„Al”

Co jest niezbędną cechą każdego astronauty? Poczucie humoru – nie ma wątpliwości pułkownik Alfred Worden, członek misji Apollo 15. „Al” – jak każe do siebie mówić – trenował niemal trzy lata, bez gwarancji, że kiedykolwiek wystartuje w kosmos. – Gdyby nie umiejętność robienia sobie żartów, na pewno bym nie przetrwał – przekonuje legenda astronautyki.

Wordena humor nie opuścił także podczas wyprawy. Gdy kapsuła z trzyosobową załogą wylądowała już na Pacyfiku, zawisł nad nią śmigłowiec marynarki wojennej USA.

– Daliśmy marynarzom do zrozumienia, że dla nas, pilotów sił powietrznych, konieczność skorzystania z ich pomocy nie jest zbyt komfortową sytuacją – śmieje się 87-letni dziś pułkownik.

Spotkanie z Alem odbyło się w krakowskiej siedzibie Motorola Solutions
Spotkanie z „Alem” odbyło się w krakowskiej siedzibie Motorola Solutions

Worden przebywał w kosmosie dwanaście dni, na przełomie lipca i sierpnia 1971 roku. Samotnie krążył wokół Księżyca, podczas gdy dowódca misji, David Scott, i pilot modułu księżycowego, James Irwin, eksplorowali powierzchnię ziemskiego satelity. „Piętnastka” była dziewiątą misją załogową programu Apollo i czwartą, podczas której doszło do lądowania. Była to zarazem pierwsza wyprawa charakteryzująca się dłuższym, trzydniowym pobytem na Księżycu i skupiająca się, w większym stopniu niż wcześniejsze, na badaniach i obserwacjach naukowych. W drodze powrotnej Worden opuścił moduł dowodzenia, aby wyjąć film z kamer panoramicznych, niedostępnych z wnętrza pojazdu. Tym samym wykonał spacer kosmiczny jeszcze na orbicie Srebrnego Globu, w odległości trzystu piętnastu tysięcy kilometrów od Ziemi.

– Spędziłem w próżni trzydzieści osiem minut, mając doskonały widok i na Ziemię, i na Księżyc – wspomina pułkownik. – Niesamowite doznanie…

Odbyło się ono z okazji 50. rocznicy lądowania na Księżycu
Odbyło się ono z okazji 50. rocznicy lądowania na Księżycu

Na tyle niesamowite, że nie zanosi się na „powtórkę z rozrywki”. Zapytany o powrót człowieka na Srebrny Glob, Alfred Worden wskazuje inny cel – Marsa. Ale nie ma złudzeń, że stanie się to za jego życia.

– Potrzeba nam co najmniej trzydziestu lat – mówi, dodając, że technologia jest dziś dużo doskonalsza niż przed laty, lecz jednocześnie stała się koszmarnie droga. – Zapomnijmy o międzypaństwowym wyścigu – przekonuje. – To nieefektywna forma podboju przestrzeni kosmicznej.

Trudno nie przyznać pułkownikowi racji. Program Apollo kosztował rząd Stanów Zjednoczonych ponad dwadzieścia pięć miliardów ówczesnych dolarów. Przy uwzględnieniu inflacji, dzisiaj byłaby to suma niemal czterokrotnie większa.

– Żadnego kraju nie stać na wyłożenie takich pieniędzy z własnej kieszeni – twierdzi Worden. – Międzynarodowa współpraca to konieczność.

Al chętnie rozdawał autografy...
„Al” chętnie rozdawał autografy…

Te słowa mają jeszcze inny, symboliczny wymiar. Program Apollo był dzieckiem swoich czasów – przede wszystkim politycznej i militarnej rywalizacji między USA a ZSRR. Waszyngton, w ramach zimnowojennych rozgrywek, usiłował udowodnić Moskwie technologiczną i organizacyjną wyższość, przy okazji testując rozwiązania techniczne, niezbędne do zwycięstwa w wyścigu zbrojeń. Ów zimnowojenny rys można było dostrzec w życiorysach astronautów, z których większość trafiła do NASA z wojska

– Czułeś się żołnierzem wysłanym na kosmiczną misję czy naukowcem zaangażowanym w badanie Księżyca? – pytam „Ala”.

– Byłem człowiekiem, któremu przydały się oba rodzaje treningu – i wojskowy, i naukowy – odpowiada dyplomatycznie astronauta.

