Front

Pisałem już o Kijowie, który ma dość wojny, który chce po prostu żyć. I owszem, ukraińska stolica może sobie pozwolić na ten luksus – lecz 800 kilometrów dalej konflikt trwa w najlepsze.

Jest inny, mniej śmiercionośny, mniej bezwzględny. „Dziwny” – w takich kategoriach, w jakich znamy to określenie z frontu zachodniego sprzed niemieckiej inwazji na Francję w 1940 roku. Tak jak wówczas, tak i teraz obie strony okopały się na swoich pozycjach, niezdolne – z braku politycznej woli – ani pójść do przodu, ani oddać pola.

Posiłek w okopach - pozycje wojsk rządowych, południowy odcinek wschodnio-ukraińskiego frontu/fot. Darek Prosiński
Posiłek w okopach – pozycje wojsk rządowych, południowy odcinek wschodnio-ukraińskiego frontu/fot. Darek Prosiński

Podpisane w białoruskim Mińsku zawieszenie broni respektowane jest wybiórczo. Bo owszem, ciężki sprzęt został w większości wycofany w głąb obu terytoriów, ale pojedyncze działa i moździerze wciąż wykonują swoją morderczą robotę.

– Prowokują nas – przekonywał mnie starszy porucznik Aleksander Lahutenko, zastępca dowódcy jednego z rządowych batalionów, rozlokowanych w pobliżu Mariupola. – Liczą, że odpowiemy, i wtedy zwalą winę za wymianę ognia na nas.

Tymczasem rozkaz dla ukraińskich oddziałów brzmi jasno: odpowiadać wyłącznie w razie bezpośredniego ataku.

Alarm na pozycjach wojsk ukraińskich w okolicach wsi Nowosiliewka, na północ od Mariupola/fot. Darek Prosiński
Alarm na pozycjach wojsk ukraińskich w okolicach wsi Nowosiliewka, na północ od Mariupola/fot. Darek Prosiński

„Profesjonalna robota”

Te także się zdarzają, choć nie są to masowe operacje – zwykle biorą w nich udział niewielkie grupy. Celem tych działań jest raczej dywersja i rozpoznanie słabych punktów ukraińskiej obrony niż przełamanie. Tak czy inaczej, gdy już dochodzi do kontaktu, obie strony nie szczędzą sobie amunicji.

Generalnie jednak frontowa codzienność sprowadza się do sporadycznych ostrzałów artyleryjskich i nieco częstszych z broni ręcznej. Motywowanych chęcią zademonstrowania swojej obecności i uprzykrzenia życia przeciwnikowi.

Przodują w tym separatyści – taka narracja obowiązuje po ukraińskiej stronie frontu.

– Słońce zachodzi, tamci zaczynają strzelać – opowiadał mi Witalij, żołnierz stacjonujący w okolicach wsi Nowosiliewka. Szliśmy właśnie wzdłuż pozycji, kilkanaście metrów za najdalej wysuniętą linią ukraińskich okopów. Mijaliśmy karłowate drzewka – w większości mocno okaleczone, ze śladami wielokrotnych trafień kulami. – Patrz – wojskowy wskazał ręką na sporej wielkości lej. – To z haubicy. Przywaliło dziś w nocy.

– Blisko okopów – zauważyłem.

Ukrainiec uśmiechnął się lekko.

– Gdy strzelają separy, pociski lądują gdzie popadnie. Ten niemal wszedł w cel, co oznacza, że to robota profesjonalna. Ruskich.

Skończyły się czasy solidnych dachów. Nz. Każdy wystrzelony pocisk, każda seria z broni automatycznej, skutkowała telefonami z dowództwa odcinka. "Wszystko u was w porządku?" - pytał oficer dyżurny. "Tak, jemy" - usłyszał w odpowiedzi /fot. Darek Prosiński
Skończyły się czasy solidnych dachów. Nz. Każdy wystrzelony pocisk, każda seria z broni automatycznej, skutkowała telefonami z dowództwa odcinka. „Wszystko u was w porządku?” – pytał oficer dyżurny. „Tak, jemy” – usłyszał w odpowiedzi /fot. Darek Prosiński

Po co ryć w ziemi?

Zmiana charakteru wojny widoczna jest też we frontowej infrastrukturze. Przynajmniej na południowym odcinku, gdzie jeszcze latem zeszłego roku Ukraińcy budowali głębokie okopy, a ziemianki nakrywali żelbetowymi bądź pancernymi płytami. Dziś transzeje są znacznie płytsze, a na dachach legowisk króluje blacha falista, przymocowana do drewnianego stelaża.

