Kaskada

„Czy armia rosyjska ma jeszcze szansę pokonać Ukraińców?” – pyta mnie jeden z Czytelników.

Nie – odpowiadam. Nie na drodze konwencjonalnej konfrontacji. W tym zakresie możliwości rosjan – rozumiane jako zdolność do dużej operacji zaczepnej – zostały już niemal wyczerpane. Piszę „niemal”, gdyż w rękach raszystów pozostały jeszcze środki napadu powietrznego – lotnictwo strategiczne (bombowe) z arsenałem pocisków manewrujących oraz wyrzutnie rakiet dalekiego zasięgu. Są one w stanie dotkliwie razić ukraińskie zaplecze, co docelowo mogłoby wpłynąć na sytuację na froncie. Kraj w blackoucie długo by nie powalczył, choćby z braku możliwości uzupełniania zużytej amunicji, której nie sposób wyprodukować bez prądu (dostawy z zewnątrz zaspakajają kilkanaście procent ukraińskich potrzeb). Ale rosyjskie zapasy rakiet i pocisków dramatycznie się skurczyły, a sekowany sankcjami przemysł nie jest w stanie uzupełnić braków. Z drugiej strony, możliwości ukraińskiej obrony przeciwlotniczej wzrastają z tygodnia na tydzień wraz z kolejnymi dostawami zachodnich systemów bojowych. Wydaje się, że choć mocno poturbowana, ukraińska energetyka przetrwa w stanie umożliwiającym krajowi dalsze prowadzenie działań wojennych.

Rosyjskie lotnictwo frontowe i flotę czarnomorską trawi operacyjny imposybilizm – technicznie zdegradowane i zużyte, taktycznie niedouczone, nie dają realnego wsparcia wojskom lądowym. Trwa ów stan od początku pełnoskalowej wojny i nic nie przemawia za tym, by miało się to zmienić.

„Lądówka” zaś została brutalnie przetrzebiona, pozbawiona najwartościowszego żołnierza i sprzętu.

Szczytem rosyjskich możliwości jest obecnie utrzymanie linii obronnych (sytuacja w okolicach Bachmutu, gdzie rosjanie są w natarciu, to zaledwie niewielki wycinek frontu).

Oczywiście, ów impas można by przełamać przy użyciu niekonwencjonalnych środków walki. O broni jądrowej pisałem już wielokrotnie, wspomnę zatem tylko, że ryzyko zapowiedzianej otwarcie zachodniej riposty – konwencjonalnej acz dotkliwej – redukuje tę opcje do wymiaru małoskutecznego straszaka. Sporo ostatnio mówi się o innej możliwości – sięgnięcia przez Kreml do arsenału chemicznego czy biologicznego. W tym obszarze rosja również może się pochwalić okazałą „rentą po Związku Sowieckim”, który obsesyjnie gromadził środki bojowe tego typu. Ale – w mojej ocenie – użycie broni B i C zostanie przez Zachód zinterpretowane tak samo jak eksplozja ładunku jądrowego. To po pierwsze. Po drugie, putin i spółka nie mają pewności, czym dysponują Ukraińcy, muszą więc zakładać ryzyko adekwatnej odpowiedzi. Biorąc pod uwagę fatalną jakość wyposażenia osobistego rosyjskich żołnierzy – z czego Kreml na tym etapie wojny zdaje już sobie sprawę – sięgnięcie po „gaz” jawi się jako strzał w stopę. Nie wykluczam, ale i nie uznaję za wielce prawdopodobne.

Tym niemniej – jakkolwiek niezdolna do zniszczenia przeciwnika i zajęcia jego kraju – pozostaje armia rosyjska na tyle silna, by w obecnym klinczu trwać przez dłuższy czas, bez sięgania po ekstraordynaryjne środki militarne. Strumień armatniego mięsa wciąż na front dociera, braki sprzętowe są w istotnym zakresie uzupełniane. Nowy żołnierz jest pośledniej jakości, technika zaś coraz bardziej „demobilna”, ale ilość tworzy jakość, rozumianą jako trudny do ostatecznego pokonania wróg.

Trudny nie znaczy jednak niemożliwy.