Dziś większość jego następców to cywile, a on sam mówi o dawnych rywalach per „przyjaciele” – co stanowi niemały powód do radości.

...i odpowiadał na pytania dziennikarzy
…i odpowiadał na pytania dziennikarzy

Cieszy również to, że Warden – mimo zaawansowanego wieku – nie rezygnuje z działalności publicznej. Do Polski przyleciał na zaproszenie Motoroli Solutions – firmy mocno zaangażowanej w program Apollo – aby opowiedzieć o kulisach kosmicznego podboju z perspektywy jego uczestnika.

I tu odrobina osobistej refleksji. Kilka lat temu dopadła mnie choroba – akurat w przededniu spotkania z Markiem Edelmanem. Musiałem je odwołać, choć bardzo chciałem poznać przywódcę żydowskiego ruchu oporu. Parę tygodni później pan Marek zmarł – a ja zostałem w poczuciu nieodwracalnej straty. Jako dziecko marzyłem o sposobności porozmawiania z kimś, kto odbył księżycową misję. Wówczas, w czasach komuny, było to marzenie ściętej głowy. Na szczęście świat się zmienił i dawne marzenie udało się zrealizować.

– Eee – macha ręką „Al”, gdy przekonuję go, jak wielki zaszczyt mnie spotkał.

Zdaje się, że ów brak nadęcia i bezpretensjonalny sposób bycia to wizytówka pułkownika.

– Na filmach, gdy rakiety wznoszą się w powietrze, twarze astronautów wykrzywiają dziwaczne grymasy – „Al” robi zabawną minę. – Z naszymi buziami wszystko było w porządku, a o tym, że już wystartowaliśmy, poinformowała nas wieża kontroli lotów. Sami nie mieliśmy o tym pojęcia. W starcie nie ma nic dramatycznego.

Śmieję się, słysząc te słowa. W sumie nie chodzi o nic więcej, tylko o eksplozję, niemal dosłownie pod tyłkiem, setek ton paliwa. Rzeczywiście, nic dramatycznego…

—–

Fot. Dzięki uprzejmości firmy PR Inspiration

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Niezwyciężony

Fanom historii alternatywnych Marcina Ciszewskiego przedstawiać nie trzeba. Reszcie napiszę tylko, że to autor kultowej serii „WWW…”, opartej o założenie, że kilkusetosobowy, uzbrojony po zęby oddział współczesnego Wojska Polskiego, trafia do przeszłości. I zaczyna swoją wędrówkę od września 1939 roku, po Powstanie Warszawskie. Korygując dość istotnie przebieg walk i niemiecką okupację. Wiem, brzmi niezbyt mądrze, ale uwierzcie mi, czyta się to dobrze, mając przy tym nielichą zabawę i – mimo wszystko – świetną lekcję historii. Marcin bowiem zręcznie wplata prawdziwe wątki w wymyśloną opowieść.

W swojej najnowszej książce Ciszewski zmienia nieco formułę. Nie ma już zabawy z pogranicza fantastyki, dostajemy za to alternatywny świat, oparty wszak o technologiczną realność prawdziwego 1941 roku. Żadnych cudów na kiju typu urządzenie do podróży w czasie. Bo choć tytułowy „Invictus” (ang. „Niezwyciężony”) – okręt przewagi strategicznej, kilkukrotnie większy i cięższy od największych pancerników przeciwnika – wydaje się być potworem nie z tego świata, wszystko, czym dysponuje, dało się zbudować na przełomie lat 30. i 40. „George Washington” – jak oficjalnie nazywa się ów kolos – ma to po prostu większe (czy ma tego, po prostu, więcej…).

Wojna, która już była

Po co? To pytanie, które można rozważyć na dwóch płaszczyznach. Po pierwsze, pozostając w uniwersum wyznaczonym przez ramy książki. Robi to sam Ciszewski, wkładając w usta głównego bohatera szereg wątpliwości związanych z sensownością budowy superpancernika, w sytuacji, w której wyraźnie rysuje się nowa tendencja w prowadzeniu wojen morskich. Na pierwszą linię wychodzą lotniskowce i to one – za sprawą swoich samolotów – zaczynają decydować o przebiegu bitew. Wpływowi wojskowi i politycy dopinają jednak swego, co – jak chyba trafnie odczytuję intencje autora – ma być ilustracją starego jak samo wojowanie problemu – że większość armii świata zawsze przygotowuje się do wojny, która już była. A tylko nieliczne, zazwyczaj te planujące agresję, idą w kierunku innowacji. Jak to się zwykle kończy, dobrze wiemy.