– Byle na łeb nie kapało – usłyszałem jakże racjonalne wyjaśnienie.

Czasem frontowe życie toczy się wręcz w zaimprowizowanych szopach obleczonych folią oraz namiotach, dla których jedyną osłonę stanowią kępy roślin i drzew.

A pozycje obu stron oddalone są od siebie o kilkaset metrów, maksymalnie o półtora kilometra.

Ta nonszalancja wynika z przekonania, że nie ma już zagrożenia nawałami artyleryjskimi. Zwłaszcza ostrzałami z budzących przerażenie wyrzutni rakietowych Grad. Pojedyncze ataki i uaktywniający się co jakiś czas snajperzy nie są w stanie zmienić tej postawy. Ostatecznie ginie „tylko” kilku żołnierzy tygodniowo, a parunastu zostaje rannych. I to w skali całego frontu. Po co się więc trudzić ryciem w ziemi?

Okopowa codzienność - trzeba wyjść po wodę i jedzenie/fot. Darek Prosiński
Okopowa codzienność – trzeba wyjść po wodę i jedzenie/fot. Darek Prosiński

(Nie)normalnie

– Biletów do Mariupola już nie ma – kasjerka na kijowskim dworcu kolejowym była wyraźnie zirytowana. Nie mogłem uwierzyć, więc pytałem kilka razy – stąd jej reakcja. Pani z okienka na dworcu autobusowym była już znacznie milsza. – Przyjdźcie chłopcy po piętnastej. Zobaczymy, może któryś z kierowców gdzieś was wciśnie – miała na myśli przejazd na podłodze bądź schodach, wolnych miejsc bowiem i tu już nie było.

Niestety, i ta możliwość okazała się jedynie teoretyczna. Ostatecznie trafiłem z ekipą do Mariupola, stosując taktykę żabich skoków – przemieszczając się z miasta do miasta, słynnymi ukraińskimi marszrutkami. Słynącymi z ciasnoty, zaduchu i kiepskiego stanu technicznego. „Wszystko przez święta” – tłumaczyłem sobie, zły, że nie wziąłem pod uwagę prawosławnej Wielkanocy jako problemu natury komunikacyjnej. „Ludzie pewnie wracają w swoje strony. Tylko u licha – do Mariupola?”.

Jeszcze latem zeszłego roku w tym portowym ośrodku nad Morzem Azowskim brakowało 40 procent mieszkańców. Uciekli przed wojną, która rozgrywała się kilkanaście kilometrów na wschód od miasta, czasem dosięgając i jego centrum. Cały świat z oburzeniem oglądał filmy nagrane w styczniu 2015 roku, kiedy rebelianckie rakiety upadły na pełne ludzi blokowisko, zabijając 30 osób. Zaś sami separatyści wielokrotnie zapowiadali, że wezmą Mariupol szturmem – „jeśli nie dziś, to jutro”.

Żołnierz armii ukraińskiej na pozycjach w pobliżu Mariupola.
Żołnierz armii ukraińskiej na pozycjach w pobliżu Mariupola.

Plaże wciąż w zasięgu dział

Jutro nie nadchodziło, za to do roboty wzięły się oddziały rządowe, które odparły siły Donieckiej Republiki Ludowej na tyle daleko, że dziś nikt już nie bierze na poważnie groźby przejęcia miasta. Przekonałem się o tym na własne oczy jeszcze zanim dotarłem do Mariupola. W autobusie, do którego wsiedliśmy w Dniepropietrowsku, spotkałem Heinza, berlińczyka, żonatego z Ukrainką, rodowitą mariupolanką. Starsi państwo mieszkali przed wojną pół roku na Ukrainie, pół roku w Niemczech. Zeszłorocznej wiosny już do Mariupola nie wrócili – z obawy przed działaniami zbrojnymi. Teraz jednak uznali, że przyszła pora wracać do utartego schematu – a święta stworzyły doskonały pretekst do przyjazdu.

– Dziś brakuje w mieście tylko pięciu procent stałych mieszkańców – Tetiana, miejscowa dziennikarka pracująca dla dużej kijowskiej stacji telewizyjnej, nie kryła zadowolenia z tego faktu. Jej słowa – wskazujące na pewną stabilizację – potwierdzał widok ulicy. Działające sklepy, szkoły, komunikacja miejska, czy drogi pełne aut. Gwarne i głośne wieczorami kluby. – Ostatni ostrzał miasta był w sierpniu 2015 roku – mówiła. – Informacja idzie w świat, więc ludzie wracają. Miasto odżywa.

