Tron

Serial „Gra o tron” ma swoich fanów na całym świecie. Nie brakuje ich także pośród ukraińskich żołnierzy, służących na wschodzie kraju, oraz pomagających im wolontariuszy. Kilku z nich stworzyło kopię serialowego tronu. Frontowy odpowiednik okazałego siedziska nie składa się jednak z mieczy poległych przeciwników, ale z wojskowego złomu, zalegającego na bitewnych polach.

– Mamy tu taśmy amunicyjne, skrzynki, rury od granatników RPG, odłamki różnej wielkości, pociski z dział, haubic i moździerzy, no i mnóstwo strzeleckiej drobnicy – wymienia Igor, żołnierz Gwardii Narodowej. – W sumie ponad sześćset kilo złomu.

Autorem tej specyficznej instalacji jest Denis Busztec, artysta z Zaporoża, od dwóch lat czynnie zaangażowany w pomoc dla ukraińskiej armii.

– Dotąd woziłem na front jedzenie, wodę, kupowany przez ludzi sprzęt dla żołnierzy – mówi. – Kilka tygodni temu postanowiłem zrobić coś nietypowego.

Denis poprosił o pomoc mundurowych, z którymi w ciągu dwóch dni uzbierał niezbędny budulec. Po tygodniu prac tron był gotowy. Spod Awdijewki, o którą od wielu miesięcy toczą się walki między siłami rządowymi a separatystami, rzeźba trafiła do Zaporoża. Wolontariusze ustawili ją pod siedzibą tamtejszej rady obwodowej – najwyższych władz w regionie.

– Możesz obejrzeć dziesięć tysięcy filmów, ale nie będziesz wiedział nic o wojnie – Denis opowiada o swoich motywacjach. – Przeżyjesz jeden artyleryjski ostrzał, i spojrzysz jej prosto w oczy. Tylko ilu ludzi ma taką możliwość? Mieszkańcy Zaporoża – i inni Ukraińcy, w tym nasze władze – niewiele wiedzą o tym, co dzieje się na froncie. Tron ma zwrócić ich uwagę i uzmysłowić im, z czym mają do czynienia nasi żołnierze.

Instalacja spełniła też bardzo konkretną funkcję – tuż po przywiezieniu jej do Zaporoża odbyła się specjalna aukcja. Jeden z lokalnych biznesmenów zaoferował za tron 150 tysięcy hrywien (25 tysięcy złotych). Pieniędzy nie wpłacił, lecz kupił za nie dwa termowizory. Jedną z bolączek ukraińskiej armii jest niedostateczna liczba urządzeń, umożliwiających działania nocą. Specjaliści mówią wprost o siłach zbrojnych Ukrainy, że to „ślepa formacja”. Tron, choć w niewielkim stopniu, przyczynił się do poprawy tej sytuacji.

Fot. Kateryna Klochko (3), Marcin Ogdowski (2), Marcin Wesołowski (1)

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Kontenery

– Po siódmym czy ósmym ostrzale naszej okolicy, kiedy rakiety zaczęły spadać mniej niż sto metrów od okien, postanowiłem uciekać z miasta – mówi Andriej, 40-latek z Doniecka. – Nie dla siebie, ale dla Eveliny – mężczyzna kładzie dłoń na ramieniu ośmioletniej dziewczynki. – Wyjechaliśmy na kilka tygodni, a minęły już dwa lata, odkąd nie było nas w domu. I nie wrócimy tam tak długo, jak długo będą strzelać. Nie zamierzam narażać życia córki – deklaruje mój rozmówca.

„Modułowe miasteczko” – jak mówią o nim miejscowi – znajduje się na obrzeżach Zaporoża, przytulone do osiedla z wielkiej płyty. Na pierwszy rzut oka wygląda jak zaplecze socjalne dla ekip budowlanych. Wrażenie jest tym bardziej zasadne, że kilkaset metrów dalej wciąż powstają kolejne bloki. Tymczasem poustawiane w kilka grup kontenery, to prowizoryczne domy dla niemal 450 uchodźców z Donbasu – głównie matek i babć z dziećmi. Miały być schronieniem „na chwilę” – taka idea przyświecała oenzetowskiej agencji UNHCR, ze środków której powstało „miasteczko”. Czas jednak płynie, a końca wojny – choć tak straciła na intensywności – nadal nie widać. W efekcie uliczki „miasteczka” właśnie pokrywane są solidną brukową kostką.

