Przewaga

– Mamy przytłaczającą przewagę nad rosją w powietrzu – mówił we wrześniu w Kijowie minister spraw zagranicznych RP Radosław Sikorski. Co istotne, przekonywał, że przewaga ta istnieje nawet bez uwzględniania potencjału Stanów Zjednoczonych. Czyżby?

Najprościej byłoby więc policzyć samoloty. Tyle że takie porównanie więcej zaciemnia, niż wyjaśnia. Europejskie państwa NATO dysponują około 1,4 tys. samolotów bojowych: F-35, F-16, Eurofighterów, Rafale i Gripenów oraz starszych konstrukcji. rosja ma katalogowo niemal 1,5 tys. maszyn bojowych. W tej liczbie mieszczą się jednak zarówno nowoczesne Su-35S, Su-30SM czy Su-34, jak i starsze Su-24, Su-25 czy MiG-29.

Nie bez znaczenia jest przy tym fakt, że część tej floty musi zabezpieczać ogromne terytorium Federacji na wschód od Europy.

Tyle teoria. Znacznie więcej praktycznych informacji dostarcza nam wojna w Ukrainie. 24 lutego 2022 roku rosyjskie lotnictwo miało nad ukraińskim ogromną przewagę liczebną i technologiczną. Dysponowało nowoczesnymi myśliwcami, samolotami uderzeniowymi, pociskami dalekiego zasięgu i rozbudowanym systemem walki radioelektronicznej. Pierwszego dnia rosjanie zaatakowali ukraińskie lotniska, radary, stanowiska dowodzenia i zestawy przeciwlotnicze. Teoretycznie robili więc dokładnie to, co należało zrobić przed rozpoczęciem intensywnej kampanii lotniczej.

Nie zrobili tego jednak wystarczająco skutecznie. Ukraińcy przed inwazją rozproszyli lotnictwo i część obrony przeciwlotniczej. Mobilne zestawy zmieniały stanowiska, radary włączano na krótko, a rosyjski system rozpoznania i dowodzenia zbyt wolno zamieniał wykryte cele w cele zniszczone. rosjanom nie udało się przeprowadzić skutecznej kampanii SEAD/DEAD – obezwładnienia i zniszczenia obrony przeciwlotniczej przeciwnika. W efekcie ukraińska OPL przetrwała pierwsze uderzenie.

To w dużej mierze przesądziło o dalszym przebiegu wojny w powietrzu. rosyjskie samoloty zeszły na małe wysokości, gdzie zaczęły ponosić straty od przenośnych zestawów przeciwlotniczych, a później coraz bardziej ograniczały loty w głąb Ukrainy. Niemal pięć lat później rosyjskie lotnictwo nadal nie może swobodnie operować nad większością terytorium przeciwnika.

Samolot to tylko czubek góry lodowej

Nie oznacza to, że lotnictwo federacji jest słabe albo że rosyjskie samoloty są kiepskie. Su-35 jest bardzo groźnym myśliwcem, MiG-31 może przenosić pociski powietrze–powietrze dużego zasięgu, a Su-34 stał się jednym z najważniejszych narzędzi rosyjskiej armii. Od 2023 roku maszyny te masowo wykorzystują bomby wyposażone w moduły szybujące. Zrzucane z dużej wysokości, często kilkadziesiąt kilometrów od linii frontu, pozwalają niszczyć ukraińskie pozycje bez wlatywania w najbardziej niebezpieczną część ukraińskiej obrony.

To zarazem znakomita ilustracja ograniczeń rosjan. Su-34 może zrzucić bombę z bezpiecznej odległości, ale rosyjskie lotnictwo nadal nie potrafi systematycznie „otworzyć” przestrzeni powietrznej nad Ukrainą dla dużych ugrupowań samolotów. W głębi kraju zadania uderzeniowe wykonują przede wszystkim pociski manewrujące i balistyczne oraz drony.

