„Dronoza”

Przyznam szczerze, zdumiał mnie ów widok. Izraelskiego samolotu-cysterny podającego paliwo myśliwcowi. Wiem, że dobre wyszkolenie załóg lotniczych mocno redukuje ryzyko kolizji i pożaru, więc sama procedura nie jest niczym nadzwyczajnym. Ale przeprowadzenie jej w przestrzeni powietrznej wroga to przejaw totalnej dominacji. I właśnie z taką sytuacją mamy do czynienia nad Iranem – siły powietrzne Izraela (IAF) poczynają  sobie tam do woli, zdusiwszy w zarodku irańskie możliwości obronne.

Ale zostawmy Iran – za moment do niego wrócimy (i zrozumiecie dlaczego „naokoło”). Od dłuższego czasu usiłuję zrozumieć, w jakim kierunku podąża Wojsko Polskie, czy implementuje doświadczenia z Ukrainy. Wiem, jak wygląda tamtejsza wojna, wiem, jak w konfliktach asymetrycznych walczyła nasza armia. Znam założenia doktrynalne, operacyjne i taktyczne – rzecz jasna w zarysie; nie mam dostępu do ściśle tajnych danych – nie tylko WP, ale i całego NATO. Zarazem obserwuję publiczny dyskurs dotyczący obronności. A ten już od wielu miesięcy cechuje się zjawiskiem, które na własny użytek określiłem mianem „dronozy”. Chodzi o przekonanie, że małe bezpilotowce załatwią „wszystko”. Że to Wunderwaffe XXI wieku. Takie myślenie implikuje szereg wniosków, pośród których na plan pierwszy wybija się nieustająca krytyka WP i całej zachodniej wspólnoty wojskowej. Że są zachowawcze, przestarzałe, nadmiernie skupione na dużych, drogich, „tradycyjnych” systemach broni – w tym samolotach wielozadaniowych – których efektywność w porównaniu z dronami, zwłaszcza w relacji koszt-zysk, jest znacząco niższa.

No więc czytam, słucham, zderzam z własnymi doświadczeniami, i także w oparciu o rozmowy z generalicją usiłuję ustalić „dokąd zmierzamy”. Wnioski?

Zachodnia myśl wojskowa, w tym i nasza, nadal opiera się na przekonaniu o konieczności zadania przeciwnikowi „na wejście” potężnego ciosu z powietrza. Ma go wyprowadzić silne lotnictwo załogowe, wsparte dalekonośnymi systemami rakietowymi. To, co z tej młócki wyjdzie, trafi pod ogień precyzyjnej artylerii – a ta zachodnia bije nie tylko celniej, ale i dalej niż ta wschodnia. To, co mimo wszystko się przedrze, poza ścianą luf ma się również natknąć na zaporę radio-elektroniczną, która obezwładni małe systemy bezzałogowe. W tym kierunku zmierzamy.

Innymi słowy, nie będziemy „bawić się” w wojny pozycyjne, nie dopuścimy do walki w bliskim kontakcie. Nie pozwolimy przeciwnikowi razić nas przy użyciu broni i technik, które rozwinął w ostatnim czasie, i w których ma przewagi. Chcemy walnąć w splot słoneczny, nie ryzykując długotrwałego „oklepu”, podczas którego mogłoby się okazać, że wróg zniesie więcej. Stąd konieczność utrzymania – patrząc w kategoriach wysiłku sojuszniczego – dużych sił powietrznych; ich liczbowej, taktycznej i technologicznej przewagi. Stąd nie do końca zrozumiała przez część ekspertów ambicja zbudowania w polskim wojsku potężnej artylerii lufowej i rakietowej. Idzie o to, by nie dopuścić „tamtych” ze swoimi dronami w nasze pobliże.