Wcześniej między blaszakami zbudowano plac zabaw, a tuż za siedliskiem niewielkie boisko ze sztuczną nawierzchnią. W zestawieniu z koszmarnymi obrazkami – jakie znamy z „dżungli” w Calais – „modułowe miasteczko” zdaje się być wzorcowym obozowiskiem.

Z dnia na dzień

Ale względny komfort tylko łagodzi traumę wygnania.

– Miałem mieszkanie, pracę, przyjaciół, a co mam i kim jestem dziś? – Andriej z trudem panuje nad głosem.

– Większość z 19 tysięcy uchodźców, którzy przebywają w Zaporożu, ma kłopoty ze znalezieniem pracy – mówi Anastazja Golikowa z ukraińskiej misji Polskiej Akcji Humanitarnej (PAH). – Szczęściarze dostają zwykle posady, które nie wymagają specjalnych kwalifikacji. Rzecz jasna, są to zajęcia nisko płatne.

Andriej nie ma nawet takiej pracy – pieniądze na żywność i media (samo użytkowanie kontenera jest bezpłatne), otrzymuje od rozmaitych organizacji, w tym PAH-u. Żyje, jak sam mówi, z dnia na dzień, dla Eveliny.

Jest tak sobie

Podobna motywacja zdaje się przyświecać Aleksandrze, drobnej, 65-letniej kobiecie. Złamanej artretyzmem, poruszającej się przy pomocy kuli. W przydzielonym jej kontenerze cała jedna ściana zajęta jest rysunkami, wykonanymi przez 10-letnią wnuczkę, Nastię.

– Mądra dziewczynka, dobrze się uczy – babcia zachwala wnuczkę, gdy ta, z torbą na plecach, wraca ze szkoły.

– Nastia nie ma w klasie kłopotów z miejscowymi? – pytam.

Aleksandra zaprzecza ruchem głowy. I powtarza wcześniej wypowiedziane zdanie.

– Jest tak sobie… – Andriej okazuje się bardziej wylewny. – Miejscowi nie są do nas tak dobrze nastawieni, jak w Charkowie, gdzie spędziłem kilka miesięcy. Problemy zaczynają się już pośród trochę starszych dzieci.

005

Ludzie „stamtąd”

Mężczyzna ma na myśli wyzwiska i poszturchiwania. Te postawy nie biorą się znikąd. Część dorosłych mieszkańców blokowiska nazywa uchodźców pijakami, narkomanami, czy cwaniakami, naciągającymi rząd i organizacje pomocowe. I nie jest to tylko prostacka reakcja na niechciane sąsiedztwo – dla wielu zaporożan uciekinierzy z Donbasu to „oni”, ludzie „stamtąd”. „Od separatystów” czy wręcz „separy”. W bardziej prorosyjskim Charkowie takich postaw jest mniej, w Zaporożu – gdzie idea ukraińskiej niezależności od Rosji cieszy się większym poparciem – są popularniejsze. Zwłaszcza, że w blokach sąsiadujących z „miasteczkiem” mieszka sporo weteranów donbaskiej wojny oraz rodziny wojskowych, służących właśnie na froncie. Żyją tu też najbliżsi poległych żołnierzy i ochotników.

– Nie będę narzekać – zastrzega Aleksandra. – Mam co jeść, dach nad głową, ciepło. Nastia chodzi do szkoły, jeździ na ferie. Ale gdybym tylko mogła, wróciłabym do Charcyza, oj wróciła…

—–

„Modułowe miasteczko” i jego mieszkańcy. Nz. nr 4 Andriej z córką, nz. nr 5 – Aleksandra z wnuczką/fot. Marcin Ogdowski

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dyplomacja

– W miejscu takim jak to, czas odmierza się nie godzinami, ale kilometrami – mówi Swietłana Dworkina, szefowa wydziału edukacji w powiecie izjumskim na wschodzie Ukrainy. – Zimą dzieci z najdalszych wiosek, oddalonych od Małej Kamaszywachy o dwadzieścia kilka kilometrów, wstają o piątej rano, by zdążyć na zajęcia o ósmej. Takie parszywe drogi mamy w okolicy. Ale w samej szkole też nie jest dobrze. Mróz wciska się przez dziurawe okna i drzwi, dzieciaki marzną w klasach. Tak wygląda u nas edukacja w XXI wieku…

Mała Kamaszywacha to królestwo eternitu, okrywającego maleńkie szare domki, otoczone walącymi się płotami bądź ogrodzeniami wykonanymi z byle czego. Wioskę przecina potwornie dziurawa droga, która zdaje się przywodzić znikąd i donikąd prowadzić. Co jakiś czas przemyka nią zdezelowany samochód, trąbiąc na wałęsające się bezpańskie psy.