– Wrócą też letnicy? – spytałem, mając w pamięci piękną plażę w pobliskim Szyrokino.

– Ojjj… – Tetiana pokręciła głową. – Nieprędko. Latem zeszłego roku miny zabiły w morzu trzy kąpiące się osoby. Poza tym plaże są wciąż w zasięgu artylerii separatystów.

„W Doniecku jest jeszcze gorzej”

O zmianie klimatu świadczą też tematy podejmowane przez lokalne media i ulicę. Wojna nadal dominuje, niemniej coraz częściej na status wiadomości dnia czy tygodnia wybijają się inne historie. Kilka tygodni temu Mariupol żył zabawnym na swój sposób zdarzeniem, do którego doszło w Sartanie, niewielkiej miejscowości pod miastem. Tamtejsze zoo – znane w okolicy, w czasach pokoju tłumnie odwiedzane przez mariupolan – stało się sceną niecodziennego wypadku. Pijany mężczyzna postanowił bowiem wejść do klatki z lwem. Nie bardzo wiadomo dlaczego, wiadomo za to, że miał sporo szczęścia. Przeżył, choć został solidnie poturbowany.

Z kolei kilka dni temu wojnę przyćmiła Wielkanoc. W przedświąteczny czwartek, w taksówce, wysłuchałem audycji, w której mowa była nie tyle o samych przygotowaniach do świąt, co o drożyźnie, która będzie miała wpływ na zawartość świątecznych stołów. „W Doniecku jest jeszcze gorzej” – owo stwierdzenie miało zapewne dodać słuchaczom otuchy. W wielki piątek, jadąc do Nowosiliewki – wsi położonej 40 kilometrów na północ od Mariupola – zobaczyłem sznur samochodów na donieckich tablicach rejestracyjnych, czekających na przejazd przez „przejście graniczne” w Hnutowe.

– U nich nie dość, że drogo, to jeszcze sklepy puste. Chcą czy nie, przyjeżdżają na zakupy do nas, na Ukrainę – skwitowała ów widok Tetiana.

Ceremonia przekazania darów od ukraińskich wolontariuszy dla żołnierzy walczących na froncie w okolicach wsi Nowosiliewka.
Ceremonia przekazania darów od ukraińskich wolontariuszy dla żołnierzy walczących na froncie w okolicach wsi Nowosiliewka.

„Kto wyciągnie dzieci ze schronu?”

– Mam nadzieję, że na świątecznym stole nie zabraknie wam niczego – Witalij z Zaporoża uścisnął dłoń dowódcy batalionu, rozlokowanego w pobliżu Nowosiliewki. – Zwłaszcza w takich dniach pamiętajcie, że doceniamy waszą trudną służbę.

Siedziałem w sali wiejskiego domu kultury, towarzysząc kilkudziesięciu wojskowym. Właśnie odbywała się krótka ceremonia przekazania darów, zebranych przez Witalija i grupę wolontariuszy. Do żołnierzy trafiły świąteczne babki, tak zwane paschy, jajka, wędliny, ale też bielizna, skarpety, koszulki. Ukraińska armia – jakkolwiek coraz lepiej wyekwipowana – wciąż w sporym zakresie korzysta z ofiarności cywilów.

Do paczek dołączono również kolorowe kartki, robione własnoręcznie przez dzieci. Kilka z tych życzeń odczytano na głos. „By w Ukrainie jak najszybciej zapanował pokój” – brzmiał najczęściej pojawiający się motyw.

Trudno o lepsze życzenia w Nowosiliewce. Linia frontu rozciągnęła się wzdłuż okolicznych pól i choć natężenie walk znacząco osłabło w porównaniu do sytuacji z zeszłego roku, wieś nadal znajduje się w strefie rażenia. Dla 68-letniej Swietłany to już jakiś postęp.

– Nie muszę wnuków w schronie zamykać – mówiła, uśmiechając się smutno. Ów schron to niewielka piwniczka w chałupie, na tyle duża, by pomieścić dwoje nastolatków.

– A wy się nie chowaliście? – spytałem Swietłany, obok której stał starszy od niej o dwa lata mąż.

– Miejsca nie było, a poza tym, niech by w dom trafiło – kto by dzieci z piwnicy wyciągnął? Nam wystarczył rów.

