(De)motywacja

„Pierdolę, nie po to szedłem do wojska!”, Jarek był wyraźnie wzburzony i zirytowany. Kilkanaście minut wcześniej nasz patrol ostrzelali iraccy rebelianci. Nic złego się nie stało, ale serie z kałaszy co poniektórym napędziły stracha. Podoficer, którego wspominam, był jednym z nich. Wówczas po trzydziestce, wojsko traktował jako stabilne miejsce pracy. Nie do końca dające satysfakcję materialną, bo Jarek po służbie dorabiał u szwagra. „Wypracuję emeryturę i na serio zajmę się stolarką”, mówił. Wyjazd do Iraku burzył jego rutynę, ale dawał też szansę na większe pieniądze w stosunkowo krótkim czasie. Problem w tym, że „tamci” strzelali…

Działo się to w 2005 roku, bohater opowieści ostatecznie wytrwał do końca zmiany. Odszedł z wojska, gdy tylko nabył podstawowe świadczenia. Widzieliśmy się kilka lat temu – dawny wojskowy rzeczywiście „robił w drewnie”. Za armią nie tęsknił, choć dało się wyczuć, że przesadnie heroizuje swój misyjny epizod. Lubiłem go; miał mnóstwo sympatycznych cech, ale zarazem rozczarowywał mnie jego stosunek do munduru. Nie było w nim etosu, nie było nawet zgody na „turbo-męską przygodę” i związane z nią ryzyko. Armia była pracą „od-do” – wystarczyło odbębnić poligony, a potem „mieć wyjebane”. Przez pięćdziesiąt lat po wojnie tak to właśnie wyglądało – w efekcie w „zardzewiałym wojsku” roiło się od „Jarków”. Facetów, którzy zakładali mundur z wygody, z przypadku, dla społecznego awansu, mieszkania, lepszej opieki medycznej; z wielu różnych powodów, pośród których często nie było gotowości, by pójść na wojnę.

Zdziwionych, gdy okazało się, że do nich strzelają. No bo przecież „nie po to szli do wojska”.

Misje w Iraku i Afganistanie – przez które przewinęło się ponad 50 tys. żołnierzy WP – zakończyły erę powojennego wygodnictwa, w jakim żył personel sił zbrojnych. Odtąd jasne stało się, że wybór armii jako drogi życiowej tożsamy jest z ryzykiem trafienia na wojnę. Lecz ile by o tym mówić i pisać, do koszar nadal trafiają przypadkowi ludzie, dobór negatywy wciąż ma się dobrze. Tym bowiem należy tłumaczyć relacje, wedle których służba na granicy to jakieś wielkie poświęcenie. Bo daleko od domu, bo długo, bo liche zakwaterowanie, bo micha nie zawsze na czas. Mój boże, co ci biedni chłopcy (i dziewczęta) zrobiliby na prawdziwej wojnie?

—–

Dlaczego o tym piszę? Ano staram się zracjonalizować postawę szefa sztabu generalnego WP, gen. Wiesława Kukuły – jego głośną opinię sprzed kilku dni. Rzekł mianowicie pierwszy oficer RP: „Wszystko wskazuje na to, że jesteśmy tym pokoleniem, które stanie z bronią w ręku w obronie naszego państwa. I nie zamierzam, ani ja ani nikt z was, przegrać tej wojny. Wygramy ją”.

Innymi słowy, wojna jest tuż-tuż, zaś z kontekstu całej wypowiedzi jasno wynika, że agresorem będzie rosja.

Generalska zapowiedź wpisuje się w cały szereg pesymistycznych prognoz, wieszczących nieuchronność konfrontacji rosja-NATO czy „tylko” rosja-Polska. Celują w nich wszelkiej maści publicyści, nie brakuje polityków, także tych czołowych, oraz emerytowanych wojskowych. Ci w służbie czynnej – co dotyczy Polski i innych krajów Sojuszu – zwykle pozostają bardziej powściągliwi. Owszem, ostrzegają przed możliwymi zakusami Moskwy, ale nie stwarzają wrażenia, że sprawy są już przesądzone.

W tym kontekście gen. Kukuła mocno wychodzi przed szereg. Dlaczego?

Cytowane słowa skierowane były do młodych podchorążych i padły podczas rozpoczęcia roku akademickiego w Akademii Wojsk Lądowych. Mowa zatem o specyficznym audytorium, wobec którego przemawiający może sobie pozwolić na więcej. Rozpoczynający służbę żołnierz musi (ma prawo) wiedzieć, że czekają go „pot i łzy”, a w razie potrzeby także „krew”. To niby oczywiste, ale – no właśnie, patrz wyżej na pierwszą część tekstu… Lepiej postawić sprawę jasno, nie tworzyć złudzeń, którymi wojsko karmiło się przez kilka dekad. I nie ma lepszej osoby, która mogłaby to zakomunikować „młodym” niż najwyższy rangą oficer. Realia są takie, że armia szykuje się do wojny z rosją – idzie to jak idzie, ale samej intencji nie sposób zaprzeczyć. Nie będzie miało znaczenia, ile sprzętu kupimy, jeśli jego użytkownicy nie dopuszczą myśli, że przyjdzie im użyć tych wszystkich czołgów, haubic i wyrzutni „na bojowo”. W budowaniu takiej świadomości przesada nie jest „grzechem”. W robieniu odsiewu pośród przyszłej kadry (gdy jest jeszcze czas zmienić życiowe wybory) – również. Byłoby idealnie, gdyby w armii służyli tylko ci, którzy w razie potrzeby gotowi są pójść bić ruskich (czy kogokolwiek innego, kto będzie do nich strzelał). To oczywiście nieosiągalny stan rzeczy, ale warto w jego kierunku zmierzać.

—–

Problem w tym, że słowa generała miały szerszy wydźwięk. Ba, wręcz skierowane były poza wspomniane audytorium. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że sztab generalny WP udostępnił wypowiedź Wiesława Kukuły w mediach społecznościowych? Po co?

Rozbudowa sił zbrojnych nie idzie najlepiej. Pomijając skutki wieloletnich zaniedbań oraz bałagan pozostawiony przez poprzednią ekipę (choćby te nieszczęsne „umowy ramowe”, które niczego nie wnosiły, a które teraz trzeba urealniać), podstawowym problemem pozostaje odzew młodzieży. A ta nie dość, że nie garnie się do służby zawodowej, to jeszcze reaguje alergicznie na pomysły obowiązkowych szkoleń. Tymczasem bez przywrócenia powszechnej zasadniczej służby wojskowej nie zbudujemy rezerw, które pozwoliłyby nam przetrwać w razie poważnej wojny; przykład ukraiński obnaża to po całości. Co w tej sytuacji zrobić? Ano można straszyć, mobilizować strachem, co staje się coraz wyraźniejszym elementem polityki informacyjnej wielu instytucji państwa. Gen. Kukuła i jego wypowiedź idealnie wpisują się w ten trend.