Ukraińcy również są w trudnej sytuacji. Mają wspaniałe morale, a niższe od rosjan straty i sensowniejsza praktyka wykorzystywania zasobów ludzkich (rotacja oddziałów liniowych), dają efekt kumulacji wiedzy i doświadczenia. Żywy weteran to skarb, którego nadal nie doceniają rosyjscy generałowie. Co istotne, owa kumulacja nie dotyczy jedynie pojedynczego żołnierza. W socjologii i ekonomii istnieje adekwatne w tej sytuacji określenie „organizacja ucząca się”. Cała ukraińska armia uczy się tej wojny, uczy się walczyć. Generał Załużny z lutego i ten sam oficer z listopada, to jakościowo dwaj różni fachowcy. Rosyjscy żołnierze takiego szczęścia do dowództwa nie mają, to bowiem jest nieustannie wymieniane (nie bez znaczenia jest też fakt, że wielu generałów po prostu ginie, co nie zdarza się u Ukraińców).

Idźmy dalej – wzrosły znacząco możliwości ofensywne wojsk ukraińskich, głównie za sprawą precyzyjnej broni zachodniego pochodzenia. Kraj uporał się z problemem produkcji amunicji, szczególnie dotkliwym późną wiosną i latem. Zyskał też szersze zdolności przywracania do służby uszkodzonego sprzętu – częściowo u siebie, częściowo korzystając z zaplecza remontowego sojuszników. Zwykły żołnierz jest dziś przyzwoicie wyekwipowany, wojskowa logistyka – mimo okresowych i lokalnych zapaści – generalnie działa bez zarzutu (w przeciwieństwie do armii rosyjskiej, nie istnieje u Ukraińców problem głodnego wojska). I mógłbym tych atutów wymienić jeszcze kilka, ale…

Ale na horyzoncie czają się chmury. Ukraina jest jak pacjent mobilizujący siły witalne do walki z ciężką chorobą. Właśnie bierze „chemię”, usiłując pozbyć się nowotworu. Złośliwego. Ile wytrzyma? Dobry nastrój naszego pacjenta nie zmienia faktu, że jego ciało jest zdewastowane i równie dobrze może wejść w remisję, jak i gwałtownie się zapaść. Medyczna analogia jest o tyle dobra, że zakres zachodniej pomocy przypomina kroplówkę (nie deprecjonuję, choć jestem zdania, że moglibyśmy, że powinniśmy więcej). I choć trudno wyobrazić sobie sytuację, że ktoś tę kroplówkę gwałtownie odcina, zmniejszenie worka czy średnicy rurki to już realne zagrożenie. Jeśli Joe Biden na skutek odbywających się dziś wyborów będzie musiał funkcjonować w realiach dwuwładzy (czytaj: Partia Demokratyczna utraci większość w obu izbach parlamentu), może się okazać, że największy donator Ukrainy straci rozmach. Umiarkowani przedstawiciele (a więc większość) Partii Republikańskiej są za dalszym wspieraniem Kijowa, ale zidiociałe skrzydło trumpistów – przeciwne zaangażowaniu USA – jest dość liczne i ma spore zaplecze wyborcze. Stosując mechanizmy obstrukcji, może nie tyle zablokować, co ograniczyć inicjatywy prezydenta. Czy Europa przejmie wówczas na siebie większe zobowiązania? Śmiem wątpić.

Dlatego patrząc dziś na armię ukraińską, widzę pewną analogię. Choć Cesarstwo Niemieckie było na początku 1918 roku w kiepskiej kondycji – wyczerpane czteroletnią wojną – armia na froncie wschodnim podjęła zakrojoną na szeroką skalę ofensywę. W ciągu kilkunastu tygodni Niemcy zajęli znaczne obszary dzisiejszej Ukrainy, Białorusi, państw nadbałtyckich i Finlandii (która wówczas znajdowała się pod rosyjskim panowaniem). Błyskotliwej kampanii sprzyjała słabość i rozkład armii rosyjskiej, będących efektem bolszewickiej rewolucji. Deutsches Heer szły jak w masło, popędzane świadomością, że „teraz, bo później może być dużo gorzej”.

Dla porządku dodać należy, że na przestrzeni kolejnych miesięcy ten wysiłek został zaprzepaszczony, ale to już zupełnie inna historia.