To właśnie tu leży jedna z zasadniczych różnic między rosyjskim a zachodnim sposobem prowadzenia wojny powietrznej. rosjanom nie brakuje groźnych samolotów ani skutecznego uzbrojenia. Problemem pozostaje połączenie rozpoznania, dowodzenia, walki radioelektronicznej, zwalczania obrony przeciwlotniczej i lotnictwa w system zdolny do prowadzenia dużych, złożonych operacji nad bronionym terytorium.

NATO budowało swój model wojny powietrznej właśnie jako taki system. Samolot bojowy jest w nim tylko jednym z elementów. Myśliwiec otrzymuje dane z radarów naziemnych, innych samolotów i maszyn wczesnego ostrzegania. Tankowce pozwalają mu pozostawać długo w powietrzu i działać daleko od macierzystej bazy. Środki walki radioelektronicznej zakłócają radary przeciwnika, a wyspecjalizowane uzbrojenie pozwala je atakować. Nad całością pracuje system dowodzenia, który ma sprawić, by informacja o wykrytym celu jak najszybciej trafiła do tego, kto może go zniszczyć.

Dobrym symbolem tej przewagi są AWACS-y. NATO posiada 14 własnych E-3A, zdolnych do wykrywania celów na dużych odległościach i kierowania walką myśliwców. Europejskie państwa dysponują dodatkowo własnymi samolotami wczesnego ostrzegania. Sojusz ma również wielonarodową flotę dziesięciu A330 MRTT, a kolejne tankowce znajdują się w siłach narodowych.

Skala i złożoność takiego współdziałania były dobrze widoczne podczas tegorocznych ćwiczeń Ramstein Flag. NATO zebrało ponad 200 samolotów i innych statków powietrznych z nawet 18 państw, operujących z 20 lokalizacji od północnej Norwegii po Hiszpanię. Ćwiczono m.in. przełamywanie systemów ograniczających dostęp do przestrzeni powietrznej, zintegrowaną obronę powietrzną i przeciwrakietową, szybką wymianę informacji oraz rozproszenie samolotów na wiele lotnisk. Innymi słowy: nie trenowano pojedynków jednego typu myśliwca z drugim, lecz działanie całego organizmu.

rosjanie też się uczą

Byłoby jednak błędem wyciągać z Ukrainy wniosek, że rosyjskie lotnictwo poniosłoby w starciu z NATO błyskawiczną klęskę. rosjanie od 2022 roku nauczyli się bardzo dużo.

Zmniejszyli ekspozycję załogowych samolotów, rozwinęli bomby szybujące i udoskonalili wielowarstwowe uderzenia dalekiego zasięgu. Dziś atak na Ukrainę może rozpoczynać fala setek Geranów i wabików, które mają wykryć i przeciążyć obronę. Za nimi nadlatują pociski manewrujące, a także trudniejsze do przechwycenia pociski balistyczne. Lotnictwo działa przy tym bezpieczniej niż w pierwszych miesiącach wojny i zachowuje zdolność do intensywnego wspierania wojsk na froncie.

rosja pozostaje również wyjątkowo trudnym przeciwnikiem z powodu naziemnej obrony powietrznej. S-400, S-300 różnych wersji, Buk, Tor i Pancyr tworzą wielowarstwowy system, uzupełniany przez radary i środki walki radioelektronicznej. Jest on daleki od niezniszczalności – Ukraińcy regularnie niszczą jego elementy – lecz właśnie wojna dowodzi, jak trudno całkowicie wyeliminować mobilną OPL.

I tutaj pojawia się najważniejsze zastrzeżenie wobec prostego odczytania słów Sikorskiego. Europejskie NATO dysponuje dużą liczbą nowoczesnych myśliwców, rosnącą flotą F-35, samolotami wczesnego ostrzegania, tankowcami i precyzyjnym uzbrojeniem dalekiego zasięgu. Nie posiada jednak zdolności równie rozwiniętych jak amerykańskie do prowadzenia na wielką skalę najbardziej wymagającej części kampanii powietrznej – systematycznego wykrywania, obezwładniania i niszczenia gęstej, mobilnej obrony przeciwlotniczej.

