Dlaczego…

Mamy piątek wieczór, więc będzie nieco lżej (ale nie do końca…). Poniżej otwierający powieść fragment „Międzyrzecza. Ceny przetrwania”. Wydałem tę książkę w 2019 roku i do głowy mi wówczas nie przyszło, jak bardzo antycypuję przyszłość. Z tą różnicą, że u mnie wojna toczy się między rosją a Polską, nie Ukrainą. Ale ów wymyślony konflikt z dużym podobieństwem przebiega tak, jak rzeczywiste rosyjsko-ukraińskie zmagania. Polecam lekturę wpisu, z nadzieją, że skłoni Was do sięgnięcia po całą powieść.

—–

Przesmyk suwalski, 25 lipca, niedziela

– Było super, jest doskonale… – wycedził pełnym sarkazmu tonem Piotr Kucharski, przyglądając się swojej twarzy na ekranie wyłączonego smartfonu. Prowizoryczne lusterko nie dawało wyraźnego obrazu, ale to, co dostrzegł, wystarczyło, by uznać, że jego wizerunek – przystojnego mężczyzny – właśnie znacząco ucierpiał. Górna szczęka bolała go jak diabli, w ustach czuł metaliczny smak krwi. Stracił obie jedynki, prawa dwójka, dotknięta językiem, ruszała się niczym rachityczne drzewo na wietrze. Pchnął ją mocniej i syknął z bólu – ząb, w towarzystwie „sąsiada”, opadł na dolną wargę. Kucharski splunął, zostawiając na piasku krwawy ślad. Wzdrygnął się na widok resztek własnego uzębienia. W porównaniu z ranami, jakie widział kilkadziesiąt minut wcześniej, zdekompletowanie szczęki było symbolicznym uszczerbkiem. A mimo to dał się ponieść poczuciu wielkiej straty… Przez moment walczył z pokusą, by zebrać zęby i schować je do kieszeni. Gdy był dzieckiem, matka kolekcjonowała jego mleczaki. „Na pamiątkę” – mówiła. Pewnie przetrwały gdzieś na strychu w rodzinnym domu, w tej graciarni bez ładu i składu. Piotr mimowolnie się uśmiechnął. Zaraz jednak spoważniał. „Nie chcę ich” – uznał. Pomysł zabrania zębów wydał mu się ostatecznie makabryczny. No i gdzieś z tyłu głowy świtało mu, że zęby przynoszą pecha. W swoim poprzednim życiu nie był szczególnie przesądny, ale odkąd trafił na Przesmyk, a świat stał się niebezpiecznym miejscem, racjonalizm zaczął u niego przegrywać z myśleniem magicznym.

Spojrzał przed siebie. Tamten nadal był nieprzytomny. Gdy Piotr dostrzegł go po raz pierwszy – po tym, jak sam odzyskał świadomość – zaczął panicznie szukać swojego Beryla. Broń najwyraźniej przepadła, choć Kucharski dobrze pamiętał, że trzymał ją w rękach, gdy nastąpił ostatni zarejestrowany przez niego wybuch. Na szczęście wciąż miał VIS-a – dotknięcie rękojeści pistoletu przywróciło mu spokój.

Tamten zaczął się budzić. Piotr przyjrzał się jego twarzy. „Chłopiec, nie więcej niż dwadzieścia dwa lata” – ocenił. Tak jak Kucharski, i on zgubił gdzieś swój hełm, odsłaniając ogoloną na zero głowę. „Nic się u was w tej kwestii nie zmieniło” – w refleksji Piotra mnóstwo było poczucia wyższości. „Jak cięli, tak tną – do gołej skóry, jak barany”.

Młodzik sięgnął dłonią do pasa. Nic tam nie znalazł; Kucharski już wcześniej upewnił się, że tak właśnie będzie. Gwałtowny ruch sprawił za to, że skrzywił twarz w bólu. Piotr dobrze wiedział, skąd ów grymas. Przeniósł wzrok na nogi chłopaka – obie miały poważne, otwarte złamania. Pokaźne fragmenty kości przebiły się nie tylko przez mięśnie i skórę – rozdarły też solidny materiał, z którego wykonano mundurowe spodnie. Okrwawione kikuty wyglądały paskudnie i złowieszczo.