Wracając do analogii – rosyjskie wojsko w Ukrainie nie jest aż tak zdemoralizowane jak w 1918 roku. Ale ukraińskie uderzenie może wywołać kaskadową zapaść na froncie. Wystarczy, że będzie odpowiednio silne i mądrze poprowadzone. Ukraińcy mają ku temu odpowiednie rezerwy i kompetencje. I zobaczycie, niebawem uderzą. Gdzie? O tym w następnym wpisie.

—–

Nz. Stagnacja na froncie nie oznacza zawieszenia walk/fot. Sztab Generalny Ukraińskich Sił Zbrojnych

Szanowni, jeśli chcecie mnie wesprzeć w pisaniu kolejnych artykułów oraz książek – będę szczerze zobowiązany. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Ambicje

Pozwólcie, że pojawię się znów z wiaderkiem nieco chłodniejszej wody. Oto bowiem część moich znajomych i czytelników dała się ponieść hurraoptymizmowi. Oczyma wyobraźni widząc już zaciskające się od północy i południa ukraińskie kleszcze, które ostatecznie zmiażdżą rosyjskie siły inwazyjne. Hola-hola.

Przypominam, że aktywna linia styku wojsk to dziś 1300 km. Niemal drugie tyle, to granice, których również trzeba pilnować. Gigantyczna kontrofensywa, której skutkiem byłoby zamknięcie w kotle większości rosyjskich sił, wymagałaby od Ukrainy zaangażowania setek tysięcy żołnierzy i dziesiątek tysięcy jednostek sprzętu. Żadna ze stron konfliktu nie jest obecnie w stanie pozwolić sobie na jednoczesne i jednorazowe wystawienie takich potencjałów do walki. Jakkolwiek niezwykle intensywny, konflikt w Ukrainie nie jest II wojną światową.

Ambicje ukraińskich sztabowców nie sięgają tak daleko. W obu akcjach zaczepnych – tej na południu, i tej na północy – chodzi o:

– dalsze „mielenie” rosyjskich wojsk, co w konsekwencji prowadzi do obniżenia zdolności bojowych całego kontyngentu inwazyjnego;

– korektę pozycji obronnych, także w perspektywie nadchodzącej rasputicy (za 6 do 8 tygodni błoto da w kość obu przeciwnikom);

– istotne w wymiarze propagandowym zdobycze terytorialne, jakkolwiek skromne, to pozwalające utrzymać narrację o odzyskiwaniu kraju;

– pogorszenie sytuacji logistycznej nieprzyjaciela poprzez odcięcie od/ograniczenie dróg zaopatrzenia;

– przetestowanie wojska w warunkach działań zaczepnych, by móc ustalić słabości, skorygować/poprawić założenia taktyczne i operacyjne (wojna między 2014 a 2022 rokiem miała dla ukraińskiej armii charakter obronny i, przede wszystkim, statyczny, pomijając rzecz jasna pierwsze miesiące walk).

Oczywiście, widać to dość wyraźnie, sztab generalny sił zbrojnych Ukrainy wykazuje dużą elastyczność i gotowość do korygowania bieżących założeń. Zapewne więc, w razie kompletnego załamania rosyjskiej obrony, pójdzie za ciosem.

Ale – zdaje się – na południu rosyjska obrona tężeje. W końcu przerzucono tam większość sił stacjonujących na terenie Ukrainy. Z kolei na północy poważnym wyzwaniem dla Ukraińców mogą okazać się oddziały skoncentrowane w okolicach Bachmutu.

Dla rosyjskiego dowództwa ukraińskie operacje zaczepne to test na reagowanie kryzysowe. Próby przełamania statycznego frontu z wykorzystaniem przewagi ogniowej – co dotychczas stanowiło clou rosyjskich działań – to betka w porównaniu z manewrową obroną, wymagającą na przykład rotacji odwodów (powrót części sił z południa wydaje się dla rosjan koniecznością). Zobaczymy czy generałowie putina sprostają wyzwaniu – i w jakich okolicznościach dojdzie do wyhamowania ukraińskich natarć. Da nam to sporo wiedzy co do dalszego przebiegu wojny.