Sierioża i Wiktor, 14-latkowie z Nowosiliewki.
Sierioża i Wiktor, 14-latkowie z Nowosiliewki.

„Do nich nie strzelamy”

 14-letni Sierioża z trudem przyznał, że i jemu zdarzało się chować podczas ostrzałów.

– Ale tylko pod łóżko – zastrzegł. Rówieśnik, Wiktor, wybuchł śmiechem po tym wyznaniu kolegi. On nigdzie się nie chował. A do wojny już przywykł, bo trzeba jakoś żyć. Szkoda tylko, że nie wiadomo, co będzie ze szkołą.

– Nauczyciele zostali wszyscy, ale dużą część uczniów rodzice powywozili. A z naszej dwójki dziesiątej klasy nie zrobią – chłopak miał naprawdę zafrasowaną minę. Zaraz jednak rozpogodził się wizją wakacji. Wyjazdu na kolonie organizowanego specjalnie dla dzieci takich jak on i Sierioża – z terenów dotkniętych działaniami wojennymi. – Bo widzisz – Wiktor wskazał dłonią niewielkie centrum wsi, po którym kręcili się żołnierze. – Niby tu normalnie, ale tak naprawdę nienormalnie. Więc rekreację chcą nam zapewnić gdzie indziej.

„Niby normalnie” – powtarzałem sobie później w myślach. Jechałem na pierwszą linię ukraińskiej obrony ścieżkami wytyczonymi między świeżo zaoranymi połaciami pól. Ba, gdzieniegdzie widziałem nawet pracujące traktory. W zasięgi strzału z broni ręcznej, czasem wręcz tuż obok okopów. I po jednej, i po drugiej stronie frontu.

– Do nich nie strzelamy. Ani my, ani tamci – zapewnił mnie jeden z Ukraińców.

„Do nich nie strzelamy. Ani my, ani tamci”.
„Do nich nie strzelamy. Ani my, ani tamci”.

—–

Centrum wioski Nowosiliewka. Dziś linia wschodnio ukraińskiego frontu przebiega wzdłuż okolicznych pól/fot. (wszystkie) Marcin Ogdowski

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Zona

– Czy strażacy wiedzieli o radiacji? – Siergiej, były inżynier z Czarnobyla, powtarza zadane mu pytanie. Wzdycha uśmiechając się przy tym smutno. – Oni po prostu robili swoje. Zobaczyli pożar, więc zaczęli gasić…

W nocy z 25 na 26 kwietnia 1986 roku w elektrowni jądrowej w Czarnobylu przeprowadzano test systemów bezpieczeństwa reaktora numer cztery. Wady konstrukcyjne oraz błędy proceduralne spowodowały przegrzanie urządzenia i wybuch wodoru. Doszło do pożaru oraz rozprzestrzenienia substancji promieniotwórczych na niespotykaną dotąd skalę.

Nonszalanckie podejście do życia

Jako pierwsza na miejscu dramatu zjawiła się ekipa z zakładowej straży.

Wasylij, strażak z Czarnobyla. W przededniu obchodów 30. rocznicy katastrofy przyjechał do Prypeci, opuszczonego miasta, zamieszkałego niegdyś przez pracowników elektrowni.
Wasylij, strażak z Czarnobyla. W przededniu obchodów 30. rocznicy katastrofy przyjechał do Prypeci, opuszczonego miasta, zamieszkałego niegdyś przez pracowników elektrowni.

– Chłopcy myśleli, że to płonie instalacja elektryczna – opowiada Wasilij, też strażak, który feralnej nocy nie miał dyżuru. – Straszny los ich spotkał… – mężczyzna przeciera oko potężną dłonią. Ludzie, o których mówi – pożarnicy i inni pracownicy siłowni – mają dziś w Sławutyczu swój pomnik. Dwa murki, na jakich odwzorowano trzydzieści paszportowych fotografii. Pod każdym wizerunkiem umieszczono imię, nazwisko, datę urodzenia i śmierci. Te ostatnie dzielą od siebie tygodnie – w sierpniu 1986 roku nikt z upamiętnionej trzydziestki już nie żył.

– Dwóch zmarło od poparzeń, reszta dostała dawki trzy i pół razy wyższe od uważanych za śmiertelne – wyjaśnia Siergiej.