No i jest jeszcze druga płaszczyzna – jej wskazanie to atrybut recenzenta. Zastanawiam się zatem, po co historii opisanej w „Invictusie” ów superpancernik? Niezależnie od jego osadzenia w realiach, lepiej czytałoby się opowieść, w której US Navy miałaby to, czym rzeczywiście dysponowała w 1941 roku. Więcej, mniej – to już rzecz drugorzędna. Niezwykłą wartością alternatywnych historii jest bowiem to, że po ich lekturze możemy sobie powiedzieć: hmm, no tak mogło się przecież stać.

Urrraaaa na USA!

A co dzieje się w „Invictusie”? Ano mamy tu świat, w którym Polacy przegrywają Bitwę Warszawską w 1920 roku. Bolszewicy idą dalej, oddolne, rewolucyjne ruchy ułatwiają im zdobycie Niemiec, Francji i całej zachodniej Europy. Broni się tylko Wielka Brytania, ale 20 lat później – mimo pomocy USA – i ona upada. Azja i Europa stają się Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich, bezwzględnie zarządzanym przez Stalina, który w grudniu 1941 roku wysyła siły inwazyjne na USA. Ich część atakuje kontynent przez Cieśninę Beringa i Alaskę, jednak główne uderzenie ma nastąpić na atlantyckie wybrzeże Stanów Zjednoczonych. Potężna flota desantowa płynie więc przez ocean – i to na jej spotkanie rusza „George Washington” i resztki przetrzebionej w wojnie angielskiej (alternatywna Bitwa o Anglię), US Navy.

Nie opowiem wam, jak się to kończy – trudno wszak mówić o prostym happy endzie. Raczej mamy tu wstęp do kolejnej książki (całego cyklu?). Tak czy inaczej, fani powieści marynistycznej, morskiej batalistyki (czy batalistyki w ogóle), będą ukontentowani. Mając w sobie marynarskie geny, a za sobą lekturę chyba wszystkiego, co w latach 80. i 90. dało się zdobyć na temat bitwy o Atlantyk i wojny na Pacyfiku, z satysfakcją czytałem o kolejnych pojedynkach „Invictusa” i jego zespołu. Ma to nerw, ma dynamikę. I właśnie z uwagi na tę część, jestem w stanie dać książce 6 na 10 punktów.

Świat pełen szarości

Dwa zabieram za sposób narracji – nie lubię powieści pisanych w czasie teraźniejszym, zwłaszcza zaś w osobie pierwszej (wprowadzanie wątków będących doświadczeniem innych osób wychodzi wówczas bardzo karkołomnie). Jeden za „Invictusa” i koncepcję superpancernika, płynącego na spotkanie armady.

A za co uszczknąłem z zestawienia jeszcze jeden punkt? Za wizję radzieckiego imperium. Ciszewski pisze o nieludzkim systemie, zarządzanym wyłącznie strachem i strachu będącym istotą życia obywateli ZSRR. Oczywiście, zawsze może powiedzieć – w mojej książce tak właśnie ma być i jest. Jego prawo. Problem w tym, że Marcin bawi i uczy – może więc zostawić Czytelnika z przekonaniem, że Sowiety to było piekło na ziemi. A jakkolwiek był to paskudny ustrój, zwłaszcza w czasach Stalina, ludzie starali się w nim normalnie żyć. Bawili się, kochali, uczyli, pracowali, wielu wierzyło, że ma dobre życie. Skąd tak powszechny w postsowietach sentyment za komunizmem, u nas zresztą też obecny? Ano stąd. O diabelskim imperium zła, będącym niczym jeden wielki obóz koncentracyjny, mogą sobie pisać Amerykanie czy Europejczycy z Zachodu. Oni nie mają pojęcia, jak się tu żyło. Od autorów z tej części kontynentu oczekiwałbym kreski przesiąkniętej szarością. Nasz świat bowiem nigdy nie był czarno-biały.

