Mobilizacja?

Do wyborów do Dumy Państwowej pozostał niespełna miesiąc. Głosowanie odbędzie się 18–20 września, ale jego rezultat trudno uznać za wielką polityczną niewiadomą. „Jedna rosja” wraz z pozostałymi ugrupowaniami akceptującymi zasadniczy kurs Kremla niemal na pewno zachowa kontrolę nad parlamentem. Jedyna zarejestrowana partia otwarcie opowiadająca się za przerwaniem wojny – „Jabłoko” – została z wyborów wykluczona. Znacznie ciekawsze od pytania o wynik jest więc inne: co wydarzy się po wyborach?

Wołodymyr Zełenski twierdzi, że odpowiedź zna ukraiński wywiad. 23 sierpnia prezydent Ukrainy powiedział w rozmowie z Reutersem, że według informacji posiadanych przez Kijów putin zamierza po wyborach zmobilizować około 300 tys. ludzi. W dłuższej perspektywie, obejmującej także 2027 rok, liczba dodatkowo powołanych miałaby sięgnąć nawet pół miliona.

Do tych informacji należy podchodzić ostrożnie. Nie ma niezależnego potwierdzenia, że putin podjął decyzję o przeprowadzeniu nowej mobilizacji. Źródła znające sytuację w Moskwie, na które powoływały się zachodnie media, również nie dostrzegały dotąd oznak świadczących o wydaniu takiego rozkazu. Są natomiast sygnały, że rosyjski aparat państwowy sprawdza swoją gotowość do ewentualnego przyjęcia kolejnej dużej liczby mobilizowanych.

To istotne rozróżnienie. Kreml może przygotowywać się na mobilizację, nie przesądzając jeszcze, czy będzie musiał po nią sięgnąć. Ostateczna decyzja zależeć będzie między innymi od tego, czy rosji nadal uda się zdobywać wystarczającą liczbę żołnierzy metodą, którą od kilku lat zdecydowanie preferuje – werbowaniem ich za pieniądze.

Coraz droższy żołnierz

Po doświadczeniach z 2022 roku putin ma powody, by unikać kolejnej powszechnej mobilizacji tak długo, jak jest to możliwe. Ogłoszone 21 września 2022 roku powołanie 300 tys. rezerwistów wywołało protesty, chaos w punktach mobilizacyjnych i masową ucieczkę mężczyzn z kraju. Kolejki samochodów ustawiały się na granicach z Gruzją i Kazachstanem, gwałtownie wzrosły ceny biletów lotniczych, a nieprawidłowości przy poborze krytykowali nawet niektórzy przedstawiciele rosyjskich władz i propagandyści popierający wojnę.

Kreml wyciągnął z tego lekcję. Zamiast ponownie sięgać na wielką skalę po przymus, zaczął kupować ludzi.

System opiera się na wysokim żołdzie i premiach za podpisanie kontraktu, których wysokość jest dodatkowo podbijana przez władze regionalne. Według obliczeń Janisa Klugego z niemieckiego ośrodka SWP średnia regionalna premia za wstąpienie do armii sięgnęła w tym roku około 1,65 mln rubli (około 73 tys. zł). W biedniejszych częściach rosji są to pieniądze trudne do zarobienia w cywilnym życiu.

Mechanizm nadal działa, choć jego wydajność zaczęła się zmieniać. Kluge, rekonstruujący rosyjską rekrutację między innymi na podstawie wydatków budżetowych, oszacował, że w pierwszym kwartale 2026 roku podpisano 71 216 nowych kontraktów. Dawało to niespełna 800 ludzi dziennie i oznaczało spadek o około jedną piątą w porównaniu z analogicznym okresem poprzedniego roku.

W drugim kwartale sytuacja się poprawiła. Dane regionalne wskazują na około 93 tys. nowych kontraktów, czyli ponownie mniej więcej tysiąc ludzi dziennie. rosyjski system rekrutacyjny zatem się nie załamał. Problem zaczyna być widoczny dopiero wtedy, gdy liczbę przyjmowanych do armii zestawimy z tym, ilu żołnierzy rosja każdego miesiąca traci na froncie.

Armia potrzebuje nadwyżki

Według szacunków amerykańskiego Center for Strategic and International Studies w pierwszej połowie 2026 roku rosyjskie straty wynosiły przeciętnie około 30–34 tys. zabitych, rannych i zaginionych miesięcznie. Nawet jeśli przyjąć szeroki margines błędu nieunikniony przy takich obliczeniach, skala strat pozostaje zbliżona do liczby ludzi pozyskiwanych przez rosyjski system rekrutacyjny.

