Konfuzja

Wczoraj na Ukrainę dotarł transport amerykańskich samochodów opancerzonych typu Humvee. Wozy odbierał osobiście prezydent Petro Poroszenko, na oficjalnych stronach dużo było podziękowań dla „dotrzymujących słowa” sojuszników. Ba, głowa ukraińskiego państwa przejechała się nawet jedną z maszyn – chwaląc jej zalety.

A ja poczułem się trochę głupio, pamiętając o okolicznościach, jakie towarzyszyły wymianie Humvee na Rosomaki i MRAP-y w naszym kontyngencie w Afganistanie. „To, k…, trumny są!” – że poprzestanę na krótkiej żołnierskiej opinii, która wyjaśni przyczyny mojej konfuzji.

W Donbasie nie toczy się wojna minowa, ale z drugiej strony – ileż tam chociażby ręcznych granatników przeciwpancernych (o takim nasyceniu w Afganistanie nie było mowy)? Z „trzeciej” jednak – lepszy Humvee niż poczciwy UAZ…

Z „czwartej”, „piątej” i „szóstej”… – pewnie znalazłbym mnóstwo „za” i „przeciw”. Ale i tak nie pozbędę się zakłopotania.

„Walczymy czy się pier…my?” – żołnierz Wojska Polskiego, który wypowiedział te słowa zimą 2012 roku, krytykował w ten sposób asekuranckie podejście naszego dowództwa w Afganistanie. No właśnie – jak żywo można przenieść to pytanie na grunt dzisiejszych rozważań na temat sytuacji na Ukrainie. Skoro Zachód uznaje Rosję za agresora, czas chyba zrobić coś więcej niż wysłanie Humvee? Otwarta konfrontacja NATO-Rosja nie jest rozwiązaniem – boże broń – ale jeśli tamci już walczą, może zwiększyć ich szansę na zwycięstwo? Z grubsza wiadomo, czego Ukraińcy potrzebują – i czym mogliby Putinowi przytrzeć nosa.

—–

Afganistan, lato 2007 roku – to wtedy w miejsce Humvee zaczęły się pojawiać dużo solidniejsze i uzbrojone transportery typu Rosomak. Nz. jeden z pierwszych wozów/fot. Marcin Ogdowski

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Obojętność

Ilja – właściciel taksówki – niespecjalnie przejmował się zagrożeniem, jakim była zawrotna prędkość wykręcana na dziurawej ukraińskiej drodze. Nie zapiął pasów w Dniepropietrowsku, nie przepasał się nimi, gdy wjechaliśmy w „dzikie pola”. Jednak w pewnym momencie zaklął paskudnie i nerwowo chwycił za sprzączkę. Właśnie wyprzedzała nas milicyjna łada, której załoga sygnalizowała, byśmy zjechali na pobocze.

Gdy oba auta już stały, z radiowozu wysiadł wąsaty funkcjonariusz w nieco operetkowym mundurze. Mężczyzna przeciągnął się, a potem – zwrócony twarzą do nas – splunął na jezdnię; gestem tak ostentacyjnym i tak obrzydliwym, że z miejsca poczułem odrazę. I złość – bo nie przywykłem do tego, by urzędnik w taki sposób okazywał mi brak elementarnego szacunku.

Tymczasem Ilja uchylił okno i od razu powiedział, że wiezie czterech dziennikarzy z Polski. A chwilę później z uśmiechem przyznał.

– Gdyby nie wy, daliby mandat za jazdę bez pasów. To znaczy wzięliby łapówkę, korzystając z pretekstu. A tak skończyło się na pouczeniu.

*         *        *

Kilka dni później, w Krasnoarmiejsku, spotkaliśmy się z działaczem organizacji pozarządowej, pomagającej uchodźcom z rejonów zajętych przez rebelię. Mężczyzna mówił sporo i z przejęciem o swoich planach i realnych przedsięwzięciach, lecz zakłopotał się nieco, gdy jeden z nas zapytał, jak wygląda pomoc państwa.