Europejczycy mają elementy takiego systemu. Włosi dysponują Tornadami ECR i pociskami przeciwradiolokacyjnymi AARGM, Niemcy przygotowują Eurofightera EK, a coraz liczniejsze F-35 mają ogromną wartość jako trudno wykrywalne sensory i platformy uderzeniowe. Brakuje jednak części wyspecjalizowanych zdolności walki radioelektronicznej, skali zapasów odpowiedniego uzbrojenia oraz masy, którą wnoszą Amerykanie. Dlatego „NATO kontra rosja” i „europejskie NATO kontra rosja” nadal nie są identycznymi równaniami.

Kto otworzy niebo? – zastanawiam się w dalszej części tekstu, opublikowanego w portalu TVP.Info. Oto link do tego materiału – zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Polskie F-16/fot. Bartek Bera

Obietnica

Gdy w ubiegłym tygodniu pod Moskwą rozbił się Su-57, rosja straciła nie tylko jeden z najnowocześniejszych samolotów bojowych. Katastrofa po raz kolejny przypomniała historię programu, który miał być dowodem technologicznej potęgi Kremla. Zamiast tego stał się symbolem ambicji, których rosyjski przemysł nigdy nie zdołał zrealizować.

Historia Su-57 rozpoczęła się na początku XXI wieku, kiedy rosja uruchomiła program PAK FA (Perspektywny Kompleks Lotnictwa Frontowego). Maszyna miała stać się odpowiedzią na amerykańskie F-22 Raptor, a później również F-35 Lightning II, zapewniając rosyjskiemu lotnictwu przewagę na kolejne dekady.

Prototyp wzbił się w powietrze w 2010 roku, a przedstawiciele rosyjskich władz oraz koncernu Suchoj zapowiadali, że seryjna produkcja ruszy już w połowie następnej dekady. Program miał przynieść również znaczące sukcesy eksportowe. Kluczowym partnerem miały zostać Indie, które planowały wspólnie z rosją opracować własną wersję myśliwca.

Su-57 miał dysponować wszystkimi cechami przypisywanymi samolotom piątej generacji: obniżoną wykrywalnością radiolokacyjną (stealth), zdolnością do długotrwałego lotu z prędkością naddźwiękową bez użycia dopalaczy (supercruise), nowoczesnym radarem z aktywnym skanowaniem elektronicznym (AESA), rozbudowanym zestawem sensorów oraz całkowicie nowym silnikiem, który miał zapewnić osiągi porównywalne z najlepszymi konstrukcjami amerykańskimi.

Problem w tym, że niemal żaden z tych ambitnych planów nie został zrealizowany, tworząc historię rozczarowania, która trwa do dziś.

Niszowa konstrukcja

Pierwszym i chyba najbardziej symbolicznym problemem okazał się silnik. Su-57 od początku projektowano z myślą o zupełnie nowej jednostce napędowej, znanej jako „Izdielije 30”. To ona miała zapewnić maszynie możliwość długotrwałego lotu z prędkością naddźwiękową bez użycia dopalaczy, lepszą ekonomikę pracy oraz większy ciąg. Innymi słowy – miała uczynić z Su-57 pełnoprawny myśliwiec piątej generacji.

Tyle że nowy silnik przez lata pozostawał bardziej obietnicą niż rzeczywistością. Prace nad nim wielokrotnie się opóźniały, dlatego większość wyprodukowanych dotąd Su-57 wyposażono w zmodernizowane silniki AL-41F1, wywodzące się z konstrukcji opracowanej jeszcze dla Su-35. Nie oznacza to, że są to jednostki złe – przeciwnie, należą do bardzo udanych – jednak nie zapewniają osiągów, które od początku zakładano dla nowej generacji rosyjskiego myśliwca. Paradoksalnie więc samolot, który miał symbolizować technologiczny skok, przez większą część swojej historii korzystał z napędu będącego rozwinięciem rozwiązań poprzedniej generacji.