Trudno o lepszy przykład materialnej destrukcji i biedy niż wschód Ukrainy. Ów region wygląda jak postapokaliptyczne terytorium, w którym państwo już dawno przestało pełnić swoje funkcje, porzucając obywateli na pastwę losu. Paradoksalnie, wojna w tym krajobrazie niewiele zmieniła.

Szkoła w Małej Kawaszywasze. Dach z eternitu, nieocieplona zagrzybiona ściana.../fot. Paweł Krawczyk
Szkoła w Małej Kawaszywasze. Dach z eternitu, nieocieplona zagrzybiona ściana…/fot. Paweł Krawczyk

Szkoły bez bieżącej wody

Powiat izjumski, gdzie leży Mała Kamaszywacha, to część województwa charkowskiego. Za miedzą zaczyna się Donbas, a tam tocząca się od ponad dwóch lat brutalna wojna.

– W jej wyniku do obwodu charkowskiego trafiło 120 tysięcy uchodźców – wylicza Wojciech Wilk, prezes Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM). – Dwie trzecie z nich próbuje ułożyć sobie życie w Charkowie, pozostali wyjechali na wieś. Z tych ostatnich aż 30 tysięcy znalazło schronienie w powiecie izjumskim.

W tym gronie jest kilkanaście tysięcy dzieci, które mimo wojennej zawieruchy muszą kontynuować edukację. Recz w tym, że znalazły się w regionie, który nawet jak na ukraińskie standardy jest wyjątkowo ubogi.

– Brakuje nam właściwie wszystkiego – Swietłana Dworkina załamuje ręce. – Dajcie mi godzinę, to spiszę nasze potrzeby.

I tak jak w Małej Kamaszywasze, tak w przypadku innych placówek w okolicy, nie chodzi jedynie o rachityczne dachy, nieocieplone ściany czy rozpadające się okna. Szkoły w powiecie izjumskim to także zniszczone łazienki, zużyte meble, pomoce naukowe i sprzęty pamiętające jeszcze czasy świetności Związku Radzieckiego. To sale komputerowe z urządzeniami z lat 90., niepodłączone do Internetu. Niektóre z placówek pozbawione są nawet dostępu do bieżącej wody. Mimo to nie ma w nich brudu czy bałaganu, jest za to wszechobecna, kładziona warstwami, jaskrawa farba – przy użyciu której przez lata „modernizowano” wnętrza szkół.

– Jak w takich warunkach uczyć dzieci? – pytanie Dworkiny ma wymiar retoryczny.

Zimą temperatura na charkowszczyźnie dochodzi do -30 stopni. Już w listopadzie może spaść do -22 stopni. Okna ze szparami na palec oznaczają, że wewnątrz panuje niemal mróz – tym bardziej prawdopodobny, że ceny gazu, używanego do ogrzewania szkół, wzrosły na Ukrainie kilkukrotnie na przestrzeni ostatnich dwóch lat.../fot. Paweł Krawczyk
Zimą temperatura na charkowszczyźnie dochodzi do -30 stopni. Już w listopadzie może spaść do -22 stopni. Okna ze szparami na palec oznaczają, że wewnątrz panuje niemal mróz – tym bardziej prawdopodobny, że ceny gazu, używanego do ogrzewania szkół, wzrosły na Ukrainie kilkukrotnie na przestrzeni ostatnich dwóch lat…/fot. Paweł Krawczyk

Polityka… zdobywania wdzięczności

Na szczęście idzie lepsze. Ponieważ w Małej Kamaszywasze uczą się również uciekinierzy z Donbasu, szkołę zakwalifikowano do specjalnego programu. Niebawem wymienione w niej zostaną wszystkie okna. Podobne remonty przeprowadzone będą także w dziewięciu innych szkołach w powiecie. Te, i dziesięć kolejnych placówek, otrzymają też dodatkowe wyposażenie – na przykład rzutniki multimedialne. Za ów projekt odpowiada Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej oraz Fundacja Solidarności Międzynarodowej. Pieniądze pochodzą z naszego MSZ – można zatem te działania traktować jako rodzaj polityki zagranicznej.