Szkodliwy i na dłuższą metę kontrproduktywny.

Ryzyko, że rosja zaatakuje którykolwiek kraj NATO jest minimalne – „nie dla psa kiełbasa”, o czym wielokrotnie pisałem, a do czego, w razie potrzeby, mogę wrócić. Los Ukrainy, zwłaszcza okupowanych terytoriów, winien nas motywować do redukcji tego ryzyka, uczynienia go jeszcze mniej prawdopodobnym. Taki efekt osiąga się poprzez budowanie potencjału odstraszania, doprowadzenie do sytuacji, w której przeciwnikowi nie opłaci się nas atakować. To zadanie na miarę możliwości Rzeczpospolitej – tyle że nie do zrealizowania na dziś czy jutro. Potrzebujemy co najmniej dekady, która musi upłynąć pod znakiem potężnych inwestycji – w armię, przemysł, w całkowicie zapomniany sektor obrony cywilnej – ale i rozważnej polityki informacyjnej. Nieopartej o strach, bo ten mobilizuje tylko na chwilę, a w perspektywie długoterminowej jest demobilizujący. Sprzyja myśleniu: „po co się spinać, skoro do wojny i tak dojdzie? Polska jest tak mała, że nieważne – wygramy czy przegramy – i tak ucierpimy wszyscy”. Skutkiem takich refleksji w najlepszym razie będzie wiara w „jakoś-to-będzizm”, w najgorszym masowa emigracja.

Naszym zwycięstwem nie będzie wygranie wojny, tylko sprawienie, że do niej nie dojdzie – taki winien być przekaz płynący z ust polityków i wojskowych.

—–

Szanowni Czytelnicy, piszę dzięki Wam, Waszym subskrypcjom i „kawom”. Zbieram na dalsze funkcjonowanie blogu i liczę na Waszą hojność. Za którą pięknie dziękuję! Stosowne przyciski znajdziecie poniżej:

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, „Międzyrzecze. Cena przetrwania” i „(Dez)informacji” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Screen z profilu SzGWP

Kulawa

Śledząc doniesienia mediów z ostatnich kilku dni, trudno oprzeć się wrażeniu, że wojna z rosją – która zaatakuje kraje nadbałtyckie i/lub Polskę – jest już w zasadzie przesądzona. I że zacznie się lada moment – nie w „odległej” perspektywie dekady, ale za 2-3 lata. Czyli właściwie „jutro”.

Polacy znów są zaniepokojeni, ślad tego odnajduję w korespondencji z Czytelnikami, którzy pytają mnie o realność takiego scenariusza. A niektórzy zastanawiają się, skąd ów kolejny wysyp alarmistycznych treści.

Śpieszę „ugasić ten pożar”.

Nie wszyscy mają świadomość, że kilkanaście dni temu zaczęły się – rozpisane na niemal cztery miesiące – największe ćwiczenia NATO od 1988 roku. Weźmie w nich udział ponad 90 tys. żołnierzy i setki sztuk sprzętu – od okrętów, przez samoloty i śmigłowce, po wozy bojowe. Scenariusz Steadfast Defender 2024 zakłada, że państwa wschodniej flanki Sojuszu zostały zaatakowane przez rosję (której nazwa w oficjalnych dokumentach nie pada). Celem manewrów jest przećwiczenie operacji obronnej, w tym kluczowego dla jej powodzenia przerzutu amerykańskich sił do Europy. Epizody są i będą rozgrywane m.in. w Finlandii, krajach nadbałtyckich, w Polsce i Rumunii.

Agresja rosji na Ukrainę nie pozostawia złudzeń co do charakteru putinowskiego reżimu. Świadomość, z czym mamy do czynienia, przekłada się na powszechną akceptację dla rozmaitych wysiłków militarnych, podejmowanych przez państwa Sojuszu. W tym dla ćwiczeń. Tym niemniej skala Steadfast Defender 2024 wymaga dodatkowych uzasadnień. Medialnej oprawy, która przekona obywateli (wyborców i podatników), że wojsko nie ćwiczy, „bo lubi”, tylko że dzieje się to w odpowiedzi na realne ryzyka.

Podobnie jak zbrojenia, o których słyszymy nieprzerwanie od wielu miesięcy, niezależnie od zmiany władzy, do jakiej w międzyczasie doszło.

Wysyp medialnych doniesień to efekt budowania wspomnianej oprawy. Uzyskiwany kontrolowanymi przeciekami – na przykład o budowaniu przez wojsko fortyfikacji w północno-wschodniej Polsce – ale i otwartymi deklaracjami, wypowiedziami przedstawicieli władz, jak choćby wywiady ministra obrony czy szefa resortu spraw zagranicznych. „Nie ma żartów, musimy się przygotować”, czytamy i słyszmy. Dołóżmy to tego doniesienia zza wschodniej granicy – gdzie przecież wojna trwa w najlepsze – oraz uwzględnijmy mechanizm „zarabiania na straszeniu”, będący istotą działania mediów, i mamy wszystkie składowe niepokojącego wzmożenia.

Możemy się na to zżymać – wkurzać na polityków, dziennikarzy, wojskowych, że nas straszą, nie dają spokoju. Gdy obiektywnie nic się nie zmieniło – rosjanie nie stoją u granic, dysząc żądzą zemsty. Ano nie stoją, ba, nie wydarzyło się nic, co zwiększyłoby możliwości militarne moskali; przeciwnie, w dającej się przewidzieć przyszłości armia rosyjska dalej, mimo ilościowych przyrostów, podlegać będzie jakościowej degrengoladzie. „Z czym więc do ludzi?”

Pisałem o tym kilkanaście tygodni temu, ale warto do tej myśli wrócić. Z ryzykiem wojny jest jak z ryzykiem katastrofy lotniczej – nawet jeśli jest niskie, bliskie zeru, to i tak – z uwagi na ewentualne skutki – należy traktować je bardzo poważnie. Wypadki lotnicze zdarzają się rzadko, ale w ich efekcie ginie mnóstwo ludzi. Podobnie z wojnami. Więc nie jest żadną fanaberią „dmuchanie na zimne”, śrubowanie procedur i norm, zabezpieczanie się. Zbrojenie, ćwiczenie, budowanie fortyfikacji na terenach zagrożonych potencjalnym atakiem.

Takie wysiłki wcale nie oznaczają, że „jutro będzie wojna”. Ba, mogą wręcz sprawić, że nie dojdzie do niej nie tylko jutro, pojutrze, ale i po-po-pojutrze.