Oznacza to, że rosja potrafi nadal dostarczać armii ogromne ilości „świeżej krwi”. Znaczna część tego strumienia służy jednak zastępowaniu ludzi wypadających z jednostek podczas walk.

A to zasadnicza różnica. Armia, która chce jedynie utrzymywać dotychczasową intensywność działań, potrzebuje uzupełnień. Armia przygotowująca większą operację potrzebuje czegoś więcej – nadwyżki.

Potrzebne są odwody pozwalające wycofywać jednostki z pierwszej linii, odtwarzać ich zdolność bojową i tworzyć nowe związki taktyczne. Trzeba też obsadzić zaplecze, logistykę i struktury, których rozbudowa jest konieczna wraz ze wzrostem liczebności wojsk. Jeżeli więc Kreml rzeczywiście chciałby w 2027 roku znacząco zwiększyć potencjał armii walczącej z Ukrainą, dotychczasowe tempo rekrutacji może okazać się niewystarczające.

W tym miejscu pojawia się liczba 300 tys. podana przez Zełenskiego. Nie musi oznaczać 300 tys. ludzi przeznaczonych do jednego wielkiego uderzenia. Z wojskowego punktu widzenia równie istotne byłoby wykorzystanie ich do uzupełnienia istniejących jednostek, umożliwienia rotacji części wojsk oraz stworzenia większych rezerw.

Mobilizacja to nie ofensywa

Dlatego nawet gdyby putin rzeczywiście ogłosił mobilizację zaraz po wrześniowych wyborach, nie oznaczałoby to, że kilka tygodni później kilkaset tysięcy nowych rosyjskich żołnierzy ruszy do wielkiej ofensywy.

Doświadczenie pierwszej mobilizacji dobrze pokazuje skalę problemu. Pod koniec października 2022 roku, ponad miesiąc po jej rozpoczęciu, rosyjskie ministerstwo obrony informowało, że spośród 300 tys. zmobilizowanych około 218 tys. nadal znajdowało się w procesie szkolenia. Do strefy wojny skierowano 82 tys., a około 41 tys. wykonywało zadania w jednostkach bojowych.

Nawet w warunkach rosyjskich, gdzie szkolenie bywa skracane do minimum, człowieka powołanego z cywila nie można natychmiast zamienić w żołnierza zdolnego do prowadzenia działań ofensywnych. Trzeba go zarejestrować, umundurować, wyposażyć, choć trochę przeszkolić i przydzielić do jednostki. Jeśli powstają nowe pododdziały, potrzebują one dowódców, sprzętu, transportu i zaplecza logistycznego.

Jesienna mobilizacja byłaby więc przede wszystkim inwestycją w czas. Jej pierwszym efektem mogłoby być łatanie dziur powstających na froncie. Kolejnym – możliwość rotowania wyczerpanych oddziałów i odbudowy ich zdolności bojowej. Dopiero później pojawiłaby się szansa stworzenia większego odwodu, który można wykorzystać podczas kolejnej kampanii.

Tymczasem istnieje inny sposób zwiększenia presji na Ukrainę. Nie wymaga on mobilizowania setek tysięcy ludzi ani czekania kilku miesięcy na ich wyszkolenie.

Zima znów będzie bronią

rosja od miesięcy rozbudowuje produkcję rakiet i bezzałogowców, a kolejna zima daje możliwość ponownego uderzenia w jeden z najbardziej wrażliwych punktów Ukrainy – system energetyczny.

Ukraiński wywiad wojskowy informował latem, że rosyjski przemysł w przypadku części rodzajów uzbrojenia rakietowego osiągnął już roczne cele produkcyjne, a ogólny plan na 2026 rok może zostać przekroczony o 10–20 proc. Według zastępcy szefa ukraińskiego wywiadu wojskowego gen. Wadyma Skibickiego tylko w lipcu rosjanie wyprodukowali 65 pocisków balistycznych Iskander-M.

Jeszcze większą skalę osiągnęła produkcja bezzałogowców. rosja zbudowała przemysł pozwalający prowadzić naloty liczone już nie w dziesiątkach, lecz w setkach dronów. Część z nich to właściwe środki uderzeniowe, część – tańsze imitatory mające przeciążać ukraińską obronę przeciwlotniczą i zmuszać ją do zużywania pocisków.