A nawet warto myśleć o nich w ten sposób. Dlaczego? Przez ostatnich kilkanaście lat przekonywano nas, że delegowanie armii na odległe misje jest efektywnym elementem polskiej polityki zagranicznej. Wciąż nie brakuje głosów, że tak samo jak w przypadku Iraku i Afganistanu, winniśmy działać na Ukrainie. Bo przecież toczy ona wojnę z wrogą nam Rosją. To niebezpieczne myślenie, które na szczęście nie ma zbyt wielu stronników.

Jedno z już wymienionych okien. Mało efektowny, ale efektywny sposób na dyplomację/fot. Paweł Krawczyk
Jedno z już wymienionych okien. Mało efektowny, ale efektywny sposób na dyplomację/fot. Paweł Krawczyk

Ale pomagać trzeba – abstrahując od powodów natury humanitarnej, stabilizacja sytuacji na Ukrainie leży w interesie Rzeczpospolitej. Sposobem na jej osiągniecie jest – pośród szeregu innych działań – zapewnienie dobrych warunków do edukacji kolejnym rocznikom Ukraińców. Wymiana okien czy drzwi nie brzmi zbyt efektownie, póki nie uświadomimy sobie, że daje możliwość nauki niezależnie od warunków atmosferycznych. I tym samym zostawia co najmniej kilkaset ukraińskich rodzin w przekonaniu, że „to Polacy nam pomogli”. Wdzięczność, która za tym idzie, ma już konkretny wymiar w relacjach między naszymi narodami.

—–

Trudno o lepszy przykład materialnej destrukcji i biedy niż wschód Ukrainy/fot. Paweł Krawczyk

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Okupacja

Rozmawiam z Tamilą Tashevą, krymską Tatarką, współzałożycielką i koordynatorką organizacji „Krym SOS”.

– Ile osób uciekło z Krymu po przyłączeniu go do Rosji?

– Oficjalne dane mówią o 25 tysiącach osób, które wyjechały z półwyspu na skutek rosyjskiej okupacji. Nieoficjalne – nawet o 50 tysiącach uciekinierów.

– Skąd ta rozbieżność?

– Dysponujemy wyłącznie statystykami, prowadzonymi od października 2014 roku. To, co działo się wcześniej, nie było w żaden sposób odnotowywane. Ukraińskie służby graniczne pojawiły się na tak zwanej granicy dopiero jesienią 2014 roku. Poza tym nie wszystkie osoby, które wyjechały z Krymu, zostały uznane za przesiedleńców, nie wszystkie się zarejestrowały. Krymczanie z klasy średniej radzą sobie na kontynentalnej Ukrainie bez wsparcia państwa czy instytucji humanitarnych. Unikają zatem skomplikowanej procedury rejestracji. Wśród moich bliskich znajomych jest dziesięć rodzin, które wyjechały z Krymu, ale jako uchodźcy zarejestrowały się tylko dwie.

– Żeby zarysować skalę migracji – o jakiej części społeczności mówimy?

– Przed okupacją na Krymie mieszkało 2,5 mln osób (w tym 250 tys. Tatarów – dop. MO).

– Wyjeżdża zatem niewielki odsetek…

– To prawda. Ale  ważne jest to, co dzieje się na samym półwyspie. A sprawy mają się tak, że jedni wyjeżdżają, a innych wciąż przywożą. Federacja Rosyjska prowadzi politykę wypychania ludności nielojalnej wobec okupacyjnych władz. W tym samym czasie zwozi na Krym całe zastępy urzędników, wojskowych, własny personel medyczny – i w ten sposób łamie prawo międzynarodowe, bo zmienia skład etniczny półwyspu.

– W gronie tych wypychanych są przede wszystkim Tatarzy?

– Wyjeżdżają nie tylko oni. Ale możemy powiedzieć, że połowa z uciekających to Tatarzy krymscy.

– Na czym polega rosyjska presja?

– To zależy. Do tej pory możemy mówić o trzech falach uciekinierów z Krymu. Pierwsza zaczęła się na początku okupacji, zwłaszcza po tak zwanym referendum z 16 marca 2014 roku. Wtedy, aż do końca 2014 roku, półwysep opuszczali ludzie nastawieni patriotycznie wobec Ukrainy, niechcący żyć w warunkach rosyjskiej okupacji. W tamtym czasie nie stosowano jeszcze zaostrzonych środków – ci ludzie wyjeżdżali z Krymu dobrowolnie. W 2015 roku zaczął uciekać mały i średni biznes, z powodu problemów związanych z prowadzeniem interesu w warunkach okupacji, także przymusowych wywłaszczeń i przejęć majątków. A obok nich młodzi ludzie w wieku poborowym, obawiający się wezwań do rosyjskiej armii, w której nie chcieli służyć.