—–

No dobrze, ale jak to się ma do starcia Izrael-Iran? Przecież tam nie dojdzie do wojny lądowej, bo oba kraje oddziela bufor innych państw. To prawda, dlatego przykład z Bliskiego Wschodu ma ograniczone zastosowanie do zrozumienia europejskich i polskich uwarunkowań. Niemniej jest przydatny, oto bowiem widzimy w całej okazałości zachodnią doktrynę przewagi powietrznej w działaniu. Widzimy, czym jest posiadanie silnego lotnictwa załogowego, wyposażonego w pięść wielozadaniowych maszyn bojowych, wspartych latającymi cysternami, samolotami rozpoznawczymi oraz p r a w d z i w y m i dronami bojowymi dalekiego zasięgu. Widzimy, czym jest rosyjska technologia w zakresie obrony przeciwlotniczej w konfrontacji z zachodnim sprzętem lotniczym. IAF używają sobie do woli – najpierw zniszczyły irańską OPL, a teraz konsekwentnie „wyłuskują” cele wysokiej wartości, niszcząc krytyczne elementy infrastruktury wroga i, nade wszystko, eliminując jego struktury dowódcze. Liczba zabitych irańskich dowódców rośnie z godziny na godzinę, nie będę więc wymieniał ich z nazwiska. Dość stwierdzić, że po takiej dekapitacji – gdyby nagle zaistniały geograficzne warunki do starcia na lądzie – armia irańska zapewne nie byłaby w stanie podjąć skutecznej walki.

Pamiętajmy o tym, sięgając po argument „bo rosjanie mają drony FPV”. W starciu z zachodnim lotnictwem równie dobrze mogliby mieć dzidy.

PS. 1 Gwoli uczciwości. Izraelska operacja „Wschodzący Lew” miała również odsłonę dywersyjno-wywiadowczą. Część pierwotnych zniszczeń irańskiego systemu obrony przeciwlotniczej to zasługa dywersantów, który przeniknęli do Iranu, i wykorzystanych przez nich dronów. Tyle że to nie tyle świadczy o skuteczności małych aparatów bezzałogowych, co o wysokich możliwościach izraelskich spec-służb.

PS. 2 Proszę mnie źle nie zrozumieć – małe drony to bardzo przydatne narzędzie walki i nie można się na ten fakt zamykać. Ale to tylko część złożonego wojennego ekosystemu, a nie jego dominująca treść.

—–

Ten tekst, w znacznie obszerniejszej wersji, opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

Szanowni, w e-sklepie Patronite możecie nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Izraelski F-35 przed wylotem na misję w ramach operacji „Wschodzący Lew”/fot. IAF

Doświadczenie

„Mamy prawie 50 tys. żołnierzy z doświadczeniem bojowym”, podkreślał pewien pułkownik, wykładowca ówczesnej Akademii Obrony Narodowej. „To połowa armii”, mówił, wyraźnie zadowolony. „Znakomity kapitał na przyszłość”, dodał. Zakwestionowałem jego optymizm, chyba nazbyt grubiańsko; w każdym razie rozstaliśmy się w niezgodzie. Lecz mowa o człowieku, który miał dość intelektualnej uczciwości, by po czasie przyznać: „Masz rację”. „Doświadczenie z Iraku i Afganistanu na niewiele się zda w Europie”, usłyszałem, tym razem już przez telefon.

Był rok 2012, armię rzeczywiście mieliśmy ostrzelaną. I doświadczoną w realizacji zadań w ramach wielonarodowego kontyngentu; tyle wygrać. Ale istota tego treningu sprawdzała się do udziału w konflikcie asymetrycznym, antypartyzanckim – a więc o względnie niskiej intensywności – w dodatku prowadzonym w bardzo specyficznych warunkach geograficznych. Nie do powtórzenia w Europie, w konfrontacji z przeciwnikiem takim jak rosja.

Wojna, która wybuchła na wschodzie Ukrainy dwa lata później, w pełni to potwierdziła.

Po co o tym piszę? Ano mamy wysyp opinii, wedle których „już za chwileczkę, już za momencik”, armia rosyjska uderzy na Europę. No więc pytam, czym? Prymitywnie przerobionymi moskwiczami i ładami, wózkami golfowymi? Stadem pędzonych „wpieriod!” kalek? Oczywiście, celowo uwypuklam rosyjskie słabości – są w wojsku putina przyzwoicie wyekwipowane komponenty – ale co do zasady, siły zbrojne federacji pozostają cieniem samych siebie sprzed trzech lat. Liczniejszą, ale dramatycznie niedoposażoną strukturą, która na odzyskanie potencjału sprzed 24 lutego 2022 roku potrzebuje co najmniej 10 lat. Cudów nie ma, sowieckie zapasy „wyszły”, a przemysł – wbrew propagandowym twierdzeniom – nie jest w stanie produkować wielkich mas uzbrojenia.