– Cierpisz, skurwysynu. – W słowach Piotra nie było ani krzty współczucia.

Tamten obdarzył go spojrzeniem, w którym nienawiść mieszała się z ciekawością. „Wcale się mnie nie boi…” – to stwierdzenie rozzłościło Kucharskiego. Miał ochotę się podnieść i obdarzyć chłopaka solidnym kopniakiem w głowę. Lecz wtedy dał o sobie znać ból twarzy. Piotr jęknął i oparł głowę o ścianę dołu.

Przez chwilę pozostał w tej pozycji, zaciskając załzawione oczy.

– Gdzie jesteśmy? – tamten pytał w swoim języku, lecz Kucharski doskonale go rozumiał. Spojrzał na niego, a potem rozejrzał się. Siedzieli w jakimś dole, głębokim na półtora metra. Najpewniej był to lej, o czym świadczył stożkowy kształt wgłębienia. Pokaźnej wielkości, pewnie po lotniczej bombie, ale równie spory wyłom w ziemi mógł spowodować wielkokalibrowy pocisk artyleryjski. A przecież jedne i drugie rozorały pozycje, które jeszcze jakiś czas temu obsadzali koledzy Piotra. „Jakim cudem znalazłem się tu, z tym gościem?” – Kucharski nie miał pojęcia. „Gdzie dokładnie jest ten pierdolony dół?” – na to pytanie także nie był w stanie odpowiedzieć.

Wzniósł ramiona ku górze.

– Gdzieś – odparł, siląc się na nonszalancję.

– Nieważne gdzie, za chwilę będą tu moi towarzysze. – Łysy, jak nazwał go w myślach Piotr, położył dłonie na dnie leju. Następnie odepchnął się tak, by wygodniej oprzeć plecy o ścianę dołu. Ten ruch sprawił mu sporo bólu, co Kucharski odnotował z satysfakcją. – Daj zapalić. – Chłopak nie patrzył już na Piotra prowokująco. Skinął za to brodą na plecak, który leżał u stóp Kucharskiego. Piotr zdołał go już wcześniej przeszukać, wiedział, że jest w nim kilka paczek lucky strike’ów. Wyjął jedną, przez chwilę zastanawiając się, czy ma do czynienia z oryginalnym wyrobem. Dobrze by to świadczyło o możliwościach aprowizacyjnych armii, w której służył Łysy. Szybko uznał, że to mało prawdopodobne. Kraj, z którego pochodził młodzik – choć na poziomie propagandy gardził Zachodem – bardzo sobie cenił amerykańskie i europejskie dobra konsumpcyjne. Na oryginały jednak pozwolić sobie mogli tylko nieliczni krajanie Łysego, większości musiały wystarczyć podróbki. Czy tak było i w tym przypadku, Kucharski nie zamierzał się przekonywać. Nie palił.

Rzucił paczkę prosto w ręce mężczyzny naprzeciwko. Ten wyjął papierosa, zapalił i zaciągnął się z wyraźną przyjemnością.

– Napijemy się? – zaproponował, znów wskazując na plecak.

Piotr zaśmiał się cicho. Kilkanaście lat temu wojsko, w którym teraz służył jego wróg, poszło w kierunku głębokiej westernizacji. Obszarów nią objętych było sporo, podstawą zmiany zaś przekonanie, że odtąd liczy się każdy człowiek. Zaczęto więc dbać o wyposażenie indywidualne, co przyniosło poważną jakościową zmianę. Żołnierz, który siedział przed Kucharskim – gdyby nie specyficzny wzór kamuflażu – mógłby uchodzić za wojskowego z sojuszniczej armii. Do czasu, kiedy wyjąłby przydziałową butelkę wódki.

Wojenną rację alkoholową Piotr namierzył już wcześniej. Ba, nawet z niej skorzystał, płucząc wysokoprocentową cieczą poranione dziąsła. Teraz zrobił to samo, oddając Łysemu butelkę ze śladem świeżej krwi na szyjce. Celowo.