– Nooo, nie przeszkadza – odparł po chwili.

– Ja wam powiem – szczupły chłopak pochodził z Doniecka. Z DRL-u uciekł kilka dni wcześniej ze świeżo poślubioną żoną. – Jeszcze zanim tam poszedłem, słyszałem, że w obwodzie (administracji wojewódzkiej – dop. MO), rozdają pakiety z zagranicy. Z Europy i Ameryki – doprecyzował, a mówiąc o pakietach, miał na myśli paczki z produktami pierwszej potrzeby. – Poszedłem więc – kontynuował dwudziestoparolatek. – Wysłali mnie do jakiegoś pokoju, gdzie siedziała kobieta, która z miejsca kazała mi wyjść, tłumacząc, że nie ma już czego rozdawać. Wyszedłbym, ale na szafce za nią dostrzegłem jeden pakiet. „A to dla kogoś chowacie?”, spytałem, wskazując ręką na paczkę. Urzędniczka speszyła się. Jestem pewien, że trzymała to dla siebie…

Bóg

Na schodach prowadzących do piwnicy było jeszcze widno. Lecz gdy tylko znaleźliśmy się w głębi pomieszczenia, ogarnęły nas egipskie ciemności.

– Czekaj, włączę lampę od kamery – powiedział Rafał, co zbiegło się z moim przeciągłym „kuuurwa!”, które wyrzuciłem z siebie, walcząc z chwilową utratą równowagi. Walcowaty przedmiot pod moim butem niemal mnie wywrócił – zwerbalizowana złość była zatem jak najbardziej na miejscu.

Aż gwizdnąłem z wrażenia, gdy lampa rozjaśniła nieco wnętrze piwnicy. Od kilkunastu lat moje zawodowe życie związane jest z wojskiem i wojną, ale takiej masy amunicji, w tak niedużym pomieszczeniu, jeszcze nie widziałem. Piwnica po brzegi wypełniona była skrzyniami z nabojami do AKS-ów i PK, granatami i pociskami do działek BWP-ów. To właśnie na jeden z takich pocisków – leżący luzem na podłodze – natrafiła moja stopa.

– Jak by to wszystko pierdolnęło… – Rafał również nie bawił się w językowe konwenanse.

– Noo… – odpowiedziałem, odkładając „potykacz” do najbliżej skrzyni.

I właśnie wtedy zjawił się nasz gospodarz, Walery. Jeden z kilkunastu żołnierzy armii rządowej, obsadzających posterunek pod Debalcewem. To on kazał nam zejść do piwnicy, gdy rozległy się wystrzały z minomiotów – jak na wschodzie mówi się o moździerzach.

– Strop solidny, wytrzyma – wojskowy chyba dostrzegł nasze niewyraźne miny, z których jasno wynikało, że wolelibyśmy być na zewnątrz. – No i mamy specjalną ochronę, potem wam pokażę.

„Specjalną ochroną” okazał się obrazek Matki Boskiej z Jezusem oraz krzyż z różańca, wiszące przy wejściu do amunicyjnego składu. Jeszcze kilka dni wcześniej te oznaki religijności bardzo mnie dziwiły. Wydawało mi się, że w poradzieckiej strefie kulturowej raczej ich nie spotkam – a przynajmniej nie w takim nasyceniu. Tymczasem krzyże i wizerunki świętych były widokiem nawet częstszym niż oficjalna symbolika państwowa – gdziekolwiek się pojawialiśmy. Przywyknąwszy zatem, tym razem jedynie kiwnąłem głową, gdy Walery pokazywał, co miał na myśli.

Schron w okolicach miasta Popasne - w tle również widać religijne obrazki.
Schron w okolicach miasta Popasne – w tle również widać religijne obrazki.