Nie chodzi przy tym wyłącznie o liczbę środków napadu. rosjanie zmienili również sposób atakowania ukraińskiej energetyki. Analiza Centre for Information Resilience, przytaczana przez Reutersa, wskazywała, że od października 2025 do kwietnia 2026 roku około 60 proc. zweryfikowanych rosyjskich uderzeń w infrastrukturę energetyczną dotyczyło mniejszych obiektów, przede wszystkim stacji i podstacji elektroenergetycznych. Rok wcześniej stanowiły one około 31 proc. celów.

To istotna zmiana. Zamiast koncentrować się wyłącznie na kilku wielkich elektrowniach i węzłach energetycznych, rosjanie próbują uszkadzać sieć w wielu miejscach jednocześnie. Nawet jeśli pojedynczy obiekt nie ma strategicznego znaczenia, dziesiątki takich uderzeń komplikują przesył energii, zwiększają liczbę awarii i zmuszają Ukrainę do rozpraszania ograniczonych zasobów obrony przeciwlotniczej.

Dla Kijowa szczególnie niepokojące jest to, że wzrost rosyjskich możliwości zbiega się z problemami ukraińskiej obrony powietrznej – o czym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info. Oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne/fot. za SzG ZSU

Zamiary

Kilka dni temu odbyła się największa do tej pory wymiana jeńców pomiędzy stronami konfliktu na Wschodzie. Formułę „tysiąc za tysiąc” ustalono w połowie maja br., podczas spotkania delegacji Ukrainy i rosji w Stambule. I w zasadzie jest to jedyne pozytywne następstwo prowadzonych wtedy rozmów. Wojna trwa w najlepsze, a perspektyw na choćby kilkotygodniowe zawieszenie broni nie widzą nawet najwytrwalsi optymiści.

Co ważne, o ile na froncie sytuacja nie uległa zmianie – intensywność walk utrzymuje się na wysokim poziomie – o tyle do drastycznej eskalacji doszło na głębokich tyłach. rosjanie dokonują masowych nalotów na ukraińskie miasta, wspomagając drony rakietami balistycznymi. Ukraińcy nie pozostają dłużni, noc w noc śląc nad rosję setki bezzałogowców.

—–

Różnica w tym atakach ma wymiar cywilizacyjny i jest typowa dla dotychczasowego przebiegu wojny. O ile pierwsi uderzają „gdzie popadnie”, głównie jednak w obiekty cywilne, o tyle drudzy starają się razić cele istotne z militarnego punktu widzenia. moskale konsekwentnie realizują strategię terroryzowania ludności cywilnej, Ukraińcom chodzi o dalsze osłabianie rosyjskiego kompleksu wojskowo-przemysłowego. Obie strony widzą w tym sposób na zmuszenie przeciwnika do zatrzymania działań wojennych, czy to poprzez upadek morale cywilów, czy za sprawą odcięcia armii od odpowiedniej ilości dostaw. Trudno w oparciu o dostępne dane ocenić, kto w tym przypadku jest bliżej osiągnięcia swoich zamiarów.

Dla jasności doprecyzujmy – walczą obie strony, ale taki stan rzeczy narzucają rosjanie; to oni torpedują wysiłki zmierzające do realnego zawieszenia broni. Po prawdzie dzieje się tak również za sprawą USA. Zadziwiająca słabość donalda trumpa do putina i rosji – zwłaszcza brak zgody na kolejne sankcje wobec Moskwy i zwiększenie pomocy wojskowej dla Kijowa – rozzuchwalają rosjan, dają im sposobność do dalszego prowadzenia działań wojennych. Zachowanie Ukraińców jest tu reaktywne, jedyne słuszne zresztą, wszak Kreml wyklucza kompromisy i ewidentnie gra na maksymalne wyniszczenie przeciwnika.

Dalekosiężne plany rosji nie uległy bowiem zmianie – Moskwa wciąż pragnie terminacji ukraińskiej państwowości i wtórnej rusyfikacji Ukraińców. Obecnie rosjanie nie są w stanie zrealizować tych celów, putin dąży więc do osiągnięcia pośrednich rozwiązań, które z jednej strony byłyby dobrym punktem wyjścia dla późniejszej „generalnej rozprawy”, z drugiej, zaspokoiłyby bieżące potrzeby propagandy, zwłaszcza konieczność prezentacji „specjalnej operacji wojskowej” jako militarnego i politycznego sukcesu, osiągniętego tu i teraz, nie w niedającej się zdefiniować przyszłości.