Młodszy z mężczyzn uśmiechnął się na ten widok. A potem posłał Kucharskiemu wyzywające spojrzenie. Nie wyczyścił szkła – po prostu odkręcił korek i nie zważając na zabrudzenie, wziął kilka głębszych łyków.

– Braterstwo krwi – powiedział i wytarł ręką usta.

Piotr zły, że nie udało mu się pognębić wroga, splunął na ziemię.

I wtedy w okolicy coś wybuchło. Kucharski skulił się na moment, oczekując kolejnej eksplozji – ta jednak nie nastąpiła. Wstał więc, mocno pochylony, wyjął pistolet i przeładował. Na moment wycelował broń w Łysego, palcem nakazując mu milczeć. A potem ostrożnie wysunął głowę ponad krawędź dołu.

Kolejna eksplozja była silniejsza, lecz nie wywołała w Piotrze niepokoju. Zdołał bowiem dostrzec saperów przeciwnika, zajętych wysadzaniem zdobycznego sprzętu. Syknął, widząc rozerwany wrak Rosomaka, którego dowódca był jego dobrym kumplem. Kucharski miał nadzieję, że „Banda Wiedźmina” przeżyła, że wóz z charakterystycznym napisem na burcie dostał się w ręce wroga bez załogi.

Kolejny wybuch, kolejny Rosomak rozpruty.

Piotr przełknął głośno ślinę. „Następne dwadzieścia pięć baniek poszło się jebać” – stwierdził ze smutkiem. Zsunął się na dno dołu.

– Musisz się poddać. – Łysy dalej znieczulał się alkoholem.

Kucharski pokręcił głową, choć nie był przekonany, że to właściwa reakcja. Bo czy dalszy opór miał sens? Sam zabił co najmniej trzech nieprzyjaciół i gdyby każdy z żołnierzy Wojska Polskiego postąpił tak samo, agresor miałby nie lada kłopot. Z drugiej strony, w boju, który niedawno się zakończył – gdy Polacy utracili już element zaskoczenia – wróg zrobił im jesień średniowiecza. Dosłownie przekopał ich stanowiska gradem stali, a przez las – który dawał schronienie Piotrowi i jego kolegom – przepchnął falę ognia, wskutek czego zginęły prawdopodobnie setki ludzi. Kucharski widział marne resztki pięknego drzewostanu, nim wrócił na dół leju.

„Czy walka z wami ma sens?” – obdarzył Łysego badawczym spojrzeniem.

Usłyszał dźwięk ciężkiego sprzętu i znów wystawił głowę. W oddali dostrzegł dwa potężne buldożery, toczące się drogą, przy której ustawiono zasadzkę. Maszyny spychały na pobocze rozbite transportery, jedna na lewą, druga na prawą stronę krajowej dwupasmówki. Tuż za nimi jechała wielka laweta. Piotr nie musiał się zastanawiać, w jakim celu. Nieprzyjaciel stracił sporo ciężkiego sprzętu, wiele ciężarówek wypełnionych wojskiem, lecz zapewne najdotkliwiej odczuł utratę supernowoczesnego czołgu. Ten przecież – wedle zapewnień propagandy – miał być niezniszczalny, a dopadł go liczący sobie kilkanaście lat pocisk z wyrzutni Spike. Wszedł od góry w wieżę i rozszarpał ją od wewnątrz – z łatwością, z jaką czynił to z czołgami starszych generacji. „Dobry żydowski szit” – Kucharski poczuł, jak ogarnia go entuzjazm.

Wiedział już, że nie należy się poddawać.

Tamtych przy drodze przybywało, Piotr założył, że za chwilę zaczną głębiej przeczesywać teren pobojowiska. Zresztą już to chyba robili, z drugiej strony trasy. Kucharski domniemywał, że tak jest – widok przesłaniał mu rozbity sprzęt. Słyszał jednak pojedyncze strzały i krótkie serie, które nie wywoływały gwałtownych reakcji żołnierzy pracujących na drodze. Pociemniało mu w oczach, uświadomił sobie, co one oznaczają. Obrócił się i wymierzył VIS-a w Łysego.