Przestrzegałem, przestrzegam i przestrzegał będę przed rosją, zwłaszcza w jej putinowskim wydaniu. Tamtejsze elity polityczne cechuje wyraźna skłonność do ryzykanctwa, gry va banque oraz bezwzględna determinacja. Co czyni oczywistym założenie, że rosjanie będą szukać swojej szansy. I być może uderzą w jakieś słabsze ogniowo. Ale najpierw muszą „uporządkować” kwestie Ukrainy, nade wszystko jednak działać w komforcie „atomowej polisy” – by wszelakie niedostatki w zakresie siły konwencjonalnej wetować groźbą użycia broni jądrowej.

No ale rosja takie możliwości ma – powie ktoś. Ma, lecz nuklearna triada (oparta o nośniki w postaci samolotów, okrętów podwodnych i naziemnych wyrzutni rakietowych), by być skutecznym narzędziem, musi cechować się wysoką niezawodnością. Tymczasem…

Tymczasem dziś w nocy rosjanie poderwali do ataku na Ukrainę 10 bombowców Tu-95. Wystrzeliły one 29 pocisków manewrujących, co oznacza, że pojedyncza maszyna przeniosła nie więcej niż trzy rakiety. Tupolewy projektowano jako nosiciele ośmiu pocisków (klasycznych i jądrowych), wersje zmodernizowane dostosowano do przenoszenia sześciu rakiet. Skąd więc tak duży wymiar „pustego przelotu”?

Prawidłowa odpowiedź może zawierać się w stwierdzeniu, że rosjanom brakuje rakiet. Być może tak właśnie jest – dotychczasowy przebieg kampanii lotniczej cechuje się niemrawością i znacząco odbiega od tego, co obserwowaliśmy na przełomie 2022 i 2023 roku. Ale nie mniej prawdopodobne jest inne wyjaśnienie – dotyczące kondycji rosyjskiego lotnictwa strategicznego. Niemłode już samoloty są wyżyłowane i to ich stan techniczny uniemożliwia „załadunek po korek”. Nowych maszyn nie ma i nie będzie (w perspektywie najbliższych kilkunastu lat), a przecież nadmierna eksploatacja to nie jedyny problem. Ukraińcy udowodnili już, że potrafią niszczyć rosyjskie bombowce na głębokich tyłach – czy to za pomocą dronów czy aktów bezpośredniego sabotażu.

Kulawa triada niespecjalnie nadaje się do szantażu i miast kompensować, tylko wzmacnia niedostatki konwencjonalnych sił zbrojnych. Czy z takimi pionkami idzie się na wojnę?

—–

Dziękuję za uwagę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Tu-95, eksponat muzealny/fot. własne

Najbrutalniejsi

Kiedyś, w Doniecku, pewien separatysta przekonywał mnie, że lada moment on i jego koledzy… przekroczą granice Rzeczpospolitej.

– Najpierw musielibyście pokonać ukraińską armię – zauważyłem.

Mundurowy obnażył zęby, a właściwie rząd złotych plomb.

– A co to za problem? – brzmiał niemal radośnie. – Niech nam tylko dadzą rozkaz. Co to jest niecałe osiemset kilometrów? Doba, i jesteśmy w Kijowie.

On naprawdę w to wierzył – w siłę stojącej za nim armii (choć właściwie powinienem napisać „milicji”). Służył w niej, znał możliwości, a mimo to pozostawał optymistą. Ot, przykład mocy propagandy.

Separatyści mieli wtedy relatywnie silne wojsko. Zwłaszcza ci donieccy, którym udało się stworzyć strukturę niemalże państwową (Ługańsk do końca pozostał wyłącznie bandyckim konglomeratem, choć również uzbrojonym po zęby). Ta siła przez lata pozwalała utrzymać na wschodzie status quo – Ukraina, bez zaangażowania całego potencjału swojego wojska, nie odzyskałaby utraconych obwodów. Świadomość, że taka akcja spotkałaby się z ripostą Moskwy, powstrzymywała Kijów przed ofensywą. Nie bez znaczenia byłyby także koszty takiej operacji – mówiąc wprost, Ukrainy nie było stać na taki wysiłek. Dlatego odzyskanie Ługańska i Doniecka (oraz Krymu), choć pozostawało w latach 2014-2022 postulatem politycznym obu prezydenckich administracji (Petra Poroszenki i Wołodymyra Zełenskiego), odkładano na niezdefiniowane „później”.

Wróćmy do „separów” – mimo relatywnej siły, nie była to armia zdolna do wielkoskalowych operacji zaczepnych. Udowodniła to w czasach największego nasilenia działań zbrojnych w latach 2014-15. Jej marsz na południu miał wówczas przebiegać wzdłuż brzegu Morza Azowskiego, później Czarnego, tak, by ostatecznie uczynić Ukrainę krajem bez morskiego okna na świat. Skończyło się na bezskutecznych próbach zajęcia Mariupola, czyli na przedbiegach.

Gdy zaczęła się wojna pełnoskalowa, rosyjskie uderzenie z Donbasu wyprowadzono w oparciu o jednostki „separów”. Choć wzmocnione regularnymi oddziałami armii federacji, również nie zanotowały one wielkich sukcesów. Po wielu miesiącach zmagań dopięto „wyzwolenie” całości obwodu ługańskiego, ale doniecki w połowie pozostał ukraiński. Z grubsza sytuacja wygląda w taki sposób po dziś dzień.

—–

Przytoczyłem tę historię z „separem” i poprowadziłem następujące po niej rozważania z trzech powodów. Po pierwsze w związku z wysypem czarnowidztw, jaki obserwujemy w polskiej/zachodniej sferze medialnej. Przepowiedni, z których wynika, że właściwie jest już po Ukrainie. W ostatnim czasie odnosiłem się do takich scenariuszy kilkukrotnie, dziś chciałbym więc jedynie podkreślić leżący u ich podstaw błąd logiczny. Tak jak wspomniany złotozębny bojownik, tak autorzy i kolporterzy narracji „już-po-ptakach” zdają się nie dostrzegać istnienia armii ukraińskiej. A obecnie jest ona prawie trzy razy większa niż w 2015 roku, dużo bardziej doświadczona, w wielu obszarach znacznie lepiej wyposażona i uzbrojona. Jest też mentalnie – za sprawą sięgnięcia po głębokie rezerwy – bardziej sowiecka niż w 2022 roku. To słabość (na poziomie praktycznym oznaczająca na przykład skłonność do „mięsnych szturmów”), ale będąca również udziałem armii rosyjskiej – i to w większym stopniu. Tak czy inaczej, nawet w sytuacji – moim zdaniem nierealistycznej – odcięcia od zachodniej „kroplówki”, wojsko to jeszcze przez wiele miesięcy zachowa zdolności do stawiania oporu przeważającym siłom wroga. A rosja w Ukrainie nie ma przeważających sił, nie będzie zatem żadnego „szybkiego marszu na Kijów” (Odesę czy Lwów). To rojenia i nie sprawiajmy, by były czymś więcej niż domeną (pro)rosyjskiej propagandy.