Problemy z silnikiem były jednak tylko początkiem. Jeszcze większym wyzwaniem okazało się uruchomienie produkcji seryjnej. W pierwszych latach programu rosyjskie władze mówiły o zakupie ponad dwustu maszyn. Później plany stopniowo ograniczano – najpierw do około 150 egzemplarzy, a następnie do 76, które miały zostać dostarczone siłom powietrznym do końca dekady. Nawet ten znacznie skromniejszy cel pozostaje jednak trudny do osiągnięcia. Szacuje się, że do tej pory powstało zaledwie około 40–50 Su-57, przy czym część z nich to prototypy lub egzemplarze przedseryjne wykorzystywane do badań i prób. W efekcie samolot, który miał stać się nowym filarem rosyjskiego lotnictwa, nadal pozostaje konstrukcją niszową.

Zniechęcony partner

Źródeł tych problemów należy szukać znacznie głębiej niż w samym zakładzie produkcyjnym w Komsomolsku nad Amurem. Program Su-57 od początku wymagał dostępu do zaawansowanej elektroniki, nowoczesnych materiałów kompozytowych oraz precyzyjnych obrabiarek. rosyjski przemysł w wielu z tych obszarów był uzależniony od importu, a po 2022 roku dostęp do zachodnich technologii został dodatkowo ograniczony przez sankcje. Owszem, Moskwa wciąż pozyskuje część komponentów za pośrednictwem państw trzecich, jednak taki system dostaw jest znacznie droższy, mniej wydajny i trudniejszy do utrzymania przy produkcji skomplikowanego uzbrojenia. W przypadku samolotu piątej generacji nawet pozornie niewielkie opóźnienia w dostawach pojedynczych podzespołów mogą spowolnić montaż całej maszyny.

Nie spełniły się również nadzieje na sukces eksportowy, który miał obniżyć koszty programu i zapewnić środki na jego dalszy rozwój. Przez wiele lat za najważniejszego partnera uchodziły Indie. Wspólny program FGFA miał doprowadzić do powstania eksportowej odmiany Su-57 i otworzyć rosyjskiej konstrukcji drogę na światowe rynki. Ostatecznie jednak New Delhi wycofało się z projektu, wskazując między innymi na niezadowalające parametry maszyny oraz zbyt wolne tempo prac.

To właśnie ta kumulacja problemów sprawiła, że program coraz bardziej rozmijał się z pierwotnymi założeniami. Nie zawiódł jeden element – silnik, radar czy elektronika – lecz cały mechanizm, który miał zamienić obiecujący prototyp w nowoczesny system uzbrojenia produkowany na dużą skalę. I właśnie tę słabość najdobitniej obnażyła wojna w Ukrainie.

…o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

„Dronoza”

Przyznam szczerze, zdumiał mnie ów widok. Izraelskiego samolotu-cysterny podającego paliwo myśliwcowi. Wiem, że dobre wyszkolenie załóg lotniczych mocno redukuje ryzyko kolizji i pożaru, więc sama procedura nie jest niczym nadzwyczajnym. Ale przeprowadzenie jej w przestrzeni powietrznej wroga to przejaw totalnej dominacji. I właśnie z taką sytuacją mamy do czynienia nad Iranem – siły powietrzne Izraela (IAF) poczynają  sobie tam do woli, zdusiwszy w zarodku irańskie możliwości obronne.

Ale zostawmy Iran – za moment do niego wrócimy (i zrozumiecie dlaczego „naokoło”). Od dłuższego czasu usiłuję zrozumieć, w jakim kierunku podąża Wojsko Polskie, czy implementuje doświadczenia z Ukrainy. Wiem, jak wygląda tamtejsza wojna, wiem, jak w konfliktach asymetrycznych walczyła nasza armia. Znam założenia doktrynalne, operacyjne i taktyczne – rzecz jasna w zarysie; nie mam dostępu do ściśle tajnych danych – nie tylko WP, ale i całego NATO. Zarazem obserwuję publiczny dyskurs dotyczący obronności. A ten już od wielu miesięcy cechuje się zjawiskiem, które na własny użytek określiłem mianem „dronozy”. Chodzi o przekonanie, że małe bezpilotowce załatwią „wszystko”. Że to Wunderwaffe XXI wieku. Takie myślenie implikuje szereg wniosków, pośród których na plan pierwszy wybija się nieustająca krytyka WP i całej zachodniej wspólnoty wojskowej. Że są zachowawcze, przestarzałe, nadmiernie skupione na dużych, drogich, „tradycyjnych” systemach broni – w tym samolotach wielozadaniowych – których efektywność w porównaniu z dronami, zwłaszcza w relacji koszt-zysk, jest znacząco niższa.