– Ale dlaczego? – spytał tamten. W jego oczach wreszcie pojawił się strach. Piotr dawno nie doświadczył tak potężnego zastrzyku satysfakcji. Zawahał się, sądząc, że ten widok mu wystarczy. Lecz zaraz znów spojrzał na nogi młodszego mężczyzny. „Wyjdziesz z tego, skurwysynu” – orzekł w duchu. „Wyjdziesz i wrócisz, a ja na to pozwolić nie mogę” – dodał. Pociągnął za spust i celnym strzałem rozłupał głowę chłopaka.

– Dlaczego? Boście tu przyszli, śmierdzące ruskie onuce – wycedził w stronę trupa. Przeskoczył do następnego dołu, potem kolejnego i jeszcze jednego. Wreszcie zaskoczony, że nie zwraca na siebie uwagi, ruszył pędem, szukając drogi między niezliczoną ilością dołów. Biegł tak przez wiele minut, na zachód. Do swoich.

—–

Szanowni, jeśli chcecie mnie wesprzeć w pisaniu kolejnych książek – będę szczerze zobowiązany. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

– wystarczy kliknąć TUTAJ –

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Wunderwaffe

Pół roku. Tyle trwa już rosyjsko-ukraińska wojna w pełnoskalowym wymiarze. Pamiętacie te analizy z końca lutego – nie CZY, ale KIEDY padnie Kijów? Rozważania o losie Ukrainy pod rosyjską okupacją? Własne lęki związane z przekonaniem, że niebawem zwycięska armia rosyjska stanie u naszych południowo-wschodnich granic? „Spodziewał się pan, że wojna potrwa tak długo?”, spytała mnie dziś rano prowadząca program informacyjny w jednej z telewizji. Spodziewać to się nie spodziewałem, ale marzyłem o tym, by Ukraina się nie ugięła. A w najgorszym razie, by drogo sprzedała skórę.

I Ukraina przetrwała. Od przekonania, że „zaraz wszystko się skończy” (zwycięstwem Moskwy), doszliśmy do oczywistości, wedle której Ukraina jest i będzie. Niezależna od rosji, pytanie tylko czy i jak poharatana terytorialnie. Dziś jedynie fantaści dalej wieszczą bezwzględne zwycięstwo agresora. Zdumiewające, w jak wielu łbach roi się wizja rosyjskich wunderwaffe – tych wszystkich T-14, Su-57 i innych terminatorów, dotąd „trzymanych w zapasie” (by mniej zaawansowanym sprzętem zużyć ukraińską obronę) – które „wjadą i pozamiatają” Ukraińców. Odświeżyłem sobie niedawno doskonały „Upadek” oraz (nieco naiwną, lecz i tak ciekawą) serię National Geographic „Wielkie konstrukcje III Rzeszy” – jednym z wiodących motywów obu produkcji jest obsesja Adolfa Hitlera dotycząca cudownych broni i ich możliwości. Wódz do samego końca wierzył, że przyniosą mu zwycięstwo. Aż w końcu musiał sobie strzelić w łeb…

Rosja nie posiada wunderwaffe, a wykorzystanie broni jądrowej nie wchodzi w grę. Dlaczego?

Po pierwsze, nie ma pewności, czy jej użycie złamałoby ukraiński opór. Biorąc pod uwagę to, co obserwujemy przez ostatnie pół roku, równie prawdopodobny jest scenariusz jeszcze większej determinacji obrońców.