Odrębną kwestią pozostaje jego jakość – dotychczasowa okazała się niewystarczająca nawet do pokonania Ukrainy. Zatem w ciągu tej dekady należałoby – patrząc z perspektywy Moskwy – wymyślić i wdrożyć coś „ekstra”. Powodzenia, zwłaszcza w realiach sankcji i zdychającej gospodarki.

„No ale doświadczenie!”, mógłby rzec ktoś. Jakie? Z ponad miliona posłanych na wojnę z Ukrainą żołnierzy prawie połowa nie żyje bądź została trwale okaleczona. Czym jest kunszt pozostałych? To pytanie, o sposób, w jaki rosjanie wyszarpali Ukrainie kilkanaście procent jej terytorium. Rajdami z początków pełnoskalowej wojny, nieco późniejszym „walcem artyleryjskim” i „mięsnymi szturmami”, które dramatycznie nasiliły się w drugim i trzecim roku inwazji. To jest istota doświadczenia bojowego rosyjskich żołnierzy i ich dowódców.

Czy da się je wykorzystać w wojnie z armiami natowskimi? A niby jak przy miażdżącej przewadze w powietrzu (sama Europa „zjada” tu rosję, nie tyle liczbą, co jakością)?

„W powietrzu latają też drony!”, stwierdziłby ów ktoś. No latają, ale w całej tej opowieści o bezpilotowcach zapominamy, że to bieda-broń, narzędzie kompensacyjne, używane z braku innych środków. Przede wszystkim klasycznego lotnictwa oraz dalekonośnej, precyzyjnej artylerii; obie strony konfliktu na Wschodzie mają w tych zakresach istotne braki (fizyczne bądź kompetencyjne). Wojna z innym przeciwnikiem – dysponującym silnym lotnictwem i artylerią o lepszej donośności i celności – nie wyglądałaby tak, jak zmagania na Donbasie czy Zaporożu. Najogólniej rzecz ujmując, rosjanie nie byliby w stanie podejść tak blisko, strefa kontaktu byłaby znacznie rozleglejsza, najpewniej w ogóle nie byłoby linii frontu. Większość dronów okazałby się nieprzydatna, większość rosjan zginęłaby na skutek „wybombardowania”.

Oczywiście, determinacja i ostrzelanie (rozumiane nie jako kompetencja w posługiwaniu się bronią, ale nawyk funkcjonowania w realiach zagrożenia), to byłyby rosyjskie atuty. Tyle że bez technologii dalece niewystarczające. Pamiętajmy o tym proszę, nim zanurzymy się w ponury nastrój.

PS. Nie, Ukraina nie jest stracona. Ostatnie wypowiedzi amerykańskich polityków niczego nie przesądzają. Jutro i pojutrze, po spotkaniu w Monachium, będziemy wiedzieć więcej. Dziś mam „dzień świra”, ale będę trzymał rękę na pulsie. Dodam tylko, bo warto, że putinowska machina wojenna na lądzie ewidentnie dostała zadyszki; rosjanie stanęli, Ukraińcy lokalnie kontratakują, często z powodzeniem. Takie są fakty, a nie zmarkotniałe spekulacje.

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa… – w sklepie na Patronite pojawiły się kolejne książki – powieści, które napisałem i wydałem „w czasach afgańskich”, reportaż z tamtego okresu oraz książka political/war fiction, dziejąca się w realiach pandemii i rosyjskiej agresji militarnej na Polskę. Polecam lektury – by je nabyć, przejdźcie na stronę pod tym linkiem.

Miraże!

Wczoraj na jednym z branżowych forów rozpętała się mała burza. Oto jeden z miłośników lotnictwa uchwycił nad Polską francuskiego Miraża 2000 – i upublicznił zdjęcie. Pozornie nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego – sojusznicze maszyny latają nad naszym krajem od dawna, po rosyjskiej inwazji na Ukrainę jest ich tu „po korek”.

Rzecz w tym, że chodziło o nietypowy samolot – pozbawiony oznaczeń państwowych.

Kto znał kontekst, ten szybko połączył kropki. Latem ubiegłego roku Francja obiecała Ukrainę dostawę kilkunastu maszyn, kilka dni temu oficjele znad Sekwany zapewnili, że pierwsze samoloty dotrą nad Dniepr w pierwszym kwartale tego roku.