—–

No więc jakie są bieżące plany rosyjskiego przywództwa? putin komunikuje to wprost, oficjalnie dekretując utworzenie strefy buforowej na granicy rosyjsko-ukraińskiej. „Nasze siły zbrojne są w trakcie realizacji tego zadania, punkty ostrzału wroga są aktywnie tłumione, prace trwają”, zapewniał kilka dni temu, po podpisaniu stosownych dokumentów.

Dyktator nie ujawnił dokładnie, gdzie będzie przebiegać strefa buforowa, ani jak głęboko sięgać w głąb terytorium Ukrainy – niemniej ten drugi zamiar jest oczywisty. rosjanie chcą stworzyć bufor – rozumiany jako strefę nasyconą umocnieniami i przeszkodami inżynieryjnym – nie na własnym obszarze, ale kosztem sąsiada. Temu właśnie ma służyć koncentracja oddziałów armii rosyjskiej przy granicy z obwodami sumskim i charkowskim. Zapewne wojska te zostaną użyte do płytkich wtargnięć i okopania się na zajętych pozycjach. Wszystko po to, by uniemożliwić, a przynajmniej utrudnić Ukraińcom rajdy na wzór operacji kurskiej, podkopującej wiarygodność putinowskiego reżimu w oczach rosjan.

Ale to tylko „profilaktyka”, patrząc z kremlowskiej perspektywy. Siły inwazyjne mają do wykonania znacznie poważniejsze zadanie. Moskwa wielokrotnie już sygnalizowała, że nie wstrzyma ognia dopóki nie przejmie kontroli nad czterema obwodami Ukrainy, które jesienią 2022 roku zostały formalnie anektowane przez rosję. Dwa z nich – ługański i doniecki – może zdobyć w walce; ten pierwszy właściwie już zdobyła, wszak pod ukraińską kontrolą pozostają jedynie skrawki Ługańszczyzny. O Doniecczyznę toczą się zacięte walki, a przy utrzymującej się dynamice rosyjskiej presji możliwe, że do końca roku najeźdźcy opanują ten region. Lecz odwojowanie Chersońszczyzny, a już zwłaszcza zajęcie Zaporoszczyzny, z wielką stolicą regionu włącznie, pozostaje poza możliwościami rosyjskiej armii.

Jak zatem putin zamierza osiągnąć swój cel w postaci wchłonięcia czterech obwodów? Być może daje sobie czas, wierząc, że ma go tyle, by w kolejnym, 2026 roku próbować zająć ukraińskie południe. Ale istnieje też inne wyjaśnienie – jakie?

O tym przeczytacie w portalu „Polska Zbrojna”, gdzie opublikowałem całość tego felietonu – oto link do materiału.

—–

Zachęcam Was do wsparcia mojego ukraińskiego raportu, który w znaczniej mierze powstaje dzięki Wam – Waszym subskrypcjom i „kawom”.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. W weekend doszło do największej wymiany jeńców w tej wojnie/fot. HUR

Abrams

Pojawiło się pierwsze zdjęcie ukraińskiego Abramsa w pobliżu linii frontu – a wraz z nim dzikie teorie o pochodzeniu czołgu. „Polski” kamuflaż (taki sam bądź bardzo podobny do tego, jaki noszą nasze Abramsy) ma jakoby świadczyć o tym, że to maszyna z zasobów Wojska Polskiego, czytaj: oddajemy Ukraińcom swoje najlepsze, dopiero co kupione czołgi.

No nie. Nie będę Czytelników zanudzał szczegółami, ale proszę mi uwierzyć – wóz jest w starszej wersji niż ta, jaką pozyskała nasza armia. Kamuflaż może być rodzajem wybiegu – by czołgi niepostrzeżenie dotarły do Europy wraz z maszynami kupionymi przez Polskę – może też być efektem czysto pragmatycznej kalkulacji. Skoro malowano już w ten sposób polskie Abramsy, pomalowano i ukraińskie. Zwłaszcza że wzór kamo odpowiada warunkom geograficznym tak w Polsce, jak i w Ukrainie.