Witalij, weteran spod Iłowajska – gdzie latem zeszłego roku ukraińska armia poniosła ogromne straty – splunął na ziemię.

– Bzdury im opowiadasz – stwierdził. – Na tej wojnie jest tylko jeden bóg. Wiesz, jak się nazywa? – Witalij wlepił we mnie swoje pełne smutku i rezygnacji ślepia. Zaprzeczyłem. – Nazywa się Grad – Ukrainiec wypowiedział te słowa z mieszanka złości, nienawiści i lęku.

Zabrzmi to jak tandetna próba zwieńczenia wpisu, ale uwierzcie mi – minęło kilkanaście sekund i usłyszeliśmy serię nie tak odległych wybuchów. Jak się później dowiedzieliśmy, rakiety spadły na dziedziniec szpitala, zabijając jedną osobę, a kilka raniąc.

Srogi bóg przemówił.

Symbolika religijna do spółki z państwową. Schron w okolicy Popasne/fot. (wszystkie) Marcin Ogdowski
Symbolika religijna do spółki z państwową. Schron w okolicy Popasne/fot. (wszystkie) Marcin Ogdowski

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Zmęczenie

– Lód u nas twardy jak chuj – umorusany ukraiński żołnierz zaśmiał się rubasznie. – Nie tak łatwo go skruszyć.

Odwzajemniłem uśmiech. Staliśmy na brzegu jeziora, przy którym zbudowano umocnienia rządowej armii. Tuż obok nas – w miejscu, gdzie zbiornik zwężał się do kilkunastu metrów – znajdował się most, będący częścią tak zwanej „drogi życia”. Prowadzącej na północ szosy, łączącej nieodległe Debalcewo z zasadniczym terytorium Ukrainy. Na zachodzie, południu i wschodzie rozciągały się pozycje rebeliantów, których artyleria grzmiała teraz złowrogo.

002

Właściwie to nie słyszeliśmy już tego dźwięku – był tak oczywisty, tak wszechobecny, tak… naturalny, że wyłapywaliśmy tylko te jego nuty, które oznaczały bezpośrednie zagrożenie. A i to nie zawsze – sam, kilkanaście minut wcześniej, złapałem się na durnej nonszalancji. Kiedy stojąc w zaimprowizowanym wychodku, kompletnie zignorowałem donośny świst. Jak gdyby nigdy nic wróciłem w poprzednie miejsce, dostrzegając Rafała i kilku żołnierzy rozpłaszczonych na ziemi w pobliżu bewupa.

– Moździerz – rzucił podnoszący się żołnierz, a mnie zaatakowała wizja śmierci w kiblu, w trakcie sikania. Pokręciłem głową, odpędzając złe myśli.

Teraz też kręciłem. Lód rzeczywiście był twardy. Dopiero seria kilku rakiet, które upadły obok siebie, skruszyła zamarzniętą skorupę. A i tak krater sprawiał niepozorne wrażenie – aż trudno było uwierzyć, że stworzyły go siejące spustoszenie Grady.

– Lód twardy jak chuj – powtórzył żołnierz. – Jak my – dodał.

Skrzywiłem usta pod nosem. A kilkadziesiąt minut później – gdy na posterunku zjawiła się kolejna zmiana – zapytałem jednego z wojskowych:

– Wytrzymacie, gdy ruszą? – wskazałem palcem w stronę Debalcewa, mając na myśli atak lądowy.

Żołnierze z drugiej zmiany byli dużo starsi od swoich poprzedników – większość zapewne już po czterdziestce. Postanowiłem wykorzystać ten fakt.

– Te młode chłopaki, które były przed wami, mówiły nam, że „separów” nie przepuszczą. Że są twardzi…

– Czołgi i bewupy widzieliśmy – podbił stawkę Rafał. – Sporo jechało w stronę miasta.

Walery – kijowianin ze spłaszczonym bokserskim nosem – położył mi rękę na ramieniu.