Lecący bez oznaczeń, na wschód, z dodatkowymi zbiornikami paliwa myśliwiec musiał być jednym z „tych” Miraży.

I wybuchła dyskusja o tym, czy takie zdjęcia należy udostępniać.

Dziś to już historia, mamy bowiem oficjalne potwierdzenie, że francuskie maszyny są w Ukrainie. Jak pisze minister obrony Francji (patrz screen), samoloty pilotowali ukraińscy lotnicy, którzy wcześniej przeszli kilkumiesięczne szkolenie we Francji.

Z innych źródeł wiem, że było to wyjątkowo intensywne szkolenie. A kto choć trochę orientuję się, czym jest francuskie lotnictwo (jaka jest jakość jego sprzętu i personelu), ten domyśla się, że popeliny nie było.

O czym wkrótce, mam nadzieję, przekonają się też rosjanie.

Bieda-broń

Niemal dokładnie rok temu, w Bachmucie, przyglądałem się pracy ukraińskich „droniarzy” ze słynnej grupy „Madziara”. W stanowisku dowodzenia znajdowały się m.in. dwa duże ekrany, na które przekazywano obrazy z dronów rozpoznawczych. Bezpilotowce przeczesywały teren w poszukiwaniu celów dla artylerii – większych skupisk piechoty, wozów bojowych, czołgów. W tym samym czasie mniejsze, czterowirnikowce – zmodyfikowane tak, by przenosić na przykład 750-gramowe ładunki termobaryczne – polowały na rozproszone grupki żołnierzy wroga i ich stanowiska. Oba typy maszyn powstały na użytek cywilny, ale wojsko zaadaptowało je na własne potrzeby. Druga strona zrobiła to samo, obie w skali, która uczyniła małe bezpilotowce jedną z podstawowych broni tej wojny. Do jakich wniosków przywodzi nas dronowa odsłona rosyjsko-ukraińskiego konfliktu? O tym rozmawiam z ekspert ds. bezpieczeństwa, dr Michałem Piekarskim z Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Wrocławskiego.

Marcin Ogdowski: Większość filmów ujawnianych przez obie strony konfliktu w Ukrainie dotyczy dronów. Można odnieść wrażenie, że to najważniejszy system uzbrojenia.

Michał Piekarski: Pamiętajmy, że to przede wszystkim materiał propagandowy, a więc odpowiednio wyselekcjonowany – nie pokazuje się, co oczywiste, porażek. Ale rzeczywiście, powszechność małych bezzałogowych statków powietrznych w Ukrainie oraz nierzadko spektakularne przykłady z ich użycia, sprzyjają myśleniu o rewolucyjnej zmianie na polu walki, która sprawi, że tradycyjne rodzaje uzbrojenia staną się przestarzałe. Zapewne każdy, kto bardziej interesuje się kwestiami militarnymi, zetknął się ze stwierdzeniem typu: „tani dron niszczy drogi czołg”…

– … „a więc czołgi nie są już potrzebne”; o tak, wielokrotnie to czytałem. Odpowiadam zwykle, że pocisk przeciwpancerny również kosztuje dużo mniej niż jego cel. W relacji nakład-zysk nie mamy tu rewolucji. Ale czy tak liczne zastosowanie dronów nie jest przełomem?

– To żadna rewolucyjna zmiana. Małe drony (kategorii I, trzymając się klasyfikacji NATO), były obecne na polach bitew przed 2022 rokiem, zarówno jako urządzenia wojskowe produkowane seryjnie, jak i aparaty cywilne, zaadaptowane nieraz w sposób prosty czy wręcz prymitywny. Tych ostatnich używano w ciągu ostatniej dekady choćby w konflikcie w Syrii i Iraku. Stamtąd pochodzą pierwsze efektowne nagrania, gdy pod taniego DJI Phantoma podwieszano ładunki wybuchowe.

– Właśnie, taniego – dla bojówek szukających „bieda-broni” to wielka zaleta. A co z zawodowymi armiami?

– One również dostrzegały potencjał małych bezzałogowców. Przypomnę, że pomysł, aby do drużyny piechoty morskiej USA włączyć operatora drona, pojawił się na przełomie 2018 i 2019 roku. To oznaczało że dron stałby się częścią zwykłego wyposażenia żołnierzy, jak karabin, granatnik czy lornetka.

