu z ranami, jakie widział kilkadziesiąt minut wcześniej, zdekompletowanie szczęki było symbolicznym uszczerbkiem. A mimo to dał się ponieść poczuciu wielkiej straty… Przez moment walczył z pokusą, by zebrać zęby i schować je do kieszeni. Gdy był dzieckiem, matka kolekcjonowała jego mleczaki. „Na pamiątkę” – mówiła. Pewnie przetrwały gdzieś na strychu w rodzinnym domu, w tej graciarni bez ładu i składu. Piotr mimowolnie się uśmiechnął. Zaraz jednak spoważniał. „Nie chcę ich” – uznał. Pomysł zabrania zębów wydał mu się ostatecznie makabryczny. No i gdzieś z tyłu głowy świtało mu, że zęby przynoszą pecha. W swoim poprzednim życiu nie był szczególnie przesądny, ale odkąd trafił na Przesmyk, a świat stał się niebezpiecznym miejscem, racjonalizm zaczął u niego przegrywać z myśleniem magicznym.

Spojrzał przed siebie. Tamten nadal był nieprzytomny. Gdy Piotr dostrzegł go po raz pierwszy – po tym, jak sam odzyskał świadomość – zaczął panicznie szukać swojego Beryla. Broń najwyraźniej przepadła, choć Kucharski dobrze pamiętał, że trzymał ją w rękach, gdy nastąpił ostatni zarejestrowany przez niego wybuch. Na szczęście wciąż miał VIS-a – dotknięcie rękojeści pistoletu przywróciło mu spokój.

Tamten zaczął się budzić. Piotr przyjrzał się jego twarzy. „Chłopiec, nie więcej niż dwadzieścia dwa lata” – ocenił. Tak jak Kucharski, i on zgubił gdzieś swój hełm, odsłaniając ogoloną na zero głowę. „Nic się u was w tej kwestii nie zmieniło” – w refleksji Piotra mnóstwo było poczucia wyższości. „Jak cięli, tak tną – do gołej skóry, jak barany”.

Młodzik sięgnął dłonią do pasa. Nic tam nie znalazł; Kucharski już wcześniej upewnił się, że tak właśnie będzie. Gwałtowny ruch sprawił za to, że skrzywił twarz w bólu. Piotr dobrze wiedział, skąd ów grymas. Przeniósł wzrok na nogi chłopaka – obie miały poważne, otwarte złamania. Pokaźne fragmenty kości przebiły się nie tylko przez mięśnie i skórę – rozdarły też solidny materiał, z którego wykonano mundurowe spodnie. Okrwawione kikuty wyglądały paskudnie i złowieszczo.

– Cierpisz, skurwysynu. – W słowach Piotra nie było ani krzty współczucia.

Tamten obdarzył go spojrzeniem, w którym nienawiść mieszała się z ciekawością. „Wcale się mnie nie boi…” – to stwierdzenie rozzłościło Kucharskiego. Miał ochotę się podnieść i obdarzyć chłopaka solidnym kopniakiem w głowę. Lecz wtedy dał o sobie znać ból twarzy. Piotr jęknął i oparł głowę o ścianę dołu.

Przez chwilę pozostał w tej pozycji, zaciskając załzawione oczy.

– Gdzie jesteśmy? – tamten pytał w swoim języku, lecz Kucharski doskonale go rozumiał. Spojrzał na niego, a potem rozejrzał się. Siedzieli w jakimś dole, głębokim na półtora metra. Najpewniej był to lej, o czym świadczył stożkowy kształt wgłębienia. Pokaźnej wielkości, pewnie po lotniczej bombie, ale równie spory wyłom w ziemi mógł spowodować wielkokalibrowy pocisk artyleryjski. A przecież jedne i drugie rozorały pozycje, które jeszcze jakiś czas temu obsadzali koledzy Piotra. „Jakim cudem znalazłem się tu, z tym gościem?” – Kucharski nie miał pojęcia. „Gdzie dokładnie jest ten pierdolony dół?” – na to pytanie także nie był w stanie odpowiedzieć.

Wzniósł ramiona ku górze.

– Gdzieś – odparł, siląc się na nonszalancję.