– Wspomnianych biznesmenów wywłaszczano w świetle prawa, czy mówimy o bandyckich przejęciach?

– Zwykle zaczynało się od tego, że przychodzili przedstawiciele urzędu skarbowego i próbowali znaleźć jakieś formalne powody do konfiskaty majątku.

– A gdy się nie udawało?

– Pojawiała się bezpośrednia presja, zwłaszcza na biznesmenów tatarskiego pochodzenia. Na przykład wybuchały pożary w restauracjach.

– Kim byli podpalacze?

– Jeszcze przed włączeniem do Rosji, na półwyspie stworzono tak zwaną „Krymską samoobronę”. Rodzaj bojówki, finansowanej i wyposażanej w mundury i broń przez Moskwę. Po referendum dostała ona oficjalny status i dziś wykonuje brudną robotę – coś, czego nie podejmą się policjanci, robią członkowie samoobrony. Ale są oni pod całkowitą kontrolą Federacji Rosyjskiej. To sytuacja podobna do tej, jaką mamy na Donbasie – gdzie Moskwa też zaopatruje tak zwane samozwańcze grupy. Na Krymie to one stoją za porwaniami i pobiciami, samych biznesmenów i ich rodzin. Wiele ofiar nie wytrzymało takiej presji…

– A trzecia fala uciekinierów to…?

– W 2016 roku uciekają przede wszystkim krymscy Tatarzy. W kwietniu Federacja Rosyjska zakazała działalności Medżlisu, tatarskiego samorządu. Tak zaczęły się prześladowania polityczne muzułmanów, czego przykładem może być „sprawa Hizb at-Tahrir” (od nazwy radykalnej islamskiej organizacji, z którą mają być jakoby powiązani liderzy Medżlisu – dop. MO). Zatrzymano 14 osób, przeciwko czterem wszczęto już proces. Prokuratura domaga się dla nich wyroków od 7 do 17 lat.

– Co jeszcze ma obciążać muzułmanów?

– Toczy się też proces związany z wydarzeniami z lutego 2014 roku, kiedy krymscy Tatarzy i sympatycy władzy ukraińskiej protestowali przed budynkiem Rady Najwyższej Krymu. Doszło wówczas do przepychanek, zatrzymano wiele osób – obecnie z tego grona wobec czterech trwa proces sądowy.

W tych i innych sprawach formułowane są zarzuty działalności terrorystycznej. Generalnie bowiem Federacja Rosyjska stara się przedstawić społeczność tatarską na Krymie – zarówno zagranicy jak i pozostałym mieszkańcom półwyspu – jako niebezpiecznych, islamskich fundamentalistów.

– Stąd posądzenie o przynależność do organizacji Hizb at-Tahrir, która od 2003 roku jest w Rosji zabroniona?

– Owszem. Choć proszę zauważyć, że na terytorium Ukrainy nie była ona objęta zakazem działalności. Tak czy inaczej, zarówno przed wojną, jak i teraz, tak na Ukrainie, jak i na Krymie, nie było żadnych akcji terrorystycznych ze strony tej organizacji. Warto też dodać, że rosyjski Memoriał uznał wszystkich zaaresztowanych w „sprawie Hizb at-Tahrir” za więźniów politycznych.

– Zatem zbrojnego oporu na Krymie nie ma?

– Nie ma. Zresztą byłoby to szaleństwem w sytuacji, kiedy półwysep to jedna wielka wojskowa baza. Jest za to opór bierny, na przykład wspólne zbieranie się w domach na modlitwy. Czy ostatnio bardzo popularne tatuowanie sobie herbu Ukrainy. Chciałabym to jednak wyraźnie podkreślić – Krymczanie, w tym Tatarzy, z własnej woli przyjęli postawę „żadnej przemocy”.

– Czy działania, mające na celu stygmatyzację Tatarów, przynoszą oczekiwane przez Rosjan skutki?