– Wtedy jednak skupiano się na używaniu bezpilotowców do celów rozpoznawczych.

– Owszem. A w konflikcie w Ukrainie drony na najniższym szczeblu używane są także jako środek ogniowy, substytut przeciwpancernych pocisków kierowanych i granatów moździerzowych. Prawdopodobnie gdyby ukraińska armia była tak wyposażona i zaopatrywana jak amerykańska, drony odgrywałyby inną rolę. Bo wówczas klasyczne nowoczesne uzbrojenie i wsparcie artylerii byłyby łatwo dostępne.

– Tu nie tylko o niedostatek przyzwoitych i drogich armat chodzi. Sama amunicja artyleryjska potrafi kosztować. Zwykły pocisk to wydatek rzędu 2-3 tys. dolarów, precyzyjny może być 50 razy droższy. Tyle pieniędzy wystarczy na cały rój dronów…

– Ten konflikt toczy się w specyficznym kontekście. Niedostatków nowoczesnego uzbrojenia oraz ograniczonej wydajności zaplecza przemysłowego. Rosyjska gospodarka objęta została sankcjami, a drony FPV to przecież wręcz zabawki, łatwo więc je importować w całości i w podzespołach. Ukraina z kolei utraciła część swojego przemysłu, dostawy z Zachodu nie zawsze są wystarczające. W takich okolicznościach powstała nisza ekonomiczna dla względnie prostych konstrukcji bojowych, budowanych przy użyciu komercyjnych podzespołów. Należy przy tym zauważyć, że obserwowane rozwiązania często są wybitnie doraźne i podlegają szybkiej ewolucji.

– Analogicznie jak z „dużym” lotnictwem podczas I wojny światowej.

– Otóż to. Mieliśmy wówczas wiele prób i eksperymentów, zarówno z samymi aparatami latającymi, jak i ich zastosowaniem. W 1914 roku samoloty miały status nowinki, nie było jasne, do czego poza rozpoznaniem można ich użyć. Powstawało lotnictwo myśliwskie, bombowe, morskie. I cały czas eksperymentowano – na przykład trójpłatowe myśliwce czy sterowce w roli bombowców strategicznych okazały się rozwiązaniami przejściowymi. Nie sprawdziły się. A przy tym wszystkim mieliśmy do czynienia z przejściem od manufaktur do masowej, przemysłowej produkcji; niektóre typu samolotów wytwarzano w tysiącach egzemplarzy. Co ważne, po wojnie lotnictwo dalej ewoluowało, na skutek postępu technicznego, rozwoju myśli wojskowej i pojawienia się coraz to nowych środków przeciwdziałania.

– Wymyślono miecz, powstały tarcze…

– Truizm, a zarazem istotna wskazówka odnośnie przyszłego losu małych dronów, także w naszych siłach zbrojnych. Nie ma sensu rozważać bezpośredniej adaptacji tego, co widzimy w Ukrainie. Bo za kilka miesięcy możemy mieć do czynienia z archaicznym rozwiązaniem.

– Największym wrogiem małych dronów są systemy walki radioelektronicznej (WRE). Rosjanie mają w tym zakresie przewagę nad Ukraińcami, „na dziś” mieliby ją również nad nami.

– Ale za sprawą uwikłania się Rosji w wojnę w Ukrainie mamy czas na przygotowanie się do ewentualnego konfliktu.

Jak? O tym w dalszej części wywiadu, który opublikowałem w portalu Interia.pl – znajdziecie go pod tym linkiem.

—–

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Irinie Wolańskiej, Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Michałowi Strzelcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi i Monice Rani. A także: Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Remiemu Schleicherowi, Piotrowi Świrskiemu, Kacprowi Myśliborskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi i Sławkowi Polakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Tomaszowi Biniszkiewiczowi, Adamowi Andrzejowi Jaworskiemu i Tadeuszowi Popardowskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Komercyjny „dronik” ze śmiercionośną „przesyłką”/fot. własne

Kursanci

Czym się różni amerykański pilot myśliwski od rosyjskiego? Użyjmy analogii. Załóżmy, że mamy samochód z literą L na dachu, w którym siedzi dwóch mężczyzn – Amerykanin i rosjanin. Obydwaj mogą poprowadzić auto, ale to ten pierwszy posiada papiery i umiejętności instruktora, drugi – zaledwie kursanta.

