Legenda

Lubicie unikatowe zdjęcia, prawda? Ja również. Oto więc kolejna porcja – tym razem śmigłowców Mi-24, latających z biało-czerwonymi szachownicami.

Oddajmy głos Bartkowi Berze, autorowi fotografii:

– Dla wielu to najpiękniejszy śmigłowiec świata, koncepcyjnie niepowtarzalne połączenie maszyny transportowej z silnie opancerzoną, bojową – mówi fotoreporter. – Mi-24 zyskał wiele przydomków – „krokodyl”, „parowóz”, „hind”, choć w Pruszczu Gdańskim (gdzie użytkowane są maszyny – dop. MO), najczęściej nazywa się go po prostu „hokejem” (od kształtu belki ogonowej). Uwielbiany przez pilotów, którzy podobnie jak koledzy z Inowrocławia, latali na nim w misjach bojowych w Afganistanie i Iraku, czeka na następce, który zostanie wyłoniony w programie Kruk.

Póki co jednak załogi 49 Bazy Lotniczej intensywnie użytkują swoje latające legendy, z rzadka pozwalając przyjrzeć się swojej pracy fotoreporterom.

Nz. Mi-24 nad Mierzeją Wiślaną.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Blogowanie

W miniony weekend wziąłem udział w Blog Forum Gdańsk – największej i najbardziej prestiżowej imprezie rodzimej blogosfery. Miałem tam wystąpienie pt.: „Nie wystarczy tylko być. Kulisy wojennego blogowania”. Opowiadałem o swoich doświadczeniach z pracy nad „zAfganistanu.pl” i „bezkamuflazu.pl”, spory nacisk kładąc na pułapki, które wiążą się z pracą wojennego reportera. Zapraszam do obejrzenia wideo-zapisu mojej prezentacji.

Nz. Autor na pozycjach wojsk ukraińskich w Szyrokino, lato 2015/fot. Darek Prosiński

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dekada

Już za dwa dni Święto Lotnictwa Polskiego. Ponieważ przypada na niedzielę, obchody zaczynają się już dziś.

My też poświętujmy od teraz – ciesząc oko zdjęciami Bartka Bery.

Oto nasze skrzydła – ich najbardziej bojowa, najbardziej agresywna część. A zarazem kawał najnowszej historii polskiego lotnictwa – od „staruszków” Su (choć przyznajcie – po „refreszu” prezentują się naprawdę nieźle), przez MiG-i, po najnowsze „efy”. Wszystko w ruchu, na niebie – w doskonałych ujęciach.

Warto dodać, że to pierwsze takie zdjęcia wykonane w Polsce. Trzy różne typy maszyn obok siebie to unikatowa sytuacja. Pretekstem do tej wyjątkowej sesji była dziesiąta rocznica przyjęcia na stan Polskich Sił Powietrznych samolotów F-16.

I już na koniec, korzystając z okazji – wszystkim noszącym stalowy mundur życzę żołnierskiego szczęścia!

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Potencjały

Szczyt NATO za nami, warto więc pokusić się o kilka uwag. Lecz nie zamierzam płynąć z nurtem zachwytów na temat organizacyjnego sukcesu, jakim było przeprowadzenie sojuszniczych obrad bez zaliczenia wpadki. Kraje o potencjale Polski – zwłaszcza zaś jej aspiracjach – winny takie imprezy robić na pograniczu rutyny. Po prostu. Samo zachwyt jest w tym przypadku przejawem prowincjonalności.

Reprymenda, jakiej Barack Obama udzielił polskiemu prezydentowi i władzom RP, to kwestia na odrębny wpis. W tym chciałbym się skupić na najważniejszym z naszej perspektywy ustaleniu szczytu, dotyczącym dyslokacji sił Sojuszu. Przedstawiciele rządu i prezydenta każą nam widzieć w tym niemal globalny przełom, coś, co zmieni dysproporcję sił w naszej części Europy. Tymczasem jest to bzdura – niebezpieczna, bo tworząca iluzję niemal bezwzględnego bezpieczeństwa.

Zrównoważenie

Cztery bataliony, które mają trafić do Polski i państw nadbałtyckich, są kroplą w morzu potrzeb – jeśliby rozpatrywać zagrożenie ze strony Rosji w taki sposób, że należy jak najszybciej dążyć do zrównoważenia potencjału. Z amerykańskich symulacji wynika, że do skutecznej obrony Pentagon musiałby przerzucić na terytorium Litwy, Łotwy i Estonii 10 ciężkich brygad – czyli 40 tysięcy żołnierzy. Trzy bataliony, które tam trafią, to 13-krotnie mniejsza siła.