Drugi powód wiąże się z rozmową, jaką odbyłem kilka dni temu z moim najlepszym ukraińskim źródłem. Ów wysoki rangą wojskowy przyznał, że dowództwo ZSU straty w oddziałach dawnej DRL i ŁRL, poniesione po 24 lutego ub.r., szacuje na 100 tys. zabitych i rannych. A więc armii, którymi tak chełpił się rzeczony „separ”, właściwie już nie ma. Dawne jednostki separatystów nadal biorą udział w walkach, lecz odtwarzane są głównie poprzez sięganie po rekrutów z zajętych w 2022 roku ziem oraz rodowitych rosjan.

Ostatni powód wynika z mojej reakcji na wspomniane szacunki.

– Straszne – odparłem, mając z tyłu głowy świadomość, że mówimy o dawnych (a w sensie prawnym wciąż aktualnych) obywatelach Ukrainy.

– Nie, donieccy i ługańscy to nasz najgorszy przeciwnik – usłyszałem. – Najbrutalniejszy i najbardziej zdeterminowany. Nie ma czego żałować.

Westchnąłem, zdając sobie sprawę, jak gigantycznym wyzwaniem będzie dla Ukraińców powojenne pojednanie.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Jakubowi Wojtakajtisowi Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu i Michałowi Strzelcowi. A także: Adamowi Cybowiczowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Radosławowi Dębcowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi i Sławkowi Polakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Krzysztofowi Pytrowi i Zbyszkowi Murawskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Walki pod Mariupolem latem 2015 roku. Pozycje wojsk ukraińskich/fot. Darek Prosiński

Analogia

Zarwałem dziś kawał nocy, pisząc bardzo specyficzny fragment książki. Taki, w którym wykonuję myślowy eksperyment i przenoszę ogólne realia rosyjsko-ukraińskiej wojny na grunt polski. Po co? Konflikt w Ukrainie toczy się „za miedzą”, Polacy na co dzień stykają się z Ukraińcami – uchodźcami i osobami, które wybrały nasz kraj jako miejsce do życia jeszcze przed inwazją. Mimo to nie zawsze potrafimy wyobrazić sobie, co przeżywają nasi sąsiedzi ze wschodu. A nieznajomość geografii Ukrainy dodatkowo utrudnia zrozumienie. Czemu można zaradzić właśnie poprzez osadzenie opowiadanej historii w bliższym nam kontekście.

Idzie to tak:

„(…) By ów zabieg miał sens, musimy założyć, że Polska nie jest członkiem NATO (zapewne nie jest także w Unii Europejskiej). Utrzymuje z Zachodem poprawne relacje, aspiruje doń (także formalnie), ale realnie znajduje się w „szarej strefie bezpieczeństwa”. No więc załóżmy, że taka Polska w 2014 roku utraciła na rzecz Rosji po jednej trzeciej województw podlaskiego i warmińsko-mazurskiego, ze stolicami włącznie.

W lutym 2022 roku zamrożony konflikt zmienił się w pełnoskalową wojnę. Armia rosyjska uderzyła na pięciu zasadniczych kierunkach – z okupowanego Olsztyna i Białegostoku na Warszawę, z białoruskiego Brześcia zaś na Lublin, skąd planowano przedrzeć się na południe kraju wzdłuż linii Wisły. Z zajętych terenów Warmii i Mazur wyszło też uderzenie w stronę Trójmiasta (przez Elbląg, w 2014 roku utracony, a następnie odbity przez Wojsko Polskie) oraz kolejne, prowadzone po osi Iława-Grudziądz-Bydgoszcz – oba z zamiarem odcięcia Polski od morza. Nadbrzeżny kierunek operacyjny na dalszym etapie miał zostać wsparty desantem morskim – wysadzonym między Słupskiem a Koszalinem – do którego ostatecznie nie doszło. Przeprowadzono za to, pierwszego dnia inwazji, desant śmigłowcowy w Modlinie. Elitarne oddziały spadochroniarzy miały przejąć tamtejszy port lotniczy, by umożliwić lądowanie samolotów transportowych z ciężkim sprzętem i posiłkami. Tak wzmocniona grupa – po uprzednim zajęciu mostu na Wiśle – pomaszerowałby na stolicę z zadaniem zajęcia kluczowych obiektów w mieście. Wsparciem dla niej byłyby jednostki zmechanizowane, pchnięte ku metropolii lądem.

Utrata Warszawy i towarzysząca jej anihilacja władz państwowych miały być niczym dekapitacja – złamać wolę walki tych Polaków, którzy zamierzali stawiać opór. Generalnie jednak rosyjskie dowództwo nie przewidywało poważniejszej akcji obronnej. „Polska to nie Zachód, ale Polacy są zachodnimi słabościami na wskroś przesiąknięci. To wygodnickie, rozlazłe panicze, w dodatku rozczarowane własnym państwem. Nie sięgną po broń, a wielu po prostu pryśnie zagranicę”, przekonywała kremlowska propaganda.

Defetyzm Polaków miał Rosjanom pozwolić na aneksję wschodniej Rzeczpospolitej, między Bugiem a Wisłą, oraz północy kraju, do linii wyznaczanej biegiem rzeki Noteć. W pozostałej części zachodniej Polski Kreml zamierzał ustanowić marionetkowe państwo – ze stolicą w lewobrzeżnej Warszawie – będące buforem od znienawidzonego NATO. Jeszcze na kilka dni przed inwazją na Kremlu rozważano, czy Szczecin i jego infrastruktura warte są wspólnej granicy z Niemcami. Większość generalicji wolała takiej opcji uniknąć – rozszerzyć bufor (w ich języku „głębię operacyjną”) aż po Bałtyk – jednak górę wzięły względy prestiżowe, ubrane w płaszczyk przekonującej narracji ekonomicznej.

Czas mocno utemperował ambicje Rosjan. Desant w Modlinie wpadł w zasadzkę – Polacy, ostrzeżeni przez Amerykanów i własne służby, urządzili spadochroniarzom krwawą jatkę. A po pięciu tygodniach ciężkich walk wyparli rosyjskie oddziały nie tylko spod Warszawy, ale i z reszty zajętego przez nich w dwóch trzecich Mazowsza. W wyzwolonym Legionowie – podobnie jak w Wołominie i Radzyminie – na światło dzienne wyszły bestialskie mordy, jakich dopuścili się okupanci. Ich skala i brutalność zszokowały cały świat. Legionowo, gdzie zamordowanych cywilów było najwięcej (ponad czterystu), stało się odtąd symbolem i synonimem rosyjskiego bestialstwa.