I tak to mniej więcej wygląda.

Kilkanaście miesięcy temu żachnąłbym się na takie porównanie. Uznał je za dowód irytującego amerykańskiego poczucia wyższości. Ale wojna w Ukrainie pokazała, że rosyjskie lotnictwo taktyczne w zasadzie nie istnieje. Mimo imponującej przewagi liczebnej, rosyjscy myśliwcy nie byli w stanie sparaliżować ukraińskich sił powietrznych, nie są w stanie przeprowadzać misji bezpośredniego wsparcia oddziałów na lądzie. Latają rzadko, asekurancko, z marnymi efektami. Niczym kursanci.

A niebawem będzie im jeszcze trudniej, bo Ukraińcy otrzymają niemal 30 MiG-ów 29. Trzynaście ze Słowacji, resztę z Polski.

Gdyby nie lotnictwo strategiczne – bombowce rażące cele znad rosji, z bezpiecznej odległości setek kilometrów od ukraińskich granic, przy użyciu rakiet i pocisków manewrujących – nie byłoby o czym mówić w kwestii rosyjskich operacji lotniczych.

Oczywiście, skarpetkosceptyczny Internet ma na ten temat inne zdanie. Po wymuszonym kolizją z rosyjskim Su-27 wodowaniu amerykańskiego Reapera, moskale oszaleli z zachwytu. Czytając ichnią prasę i Telegram można odnieść wrażenie, że orkom udało się zatopić lotniskowiec z setką samolotów na pokładzie. W trakcie lektury osoba z zewnątrz wnet poczuje dysonans – identyczny jak w sytuacji sprzed kilkunastu tygodni, gdy zdobycie Sołedaru odtrąbiono w rosji jako wielki sukces. Agresorzy chcieli zajmować ukraińską stolicę, szereg miast obwodowych, po czym okazało się, że realnie mogą przejąć miasteczko satelickie powiatowego Bachmutu oraz znajdujący się na jego obrzeżach sklep ogrodniczy. Takie sukcesy to w rzeczy samej „anałoga-w-miru-niet”.

I tak jest z utopionym w Morzu Czarnym MQ-9. Nieuzbrojony dron to rzeczywiście godny przeciwnik dwóch uzbrojonych po zęby maszyn myśliwskich. Jak poinformowało rosyjskie MON, bohaterscy piloci zostali właśnie odznaczeni za niedopuszczenie amerykańskiej maszyny w rejon „specjalnej operacji wojskowej”. Tym samym szojgu w pełni legitymizował działania nieudacznych pilotów, którzy 12 razy próbowali zalać amerykański dron paliwem, aż w końcu jeden z nich doprowadził do kolizji z bezzałogowcem. To ta kolizja – efekt nieogaru ruskiego pilota – sprawiła, że uszkodzonego Reapera Amerykanie musieli skierować ku morzu i zatopić. Natowski pilot za taką akcję – ryzykowane manewry mogące doprowadzić do utraty myśliwca – dostałby naganę. Zwłaszcza że samolot, który zawadził o śmigło MQ-9, też przy okazji oberwał. No ale w rosji wszystko podporządkowane jest logice propagandy, a ta pozwala przedstawić sprawę w taki sposób, że „nasz wrócił do domu, amerykański spadł do morza”.

W tej narracji da się dostrzec istotną cechę rosyjskiej dumy – świecącej światłem odbitym od USA i Amerykanów. „Jesteśmy wielcy nie dlatego, że mamy wspaniałe osiągnięcia w kulturze, technice i bóg wie czym jeszcze, tylko dlatego, że udało nam się zagrać na nosie Amerykanom”. To sznyt wspólny z ideologiami państwowymi Korei Północnej i Iranu, których reżimy budują wrażenie własnej potęgi poprzez wskazywanie realnych bądź wydumanych atutów pozwalających zaszkodzić Ameryce. „Jesteśmy wspaniali, gdyż możemy przeciwstawić się Wielkiemu Szatanowi!”. A że nasi obywatele nie mają co jeść, srają na dworze i żyją o 20 lat krócej niż mieszkańcy znienawidzonej Ameryki czy Europy – kto by się przejmował takimi szczegółami.