Po drugie, owa determinacja mogłaby oznaczać przeniesienie wojny na rdzennie rosyjskie terytoria. Jak na razie Ukraińcy stosują zasadę samoograniczania, lecz w obliczu tak bezpardonowej akcji rosjan, mogliby rozkręcić w Federacji kampanię terrorystyczną. Dotychczasowe „pożary” byłyby przy tym przygrywką z placu zabaw. Pragnę zauważyć – podkreślając jednocześnie, że w tym momencie wychodzę ze skóry analityka i wchodzę w rolę pisarza political fiction – że rosja do dziś nie doliczyła się około dwudziestu walizkowych ładunków jądrowych, które przepadły w czasach posowieckiej rozpierduchy. Kto je ma? W „Międzyrzeczu…” (biorąc za punkt wyjścia prawdziwą i przerwaną przez Amerykanów operację naszego wywiadu), założyłem, że trochę tego „dobra” skapnęło nam, Polakom. Ale czy Kreml może wykluczyć, że beneficjantami nie są Ukraińcy? Tak naprawdę putin nie jest dziś niczego pewien, tak bardzo zawiodły go własne służby. A że to paranoik, zapewne wyobraża sobie różne, najdziksze warianty ukraińskiej zemsty. I niech tak zostanie.

Po trzecie, ukraińska odpowiedź zostałaby bez wątpienia wsparta przez Zachód. Jestem przekonany, że zniesiono by wówczas ograniczenia dotyczące wysyłanego Ukrainie uzbrojenia. Do tej pory Zachód (przede wszystkim USA) stosuje strategię „gotowania żaby” – sączy sprzęt w takich ilościach i o takich parametrach, by ukraińska „obróbka” rosjan nie przybrała postaci gwałtownej i spektakularnej katastrofy (patrząc z perspektywy tych drugich). Trwa oswajanie rosyjskich decydentów z niemożnością pokonania Ukrainy, z koniecznością redukcji celów strategicznych operacji. Rozpisana na wiele etapów klęska ma zredukować ryzyko użycia przez agresorów broni jądrowej – tak jak ostatecznie nie użyli jej w Wietnamie systematycznie dożynani Amerykanie. Zyskiem Kremla ma być możliwość wyjścia „z twarzą”, bez ryzyka wewnętrznych buntów, którym sprzyjałoby przekonanie o słabowitej władzy („wycofaliśmy się w geście dobrej woli, bo ta wojna przestała mieć sens”). No więc nagle mogłoby się okazać, że „chrzanić to, jedziemy z gamoniami!” – i doszłoby do gwałtownego wzrostu możliwości ofensywnych Ukrainy.

Czemu – i tu czas na po czwarte – mogłoby towarzyszyć twarde, kinetyczne zaangażowanie się USA w wojnę. Kremlowscy liczą się i z takim ryzykiem, otrzymali już bowiem nieformalne sygnały, że użycie wobec Ukrainy broni jądrowej byłoby przekroczeniem czerwonej linii. Oczywiście, mogą grozić – i grożą – atomową reakcją na „zachodnie zakusy”, ale wiąże się to z perspektywą całkowitego zdewastowania rosji w ramach amerykańskiej retorsji. Pytanie, czy Ukraina warta jest niechybnej zagłady Federacji, ma rzecz jasna retoryczny charakter. I nawet jeśli putin uznałby, że zagra va banque, nie sądzę, by otoczenie było aż tak odważne. Tymczasem wejście do akcji nawet ograniczonego liczbowo i terytorialnie (na przykład zobowiązanego do działań wyłącznie w Ukrainie) amerykańskiego kontyngentu – przede wszystkim lotnictwa – niechybnie zakończyłoby się spektakularną porażką rosyjskich sił zbrojnych. A tego zwykli rosjanie mogliby putinowi nie darować.

Co przywodzi nas do piątego argumentu – reakcji rosyjskiej opinii publicznej. W rosji trwa „medialna obróbka” narodu, zgodnie z którą ukraińska „operacja specjalna” to rozprawa nie tylko z „faszyzującą Ukrainą”, ale i całym wspierającym ją Zachodem. To ich wersja wojny (bez używania słowa „wojna”…) dobra ze złem. Konfliktu, w którym „nasze malcziki sobie radzą!”. Po co więc ta bomba? Jak zracjonalizować „swoim” jej użycie? W rosyjskiej propagandzie niewiele jest logiki, niemniej byłaby to kwadratura koła. Tym bardziej niebezpieczna, że atak jądrowy zrujnowałby inny, niezwykle istotny element narracji, mówiący o „delikatności” rosyjskiej armii. Nam może się to wydawać absurdalne, ale wielu rosjan naprawdę wierzy, że ich żołnierze nie mordują, nie strzelają do cywilnych obiektów, nie grabią, nie gwałcą i generalnie postępują fair play. Przywalenie atomówką średnio pasuje do tego obrazu.