– Przed 1 września dzieci dostały dzienniczki, w których na pierwszej stronie opisano historię Krymu. Gdzie stoi, że po utworzeniu Ukrainy w 1991 roku, Tatarzy – przy wsparciu władz z Kijowa – „zagarnęli Krym”. I że dopiero w 2014 roku udało się półwysep „odzyskać dla większości Krymczan”. Dzieci są podatne na tego typu przekłamania – większość zapewne w nie uwierzy.

– Ale to może się wydarzyć w przyszłości. A co dzieje się już teraz?

– Już, za używanie na ulicy języka krymsko-tatarskiego, można zostać pobitym przez nie-tatarskich Krymczan. Mamy też bardziej drastyczne wypadki, na przykład Tatarki, która została porwana i zgwałcona przez sąsiada. Tylko z powodu własnego pochodzenia.

– Jak wygląda sytuacja humanitarna na półwyspie?

– Często o niej zapominamy, mówiąc o Krymie tylko w aspekcie politycznym. Tymczasem nawet sympatycy Federacji przyznają, że przestał działać system opieki zdrowotnej. Z powodu niedostatków paliwa nie jeżdżą karetki, brakuje leków, nawet tych podstawowych. Ceny wzrosły, pensje spadły – lekarze uciekają z publicznych szpitali i przychodni do prywatnych placówek. Tam mają lepszą sytuację, ale zwykłych Krymczan zwyczajnie nie stać na takie usługi.

Nie lepiej jest z produktami żywnościowymi. Jest ich mało, są drogie. I obiektywnie nie mogą być tańsze, skoro trafiają na półwysep z Rosji, przez Kercz, co wiąże się z wysokimi kosztami spedycji.

Mieszkańcom brakuje prądu oraz wody do picia i podlewania. Najgorsza sytuacja w tym zakresie panuje na północy półwyspu. To z jednej strony efekt odcięcia, czy – jak w przypadku energii – ograniczenia dostaw z Ukrainy, z drugiej, niewydolności Rosji. Wielkiego imperium, które nie potrafi zbudować odpowiedniej infrastruktury.

– Dziękuję za rozmowę.

*          *          *

Organizacja „Krym SOS” została założona przez aktywistów, przeciwnych rosyjskiej okupacji, jeszcze w lutym 2014 roku. Świadczy pomoc materialną i prawną uchodźcom z okupowanego terytorium. Wolontariusze z „Krym SOS” występują również na rozmaitych formach międzynarodowych, gdzie informują o sytuacji na półwyspie.

„Krym SOS” zajmuje się także wsparciem rodzin członków tak zwanej „Niebiańskiej Sotni” (osób zabitych na Majdanie). W tym zakresie współpracuje z polską Fundacją Solidarności Międzynarodowej i z Fundacją Edukacja dla Demokracji.

Z Tamilą Tashevą spotkałem się w Kijowie. Za zorganizowanie wywiadu dziękuję Fundacji Solidarności Międzynarodowej.

—–

Nz. Tamila Tasheva/fot. Paweł Krawczyk

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Strategie

Czym jest normalność? Niby oczywista sprawa, ale spróbujmy odpowiedzieć sobie na to pytanie w kontekście wojennej codzienności. No właśnie… Przed laty przeczytałem w jednym z tygodników artykuł poświęcony ostatnim dniom przed wybuchem Powstania Warszawskiego. I była tam mowa o restauracyjnych ogródkach nad Wisłą. Nie dla Niemców, dla Polaków. Wychowany w kulturze martyrologii, przeżyłem poznawczy szok. Ogródki restauracyjne dla mieszkańców najbardziej umęczonego przez hitlerowców miasta?! A jednak…

Z biegiem czasu wojna stała się moim zawodowym doświadczeniem. Szukałem więc tej normalności w nienormalności w Iraku, Afganistanie, a ostatnio na Ukrainie. I o tym będzie ta krótka opowieść.

Plac przed dworcem kolejowym w Doniecku, kwiecień 2015/fot. Michał Zieliński
Plac przed dworcem kolejowym w Doniecku, kwiecień 2015/fot. Michał Zieliński

Ważne, że nie strzelają

Pod koniec stycznia ubiegłego roku dotarłem z ekipą pod Debalcewe. Cudem znaleźliśmy transport – cywilne auto, a w nim straszą panią z synem za kółkiem. Kobieta była elegancko ubrana, miała pełen makijaż. Tego dnia, rano, wywiozła z Debelacewe do oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów Artiomowska swoje wnuki (kierowca był ich ojcem). Ale państwo ci ewakuowali dzieci w pośpiechu i już w drodze uświadomili sobie, że nie zamknęli drzwi od mieszkania na klucz. Więc pod odstawieniu pociech znów wsiedli w samochód, by wrócić do siebie. Miasto było już pod ciężkim ostrzałem, a oni jechali do domu, by zamknąć drzwi na klucz. „Bo przecież wojna się skończy, a człowiek musi mieć gdzie mieszkać”.