—–

W historii Ciszewskiego Japonia sprzymierza się z ZSRR. Do sowieckiej armady płynącej w stronę USA, dołączają cesarskie superpancerniki „Yamato” i „Musashi”/fot. Yamato Museum/domena publiczna

invictus_okladka

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Niezapominanie

Już kilka miesięcy temu Netflix udostępnił serial dokumentalny pt.: „Einsatzgruppen – brygady śmierci”. Algorytm zaproponował mi go od razu, ale długo wzbraniałem się przed oglądaniem. Wiedziałem, że na to trzeba odpowiedniej psychicznej dyspozycji, a jakoś nie czułem się na siłach, by wracać do tematu zbrodni popełnionych przez SS.

Kilka dni temu odpaliłem pierwszy odcinek, ostatni obejrzałem dziś w nocy. Skończyłem wbity w kanapę.

„Einsatzgruppen…” oparto o klasyczną formułę. Składają się nań archiwalne filmy, zdjęcia, są relacje żyjących jeszcze świadków, ocaleńców i morderców (film powstał dziesięć lat temu), opatrzone komentarzami historyków. Niby większość faktów była mi już znana, sporą część kadrów i zdjęć widziałem przy innych okazjach, a mimo to film zostawił mnie z przerażającą, nową dla mnie konstatacją. Grupy specjalne SS liczyły sobie zaledwie 3000 osób – a odpowiadały za śmierć milionów ludzi, głównie Żydów. Tajemnicą ich zatrważającej skuteczności były oddziały pomocnicze, w których służyli ochotnicy z podbitych przez Niemców krajów. To głównie oni mordowali; esesmani zawiadywali zbrodniami, dokumentowali je, gdy trzeba było, dobijali rannych.

Prawdziwi architekci i inżynierowie zagłady. Teraz trochę lepiej rozumiem, jak można było podejść do ludobójstwa z urzędniczą skrupulatnością, jako do logistycznego wyzwania.

Ale zabijani nie byli cyferkami. Uświadomili to sobie nawet najbardziej zatwardziali naziści, gdy przed oczami stanęło im widmo klęski III Rzeszy. Wtedy nastąpił drugi akt dramatu z Einsatzgruppen w roli głównej – próby tuszowania zbrodni. I tu znów Niemcy nie brudzili sobie rąk – do otwierania masowych grobów, palenia ciał i mielenia kości ofiar wykorzystywali więźniów. Jeden z nich, Żyd, opowiada w filmie o koledze, który w opróżnionym z trupów dole znalazł legitymację wuja. Jego samego nie mógł zidentyfikować, zwłoki bowiem, po dwóch latach w ziemi, były już w stanie zaawansowanego rozkładu. Uznał więc ów kolega, że najpewniej zaniósł na stos krewnego, nawet o tym nie wiedząc. „Wtedy i ja zdałem sobie sprawę, że mogłem spalić własnych rodziców” – mówi do kamery starszy pan. „Bo nie rozpoznałem ich ciał”.

Niemniej poruszające są kadry zarejestrowane podczas procesu Adolfa Eichmanna w Izraelu. Piszę o fragmencie, w którym Leon Wells (zd. Weliczker), były żydowski więzień zmuszony do tuszowania zbrodni, relacjonuje, na czym polegała jego praca. W 1961 roku Wells jest już obywatelem USA. Po angielsku mówi z wyraźnym wschodnioeuropejskim akcentem. Wolno, prostymi zdaniami, bez aluzji i dygresji. Lecz to nie tak, że ocaleniec słabo zna ów język. Już po usłyszeniu kilku zdań staje się oczywiste, że mężczyźnie chodzi o to, by być do bólu konkretnym. Techniczne aspekty zbrodni brzmią wówczas jeszcze bardziej złowieszczo. I nie sposób ich zapomnieć…

A pamięć – czy jak kto woli niezapominanie – są dziś kluczowe. Bo żyjemy w czasach, kiedy państwowa ideologia coraz mocniej osadza się na wskazywaniu wrogów, kiedy wspiera ją w tym kościół, mówiący o „zagrożeniu dla kultury i wiary ojców”. I pisząc o skutkach tych działań, nie mam na myśli półgłówków urządzających w lesie „urodziny Hitlera”. Idzie mi o to, że postawy wyrażające nacjonalizm, ksenofobię, antysemityzm i homofobię, przestały być dziś powodem do obciachu. Coraz więcej Polaków, coraz częściej, publicznie, obnosi się z nimi, mając je za powód do dumy.