Obrazu budowanego także w międzynarodowym przekazie – tam, gdzie Kremlowi udaje się narzuć wizję Rosji reagującej zbrojnie na prowokacje Zachodu, w szczególności USA. Afryka, część Azji i Ameryki Południowej kibicuje dziś rosjanom nie tyle z sympatii do ich kraju, co z antypatii do Amerykanów. Istotne są rzecz jasna interesy ekonomiczne, co tylko podbija stawkę. Północ i Południe (globu) nie różnią się w zakresie postrzegania broni jądrowej jako ostatecznego argumentu. Moskwie zatem trudno byłoby znaleźć uzasadnienie dla sięgnięcia po atomówkę – to Zachód/Ukraina musiałyby jako pierwsze wykonać jakąś „grubą” akcję. Bez tego rosja straciłaby w oczach sympatyków, co przełożyłoby się na dalszą polityczną i ekonomiczną izolację. Proszę zwrócić uwagę, że istotna baza dla prorosyjskości to antyamerykanizm, postrzeganie Stanów jako kraju imperialistycznego, łatwo sięgającego po przemoc wobec innych. Owa łatwość bierze z poczucia bezkarności, gwarantowanego przez arsenał jądrowy. Którego Amerykanie – to niezwykle ważny element – już raz użyli wobec innego kraju, mordując dziesiątki tysięcy ludzi. Zrzut atomówki na Ukrainę byłby w tej perspektywie wejściem rosji w amerykańskie buty – w czym zawiera się szóste „nie”.

Zatem i ta wunderwaffe pozostanie zapewne poza zasięgiem rosjan.

Skądinąd, płodna jest ta „niemiecka analogia”. Rosja strategicznie przegrywa wojnę w Ukrainie. Jej armia – aspirująca do miana drugiej na świecie – okazała się niezdolna do przeprowadzenia zwycięskiej kampanii przeciw średniej wielkości państwu. Dotkliwie pobita, musiała wycofać się z terenów północnej Ukrainy. Po trzech miesiącach kampanii zdobyła niewielkie obszary w Donbasie („brakującą” połowę obwodu ługańskiego). Wybiła co prawda korytarz na południu, zajmując na początku inwazji jedno (!) obwodowe miasto (Chersoń), ale dziś przerzuciła w ten rejon połowę sił, obawiając się kontrofensywy. Na skutek precyzyjnych ataków ukraińskiej artylerii – w trakcie których niszczone są magazyny amunicji, centra dowodzenia, lotniska i obrona przeciwlotnicza – pozostaje częściowo sparaliżowana, pozbawiona inicjatywy operacyjnej. Od półtora miesiąca nie może się pochwalić żadnymi zdobyczami terytorialnymi – tkwi na pozycjach, zbyt słaba, by atakować (lokalne akcje nie mają większego znaczenia), zbyt silna, by dać się wyprzeć. Jeszcze zbyt silna… Niemniej wciąż jest to armia z licznym arsenałem pozwalającym na ataki rakietowe z dużej odległości, skierowane – niczym niemieckie V-1 i V-2 – na miasta i obiekty cywilne. Te terrorystyczne ostrzały nadal postrzegane są przez rosyjskie dowództwo jako docelowo skuteczne. Prezydent putin – jak Hitler i jego wiara w psychologiczne skutki zgruzowania Londynu – gotów jest zamordować tysiące cywilów, byle tylko rzucić przeciwnika na kolana.

Jutro, w święto niepodległości Ukrainy, należy spodziewać się zmasowanych ataków.