– Nieważne gdzie, za chwilę będą tu moi towarzysze. – Łysy, jak nazwał go w myślach Piotr, położył dłonie na dnie leju. Następnie odepchnął się tak, by wygodniej oprzeć plecy o ścianę dołu. Ten ruch sprawił mu sporo bólu, co Kucharski odnotował z satysfakcją. – Daj zapalić. – Chłopak nie patrzył już na Piotra prowokująco. Skinął za to brodą na plecak, który leżał u stóp Kucharskiego. Piotr zdołał go już wcześniej przeszukać, wiedział, że jest w nim kilka paczek lucky strike’ów. Wyjął jedną, przez chwilę zastanawiając się, czy ma do czynienia z oryginalnym wyrobem. Dobrze by to świadczyło o możliwościach aprowizacyjnych armii, w której służył Łysy. Szybko uznał, że to mało prawdopodobne. Kraj, z którego pochodził młodzik – choć na poziomie propagandy gardził Zachodem – bardzo sobie cenił amerykańskie i europejskie dobra konsumpcyjne. Na oryginały jednak pozwolić sobie mogli tylko nieliczni krajanie Łysego, większości musiały wystarczyć podróbki. Czy tak było i w tym przypadku, Kucharski nie zamierzał się przekonywać. Nie palił.

Rzucił paczkę prosto w ręce mężczyzny naprzeciwko. Ten wyjął papierosa, zapalił i zaciągnął się z wyraźną przyjemnością.

– Napijemy się? – zaproponował, znów wskazując na plecak.

Piotr zaśmiał się cicho. Kilkanaście lat temu wojsko, w którym teraz służył jego wróg, poszło w kierunku głębokiej westernizacji. Obszarów nią objętych było sporo, podstawą zmiany zaś przekonanie, że odtąd liczy się każdy człowiek. Zaczęto więc dbać o wyposażenie indywidualne, co przyniosło poważną jakościową zmianę. Żołnierz, który siedział przed Kucharskim – gdyby nie specyficzny wzór kamuflażu – mógłby uchodzić za wojskowego z sojuszniczej armii. Do czasu, kiedy wyjąłby przydziałową butelkę wódki.

Wojenną rację alkoholową Piotr namierzył już wcześniej. Ba, nawet z niej skorzystał, płucząc wysokoprocentową cieczą poranione dziąsła. Teraz zrobił to samo, oddając Łysemu butelkę ze śladem świeżej krwi na szyjce. Celowo.

Młodszy z mężczyzn uśmiechnął się na ten widok. A potem posłał Kucharskiemu wyzywające spojrzenie. Nie wyczyścił szkła – po prostu odkręcił korek i nie zważając na zabrudzenie, wziął kilka głębszych łyków.

– Braterstwo krwi – powiedział i wytarł ręką usta.

Piotr zły, że nie udało mu się pognębić wroga, splunął na ziemię.

I wtedy w okolicy coś wybuchło. Kucharski skulił się na moment, oczekując kolejnej eksplozji – ta jednak nie nastąpiła. Wstał więc, mocno pochylony, wyjął pistolet i przeładował. Na moment wycelował broń w Łysego, palcem nakazując mu milczeć. A potem ostrożnie wysunął głowę ponad krawędź dołu.

Kolejna eksplozja była silniejsza, lecz nie wywołała w Piotrze niepokoju. Zdołał bowiem dostrzec saperów przeciwnika, zajętych wysadzaniem zdobycznego sprzętu. Syknął, widząc rozerwany wrak Rosomaka, którego dowódca był jego dobrym kumplem. Kucharski miał nadzieję, że „Banda Wiedźmina” przeżyła, że wóz z charakterystycznym napisem na burcie dostał się w ręce wroga bez załogi.

Kolejny wybuch, kolejny Rosomak rozpruty.

Piotr przełknął głośno ślinę. „Następne dwadzieścia pięć baniek poszło się jebać” – stwierdził ze smutkiem. Zsunął się na dno dołu.

– Musisz się poddać. – Łysy dalej znieczulał się alkoholem.

Kucharski pokręcił głową, choć nie był przekonany, że to właściwa reakcja. Bo czy dalszy opór miał sens? Sam zabił co najmniej trzech nieprzyjaciół i gdyby każdy z żołnierzy Wojska Polskiego postąpił tak samo, agresor miałby nie lada kłopot. Z drugiej strony, w boju, który niedawno się zakończył – gdy Polacy utracili już element zaskoczenia – wróg zrobił im jesień średniowiecza. Dosłownie przekopał ich stanowiska gradem stali, a przez las – który dawał schronienie Piotrowi i jego kolegom – przepchnął falę ognia, wskutek czego zginęły prawdopodobnie setki ludzi. Kucharski widział marne resztki pięknego drzewostanu, nim wrócił na dół leju.

„Czy walka z wami ma sens?” – obdarzył Łysego badawczym spojrzeniem.