Marsz na Lublin i próba przejęcia województwa lubelskiego również nie przyniosły pożądanych przez Moskwę skutków. Choć jeszcze pod koniec lutego 2022 roku rosyjskie oddziały usiłowały wedrzeć się do centrum stolicy Lubelszczyzny, w połowie maja Polacy pognali ich do przejścia granicznego we Włodawie.

Natarcia na północy – których wspólnym celem był Szczecin – utknęły w Gdańsku i pod Bydgoszczą.

Rozpoczęta w drugiej połowie kwietnia 2022 roku bitwa o północny wschód nie skończyła się spektakularnymi zdobyczami i rozbiciem Wojska Polskiego. Po trzech miesiącach mozolnego marszu na zachód i południe Władimir Putin zażądał od wojskowych, by do końca sierpnia „wyzwolili” chociaż całość województw warmińsko-mazurskiego i podlaskiego. Zadanie zrealizowano częściowo, zajmując niemal całą Warmię i Mazury i połowę Podlasia. W rękach Rosjan znajdowały się wtedy także obszerne połacie województwa lubelskiego, pomorskiego i kujawsko-pomorskiego. Ale potem – we wrześniu 2022 roku – nastąpiła polska kontrofensywa, która wyparła okupantów z Lubelszczyzny. W ciągu zaledwie kilkunastu dni wyzwolono Chełm, Krasnystaw i Zamość. W rękach Rosjan pozostał jedynie Hrubieszów i okoliczne wsie. I znów, jak na Mazowszu, na odzyskanych terenach odkryto katownie, miejsca masowych zbrodni i pochówków. 15 września 2022 roku w lesie w pobliżu Chełma znaleziono kilka obszernych grobów, w tym jeden z 447 zwłokami. U większości zmarłych ujawniono ślady gwałtownej śmierci, a 30 ciał nosiło ślady tortur i egzekucji, w tym założone liny na szyjach, związane za plecami ręce, złamane kończyny i okaleczone genitalia.

Tym razem reakcja opinii publicznych i polityków była bardziej powściągliwa – świat otrzaskał się już z rosyjskim bestialstwem.

Ale miało ono i dla Rosjan zgubny charakter, wzmacniało bowiem wolę walki żołnierzy Wojska Polskiego. Determinacja Polaków dała o sobie znać szczególnie podczas ciężki jesiennych bojów na Żuławach, zakończonych ucieczką okupantów z Gdańska. Wyzwolenie jedynego zajętego w trakcie pełnoskalowej inwazji miasta wojewódzkiego, stanowiło dla Kremla poważny cios, zwłaszcza że stało się to 11 listopada, w święto niepodległości Rzeczpospolitej. Zachowując dobrą minę do złej gry, Putin orzekł wówczas, że „cele Rosji w Polsce nie ulegają zmianie”. A posłuszne Kremlowi media ogłosiły sukces w postaci wycofania się za Wisłę na lepsze pozycje obronne (…)”.

Ciąg dalszy przeczytacie w książce, która – wszystko na to wskazuje – ukaże się na przełomie lutego i marca przyszłego roku.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Atak czołgów, wspartych śmigłowcami szturmowymi. Epizod ćwiczeń „Anakonda 10”/fot. własne

Obrona

„Uwaga, uwaga! Rząd Tuska, w razie wojny był gotowy oddać połowę Polski. Plan użycia Sił Zbrojnych, zatwierdzony przez ówczesnego szefa MON Klicha zakładał, że samodzielna obrona kraju potrwa maksymalnie dwa tygodnie, a po siedmiu dniach wróg dotrze do prawego brzegu Wisły”, mówi Mariusz Błaszczak w udostępnionym w weekend nagraniu. Spot to element kampanii wyborczej, jego celem jest próba dyskredytacji najpoważniejszego przeciwnika politycznego obecnego obozu władzy. Walka polityczna w Polsce ostatnich lat cechuje się wyjątkową brutalnością, do czego wielu z nas już przywykło. Oskarżenia największego kalibru nie uchodzą więc za coś nadzwyczajnego. Rzecz w tym, że wspomniany filmik poprzetykano zdjęciami i wyimkami z dokumentu o nazwie „Plan użycia sił zbrojnych RP Warta 01101” z 2011 roku, na tę okoliczność – w nieznanym zakresie – odtajnionego przez ministra Błaszczaka. „Dokumenty dobitnie pokazują, że Lublin, Rzeszów i Łomża mogły być polską Buczą. Prawo i Sprawiedliwość to zmieniło i będzie broniło każdego skrawka Polski”, zapewnia szef MON.

Po stronie opozycji zawrzało, gotuje się również w środowisku analityków militarnych. Pojawił się postulat postawienia Błaszczaka przed trybunałem stanu za wykorzystanie tajnych dokumentów do partyjnego spotu. Z drugiej strony politycy zjednoczonej prawicy i związane z nimi media jak mantrę powtarzają, że pomysł ustanowienia linii obronnej na Wiśle to zdrada. Głupota goni głupotę, giną po drodze racjonalne argumenty i fakty. Pozwólcie, że odniosę się do sprawy „na sucho”.

Zacznijmy od rzekomej nielegalności działań Mariusza Błaszczaka. Jeśli dokument został odtajniony – a na ujawnionej okładce stoi to jak byk – nie ma podstaw prawnych do pociągania ministra do odpowiedzialności. Otwartym pozostaje pytanie, czy dokumenty oznaczone gryfem „ściśle tajne” należy upubliczniać, czyniąc z nich element kampanii wyborczej, ale to kwestia obyczaju (zgody na pewne praktyki) niż ściśle prawna. A przecież tak naprawdę nie wiemy, co dokładnie zostało odtajnione. Analiza treści dostępnych materiałów skłania mnie do wniosku, że Błaszczak nie posłużył się zasadniczą częścią dokumentu „Plan użycia sił zbrojnych RP”, a jedynie wprowadzeniem do niego. Określa ono warunki, w jakich znajduje się (znajdowała się w 2011 roku) Polska oraz bardzo ogólnikowo prezentuje związane z tym możliwości militarne. Nie są one żadną sekretną wiedzą, ba, rozważania na temat koncepcji obrony Polski od dawna stanowiły, stanowią i będą stanowić przedmiot choćby akademickich dyskusji. Ramy wyznaczane przez geograficzne, ekonomiczne, polityczne i typowo wojskowe realia są w gronach eksperckich powszechnie znane, wybrane elementy tych dociekań wchodzą w skład wiedzy potocznej. To, że Wisła stanowi naturalną rubież obronną, jest oczywistą-oczywistością nawet dla militarnych laików. Czyżby więc nic złego się nie stało?

Stało. Sugestie, że armia była gotowa oddać pół kraju bez walki, godzą w dobre imię wszystkich żołnierzy Wojska Polskiego. Wypowiedziane przez ich cywilnego zwierzchnika, są jak policzek skwitowany splunięciem. Gdyby polską polityką rządziły zasady honorowego postępowania, taki „wypadek przy pracy” skończyłby się zniknięciem Mariusza Błaszczaka ze sfery publicznej. Na zawsze.