No więc czytam, słucham, zderzam z własnymi doświadczeniami, i także w oparciu o rozmowy z generalicją usiłuję ustalić „dokąd zmierzamy”. Wnioski?

Zachodnia myśl wojskowa, w tym i nasza, nadal opiera się na przekonaniu o konieczności zadania przeciwnikowi „na wejście” potężnego ciosu z powietrza. Ma go wyprowadzić silne lotnictwo załogowe, wsparte dalekonośnymi systemami rakietowymi. To, co z tej młócki wyjdzie, trafi pod ogień precyzyjnej artylerii – a ta zachodnia bije nie tylko celniej, ale i dalej niż ta wschodnia. To, co mimo wszystko się przedrze, poza ścianą luf ma się również natknąć na zaporę radio-elektroniczną, która obezwładni małe systemy bezzałogowe. W tym kierunku zmierzamy.

Innymi słowy, nie będziemy „bawić się” w wojny pozycyjne, nie dopuścimy do walki w bliskim kontakcie. Nie pozwolimy przeciwnikowi razić nas przy użyciu broni i technik, które rozwinął w ostatnim czasie, i w których ma przewagi. Chcemy walnąć w splot słoneczny, nie ryzykując długotrwałego „oklepu”, podczas którego mogłoby się okazać, że wróg zniesie więcej. Stąd konieczność utrzymania – patrząc w kategoriach wysiłku sojuszniczego – dużych sił powietrznych; ich liczbowej, taktycznej i technologicznej przewagi. Stąd nie do końca zrozumiała przez część ekspertów ambicja zbudowania w polskim wojsku potężnej artylerii lufowej i rakietowej. Idzie o to, by nie dopuścić „tamtych” ze swoimi dronami w nasze pobliże.

—–

No dobrze, ale jak to się ma do starcia Izrael-Iran? Przecież tam nie dojdzie do wojny lądowej, bo oba kraje oddziela bufor innych państw. To prawda, dlatego przykład z Bliskiego Wschodu ma ograniczone zastosowanie do zrozumienia europejskich i polskich uwarunkowań. Niemniej jest przydatny, oto bowiem widzimy w całej okazałości zachodnią doktrynę przewagi powietrznej w działaniu. Widzimy, czym jest posiadanie silnego lotnictwa załogowego, wyposażonego w pięść wielozadaniowych maszyn bojowych, wspartych latającymi cysternami, samolotami rozpoznawczymi oraz p r a w d z i w y m i dronami bojowymi dalekiego zasięgu. Widzimy, czym jest rosyjska technologia w zakresie obrony przeciwlotniczej w konfrontacji z zachodnim sprzętem lotniczym. IAF używają sobie do woli – najpierw zniszczyły irańską OPL, a teraz konsekwentnie „wyłuskują” cele wysokiej wartości, niszcząc krytyczne elementy infrastruktury wroga i, nade wszystko, eliminując jego struktury dowódcze. Liczba zabitych irańskich dowódców rośnie z godziny na godzinę, nie będę więc wymieniał ich z nazwiska. Dość stwierdzić, że po takiej dekapitacji – gdyby nagle zaistniały geograficzne warunki do starcia na lądzie – armia irańska zapewne nie byłaby w stanie podjąć skutecznej walki.

Pamiętajmy o tym, sięgając po argument „bo rosjanie mają drony FPV”. W starciu z zachodnim lotnictwem równie dobrze mogliby mieć dzidy.

PS. 1 Gwoli uczciwości. Izraelska operacja „Wschodzący Lew” miała również odsłonę dywersyjno-wywiadowczą. Część pierwotnych zniszczeń irańskiego systemu obrony przeciwlotniczej to zasługa dywersantów, który przeniknęli do Iranu, i wykorzystanych przez nich dronów. Tyle że to nie tyle świadczy o skuteczności małych aparatów bezzałogowych, co o wysokich możliwościach izraelskich spec-służb.