Konflikt o „Pribałtykę” wiązałby się też z koniecznością zabezpieczenia Polski, w tym słynnego już przesmyku suwalskiego. Opierając się o dostępne informacje na temat planów ewentualnościowych, do tego celu niezbędne byłoby dyslokowanie co najmniej pięciu natowskich dywizji, rozwiniętych do stanów bojowych. To ponad 80 tysięcy ludzi. Batalion US Army, który w myśl ustaleń warszawskiego szczytu ma przebywać w Polsce, liczyć będzie nieco ponad tysiąc żołnierzy – 80-krotnie mniej od potrzeb, które stoją za hasłem „zrównoważenie potencjału”.

Va banque

Zatem nie ma mowy o żadnym wyrównaniu szans. Zwłaszcza, że wciąż nie wiemy, jak na weekendowe obrady zareagują Rosjanie. Z Moskwy słychać rozmaite głosy, także pomruki, w myśl których decyzje podjęte w Warszawie to niemal „wypowiedzenie wojny”. Jeśli górę weźmie retoryka wojenna, odpowiedzią będzie wzmocnienie i tak niemałych rosyjskich sił w obwodzie kaliningradzkim, na Białorusi i generalnie na zachodnich rubieżach Rosji.

Powiedzmy więc sobie jasno – „efekt batalionów” nie wynika z ich realnej siły. Ta – w porównaniu z potencjałem przeciwnika – jest symboliczna. Póki jednak działa amerykański straszak – zakładający, że Rosjanie nie uderzą na kraj, w którym stacjonują Amerykanie – póty nawet tak symboliczna obecność ma praktyczny wymiar.

Lecz jeśli Rosjanie zdecydują się zagrać va banque, kraje nadbałtyckie i zapewne część Polski nie unikną okupacji. Siły zbrojne tych państw, wspomniane bataliony, dodatkowa brygada gdzieś w Europie oraz szpica razem wzięte, nie zatrzymają rosyjskiej armii.

Głęboko wierzę, że byłaby to okupacja czasowa – że NATO wywiązałoby się ze swoich zobowiązań. Co dla Rosji – jak już napisałem w poprzednim wpisie – oznaczałoby klęskę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Zwycięstwo

Kilka dni temu generał Ben Hodges – dowódca amerykańskich wojsk lądowych w Europie – przyznał publicznie, że NATO nie byłoby w stanie uchronić państw nadbałtyckich przed zajęciem ich przez armię rosyjską.

„Rosjanie podbiliby je, zanim nasze siły dotarłyby, by stanąć w ich obronie” – mówił Hodges niemieckiemu tygodnikowi „Die Zeit”. Wojskowy przyznał też rację ekspertom, którzy prognozują, iż rosyjskie wojska są w stanie maksymalnie w 60 godzin zająć wspomniane kraje.

Tuż po tej wypowiedzi posypały się komentarze wszelkiej maści „speców”, których generalna linia sprowadza się do stwierdzenia, że NATO to wydmuszka, że Ameryka jest słaba, że Rosja rulez i dajmy sobie spokój ze stawianiem się niedźwiedziowi. Bo a nuż i na Polskę ryknie – a wtedy nic i nikt nas nie uchroni.

Ehh…

Hodges nie ujawnił żadnej tajemnicy, nie powiedział czegoś, co winno dramatycznie zmienić nasze wyobrażenia na temat (nie)równowagi militarnej w regionie. Generał stwierdził, co oczywiste – że trzymająca w Europie „pod parą” ponad 250 tys. żołnierzy Rosja, nie może przegrać z przeciwnikiem, który ma do dyspozycji kilkanaście razy mniej wojska. A taki jest potencjał Litwy, Łotwy i Estonii, z uwzględnieniem stacjonujących tam obcych oddziałów. Rzekł (choć trzeba to czytać między słowami), że ów teatr działań jest zbyt mały, by prowadzić na nim długotrwałą, efektywną obronę, która przetrwałaby do czasu nadejścia głównych sił.

Nawet tak zwanej szpicy, która też potrzebuje (czy raczej – będzie potrzebować) kilkudziesięciu godzin, by móc wejść do akcji.

Hodges nie sfalsyfikował (jak napisał to jeden z portali) sensowności projektu o nazwie „NATO”. Bo nie ma ku temu żadnych podstaw. I Stany, i Europa Zachodnia – a już zwłaszcza ich zsumowany potencjał, którego organizacyjną czapką jest Sojusz – dysponują możliwościami dużo większymi niż Rosja. Mówiąc wprost, nasz wschodni sąsiad nie przetrwałby konfrontacji z Zachodem. I w tej groźbie kryje się siła NATO.

Teoretyczna możliwość lokalnego, taktycznego sukcesu przeciwnika, w żaden sposób nie przekreśla sensowności trwania przymierza (ostatecznie, utracone terytoria można odbić). Rosjanie też o tym wiedzą. I dlatego, choć mogliby zająć „Pribałtikę” w kilkadziesiąt godzin, póki rządzą nimi w miarę racjonalni ludzie, póty się na to nie zdecydują. Wiedzą, że byłoby to ich ostatnie zwycięstwo.

—–

Armia amerykańska w Afganistanie/fot. Marcin Ogdowski

Postaw mi kawę na buycoffee.to