Co ciekawe, zdjęcie wykonano w okolicach Charkowa, co może być pośrednim dowodem na plany ukraińskiego dowództwa. Ofensywne? Chyba niekoniecznie, zważywszy na fakt, że ZSU mocno wyczerpały zapasy amunicji w walkach na Zaporożu. Defensywne? Czołgi niespecjalnie się do tego nadają, ale elementem dobrze prowadzonej obrony są lokalne kontrataki – a tu tanki, zwłaszcza tej klasy, byłyby jak znalazł.

Tymczasem od kilku tygodni rosjanie zostawiają szereg śladów, sugerujących, że zamierzają dokonać uderzenia z własnego terenu, właśnie w okolicach Charkowa. Maskirówka czy realne przygotowania? Na tym etapie nie jestem w stanie udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Bałbym się też stwierdzenia, że „skoro na tym obszarze pojawiły się Abramsy, Ukraińcy coś muszą wiedzieć”. Muszą nie muszą, w którymś momencie wozy made in USA powinny przejść bojowy debiut. I równie dobrze może być tak, że ukraińscy dowódcy wybrali dla nich stosunkowo spokojny odcinek frontu, by nie zaliczyć propagandowej wpadki, jaką było posłanie niemieckich Leopardów na silnie zaminowane i mocno obsadzone pozycje rosjan na Zaporożu.

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Fot. ZSU

Konsekwencja

Nie wiem, czy to już zapowiadana ofensywa, czy ruskie nadal szukają słabszych punktów ukraińskiej obrony – tak czy inaczej, uaktywnili się wzdłuż niemal całej linii frontu na wschodzie.

Jeśli to ich ostatnie słowo, to jest z rosyjską armią gorzej, niż myślałem. Gęstość ognia artylerii niska, lotnictwa jak na lekarstwo. Jeśli to wciąż rozpoznanie bojem, to presja się nasili, ale… Ale już teraz widać, że rosjanie nadal nie liczą się ze stratami. Ginie ich i zostaje rannych niemal tysiąc na dobę.

Pod koniec stycznia Amerykanie oceniali rosyjskie straty na 180 tys. zabitych i rannych – w tym tempie luty zakończy się wynikiem 200 tys. wyeliminowanych z walki najeźdźców. Gdy rok temu szacowano rosyjskie siły zgromadzone wokół Ukrainy, 200 tys. wojskowych było maksymalnym wskazaniem. Innymi słowy, putin wytracił już cały kontyngent, który rzucił do walki w lutym 2022 roku.

I niczego się nie nauczył – ani on, ani jego generałowie. Bo czym będzie ta rosyjska ofensywa (czym jest?), jeśli na przedbiegach Ukraińcy wyślą do diabła dziesiątki tysięcy nieprzyjaciół (sami ponosząc znacznie mniejsze straty)?

Zrobiłem to zdjęcie pod Izjumem, w połowie stycznia. Gdybym znalazł się w tym miejscu latem, dół żółciłby się słonecznikami, niebo zaś byłoby błękitne. Miałbym ilustrację-symbol, w środku bowiem stoi zniszczony ruski czołg.

No ale jest jak jest. Tym niemniej zdjęcie i tak ma moc. Więc zamieszczam je w odpowiedzi na Wasze pytanie: jak to się skończy?

Jeśli ruskie pozostaną ruskimi – tak.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Racjonalność

Nie cichną echa wczorajszej zapowiedzi szefa rosyjskiego MON siergieja szojgu. Nic w tym dziwnego – oddanie Chersonia i ucieczka na wschodni brzeg Dniepru to wydarzenie porównywalne z wycofaniem się ruskich z północy Ukrainy wiosną tego roku. Wtedy też pierwszym doniesieniom towarzyszyły nieufność i sceptycyzm; trzeba było kilku dni, by zorientować się, że orki rzeczywiście dają nogę.

Wielu obserwatorów doszukuje się drugiego dna. Rosyjskiej pułapki polegającej na rzekomym opuszczeniu miasta, by wciągnąć weń ukraińskie oddziały, które następnie zostaną zdziesiątkowane. W tym scenariuszu w Chersoniu pozostały w ukryciu liczne rosyjskie jednostki, na wschodnim brzegu zaś przygotowywane jest silne uderzenie.

Nie mam złudzeń, że Chersoń kryje w sobie mnóstwo „niespodzianek”. Że gdy już wejdą tam Ukraińcy, konieczne będzie sprawdzenie domu po domu; w wielu zapewne kryją się miny-pułapki. Każdy odwrót produkuje maruderów, więc i tacy znajdą się na mieście. Większość się podda, część – zdemoralizowana i uzbrojona – może stanowić zagrożenie. Ale to, w mojej ocenie, wszystko. Innych ryzyk nie ma, rosjanie nie są obecnie zdolni do niczego poza wycofaniem i towarzyszących mu działań opóźniających.