Kłamstwo ministra ma kilka „krótkich nóg”. Zacznijmy od kwestii odpowiedzialności politycznej (i urzędniczej). „Plan…” z 2011 roku to dokument wykonawczy do „Strategii Bezpieczeństwa Narodowego” z 2007 roku, zatwierdzonej przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego na wniosek premiera Jarosława Kaczyńskiego. W punkcie 99. „Strategii…” czytamy: „Liczebność Sił Zbrojnych RP w najbliższej przyszłości nie będzie ulegać istotnym zmianom. (…) Będzie natomiast postępował proces profesjonalizacji sił zbrojnych (…)”. Innymi słowy, to ówczesne pisowskie władze zdefiniowały, że idziemy w model małej (nieco ponad 100-tysięcznej), profesjonalnej armii. I w oparciu o takie założenie zażądano od wojskowych przygotowania planów operacji obronnej. Nim ten wątek rozwinę, przyjrzyjmy się jeszcze datom. Prezydent RP zatwierdził „Strategię…” 13 listopada 2007 roku. Polska była wówczas tuż po wyborach, które PiS przegrało, oddając władzę koalicji PO-PSL. Tyle że rząd Donalda Tuska powołano 24 listopada 2007 roku, prezydent Kaczyński podpisywał więc dokument przedłożony mu przez „stary” rząd. Dlatego na wniosku widnieje podpis Prezesa Rady Ministrów Jarosława Kaczyńskiego.

Na ujawnionych przez Błaszczaka dokumentach „Planu użycia…” podpis złożył gen. Mieczysław Cieniuch, w 2011 roku szefa Sztabu Generalnego WP. Bo to do sztabu generalnego poszło zlecenie przygotowania dokumentów wykonawczych do „Strategii…”. W 2007 roku „pierwszym żołnierzem Rzeczpospolitej” był gen. Franciszek Gągor, wybrany na to stanowisko przez prezydenta Kaczyńskiego. Ale Gągor zginął w katastrofie smoleńskiej. Cieniuch czy Gągor, „Plan…” i tak napisali podwładni generałów, ten sam zespół oficerów. Kto twierdzi inaczej, ten nie rozumie, że armia funkcjonuje w warunkach instytucjonalnej ciągłości i zmianom „czapki” nie towarzyszy – jak w polityce czy w upolitycznionych urzędach i spółkach skarbu państwa – kadrowa rewolucja i „czyszczenie do spodu”. Nie ma też pojęcia, jak funkcjonuje taka struktura jak sztab generalny i jak wygląda delegowanie zadań i kompetencji w najwyższych dowództwach. Rozważania, czyim nominatem (Kaczyńskiego czy Komorowskiego) był szef sztabu są w każdym razie bezzasadne.

Co zaś się tyczy samej Wisły jako rubieży. Pamiętajmy, że „Plan użycia sił zbrojnych RP” to dokument zawierający różne warianty operacji obronnej, także te mniej optymistyczne. Na przykład takie, w których nie ma u nas „na wejście” dużych kontyngentów sojuszniczych wojsk i musimy sobie (przez jakiś czas) poradzić sami. Czy mała, profesjonalna armia miałaby możliwość obrony całego terytorium kraju? Wolne żarty. A rozwinięcie mobilizacyjne wojska na czas wojny jest wprost związane z możliwościami armii czasu pokoju. Nie da się relatywnie niedużej struktury rozdmuchać do poziomu wielkich sił zbrojnych. Stutysięczna armia trybu P to w najlepszym razie – gdy właściwie dba się o szkolenie rezerw, tworzy odpowiednie zapasy i utrzymuje infrastrukturę – czterystutysięczne wojsko czasu W. A nawet takie miałoby problem z obroną obszaru wielkości Polski w taki sposób, by nawet „na chwilę” nie oddać piędzi ziemi wrogom. Świadomi tych uwarunkowań wojskowi przygotowali więc plan wyszyty na miarę.

Jako się rzekło, w wymiarze operacyjnym pozostaje on niejawny. Gdy w 2019 roku przygotowywałem się do pisania powieści pt.: „Międzyrzecze” – opowiadającej o hipotetycznej, toczonej współcześnie wojnie polsko-rosyjskiej – rozmawiałem z kilkoma generałami Wojska Polskiego. Nikt mi o planie „Warta” nie mówił, ale oficerowie ci nakreślili przede mną skalę wyzwań i zakres możliwości, przed jakimi stanęłoby nasze wojsko. Wyszedł z tego scenariusz operacji obronnej, o którym później z uznaniem – doceniając jego strategiczny, operacyjny i taktyczny realizm – wypowiadali się recenzenci książki, mnóstwo wojskowych, w tym gen. Mieczysław Gocuł, były szef sztabu generalnego. Posłużę się tym opisem, fragmentem książki, by przybliżyć Czytelnikom (którzy „Międzyrzecza” nie znają), na czym polega „oddanie połowy kraju” i „obrona na Wiśle”. Weźcie tylko pod uwagę, że książka powstała w 2019 roku, kiedy WP było inne niż teraz (w niektórych obszarach słabsze, w innych silniejsze). Narracja prowadzona jest z pozycji jednego z bohaterów, szefa sztabu generalnego i naczelnego dowódcy.

—–

„Generał westchnął, przypominając sobie, jak trudno było przekonać polityków do takiej koncepcji obrony. Całymi tygodniami wałkował temat z prezydentem, ministrem obrony oraz z całą rzeszą ich doradców. Naciskał wpływowe osoby spoza władzy, lobbował u sojuszników, inspirował media (rzecz jasna w ograniczonym zakresie), by zajęły się sprawą. Koronny argument – że we wrześniu 1939 roku Rzeczpospolita tak szybko uległa Niemcom, bo wystawiła główne siły do bitwy granicznej – nie docierał do głów decydentów. Tak jak kiedyś marszałek Rydz-Śmigły, tak i oni bali się, że nieprzyjaciel zajmie część Polski i na jakiś czas odpuści. Potem zaś uderzy znów i znów na osłabione państwo – i po kawałku dokona rozbioru Rzeczpospolitej. „Polski trzeba bronić od razu, wysyłając jak najwięcej wojska na wschód” – twierdził zwierzchnik sił zbrojnych. „Rosjanie zaraz po przekroczeniu granicy muszą się natknąć na lufy naszych czołgów” – wtórował mu szef Kancelarii Prezydenta. Historyk i politolog, czego świadomość przyprawiała Adamczyka o białą gorączkę. Nie znał bardziej kretyńskiej koncepcji defensywnej niż plan Zachód, opracowany pośpiesznie wiosną 1939 roku. Zakładający obsadzenie całej zagrożonej granicy cienkim pasem linii obronnych. Łatwym do przełamania przy silnym punktowym ataku. Nie trzeba być sztabowym wyjadaczem, by wiedzieć, że taki atak, przeprowadzony jednocześnie w kilku miejscach, poskutkuje oskrzydleniem przygranicznych formacji, a następnie ich okrążeniem i odcięciem od zaplecza. Tak też uczynili Niemcy, mistrzowie wojny manewrowej. „Wice” – jak w zaciszu gabinetów kazał się tytułować najważniejszy prezydencki urzędnik – dobrze o tym wiedział. Swego czasu zrobił dyplom magistra z historii II Rzeczpospolitej. Miał również dość wyobraźni, by przewidzieć, że tak samo postąpią Rosjanie. A mimo to tkwił w oślim uporze, utwierdzając w błędnym przekonaniu swojego pryncypała.