Od słów do czynów daleka droga, ale jest się czym niepokoić. Dlatego warto obejrzeć i nakłonić znajomych do obejrzenia „Einsatzgruppen – brygady śmierci”. A kto nie ma czasu, niech poświęci kilka minut na załączony fragment jednego z najlepszych seriali wojennych – „Kompanii braci”. Widać tam doskonale, do czego prowadzi szaleństwo społecznego wykluczania…

—–

Nz. Jedna z tysięcy egzekucji przeprowadzonych przez grupy specjalne na terenach okupowanych ZSRR/fot. domena publiczna

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Wódka

Nie lubię filmów poświęconych pracy reporterów wojennych – kreowanie dziennikarzy na herosów jest dla mnie niczym zjadanie własnego ogona. A niestety, twórcy wspomnianych fabuł i dokumentów zwykle nie potrafią wynieść się ponad tę słabość. I z tego powodu jak pies do jeża podszedłem do „Korespondentów śmierci”, obecnych od niedawna w ofercie Netflixa.

Obejrzałem całość, ciurkiem – i ku własnemu zaskoczeniu polecam wszystkim zainteresowanym kulisom wojennej reporterki. Przy czym słowo „kulisy” można by zastąpić innym na „k”. Rzecz jest bowiem o kosztach, także emocjonalnych. Czymś, co ja sam wstydliwie skrywałem, bojąc się reakcji czytelników, znajomych, ba, nawet rodziny. „Ranimy się, oglądając ludzkie dramaty. Są one tak wielkie, że nasze własne cierpienie wydaje się przy nich nieistotne” – mówi jeden z bohaterów filmu. „Tymczasem ono jest jak gaz – zdaje się być lekkie, ale wypełnia całego ciebie”. Dla mnie to niezwykle ważne słowa…

Bez obaw jednak – jeśli „Korespondenci…” oddają komuś hołd, to nie są to dziennikarze, a ich bliscy. „Zagrożenie może trwać tylko kilka sekund czy minut – większość wyjazdu to nuda i spokój. Lecz rodziny w kraju boją się o nas przez cały czas” – wyjaśnia inny reporter. „Dla mnie prawdziwą bohaterką jest moja mama” – przyznaje inny.

Film ucieka od politycznie poprawnych deklaracji, dotyczących motywacji dziennikarzy. Misja misją, ale liczy się też przygoda, adrenalina, poczucie wyjątkowości, potrzeba sławy i nagród. Czasem aż do zatracenia. „Korespondenci…” skupiają się na hiszpańskim środowisku reporterów (jednym z liczniejszych w branży), dotkliwie doświadczonym w kilku ostatnich wojnach (zginęło na nich ośmiu dziennikarzy tamtejszych mediów). Dokument nakręcił Hernan Zin, kolega po fachu, który w pewnym momencie dobrowolnie zrezygnował z wojennej reporterki. Uśmiechnąłem się lekko, słuchając słów Zina – że choć tęskni, nie żałuje. Kilka tygodni temu jeden z czytelników zapytał mnie o powody mojej rezygnacji z wojny. Pomny doświadczeń znajomych-alkoholików, porównałem wojnę do wódki. Bo i wódką, i wojną, można się upajać – póki cię nie zabiją. Chcesz żyć, musisz odstawić – tylko tyle i aż tyle.

—–

Nz. żołnierze armii ukraińskiej w towarzystwie autora blogu (w środku), oraz Darka Prosińskiego, którego zdjęcia wielokrotnie prezentowano na bezkamuflazu.pl. Szyrokino, lato 2015/fot. NN

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Konferencja

Na początku 2003 roku, kiedy w świat poszła informacja o tym, że Polska poprze działania zbrojne przeciwko Irakowi, Jacques Chirac – ówczesny prezydent Francji – nie przebierał w słowach. „Stracili dobrą okazję, aby siedzieć cicho” – skomentował, mając na myśli nas, Polaków.

Nad Wisłą odebrano to jako policzek, wręcz ingerencję w politykę zagraniczną Warszawy. Dominowało pośród nas przekonanie, że inwazja to jedyne rozwiązanie. Co więcej, gdy kilka tygodni później wyszło na jaw, że biorą w niej udział także nasi żołnierze, w kraju zapanowała nacjonalistyczno-imperialna euforia. „Flaga na maszt, Irak jest nasz!” – śpiewał Lech Janerka, drwiąc sobie nieco z tego wzmożenia. Jednak fakt, iż miało ono miejsce, czynił wypowiedź Chiraca jeszcze bardziej irytującą.