—–

Nz. Ukraińscy żołnierzy szykujący się do walki/fot. Ministerstwo Obrony Ukrainy

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Żarty

Moje pierwsze spotkanie z Artimowskiem, w styczniu 2015 roku, wyglądało tak (to reporterska notatka z tamtego okresu):

Surrealizm. Takie poczucie towarzyszyło mi, gdy stałem przed bankomatem wmontowanym w ścianę dworca autobusowego w Artiomowsku. Wkładałem kartę do urządzenia, gdy rozległy się pierwsze wystrzały. Spojrzałem za siebie, dostrzegając przechodniów niezrażonych odgłosem artyleryjskiej salwy.

– Nasi pracują – skomentował stojący za mną w kolejce żołnierz. – Pospieszcie się, proszę – powiedział, patrząc mi w oczy. – Musimy zaraz jechać – wskazał głową na dwóch swoich kolegów opartych o maskę UAZ-a.

– Jasne – odrzekłem i zacząłem wbijać kod, ponownie słysząc charakterystyczny odgłos. Ukraińska artyleria musiała być gdzieś w okolicy miasta. I, zdaje się, była bardzo zapracowana.

Z hrywnami w portfelu wróciłem do chłopaków, którzy zajęli się organizacją transportu do oddalonego o trzydzieści kilometrów miasta Popasna. Od kilku dni intensywnie ostrzeliwanego przez separatystów. Jeszcze poprzedniego dnia jeździły tam autobusy, ale gdy dotarliśmy do Artiomowska okazało się, że komunikacja w tamtą stronę została wstrzymana.

– Facet jednak zrezygnował – Rafał miał na myśli taksówkarza, który kilka minut wcześniej, jako jedyny spośród kilku mężczyzn, zgodził się z nami pojechać. Oczywiście za większą niż standardowa opłatą.

– Dorzucę wam jeszcze dwieście hrywien – młoda kobieta z dwiema kilkuletnimi dziewczynkami patrzyła błagalnie na taksiarza. Chciała dopłacić do naszego kursu, by w drodze powrotnej kierowca wywiózł z niebezpiecznego miasteczka jej przyjaciółkę.

– Ni-chuja! – taksówkarz był już zdecydowany. – Droga ostrzeliwana, boję się.

– Ehh… – kobieta machnęła ręką i odwróciła się na pięcie. Śledziłem ją wzrokiem przez jakiś czas, po czym podszedłem do pobliskiej budy z jedzeniem i kawą. Poprosiłem o cappuccino i gdy mieszałem drewnianym patykiem spienioną zawartość papierowego kubka, w oddali znów zagrzmiała artyleria.

– Dobra kawa? – babuszka z kramiku obdarzyła mnie przyjaznym spojrzeniem.

– Dobra – skrzywiłem usta w uśmiechu, choć po głowie pętała mi się natrętna myśl. „Kompletny, kurwa, surrealizm”.

Dziś Artiomowsk nazywa się Bachmut – zmiana, a właściwie powrót do starej nazwy, nastąpiła w 2016 roku i była skutkiem ustawy o dekomunizacji przestrzeni publicznej w Ukrainie (Artiom to ruski bolszewik, przez jakiś czas premier Doniecko-Krzyworoskiej Republiki Rad; ktoś pomógł mu zginąć w katastrofie eksperymentalnego pojazdu kolejowego latem 1921 roku). Popasna nadal nazywa się Popasna, ale, niestety, od kilku dni jest już w całości w rękach Rosjan. Miasto, będące przez 8 lat na pierwszej linii frontu, po inwazji broniło się przez ponad dwa miesiące. Dziś, podobnie jak Mariupol, niemal kompletnie leży w gruzach. Bachmut jak na razie uniknął poważniejszych zniszczeń, ale pozostaje na linii natarcia orkowych wojsk. Pod miastem znajdują się potężne magazyny uzbrojenia armii ukraińskiej – teraz pewnie już mocno wyczyszczone, ale z pewnością stanowiące istotny cel. Trudne do zniszczenia, bo ulokowano je w sztolniach. W Bachmucie i w okolicach działały kopalnie soli i gliny – któreś z nich (nie udało mi się ustalić które) zaadaptowano do celów wojenno-magazynowych. Chyba te pierwsze, bo w drugich rozgościła się miejscowa fabryka win, która zresztą pracowała nieprzerwanie przez cały okres donbaskiej wojny. Setki tysięcy składowanych pod ziemią butelek niezłej jakości trunku, to dla ruskich sołdatów nie lada gratka, należy zatem spodziewać się wzmożonych wysiłków, których celem będzie uchwycenie miasta.