Kilkanaście dni później rebelianci – przy wsparciu armii rosyjskiej – zajęli Debalcewe. Zjawiłem się w nim dwa miesiące po tym fakcie, będąc już na terytorium Donieckiej Republiki Ludowej. W wyniku niedawnych walk ucierpiało prawie 70 procent zabudowy miasta. Niektóre fragmenty wyglądały naprawdę fatalnie – mówiło się wręcz o „małym Stalingradzie”. Ale mieszkańcy – ci, którzy wcześniej uciekli – wracali do siebie. „Ważne, że już nie strzelają” – mówili i w skrzykniętych z własnej inicjatywy grupach sprzątali gruzowiska.

Ten argument – że już nie strzelają – jest zresztą bardzo charakterystyczny. Po zachodniej stronie linii frontu, na Ukrainie, często ze wzgardą mówi się o ludziach, którzy zostali po „tamtej” stronie. Słyszałem określenie „zombie”, popularna jest też nazwa „wata” – od waty, którą wypełnia się kufajki, uchodzące za symbol radzieckości, czy teraz rosyjskości. Przy czym wata odnosi się też do dyspozycji intelektualnej – „oni mają watę zamiast mózgu”, mówi się. To reakcje między innymi na informacje rozpowszechniane przez liderów DRL – że większość mieszkańców nowej republiki popiera działania jej władz. Oczywiście można mieć zastrzeżenia do prawdziwości takich twierdzeń, ale w Doniecku wielokrotnie stykałem się ze zjawiskami, które w jakiejś mierze potwierdzały legitymizację nowego ustroju. Dla mnie to zupełnie zrozumiałe postawy – oto po miesiącach zawieruchy i ciężkich ostrzałach, jakie towarzyszyły początkom DRL, nastał względy spokój i stabilizacja. „Najważniejsze, że nie spadają na nas grady” – mówiła doniecka ulica. I cieszyła się z każdego przejawu normalności – kursujących autobusów, otwartych kin i szkół. To, kto rządził, miało drugorzędne znaczenie. To, że na przedmieściach wciąż toczyły się walki – również.

Zajęcia z baletu w jednej z donieckich szkół, kwiecień 2015/fot. Michał Zieliński
Zajęcia z baletu w jednej z donieckich szkół, kwiecień 2015/fot. Michał Zieliński

Zabawa do białego rana

Do tego, że wojna jest gdzieś tam, ale da się z nią, w niej, przy niej funkcjonować, przyzwyczajają się też dzieci. Wiosną zeszłego roku oglądałem eliminacje do lokalnych mistrzostw w piłce nożnej. Chłopcy z różnych dzielnic Doniecka rozgrywali mecze nie na powietrzu, a pod dachem – co było jedynym novum w odniesieniu do poprzednich lat. W innej szkole, na południowych obrzeżach miasta, byłem świadkiem zajęć z baletu – kilku-kilkunastoletnie dzieciaki nawet nie zwracały uwagi na pomruki artylerii, które niosły się pomiędzy blokami i powodowały drżenie szyb. Nauczyciele, z którymi wówczas rozmawiałem, tłumaczyli mi, że szkoła – jak większość w Doniecku – nie działała tylko przez trzy miesiące jesienią 2014 roku, kiedy o miasto toczyły się najcięższe walki. Lecz nawet wtedy nie przerwano edukacji – większość uczniów miała dostęp do internetu i za jego pośrednictwem przesyłano dzieciom zadania. Oczywiście, w piwnicach każdej ze szkół zorganizowano schrony, ale w kwietniu 2015 roku już z nich nie korzystano. Coś, co na Ukrainie odebrano jako narodową tragedię – wyparcie obrońców, tak zwanych cyborgów, z ruin donieckiego lotniska – w samym mieście, jego mieszkańcom, przyniosło ulgę; pozwoliło na odepchnięcie frontu o kilka kilometrów od centrum metropolii.