—–

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Kłopoty

Miała być przemodelowana pod dyktando Kremla „architektura bezpieczeństwa w Europie”, miała być rewizja granic i potwierdzenie stref wpływów, miał być wreszcie „ruski mir” jako pełnoprawna alternatywna dla Zachodu z jednej i chińskiego modelu relacji społeczno-gospodarczych z drugiej strony. Jest… Putin żebrzący u irańskiego ajatollaha o drony. Potraktowany z butą, obcesowo, niczym przedstawiciel kraju trzeciego świata (którym Rosja w istocie jest, ale za sprawą arsenału jądrowego i kontroli wydobycia minerałów ma możliwość wypierania się tego statusu). Jeśli rosyjski prezydent rzeczywiście żyje w świecie iluzji – okłamywany przez doradców, odcięty od źródeł obiektywnej wiedzy – to właśnie w Teheranie miał okazję przekonać się, jak dramatycznie obniżyła się jego ranga i status kraju, którym rządzi. Dyplomacja to realne działania, ale i nie mniej ważne gesty. Posadzenie Putina na bocznym krześle, bez flagi w tle, późniejszy afront ze strony innego uczestnika teherańskiego „szczytu” – prezydenta Turcji Erdogana, który kazał Putinowi na siebie czekać (na „oczach” kamer!) – to właśnie takie ważne gesty. Witold Jurasz, były dyplomata, obecnie komentator polityczny, dostrzega w tych zdarzeniach dodatkową symbolikę. Oto bowiem w Teheranie – podczas spotkania Wielkiej Trójki w listopadzie 1943 roku – Moskwa stała się częścią politycznej superligi. I w Teheranie właśnie – w lipcu 2022 roku – została z tego klubu wyrzucona. Dodam od siebie, że działo się to 20 lipca, w kolejną rocznicę nieudanego zamachu na Hitlera. Straconej dla Niemiec i świata szansy, co przyniosło dodatkowe 12 milionów ofiar, zamordowanych i poległych między lipcem 1944 roku a majem 1945 roku. Putin to przegryw – nie ma już co do tego złudzeń – i każdy dodatkowy dzień jego władzy, to kolejne niepotrzebne straty dla Rosji, Ukrainy i całego świata.

Stosowny komentarz memowy za: Doniesienia z putinowskiej Polski
Stosowny komentarz memowy za: Doniesienia z putinowskiej Polski

I nie żartuję z tymi dronami – ruskim „bezpilotniki” niemal całkiem już wyszły. Jeszcze w maju armia ratowała się, zabierając maszyny innym służbom mundurowym, ale i to źródełko w końcu wyschło. Płatowce od biedy produkować jeszcze można, lecz nie sam „samolocik” jest istotą idei dronów. To zdalnie sterowane urządzenia, wypakowane zaawansowaną opto-elektoniką, w wersji bojowej wyposażone w „inteligentne” rakiety. Ten technologiczny wsad to pięta Achillesowa rosyjskiej zbrojeniówki. Dotąd Rosjanie radzili sobie, implementując zachodnią technologię, ale w obliczu sankcji takiej możliwości już nie ma. Iran nie słynie jakoś szczególnie (to celowy eufemizm…) z produkcji nowoczesnej broni, sam przez dekady zmagał się z sankcjami, ale ponoć mógłby Rosji zaoferować kilkaset gotowych aparatów. Nie mam pojęcia, czego oczekując w zamian; jedyny sensowny rosyjski atut to technologie jądrowe (choć i tu trudno wyobrazić sobie projekt od A do Z bez udziału zachodnich komponentów). Pożyjemy – zobaczymy.

O sprzętowych kłopotach Rosjan świadczą też inne fakty. Okazuje się, że na front trafią (już trafiły?) czołgi przewidziane do sprzedaży za granicę. Kontrahenci zakupionego dobra nie otrzymają, no ale potrzeby własnej armii są ważniejsze. Z tego akurat nie kpię, Ukraińcy zrobili dokładnie to samo, wstrzymując na przykład sprzedaż zestawów przeciwpancernych (to dlatego na ekranach sterowniczych widać czasami arabskie symbole). No ale Ukraina jest w innej sytuacji niż Rosja – walczy o życie, a „na wejście” jej potencjał militarny był dużo-dużo mniejszy. Pisałem już o tym wczoraj (prezentując filmik z nieudanego odpalenia rakiety Iskander), powtórzę dziś – wojna w Ukrainie to najlepsza antyreklama dla rosyjskiej zbrojeniówki. Teraz do kwestii problematycznej jakości dojdzie także nieterminowość (w najlepszym razie).