Nie były to jedyne ofiary choroby popromiennej. W rozmowach z pracownikami elektrowni przewija się wątek tak zwanych partyzantów – żołnierzy Armii Radzieckiej. Ale wbrew potocznym wyobrażeniom nie chodzi o nastoletnich poborowych, których w wojsku w tamtym czasie służyły miliony. Wśród władz panowało przekonanie, że młodzi będą później masowo przenosić choroby genetyczne – sięgnięto więc do rezerw. Po mężczyzn po trzydziestce, mających już potomstwo, lub samotnych, „nie rokujących” na rozmnażanie. I to ich wysłano do najbardziej śmiercionośnych prac przy usuwaniu skutków awarii. Początkowo nawet bez minimalnych środków ochrony przed promieniowaniem.

Nie ma zgodnych statystyk na temat strat z powodu nonszalanckiego podejścia do życia ratowników. ONZ nie dostrzegła problemu, z kolei sami likwidatorzy – jak nazwano sześćsettysięczną masę uczestników akcji – od lat mówią o rosnącej liczbie zgonów, sięgającej obecnie kilkunastu procent populacji.

Odczyt dezymetryczny w pociągu jadącym do Czarnobyla.
Odczyt dozymetryczny w pociągu jadącym do Czarnobyla.

Wszystko było rozkradzione

Dziś Związku Radziecko już nie ma. „Dziedzictwem” Czarnobylu podzieliły się przede wszystkim Ukraina – gdzie znajduje się elektrownia – oraz Białoruś, której znaczne tereny uległy skażeniu. Latami wokół Zony – zamkniętego terenu, z którego tuż po katastrofie wysiedlono całą ludność – narastały mity. Ich ucieleśnieniem stała się gra komputerowa S.T.A.L.K.E.R, gdzie w postapokaliptycznym otoczeniu elektrowni grupa śmiałków zmaga się z wszelkiej maści anomaliami i mutantami. Tymczasem w rzeczywistości niedziałająca już siłownia wciąż pozostaje miejscem pracy dla pięciu tysięcy ludzi, zaś okoliczna Prypeć – opuszczone miasteczko pracowników jądrowego kombinatu – stała się celem wycieczek. Początkowo nielegalnych, dziś już – kiedy poziom promieniowania znacząco spadł – organizowanych za zgodą ukraińskich władz przez tamtejsze biura podróży.

Prypeć to dziś cel zupełnie legalnych wycieczek. Niektórych nie przekonują argumenty o niewysokim poziomie promieniowania…
Prypeć to dziś cel zupełnie legalnych wycieczek. Niektórych turystów nie przekonują argumenty o niewysokim poziomie promieniowania…

W przededniu trzydziestej rocznicy katastrofy wybrałem się w taki sposób do Zony. Już w pociągu moją uwagę zwróciła grupa reporterów z jednej z włoskich telewizji. Szef ekipy nie rozstawał się z dozymetrem, mierząc poziom promieniowania w różnych częściach wagonu. A gdy skład wjechał na szczelnie obudowany peron przyzakładowej stacji, i on, i jego ekipa założyli specjalne, dwuwarstwowe skafandry. Wyglądali przezabawnie, zwłaszcza trzy godziny później, w Prypeci, w zestawieniu z ukraińskimi turystkami, paradującymi w króciutkich spódniczkach. W takim towarzystwie Japonka nosząca na ustach maseczkę, zdawała się być przykładem zwyczajnej zapobiegliwości.

Dość

Na kijowskim Majdanie nie ma śladów po wydarzeniach sprzed ponad dwóch lat. Jest czysto, schludnie, na wschodni sposób szykownie. Gdy byłem tu rok temu, wokół stojącej w centrum placu kolumny rozstawiono zdjęcia z Donbasu, dokumentujące wojenny wysiłek ukraińskiego państwa. Obok zaś założono punkt werbunkowy do gwardii narodowej.

Dziś nie ma już nawet tego.

W sobotni wieczór na Chreszczatyku – głównej alei miasta – weekendowy gwar. Ulicę zamknięto, stawiając na obu jej końcach nowoczesne samochody nowopowołanej policji. Co kawałek – wymijając tłum eleganckich kijowian – natykam się na jakąś kapelę, przygrywającą spacerującym.

Julek, dziennikarz z Polski, pracujący w jednej z ukraińskich stacji telewizyjnych opowiada, że wojenne newsy nie cieszą się już zainteresowaniem. Że ich emisja oznacza spadek oglądalności.

Modny klub „Porter” pęka w szwach. Na scenie zespół z ciemnoskórą frontmenką, grający klasyki amerykańskiego bluesa, choć z ostrym, rockowym pazurem

– „Hit the road Jack” – wokalistka zaczyna kolejną piosenkę, znaną z genialnego wykonania Raya Charlesa.