Psychologicznie rzecz ujmując – mamy tu do czynienia z niskim poczuciem własnej wartości, jako składową tożsamości etnicznej.

Wracając do sedna – lotcziki dostały medale, a marynarze rzucili się do szukania wraku. Na ujawnionych zdjęciach satelitarnych widać aż osiem jednostek floty czarnomorskiej w rejonie, gdzie spadł Reaper. Na marginesie – takiego ruchu w interesie nie było, gdy zatonęła „Moskwa”, a wraz z nią sporo marynarzy (rodziny ponad stu z nich nadal nie doczekały się powrotu synów i ojców). No ale wtedy – jak dwie dekady wcześniej z „Kurskiem” – chodziło o blamaż, nie-do-ogrania przez propagandę. Tu – choć wiadomo, że Amerykanie co najcenniejsze w dronie już zniszczyli (poprzez zdalną detonację) – wyjęcie z wody okazałego kawałka płatowca da propagandzie masę paliwa. Publiczna prezentacja skrzydła czy kadłuba posłuży za dowód „wielkiego zwycięstwa”, tym większego, że na prawdziwym froncie nawet tych małych nie udaje się odnieść.

Tylko że działania mają skutki. Medale dla pilotów są jak wzięcie pełnej odpowiedzialności przez Kreml za incydent nad Morzem Czarnym. A ponieważ stoi za tym ryzyko rozochocenia i eskalacji, Waszyngton musi zareagować. Jest oczywistym, że utrata bezzałogowca tylko wzmoże amerykańską chęć pomocy Ukrainie – pomijając inne motywacje stojące za wsparciem, „odwijanie się” ruskim rękoma Ukraińców jest dla USA bardzo wygodnym rozwiązaniem. Na pewno nikt w Białym Domu się nie przeląkł, jak sugerowała część mediów. Amerykanie nie zawiesili operacji zwiadowczych przy użyciu bezzałogowców – dziś nad ranem i przed południem jeden z nich znów latał nad Morzem Czarnym. I zapewne będą latać kolejne.

Skąd to przekonanie? Przez lata obserwowałem amerykańską armię w działaniu. W Afganistanie byłem świadkiem determinacji, która wówczas – muszę przyznać – lekko mnie zszokowała. W prowincji Ghazni była droga nazywana przez naszych „ajdisztrase”, słynąca z wielkiej liczby improwizowanych ładunków wybuchowych i talibskich zasadzek. Pech chciał, że wiodła między dwoma ważnymi ośrodkami, więc dla Amerykanów było nie do pomyślenia, żeby droga pozostawała nieprzejezdna. Pchali nią konwoje raz za razem – mimo iż ciągle coś tam wybuchało. Ludzi nie ginęło przy tym wielu, ale sprzętu tracono masę. „Daliby sobie spokój”, myślałem. „Znaleźli inną drogę. Zbudowali ją sobie”, kalkulowałem. Ale Amerykanie w obliczu większego ryzyka postąpili tak, jak zakłada ich filozofia wojowania – nie odpuszczali, ale zwiększali zaangażowanie środków technicznych, by w ten sposób redukować straty w ludziach. I dopiąć swego. Nad „ajdisztrase” latały drony, co chwila pojawiały się śmigłowce, jezdnię co rusz czesały zestawy RCP (specjalistyczne pojazdy saperskie). Afgańczykom naprawdę trudno było sadzić kolejne miny-pułapki. „My byśmy już dawno odpuścili”, słowa oficera Wojska Polskiego nie były dowodem braku odwagi, a wynikiem kalkulacji „koszt-zysk”. „No ale, kto bogatemu zabroni…?”, skwitował ów wojskowy.

I w tym rzecz. Jeśli ryzyko operacji nad Morzem Czarnym wzrosło, odpowiedzią Amerykanów nie będzie wycofanie się, a redukcja tegoż ryzyka. Na przykład poprzez dołożenie do maszyn zwiadowczych – załogowych czy bezzałogowych – eskorty. Wówczas ruskim odechce się rumakować w towarzystwie amerykańskich myśliwców. Bo kursant instruktorowi może co najwyżej grzecznie się ukłonić. Oczywiście, może go ponieść fantazja, ale dobrze wiemy, jak kończą zbyt pewni siebie, niedoświadczeni kierowcy…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Amerykańskie F-18 podczas operacji nad Afganistanem/fot. USAF