Usłyszał dźwięk ciężkiego sprzętu i znów wystawił głowę. W oddali dostrzegł dwa potężne buldożery, toczące się drogą, przy której ustawiono zasadzkę. Maszyny spychały na pobocze rozbite transportery, jedna na lewą, druga na prawą stronę krajowej dwupasmówki. Tuż za nimi jechała wielka laweta. Piotr nie musiał się zastanawiać, w jakim celu. Nieprzyjaciel stracił sporo ciężkiego sprzętu, wiele ciężarówek wypełnionych wojskiem, lecz zapewne najdotkliwiej odczuł utratę supernowoczesnego czołgu. Ten przecież – wedle zapewnień propagandy – miał być niezniszczalny, a dopadł go liczący sobie kilkanaście lat pocisk z wyrzutni Spike. Wszedł od góry w wieżę i rozszarpał ją od wewnątrz – z łatwością, z jaką czynił to z czołgami starszych generacji. „Dobry żydowski szit” – Kucharski poczuł, jak ogarnia go entuzjazm.

Wiedział już, że nie należy się poddawać.

Tamtych przy drodze przybywało, Piotr założył, że za chwilę zaczną głębiej przeczesywać teren pobojowiska. Zresztą już to chyba robili, z drugiej strony trasy. Kucharski domniemywał, że tak jest – widok przesłaniał mu rozbity sprzęt. Słyszał jednak pojedyncze strzały i krótkie serie, które nie wywoływały gwałtownych reakcji żołnierzy pracujących na drodze. Pociemniało mu w oczach, uświadomił sobie, co one oznaczają. Obrócił się i wymierzył VIS-a w Łysego.

– Ale dlaczego? – spytał tamten. W jego oczach wreszcie pojawił się strach. Piotr dawno nie doświadczył tak potężnego zastrzyku satysfakcji. Zawahał się, sądząc, że ten widok mu wystarczy. Lecz zaraz znów spojrzał na nogi młodszego mężczyzny. „Wyjdziesz z tego, skurwysynu” – orzekł w duchu. „Wyjdziesz i wrócisz, a ja na to pozwolić nie mogę” – dodał. Pociągnął za spust i celnym strzałem rozłupał głowę chłopaka.

– Dlaczego? Boście tu przyszli, śmierdzące ruskie onuce – wycedził w stronę trupa. Przeskoczył do następnego dołu, potem kolejnego i jeszcze jednego. Wreszcie zaskoczony, że nie zwraca na siebie uwagi, ruszył pędem, szukając drogi między niezliczoną ilością dołów. Biegł tak przez wiele minut, na zachód. Do swoich.

—–

Szanowni, jeśli chcecie mnie wesprzeć w pisaniu kolejnych książek – będę szczerze zobowiązany. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

– wystarczy kliknąć TUTAJ –

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Posłowie

W czasie świąt, i już po nich, dostałem sporo zdjęć, jak to zamieszczone poniżej. „Międzyrzecze” okazało się popularnym prezentem pod choinkę. Super!

Ale ja nie o tym.

Botoksowy car usiłuje sprowokować nas do słownej bitki, redefiniując sens historycznych wydarzeń związanych z wybuchem II wojny światowej. Putin pragnie zszargać opinię Polski i Polaków, co jest jednym z wielu kroków mających doprowadzić do stopniowej izolacji Rzeczpospolitej na arenie międzynarodowej. Od (nie)mądrości polskich władz zależy, czy i na jakich warunkach damy się wciągnąć w tę awanturę.

Jej ostateczny cel, patrząc z perspektywy Moskwy, jest jasny – powrót Polski do rosyjskiej strefy wpływów.

Oczywiście, aby tego uniknąć, trzeba nam czegoś więcej niż sprawnej polityki zagranicznej. Istotne są też kwestie obronności. Piszę o tym w „Posłowiu” do „Międzyrzecza” – czas ujawnić jego obszerny fragment.

Ps. Skróty wynikają z konieczności zachowania w tajemnicy istotnych elementów fabuły.

*         *          *

„My, Polacy, słusznie zarzucamy sobie tkwienie w złudnych nadziejach, w przekonaniu, że „jakoś to będzie”. A zarazem trawi nas czarnowidztwo, sprowadzające się do stwierdzenia, że „nie warto nic robić, bo i tak się nie uda”. Targamy się w tej sprzeczności, umacniając ją fantazmatami, tkanymi z wyobrażeń o własnej wyjątkowości, oraz nieprzemyślanymi działaniami, które stwarzają pozory dbania o narodowy interes.

I tylko czasem coś nam wychodzi, samo z siebie, przypadkiem.