Generalnie na tamtym odcinku frontu (centralnym) wciąż źle się dzieje, o czym treściwie pisze w swoim podsumowaniu Marcin Jop.

Znacznie lepiej jest na północy, gdzie Ukraińcy pędzą ruskich ku granicy. Niewykluczone, że jeszcze dziś ostatnie rosyjskie oddziały w tamtym rejonie wycofają się na terytorium rodiny. Propagandowo to ważna sprawa, ale nie przeceniałbym jej znaczenia operacyjnego. Rosjanie już jakiś czas temu odpuścili północ, przenosząc ciężar działań w środkowy sektor frontu. To tam, a nie w okolicach Charkowa, ważą się losy bitwy o Donbas.

Bitwy, w której niebawem wezmą udział także polskie czołgi – nie w barwach wojska polskiego, ale pochodzące ze stanów i zapasów WP. W której od początku używa się naszych wyrzutni rakietowych, naszej broni ręcznej i amunicji. O czym przypominam w reakcji na internetowe dysputy, jakie rozpętały się wczoraj po incydencie z udziałem sowieckiego ambasadora. „Pogrywamy sobie, oj pogrywamy…”, czytam. A to tylko jedna z wielu opinii utrzymanych w troskliwym i rzekomo-troskliwym tonie. „Po co nam prowokować Rosję?”, zastanawia się kolejny „przejęty” (pobieżna analiza profilu wskazuje, że „sowieciarz”). Chromolę tych, co to świadomie pracują wedle wytycznych kremlowskiej propagandy (ufam, że spotka ich za to odpowiednia kara). Reszcie zatroskanych przypominam, że to Rosja napadła na Ukrainę z zamiarem jej zniszczenia i wynarodowienia. Że morduje tam, gwałci i rabuje. Że ta sama Rosja miała już od dawna Polskę za wrogi kraj – czegokolwiek byśmy nie zrobili i nie powiedzieli. Że stracilibyśmy ów status, zrzekając się części swojej niezależności – oczywiście na rzecz Moskwy. W czym Moskwa w sprzyjających dla siebie okolicznościach chętnie by nam pomogła. W związku z czym krwawienie jej armii to dla nas w s p a n i a ł a wiadomość – „być” w trwającej od wieków walce o być albo nie być. W związku z czym 24 lutego (a właściwie już wcześniej) nie mieliśmy innego wyjścia, jak przyłączyć się do antyrosyjskiej krucjaty. Co zrobiliśmy, oddając nasze zaplecze infrastrukturalne do dyspozycji sojuszników wspierających Ukrainę. Co zrobiliśmy, przekazując Ukrainie własny sprzęt o wartości 7 mld złotych. Co wciąż czynimy, dając bezpieczne schronienie ukraińskim uchodźcom. My j e s t e ś m y już w tę wojnę zaangażowani – nie jak Ukraińcy i ruskie, które siedzą w tym po uszy, ale – trzymając się tej analogi – tkwimy w niej gdzieś tak do pasa. Co było, jest i będzie polską racją stanu. Czego logicznym skutkiem byłoby pogonienie sowieckiego przedstawicielstwa. I niech się przy tym zapluwa Zacharowa, niech znów nam grożą „ostateczną rozwałką”. Rosja jest żałosnym parapaństwowym tworem, który idąc na wojnę, obnażył wszystkie swe słabości. Oni nie mogą pokonać pojedynczego, teoretycznie dużo słabszego kraju, a mieliby się zamachnąć na członka NATO? Wolne żarty…

—–

Nz. Nie znajduję lepszej symbolicznej ilustracji dla współczesnej Rosji. Zrobiłem to zdjęcie zimą 2015 roku w okolicach Słowiańska.

Postaw mi kawę na buycoffee.to