– No more!, no more!, no more! – śpiewają razem z nią klubowicze, a na mini-parkiecie pojawia się kilkanaście par. Młodzi podskakują w tańcu, rozradowani, uśmiechnięci, trochę pijani.

„No more” brzmi mi w uszach jeszcze długo potem, gdy wracam do mieszkania z widokiem na tonący w iluminacji Majdan.

„No more”.

Tak, Kijów ma już dość wojny. Kijów chce się bawić. Żyć.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Fikcja

W kwietniu ubiegłego roku na obrzeżach Doniecka wciąż słychać było wystrzały artylerii. „To tamci” – tłumaczyli doniecczanie, mając na myśli armię ukraińską. „Nasze działa i wyrzutnie dawno z frontu wycofane” – zapewniali. W lipcu kryłem się przed ostrzałem ze 122- i 152-milimetrowych haubic w piwnicy jednego z budynków w miejscowości Szyrokino, w części zajętej przez oddziały rządowe. „Ale przecież tych dział tu nie ma…” – drwili Ukraińcy. Gdy ogień poszedł również zza ich pozycji, pytali retorycznie: „Mamy siedzieć z założonymi rękoma i dawać się bezkarnie zabijać?”.

Tak, w największym skrócie, wyglądało przestrzeganie porozumień mińskich, które weszły w życie w połowie lutego 2015 roku.

Jednym z najważniejszych postanowień tej umowy było niezwłoczne wycofanie broni kalibru powyżej 100 milimetrów na odległość 30 kilometrów od linii frontu. Docelowym zaś efektem parafowanych w białoruskiej stolicy dokumentów miało być całkowite ustanie działań wojennych we wschodniej Ukrainie oraz podjęcie szeregu inicjatyw zmierzających do politycznego rozwiązania kryzysu.

Zawieszenie broni od początku było fikcją. Mija rok od jego wprowadzenia, a wojna jedynie zmieniła swój charakter. Jest mniej intensywna – od wielu miesięcy żadna ze stron nie prowadzi zakrojonych na szeroką skalę operacji ofensywnych. Zarówno separatyści, jak i Ukraińcy okopali się na swoich pozycjach, a cała aktywność bojowa sprowadza się do nękających ostrzałów i wypadów niewielkich oddziałów. Przodują w tym rebelianci, po stronie rządowej widać większą determinację, by „wytrwać przy Mińsku”. Co zresztą rodzi frustracje wśród żołnierzy żądnych odwetu. W tym samym czasie ukraińscy cywile coraz mocniej sygnalizują zmęczenie wojną – zarówno ci dotknięci nią bezpośrednio, jak i reszta, obciążona ekonomicznymi kosztami jej prowadzenia.

Lecz nic nie wskazuje na to, by owo „dreptanie w miejscu” w najbliższym czasie zmieniło się w coś więcej. Nie widać też szansy na spektakularną deeskalację. Rozwiązanie problemu nie leży bowiem w ukraińskich rękach , czego można by oczekiwać, akceptując narrację o wojnie domowej. Rozstrzygnięcia zależą niemal wyłącznie od woli Moskwy, która wschodnioukraińską rebelię rozpętała i wsparła, de facto dokonując agresji na terytorium innego państwa.

Rosjanie odnieśli ograniczony sukces, wyrywając jedynie strzępy ukraińskiego terytorium. Ale to wystarczy, by pogrążyć Ukrainę w kryzysie i tym samym uniemożliwić jej zbliżenie z Europą. Zabezpieczywszy przedpole, Kreml ruszył na rubieże swojej strefy wpływów – do Syrii. Paradoksalnie niesie to dla Polski jeszcze większe zagrożenia niż wojna na Ukrainie. Ograniczona z początku rosyjska interwencja na Bliskim Wschodzie w ostatnich tygodniach nabrała rozmachu. Doszło do niebezpiecznej eskalacji, w której naprzeciw interesom Rosji stanęła Turcja. Zachód nie był gotowy i nie zamierzał umierać za naszego wschodniego sąsiada. Co jednak zrobi, gdy zaatakowane zostaną wojska członka NATO – Turcji?

Wiosną 2014 roku za sprawą Ukrainy skończył się nasz sen o bezpiecznej Europie. Dziś na świecie zrobiło się jeszcze straszniej.

—–
Front w okolicach Doniecka, od ukraińskiej strony, wiosna 2015/fot. Darek Prosiński

Postaw mi kawę na buycoffee.to