Stawiamy na nieistotne geopolitycznie Węgry, odwołując się do wydumanej przyjaźni. Redukujemy sojusze do współpracy ze Stanami Zjednoczonymi, ignorując emocjonalną niestabilność przywódcy tego kraju. Zbroimy się „po łebkach”, tworząc w armii wyspy nowoczesności, tak od siebie oddalone, że nie sposób sensownie wykorzystać ich potencjału. Oddajemy wojsko w ręce człowieka, który funduje mu koszmarne czystki.

W tym samym czasie, na paradach i w posłusznych władzy mediach, tworzymy złudzenie silnych, zwartych i gotowych, pielęgnując przy tym mit wspaniałej husarii, sarmackiej przeszłości, państwowej potęgi, która zawojowała przed wiekami znaczną część Europy.

I jednocześnie machamy ręką, gdy pytają nas o zachodnie gwarancje bezpieczeństwa. „Będzie, jak było” – mówimy, z masochistyczną lubością wypowiadając frazę, że „oni znów nas zdradzą”. Choć w głębi ducha wierzymy, że jednak nie, bo przecież NATO i Unia Europejska – do których niegdyś przystąpiliśmy – to najsilniejszy militarny sojusz i najmocniejsza gospodarcza wspólnota na świecie.

W tej kompulsywnej autoszarpaninie walimy na odlew we własnych żołnierzy, traktując ich jak darmozjadów, „chłopców napalonych na duże zabawki”. Nieprzydatne zabawki – twierdzimy – bo przecież nie zapewnią nam bezpieczeństwa. Bo największy wróg i tak „nakryje nas czapkami” – tyle ma ludzi i sprzętu. Lepiej więc przeznaczmy publiczne pieniądze na coś bardziej sensownego – na przykład na pięćset plus.

A na Kremlu zacierają ręce…

Nie, nie wierzę, by w najbliższej przyszłości Rosja napadła na Polskę. Lecz przez lata tkwiąc jedną nogą w świecie wojskowych, przyjąłem po części ich punkt widzenia. Jest więc dla mnie jasne, że armia musi sposobić się na rozmaite zagrożenia, także te najgorsze. Rosyjskie, choć relatywnie nieduże, jest jednym z nich.

I trzeba to robić z głową, w oparciu o racjonalne przesłanki – od razu zakładając, że da się zwyciężyć.

„Nadzieja jest w zwycięstwie” – brzmi motto serii Warbook. Nie wspominam o nim przypadkiem, uważam bowiem, że idealnie oddaje istotę rzeczy. Z Rosją można zwyciężyć, można mieć nadzieję na taki sukces. Oczywiście, szyty na miarę – nie chodzi mi o bombastyczne wizje polskiej flagi powiewającej nad Kremlem. „To se ne vrati” – jak mawiają nasi południowi sąsiedzi. Nasze zwycięstwo z Rosją to kraj ocalony przed okupacją. Tylko i aż tyle.

Nie wszystko rzecz jasna da się przewidzieć i nie każde zagrożenie jesteśmy w stanie zniwelować. Federacja to mocarstwo atomowe – o tym zawsze trzeba pamiętać. Stąd nadzieja, nie pewność.

Ta nadzieja winna się zasadzać na mocnych podstawach – najważniejszą z nich jest relatywna siła armii. Nasze wojsko musi być zdolne zadać Rosjanom takie straty, których wizja uczyni wojnę nieopłacalną.

Czy współczesne Wojsko Polskie ma taką moc? Już nie – i winą za to należy obciążyć polityków. Nie tylko tych, którzy rządzą nami w ostatnich latach.

Dziś, bez książkowej „Polisy”, nie dalibyśmy rady. Lecz scenariusz, w którym nie musielibyśmy sięgać po tak drastyczne środki, jest na wyciągnięcie ręki. Polska dysponuje potencjałem ekonomicznym, gospodarczym i intelektualnym na tyle dużym, by w nieodległej przyszłości zapewnić sobie poczucie bezpieczeństwa. (…). Trzeba nam tylko mądrych polityków. I dowódców, którzy nie będą nosić parasoli nad urzędnikami z politycznego nadania, a asertywnie wyartykułują potrzeby armii. I dopilnują ich realizacji.

Czas płynie i nie działa na naszą korzyść. (…)”.

romek

—–
Nz. głównym, ilustracyjnym, zniszczony ukraiński czołg. Okolice wioski Piski, wiosna 2015/fot. własne
Zdjęcie nr 2 – „Międzyrzecze” jako choinkowy prezent/fot. Roman Szaga

Postaw mi kawę na buycoffee.to