„Nie chodzi o to, że oddamy Rosjanom tereny od Bugu do Wisły” – przekonywał Adamczyk. „Będziemy ich bronić, lecz nie za wszelką cenę, a z intencją jak największego wykrwawienia wroga. Główną linię obrony oprzemy na Wiśle, na zachód od niej gromadząc najważniejsze siły i środki. Tak, by w odpowiednim momencie – da Bóg, że z pomocą sojuszników – przystąpić do kontrnatarcia” – dodawał po wielokroć. „Nie możemy się zgodzić nawet na czasową okupację!” – słyszał w odpowiedzi. Dobrze wiedział, że politykom nie chodzi tylko o troskę o obywateli. Tych z rządzącej partii przerażała wizja przedłużającej się utraty kontroli nad wschodnimi terytoriami Rzeczpospolitej. Tam mieszkał ich konserwatywny elektorat, zachód bardziej sprzyjał liberalnej opozycji. Poza tym wojna wcale nie musiała wybuchnąć, a zostawienie mieszkańców wschodnich województw Polski z przekonaniem, że w razie czego armia ich opuści, mogłoby się okazać wizerunkowym strzałem w stopę.

Tyle politycznej pragmatyki – generał miał ochotę splunąć, tak bardzo nie znosił tego rodzaju wyrachowania. Choć musiał przyznać, że niektóre założenia planu Międzyrzecze faktycznie były kontrowersyjne.

Adamczyk wiedział, że nie ma szans na zrównoważenie potencjału (…). Dowództwo rosyjskich sił zbrojnych mogło przeznaczyć na wojnę z Polską kontyngent ponad dwa i pół razy liczniejszy od WP. O przewagach w uzbrojeniu – zwłaszcza ciężkim – nie było nawet co mówić.

W obliczu takiego wroga należało wykorzystać inne atuty.

Plan Międzyrzecze zakładał skanalizowanie ruchów rosyjskich wojsk tak, by ich marszruty nakładały się na miejsca wcześniej odpowiednio przygotowane przez Polaków. W praktyce oznaczało to zastosowanie taktyki spalonej ziemi – wysadzenie infrastruktury drogowej, kolejowej, lotniskowej, założenie setek pól minowych, przeszkód terenowych, rozerwanie tam, wałów, drenów, obalenie dziesiątek tysięcy drzew. Wystawienie kilkunastu mniejszych miast – przewidzianych do uporczywej obrony, mającej związać jak największą liczbę oddziałów nieprzyjaciela – na ryzyko całkowitego zniszczenia. „Cofniecie wschód Polski do czasów średniowiecza!” – grzmieli politycy, gdy Adamczyk w towarzystwie swojego sztabu prezentował założenia planu.

Przestali protestować dziesięć miesięcy temu, po tym, jak rosyjska armia wkroczyła na Litwę, Łotwę i do Estonii. (…). Dla większości Polaków stało się oczywiste, że ich kraj będzie następnym celem agresji Moskwy. (…) Od tej chwili sprawy potoczyły się szybkim tempem. Rozmach, z jakim zaczęto realizować projekty inżynieryjne na wschodzie kraju, nie miał sobie równych w historii Polski po 1989 roku. Nieustanne manewry – w które zaangażowano tysiące rezerwistów z kilkunastu roczników – również zasługiwały na miano spektakularnych. Budżet ledwo to dźwigał. Generał zarwał więc niejedną noc, głowiąc się nad tym, skąd wziąć środki na wzmocnienie szczupłych zasobów WP.

Plan Międzyrzecze przewidywał oparcie początkowej obrony o szereg punktów oporu, zorganizowanych na bazie stosunkowo niewielkich grup bojowych. Podlegały one dowództwom dwóch dywizji – 16 i 18 – ale miały dużą swobodę działania. Grupy dzieliły się wedle przeznaczenia – na stałe i manewrowe. Na pierwsze składały się czołgi T-72 – trzy lub sześć – w zależności od wielkości oddziału. Rzadziej zręcznie ukryte w zabudowie, najczęściej zakopane w ziemię po wieże. Pomysł – po doświadczeniach Irakijczyków z czasów Pustynnej Burzy – zdawał się co najmniej nietrafiony, lecz Adamczyk wiedział swoje. Jego czołgów nie okopano w jednej linii, na odsłoniętym terenie. No i załogi polskich „teciaków” były lepiej wyszkolone niż ich arabskie odpowiedniki. Poza tym generał… nie miał innego wyjścia. Ograniczona modernizacja – jakiej poddano trzysta sztuk T-72 – nie poprawiła ich parametrów bojowych. To nadal były czołgi o słabych silnikach, źle opancerzone, z nie najlepszymi, zużytymi po ponad trzydziestu latach eksploatacji armatami. Ale dobrze ukryte, z powodzeniem mogły niszczyć rosyjskie transportery i ciężarówki. Rzecz jasna tylko do czasu – zdradzenie pozycji narażało wozy na reakcję wroga. Obłożenie wież pancerzem reaktywnym było w tej sytuacji ledwie półśrodkiem. Podział zadań – stopniowe wchodzenie do akcji poszczególnych maszyn – jedynie odroczeniem wyroku. Tak naprawdę misje załóg „teciaków” miały charakter niemalże samobójczy i na etapie planowania Adamczyk bał się, że wielu podwładnych każe mu zwyczajnie spierdalać. Nie kazali – rusofobia miała wciąż potężną siłę oddziaływania, co akurat w tym przypadku niosło pozytywne skutki.

W skład grup stałych wchodziło też kilka bądź kilkanaście drużyn piechoty, wyposażonych w dużą liczbę ciężkich karabinów maszynowych, moździerzy i granatników przeciwpancernych. Każdy taki oddział miał również swoich snajperów. Wszystkie obowiązywał jeden rozkaz: walczyć do wyczerpania środków bojowych, a następnie, w miarę możliwości, przedostać się do wyznaczonych wcześniej punktów zbornych.