– Twardzi – rzekł, patrząc mi w oczy. – Widzisz brat, zmobilizowali nas na wiosnę, mają zwolnić w marcu, może kwietniu. – To jeszcze parę tygodni, a my jesteśmy tak bardzo zmęczeni…

003

Fot. Michał Zieliński (1), Marcin Ogdowski (2 i 3)

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Priorytety

Na wspomniany blok-post trafiliśmy cywilnym samochodem, prowadzonym przez mężczyznę, którego kompletnie nie pamiętam. Doskonale za to wryła mi się w pamięć siedząca obok niego, na oko 50-paroletnia, kobieta. W eleganckim futrze z pełnym makijażem na twarzy. Co było o tyle zdumiewające, że trzy godziny wcześniej, w pośpiechu, zebrała gromadę wnuków, i razem z towarzyszem wpakowała je do auta, by wywieźć z ostrzeliwanego Debalcewa.

Jednak jeszcze bardziej zdumiewające było to, że po odstawieniu dzieci para wracała do miasta, by… zamknąć drzwi od domu. Klucz, który nie zaryglował zamka, tkwił w ręku kobiety – nerwowo ściskany – a ja patrzyłem na tę dłoń, przez wiele sekund, nie mogąc wprost nadziwić się takim motywacjom.

– W mieszkaniu zostało wszystko, cały nasz dobytek – kobieta jakby miała świadomość szaleństwa swojego czynu i szukała dlań usprawiedliwienia. – W miasteczku szabrownicy, zbóje. Wejdą, wezmą co cenniejsze, resztę zniszczą. Musimy wracać, zamknąć drzwi.

„A drzwi nie wywalą?”. „Przecież jak przez dach wpadnie rakieta, to i tak wszystko na nic. Po co więc ryzykować?” – pytania sunęły mi się na usta, ale uznałem, że nie warto ich zadawać. Z czasem zaś dotarło do mnie, że zachowanie pary wcale nie było tak irracjonalne. Najpierw dzieci, potem majątek – porządek priorytetów został zachowany.

*         *         *

Dwa dni później w Krasnoarmiejsku – w tamtejszej szkole częściowo zamienionej w obóz dla uchodźców – spotkałem kobietę poważnie ranną w nogę. Rakieta wystrzelona z wyrzutni Grad trafiła w dom, a walący się strop przygniótł matkę 7-letniego chłopca.

– Na szczęście zdołałam nakryć dziecko własnym ciałem – uśmiech na twarzy mojej rozmówczyni był lekko wymuszony. Nie miałem wątpliwości, że walczy z bólem, co zresztą chwilę później potwierdziła para lekarzy, którzy przyszli odwiedzić uchodźców.

Jej sąsiadka z niewielkiej wioski Tonienko, Tatiana, stała obok przysłuchując się naszej rozmowie. Z córeczką na ręku, kiwała głową – w geście, który zdradzał psychiczne wyczerpanie.

– Trzy dni strzelali, a my siedzieliśmy w piwnicach – zaczęła swoją opowieść. – Zniszczyli większość domów.

– Kto strzelał? – spytałem.

– A kto to wie? – Tatiana zaśmiała się nerwowo. – Po trzech dniach, nocą, przyjechało ukraińskie wojsko. Spytali, czy chcemy się ewakuować, a my byliśmy tak otępiali od huku armat, że było nam wszystko jedno. Ale dzieci – kobieta mocniej ścisnęła córeczkę. – Dla dzieci trzeba było. Przecież to szaleństwo musi się kiedyś skończyć. Musi…

Dziś popołudniu w białoruskim Mińsku zaczynają się rozmowy pokojowe, przez niektórych określane mianem „rokowań ostatniej szansy”. Czy przyniosą jakieś wymierne efekty?

DSC00964

Fot. Marcin Ogdowski

Postaw mi kawę na buycoffee.to