Rzecz w tym, że francuski polityk miał rację…

Płonne nadzieje

Poszliśmy na wojnę, której wybuch poprzedziła zmasowana akcja dezinformacyjna amerykańskich służb specjalnych. Waszyngton stworzył kłamliwy pretekst do ataku, mamiąc nas dodatkowo wizją intratnych kontraktów po zakończeniu działań zbrojnych.

Wysłaliśmy do akcji GROM, potem znacznie większe siły stabilizacyjne. Polacy ginęli, odnosili rany, Irak – już po „wyzwoleniu” – stał się areną koszmarnie brutalnej wojny domowej.

W międzyczasie z wieluset milionowego kontraktu zbrojeniowego z nowymi władzami w Bagdadzie Amerykanie wyeliminowali polski Bumar. Szybko stało się jasne, że na irackiej awanturze nie zarobimy. Nadzieje, że wykorzystamy know-how pozyskany jeszcze w latach 70 i 80. – kiedy wiele polskich firm działało w Iraku – okazały się płonne. Ucierpiał przy tym wizerunek Polski pośród części krajów arabskich – stygmatu okupanta nie zmazaliśmy właściwie do dziś.

Przedziwne mediacje

Minęło kilkanaście lat i znów weszliśmy do tej samej rzeki. Na szczęście nie „na bojowo”, nie w tak angażującym materialnie zakresie – ale jednak. Mam na myśli zaczynającą się dziś konferencję bliskowschodnią w Warszawie.

Miast zachować korzystną dla naszych relacji z Iranem neutralność, w sposób zdecydowany opowiedzieliśmy się po jednej ze stron. Bo nie, warszawska konferencja nie jest próbą mediacji – do czego przekonują nas rodzimi politycy. Stałaby się nią, gdyby to Polska była jedynym organizatorem. Tymczasem współorganizatorem wydarzenia są Stany Zjednoczone – geograficznie odległe od przedmiotowego regionu, lecz politycznie, ekonomicznie i wojskowo głęboko weń zaangażowane. A od kiedy to mediacji podejmuje się strona konfliktu?

Warunek niezależnego mediatora to nie wszystko – obowiązkiem tego ostatniego jest zabiegać, by do stołu zasiedli wszyscy zainteresowani. Tak naprawdę irańska odmowa winna zamknąć sprawę, skłonić polski MSZ do przyznania, że inicjatywa pojednania już na wstępie się nie udała. Mamy zaś, co mamy – rozmowy o pokoju na Bliskim Wschodzie bez udziału jednego z głównych graczy, postrzeganego przez pozostałych uczestników jako źródło problemów.

Wróg naszego wroga naszym…

Co rzuca światło na rzeczywiste intencje, stojące za zorganizowaniem konferencji. Otóż wszystko wskazuje na to, że ma być ona pretekstem do kolejnej prezentacji amerykańsko-izraelskiej wizji stosunków bliskowschodnich. Gdzie problemem nie jest imperializm rządu USA i bezkompromisowe nastawienie władz Izraela, a próba zwiększenia swoich wpływów przez Iran.

Bym nie został źle zrozumiany – nie recenzuję tu żadnej z tych polityk (a pytany o własne zdanie odpowiem, że bliżej mi do racji Tel-Awiwu niż Teheranu). Wskazuję tylko na zabieg, który ma utwierdzić opinię publiczną w konkretnej narracji.

Tylko po co nam, Polakom, „bawić się w te klocki”?

Waszyngton narzucił Warszawie pomysł konferencji. Uczynił to w sposób skandaliczny, sprowadzając Polskę do roli usłużnego podwykonawcy. Nasi politycy przełknęli zniewagę, licząc na amerykańską wdzięczność. Znów górę wziął klientelizm.

Nie bez znaczenia jest również przekonanie, o którym publicznie nie powie żaden z rodzimych polityków władzy. Proizraelski wydźwięk konferencji pozwoli na symboliczne zakończenie dyplomatycznego sporu na linii Tel-Awiw – Warszawa, wywołanego idiotyczną nowelizacją ustawy o IPN.

A że koniec końców kolejny wróg naszego przyjaciela zostanie i naszym wrogiem? Cóż, tak się kończy, gdy „tracimy dobre okazje, aby siedzieć cicho”…

—–

Nz. Polscy żołnierze w Iraku, jesień 2005/fot. Marcin Ogdowski

Postaw mi kawę na buycoffee.to