PS. 2 Proszę mnie źle nie zrozumieć – małe drony to bardzo przydatne narzędzie walki i nie można się na ten fakt zamykać. Ale to tylko część złożonego wojennego ekosystemu, a nie jego dominująca treść.

—–

Ten tekst, w znacznie obszerniejszej wersji, opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

Szanowni, w e-sklepie Patronite możecie nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Izraelski F-35 przed wylotem na misję w ramach operacji „Wschodzący Lew”/fot. IAF

Doświadczenie

„Mamy prawie 50 tys. żołnierzy z doświadczeniem bojowym”, podkreślał pewien pułkownik, wykładowca ówczesnej Akademii Obrony Narodowej. „To połowa armii”, mówił, wyraźnie zadowolony. „Znakomity kapitał na przyszłość”, dodał. Zakwestionowałem jego optymizm, chyba nazbyt grubiańsko; w każdym razie rozstaliśmy się w niezgodzie. Lecz mowa o człowieku, który miał dość intelektualnej uczciwości, by po czasie przyznać: „Masz rację”. „Doświadczenie z Iraku i Afganistanu na niewiele się zda w Europie”, usłyszałem, tym razem już przez telefon.

Był rok 2012, armię rzeczywiście mieliśmy ostrzelaną. I doświadczoną w realizacji zadań w ramach wielonarodowego kontyngentu; tyle wygrać. Ale istota tego treningu sprawdzała się do udziału w konflikcie asymetrycznym, antypartyzanckim – a więc o względnie niskiej intensywności – w dodatku prowadzonym w bardzo specyficznych warunkach geograficznych. Nie do powtórzenia w Europie, w konfrontacji z przeciwnikiem takim jak rosja.

Wojna, która wybuchła na wschodzie Ukrainy dwa lata później, w pełni to potwierdziła.

Po co o tym piszę? Ano mamy wysyp opinii, wedle których „już za chwileczkę, już za momencik”, armia rosyjska uderzy na Europę. No więc pytam, czym? Prymitywnie przerobionymi moskwiczami i ładami, wózkami golfowymi? Stadem pędzonych „wpieriod!” kalek? Oczywiście, celowo uwypuklam rosyjskie słabości – są w wojsku putina przyzwoicie wyekwipowane komponenty – ale co do zasady, siły zbrojne federacji pozostają cieniem samych siebie sprzed trzech lat. Liczniejszą, ale dramatycznie niedoposażoną strukturą, która na odzyskanie potencjału sprzed 24 lutego 2022 roku potrzebuje co najmniej 10 lat. Cudów nie ma, sowieckie zapasy „wyszły”, a przemysł – wbrew propagandowym twierdzeniom – nie jest w stanie produkować wielkich mas uzbrojenia.

Odrębną kwestią pozostaje jego jakość – dotychczasowa okazała się niewystarczająca nawet do pokonania Ukrainy. Zatem w ciągu tej dekady należałoby – patrząc z perspektywy Moskwy – wymyślić i wdrożyć coś „ekstra”. Powodzenia, zwłaszcza w realiach sankcji i zdychającej gospodarki.

„No ale doświadczenie!”, mógłby rzec ktoś. Jakie? Z ponad miliona posłanych na wojnę z Ukrainą żołnierzy prawie połowa nie żyje bądź została trwale okaleczona. Czym jest kunszt pozostałych? To pytanie, o sposób, w jaki rosjanie wyszarpali Ukrainie kilkanaście procent jej terytorium. Rajdami z początków pełnoskalowej wojny, nieco późniejszym „walcem artyleryjskim” i „mięsnymi szturmami”, które dramatycznie nasiliły się w drugim i trzecim roku inwazji. To jest istota doświadczenia bojowego rosyjskich żołnierzy i ich dowódców.