Schron pod jedną ze szkół w Doniecku, kwiecień 2015/fot. Michał Zieliński
Schron pod jedną ze szkół w Doniecku, kwiecień 2015/fot. Michał Zieliński

Analogiczna sytuacja miała miejsce na południu, w Mariupolu – tyle że tam odepchnięci zostali separatyści. Zaledwie kilkunastokilometrowy bufor sprawił, że dziś niemal nie ma stamtąd uchodźców – a jeszcze latem zeszłego roku władze Mariupola nie mogły się doliczyć 40 procent mieszkańców. Lecz nawet wówczas mariupolanie organizowali swoje życie na przekór wojnie. Któregoś lipcowego wieczoru poszliśmy z kolegami nad morze, piękne Morze Azowskie. Był weekend, knajpy i dyskoteki pękały w szwach. Alkohol, głośna muzyka, tańce, odstawione dziewczyny, eleganccy chłopcy – i zabawa do białego rana. Czasem tylko, patrząc wzdłuż wybrzeża, można było dostrzec oddalone wybuchy.

Piwnica dawnego kompleksu kolonijnego Majak w Szyrokino. Na górze trwa artyleryjski ostrzał/fot. Darek Prosiński
Piwnica dawnego kompleksu kolonijnego Majak w Szyrokino. Na górze trwa artyleryjski ostrzał/fot. Darek Prosiński

Żywy dowód

Rano wsiedliśmy w samochód i po niespełna 15 kilometrach znaleźliśmy się w zupełnie innym świecie. Okopy, zrujnowane budynki, przekształcone w małe twierdze; cały ten frontowy sztafaż, charakterystyczny dla znanego niegdyś kurortu w Szyrokino. Lecz i ta sytuacja daję okazję do rozważań o normalności w nienormalności. Do czasu wojny na Ukrainie miałem specyficzne doświadczenia wojenne. Dotyczyły one konfliktów asymetrycznych, partyzanckich czy antypartyzanckich, biorąc pod uwagę stronę, z jakiej je relacjonowałem. By nie wchodzić w zbędne szczegóły, iraccy bojownicy czy afgańscy talibowie nie mieli do dyspozycji ciężkiej artylerii. Nie w zakresie, który umożliwiałby nawały ogniowe. Z lektur, z filmów, wiedziałem zaś, że zmasowany ogień jest przyczyną wielu załamań nerwowych u żołnierzy, ale wiedziałem też, że ludzie się do niego przyzwyczajają. Co mimo wszystko wydawało mi się niewyobrażalne. Aż trafiłem na całonocną kanonadę. Separatyści i Rosjanie okładali pozycje, na których byłem, z najcięższych dział i haubic. Zmusili nas – mnie, kolegę i przede wszystkim ukraińskich żołnierzy – do zagrzebania się w piwnicach i jamach. Na początku było strasznie – każda kolejna eksplozja rodziła obawy, że za chwilę strop zwali mi się na głowę. Dość szybko jednak dałem sobie z tym spokój – idąc śladem Ukraińców, skupiłem się na oglądaniu jakiegoś bzdurnego filmu. Zdaje się, że był to „Seks w wielkim mieście”, z zabawnym rosyjskim dubbingiem. A gdy skończyło się paliwo w generatorze i telewizor zgasł, po prostu poszedłem spać.

Rano okolica wyglądała jak po kataklizmie, ale żołnierze – jak gdyby nigdy nic – wykonywali swoje rutynowe działania. Czyszczenie broni, parzenie kawy, przygotowanie śniadania. Tam, gdzie było jedzenie, pojawiły się psy – nieodzowny „element” frontowej rzeczywistości. Uchodźcy z terenów objętych działaniami zbrojnymi często zostawiają czworonogi, nie mając możliwości, by zabrać je ze sobą; natura ma też swoje prawa – zwierzęta parzą się bez względu na okoliczności, które zafundował im człowiek. Psy (ale i koty) ciągną do ludzi, żołnierz wiele z nich obdarza opieką. Bo zwierzak to substytut normalności, domu, przedwojennego życia, a zarazem żywy dowód na potrzebę zachowania oczywistego w normalnych czasach człowieczeństwa. Te ludzko-zwierzęce więzi potrafią być bardzo silne – piszę to z perspektywy człowieka, który pomagał kiedyś żołnierzowi WP przemycić 30-kilogramowego psa z Iraku do Polski.

Zwierzęta jako substytut normalności. Szyrokino, lipiec 2015/fot. Darek Prosiński
Zwierzęta jako substytut normalności. Szyrokino, lipiec 2015/fot. Darek Prosiński