Komponenty manewrowe składały się z czterech lub ośmiu Rosomaków w wersji bojowej oraz plutonu bądź kompanii piechoty wyposażonej w rakietowe wyrzutnie przeciwpancerne Spike i Javelin. Niektóre oddziały miały też specjalistów od naprowadzania samolotów. W planie należało założyć całkowitą rosyjską dominację w powietrzu, ta jednak nie wykluczała pojedynczych operacji przy użyciu polskich F-16. A gdyby do akcji włączyli się sojusznicy…

Zadaniem grup manewrowych było wspieranie stałych punktów oporu, w momencie, w którym wejdą one w kontakt z przeciwnikiem. Ich atutem była mobilność, niezawodność 30-milimetrowej armaty Rosomaka i śmiertelna skuteczność wyrzutni rakietowych. Sfory „Rośków” – jak jeszcze w czasach misji w Afganistanie nazwano produkowane na fińskiej licencji transportery – nie miały się angażować w walkę „do końca”. W sytuacji, w której uwidoczniłaby się przewaga wroga, ich dowódcy winni nakazać odskok, po którym należało „obsłużyć” kolejny punkt oporu.

Trzy dni temu Adamczyk miał do dyspozycji osiemdziesiąt stałych i czterdzieści manewrowych grup bojowych. Dwanaście tysięcy ludzi, wyposażonych we wszystkie dostępne T-72 oraz ponad połowę Rosomaków. Trzysta wyrzutni Spike i Javelin, wraz z trzema tysiącami rakiet, oznaczało oddanie im trzech piątych tej części arsenału WP.

Taka taktyka wymagała wysokiej świadomości sytuacyjnej od dowódców poszczególnych grup. Koordynacją działań miały się zająć sztaby dywizji. Łącznie – razem z jednostkami wsparcia – „szesnastka” i „osiemnastka” wystawiły do walki dwadzieścia pięć tysięcy żołnierzy. Lecz nie były to wszystkie siły zaangażowane na wschodzie. Bezpośrednio pod dowództwo naczelne podlegały przeformowane w batalionowe grupy bojowe dawne brygady Wojsk Obrony Terytorialnej. Osiemnaście tysięcy „wotników” – jak mówili o nich Rosjanie – obsadziło dwadzieścia miejscowości. Szkoleni przez ostatnie pół roku do walk w terenie zabudowanym, mieli wciągnąć w nie jak najliczniejsze siły nieprzyjaciela. Drugorzutowe, bowiem zgodnie z doktryną armii rosyjskiej pierwszy rzut nie zajmował się obleganiem miast, tylko parciem, za wszelką cenę, do przodu.

„Jednostka, liniowa czy tyłowa, strzelać z czegoś musi. Im więcej zapasów zużyją, tym lepiej. A zabity Rusek to zabity Rusek; każdy martwy jest dobry” – tak istotę tej części planu tłumaczył swego czasu generał prezydentowi RP. (…) „A skąd wiemy, że tych miejscowości po prostu nie ominą?” – dopytywał prezydent. „Będą musieli przez nie przejść” – odparł wówczas generał. „Gdzie indziej się nie da, o co zadbają nasi saperzy” – Adamczyk miał na myśli kolejny tysiąc żołnierzy, osłaniany przez dwa tysiące wojskowych z pułków rozpoznawczych. To oni mieli uruchomić przygotowaną wcześniej lawinę zniszczenia, obejmującą kolejne tereny w miarę postępów wojsk inwazyjnych. Pchnąć Rosjan wprost na przygotowane do obrony miasta i stałe punkty oporu”.

—–

Przerażające, prawda? Dziś ryzyko, że będziemy musieli kanalizować ruchy rosjan, nie istnieje. Za sprawą Ukraińców, którzy pogruchotali rosyjską armią (i NATO, które Ukraińcom w tym pomogło), rosja nie zagraża Polsce. I ten stan utrzyma się przez co najmniej kilkanaście lat. Cieszmy się, bo ćwiczenia „Zima 20” sprzed niespełna trzech lat (a więc za kadencji obecnego ministra…), jasno pokazały, że jeśli rosja będzie w stanie wystawić przeciw nam armię wielkości sił inwazyjnych w Ukrainie, i tak po kilku dniach będziemy się bili z moskalami na linii Wisły. Nie, te ćwiczenia nie ujawniły niekompetencji polskich generałów. Tak, zakładały one, że Wojsko Polskie już dysponuje częścią dopiero co zakupionego sprzętu (Patrioty, Himarsy, F-35) – a mimo to wyszło jak wyszło. Żeby nie wyszło, musielibyśmy stworzyć sobie głębię operacyjną na obcym terytorium, co de facto oznacza prewencyjne przeciwuderzenie.

A skoro wspomniałem Ukrainę. Nie znamy dokładnych wyjściowych planów dowództwa ZSU. Nie wiemy, czy zamierzało ono bronić całości Ukrainy w jej granicach z 23 lutego 2022 roku, czy dopuszczało utratę części terytoriów jako koszt ochrony terenów uznanych za priorytetowe (na przykład stolicy). „Miękkie wejście” rosyjskich oddziałów w południowo-wschodnie rubieże (łatwość, z jaką zyskano lądowe połączenie z Krymem), może sugerować, że tamta część kraju została poświęcona. Lecz istnieją na ten temat konkurencyjne wyjaśnienia, gdzie wspomina się o zdradzie wyższych rangą wojskowych, przedstawicieli spec-służb i cywilnej administracji, którzy „wpuścili” rosjan bez walki. Podkreśla się również charakter sił inwazyjnych operujących na południowym teatrze działań. Armia federacji przygotowywała się do zbudowania „korytarza” od kilku lat, delegując do tego zadania elitarne jednostki, którym wojska ukraińskie w pierwszych dniach inwazji zwyczajnie nie sprostały.

Co wiemy na pewno? Że w Donbasie stacjonował 50-tysięczny kontyngent, który w realiach wojny pełnoskalowej miał opóźniać rosyjskie postępy na zachód. Dać reszcie armii możliwość ustanowienia obrony na linii Dniepru. To miała być ukraińska „czerwona linia”. Losy tej wojny potoczyły się inaczej, ale i tak nie udało się ocalić części terytoriów przed (czasową) okupacją. A armia ukraińska w 2022 roku była znacznie silniejsza niż WP w 2011, 2020 i  2023 roku. I pewnie jeszcze długo będzie.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Michałowi Strzelcowi, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Monice Rani, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Radosławowi Dębcowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Mateuszowi Borysewiczowi, Marcinowi Pędziorowi, Sławkowi Polakowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu i Michałowi Wielickiemu.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Arturowi Rumianowi, Tomaszowi Jakubowskiemu, Łukaszowi Zawadzie i Bogusławowi Węgrzynowi.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!