Czy da się je wykorzystać w wojnie z armiami natowskimi? A niby jak przy miażdżącej przewadze w powietrzu (sama Europa „zjada” tu rosję, nie tyle liczbą, co jakością)?

„W powietrzu latają też drony!”, stwierdziłby ów ktoś. No latają, ale w całej tej opowieści o bezpilotowcach zapominamy, że to bieda-broń, narzędzie kompensacyjne, używane z braku innych środków. Przede wszystkim klasycznego lotnictwa oraz dalekonośnej, precyzyjnej artylerii; obie strony konfliktu na Wschodzie mają w tych zakresach istotne braki (fizyczne bądź kompetencyjne). Wojna z innym przeciwnikiem – dysponującym silnym lotnictwem i artylerią o lepszej donośności i celności – nie wyglądałaby tak, jak zmagania na Donbasie czy Zaporożu. Najogólniej rzecz ujmując, rosjanie nie byliby w stanie podejść tak blisko, strefa kontaktu byłaby znacznie rozleglejsza, najpewniej w ogóle nie byłoby linii frontu. Większość dronów okazałby się nieprzydatna, większość rosjan zginęłaby na skutek „wybombardowania”.

Oczywiście, determinacja i ostrzelanie (rozumiane nie jako kompetencja w posługiwaniu się bronią, ale nawyk funkcjonowania w realiach zagrożenia), to byłyby rosyjskie atuty. Tyle że bez technologii dalece niewystarczające. Pamiętajmy o tym proszę, nim zanurzymy się w ponury nastrój.

PS. Nie, Ukraina nie jest stracona. Ostatnie wypowiedzi amerykańskich polityków niczego nie przesądzają. Jutro i pojutrze, po spotkaniu w Monachium, będziemy wiedzieć więcej. Dziś mam „dzień świra”, ale będę trzymał rękę na pulsie. Dodam tylko, bo warto, że putinowska machina wojenna na lądzie ewidentnie dostała zadyszki; rosjanie stanęli, Ukraińcy lokalnie kontratakują, często z powodzeniem. Takie są fakty, a nie zmarkotniałe spekulacje.

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa… – w sklepie na Patronite pojawiły się kolejne książki – powieści, które napisałem i wydałem „w czasach afgańskich”, reportaż z tamtego okresu oraz książka political/war fiction, dziejąca się w realiach pandemii i rosyjskiej agresji militarnej na Polskę. Polecam lektury – by je nabyć, przejdźcie na stronę pod tym linkiem.

Miraże!

Wczoraj na jednym z branżowych forów rozpętała się mała burza. Oto jeden z miłośników lotnictwa uchwycił nad Polską francuskiego Miraża 2000 – i upublicznił zdjęcie. Pozornie nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego – sojusznicze maszyny latają nad naszym krajem od dawna, po rosyjskiej inwazji na Ukrainę jest ich tu „po korek”.

Rzecz w tym, że chodziło o nietypowy samolot – pozbawiony oznaczeń państwowych.

Kto znał kontekst, ten szybko połączył kropki. Latem ubiegłego roku Francja obiecała Ukrainę dostawę kilkunastu maszyn, kilka dni temu oficjele znad Sekwany zapewnili, że pierwsze samoloty dotrą nad Dniepr w pierwszym kwartale tego roku.

Lecący bez oznaczeń, na wschód, z dodatkowymi zbiornikami paliwa myśliwiec musiał być jednym z „tych” Miraży.

I wybuchła dyskusja o tym, czy takie zdjęcia należy udostępniać.

Dziś to już historia, mamy bowiem oficjalne potwierdzenie, że francuskie maszyny są w Ukrainie. Jak pisze minister obrony Francji (patrz screen), samoloty pilotowali ukraińscy lotnicy, którzy wcześniej przeszli kilkumiesięczne szkolenie we Francji.

Z innych źródeł wiem, że było to wyjątkowo intensywne szkolenie. A kto choć trochę orientuję się, czym jest francuskie lotnictwo (jaka jest jakość jego sprzętu i personelu), ten domyśla się, że popeliny nie było.

O czym wkrótce, mam nadzieję, przekonają się też rosjanie.