Tak naprawdę wykazują się w tym momencie niepokojącym mnie pragmatyzmem. Już wyjaśniam dlaczego.

Przyczółek na zachodnim brzegu Dniepru został de facto odcięty od reszty rosyjskich wojsk – ukraińska artyleria zdewastowała przeprawy, zarówno te stałe, jak i zaimprowizowane. Brak możliwości regularnego zaopatrzenia sam w sobie jest dramatem. A byłoby jeszcze gorzej, gdyby także część wojsk na wschodnim brzegu została odcięta. rosjanie obawiają się ukraińskiego uderzenia „od góry”, z rejonu Zaporoża, na Melitopol, może Berdiańsk, w każdym razie w kierunku Morza Azowskiego. Rozcięłoby ono rosyjski korytarz lądowy z Krymu do rosji, w kotle między Chersoniem a Melitopolem zamykając kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy. Przeszkody naturalne – rozlewisko Dniepru na północy, linia rzeki na zachodzie, oba morza (Czarne i Azowskie) na południu – ułatwiałyby Ukraińcom zadanie. Wąziutkie połączenie z Krymem z pewnością nie wystarczyłoby do utrzymania odpowiednio „gęstych” linii zaopatrzenia, co oznaczałoby zagładę wziętych w kleszcze rosjan.

O ukraińskim uderzeniu ze wskazanego rejonu mówi się już od jakiegoś czasu. Spodziewano się, że nastąpi w drugiej połowie listopada, gdy skończy się jesienna odsłona rasputicy. Odwrót za Dniepr pozwala rosyjskiemu dowództwu na zacementowanie obrony wzdłuż rzeki aż po okolice Zaporoża i dalej na wschód równolegle do północnej krawędzi wyrąbanego wiosną korytarza. Co istotne z perspektywy rosjan, będą mogły to uczynić doborowe formacje – jednostki powietrznodesantowe, dotąd trzymane w Chersoniu. Rozkaz szojgu może zatem być próbą pokrzyżowania szyków Ukraińcom. Na ile skuteczną, boję się oceniać (choć wierzę, że gen. Załużny i spółka mają nie tylko plan B, ale i C i D).

Jako się rzekło, trochę mnie ta rosyjska racjonalność niepokoi. Bo stoją za nią trzy możliwe scenariusze:

putin nadal dowodzi. Wciąż pozostaje dyletantem, ale ten jeden raz dał się przekonać mądrzejszym generałom, że warto oddać trochę ziemi, by nie ponieść jeszcze większej klęski. Ów przebłysk mądrości to zła wiadomość, ale Hitlerowi również zdarzało się podjąć dobre decyzje, choć zasadniczo nadal ręcznie sterował armią, z wiadomym skutkiem. Spluńmy ze złością, pozostając przy nadziei, że kolejne „genialne” pomysły cara zniwelują osiągnięte korzyści.

putin stracił kontrolę nad wojskiem. Nominalnie pozostaje głównodowodzącym, ale decyzje podejmują fachowcy, realnie oceniający możliwości armii rosyjskiej. Co w dalszej perspektywie może przynieść deeskalację, ale równie dobrze może oznaczać kontynuację wojny, prowadzonej przez rosjan z większą rozwagą.

putin niczego nie stracił, ale „odzyskał rozum” i delegował kompetencje na wojskowych. Co niesie konsekwencje identyczne do tych ze scenariusza numer dwa.

Jest więc we mnie więcej ostrożności niż radości, co nie zmienia faktu, że uchronienie Chersonia przed wyniszczającymi walkami miejskimi to dobra wiadomość niezależnie od okoliczności.

Szanowni, Facebook obdarował mnie 6-dniowym banem – za zamieszczenie screena listu od Czytelnika, gdzie pada przymiotnik „kacapskiej”.

Odwołałem się, bezskutecznie. Do wtorku włącznie możecie mnie czytać na blogu, na Patronite, zajawki materiałów pojawią się też na moich kontach na Twitterze i Instagramie.

A jeśli chcecie mnie w pisaniu wesprzeć, będę szczerze zobowiązany. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Nz. Czołg ukraińskiej armii/fot. Sztab Generalny Ukraińskich Sił Zbrojnych