Zapyta ktoś, jakim cudem Rosja – „leżąca na czołgach” – ma problem z wyekwipowaniem liniowych oddziałów. Ano pamiętajmy, że miażdżąca większość z około 20 tys. maszyn – używanych i zmagazynowanych – to sprzęt wyprodukowany jeszcze w czasach ZSRR. Po 1991 roku powstało niewiele nowych czołgów (T-14 wyprodukowano w śladowych ilościach) – to, co trafiało do jednostek, było zwykle starą skorupą, odświeżoną i wyposażoną w nowsze, zmodernizowane elementy. Co do zasady – nie ma w tym nic zdrożnego. Do (mniej więcej) tego samego sprowadza się apgrejt amerykańskich Abramsów. Oba procesy różni jakość wykonania; jak niska była ona w przypadku maszyn z rodziny T przekonujemy się każdego dnia w Ukrainie.

Ukraińcy twierdzą, że zniszczyli już tysiąc siedemset rosyjskich czołgów (z czterech tysięcy, jakimi dysponowała w oddziałach liniowych cała armia rosyjska w lutym br.). Dostępny materiał zdjęciowy i filmowy pozwala przyjąć, że z całą pewnością z walki wyeliminowanych zostało niemal tysiąc rosyjskich tanków. Część z nich uda się wyremontować, więc nie będą to straty bezpowrotne. I tu zaczynają się schody. W latach 2011-2020 rosyjska zbrojeniówka dostarczała armii rocznie 160-170 sztuk zmodernizowanych wozów T-72 oraz około 50 w wersji T-80. W 2021 roku było to już tylko kilkadziesiąt maszyn. Łącznie w całym tym okresie do jednostek bojowych trafiło około 2 tys. maszyn o względnie wysokiej wartości bojowej. Reszta (w linii i w magazynach) to muzeum. Mimo administracyjnych wybiegów, których celem jest militaryzacja rosyjskiej gospodarki, moce produkcyjne dwóch fabryk zajmujących się produkcją i modernizacją czołgów, nie wzrosły. Cóż bowiem z tego, że załoga ma pracować w reżimie 3-zmianowym, skoro brakuje elektronicznych komponentów zachodniego pochodzenia (niezbędnych na przykład w systemach celowniczych)? Skoro część parku maszynowego nie nadaje się do użytku – poradziecka z uwagi na zużycie, nowoczesna z powodu sankcji (brak części zamiennych, niedziałający soft itp.). Można mieć kupę stali, ale bez obrabiarek ani rusz. Do tego dochodzą jeszcze skutki kryminalnego procederu, o którym już wspominałem. Wycofywane z frontu maszyny są po drodze okradane z każdego elementu, który da się sprzedać. Rosyjscy żołnierze handlują głównie za wódkę – ów rys kulturowy moskiewskiej armii nadal pozostaje silny i niezmienny. Ogołocone skorupy często nie nadają się do żadnego remontu – w ich miejsce lepiej wyciągnąć coś z głębokiego magazynu. Stanowiącego o być albo nie być rosyjskich wojsk pancernych, dającego bowiem sposobność do kanibalizacji. Fatalna jakość magazynowania – zwykle pod chmurką – ogranicza jednak i ten rezerwuar.

Rosjanom czkawką odbija się niska jakość wykonania. Silniki do czołgów T-72 wymagają remontu po tysiącu godzin użytkowania. Wozy, które wjechały do Ukrainy w lutym – i jeszcze nie zostały zniszczone – i tak nie są dziś zdatne do użycia. To dlatego na front trafia coraz więcej staroci, z których część nadaje się tylko do przejechania kilkudziesięciu kilometrów i osadzenia w roli umocnionego punktu obrony. Biorąc pod uwagę wysoką awaryjność armat produkowanych w latach 60. i 70., nawet w tej roli nie spiszą się zbyt dobrze.

Ot realia, „drugiej armii świata”…

—–

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to