Mobilni

Na Bliski Wschód kierowane są kolejne siły Stanów Zjednoczonych – tym razem chodzi o elitarną 82. Dywizję Powietrznodesantową. Według dostępnych informacji, do regionu wkrótce trafi od dwóch do trzech tysięcy żołnierzy, przede wszystkim z brygady szybkiego reagowania, czyli tzw. Immediate Response Force. Docelowa skala przerzutu pozostaje niejasna – część źródeł mówi o wariancie ograniczonym, inne dopuszczają rozwinięcie większego komponentu – ale w każdym przypadku chodzi o siły zdolne do działania niemal natychmiast po dotarciu w rejon operacji.

Kluczowe znaczenie ma charakter tej jednostki. 82. Dywizja Powietrznodesantowa to jedna z najbardziej rozpoznawalnych formacji US Army – lekka, mobilna i zaprojektowana do działania w trybie ekspresowym. Jej elementy są w stanie znaleźć się w dowolnym miejscu świata w ciągu kilkunastu–kilkudziesięciu godzin od wydania rozkazu. Nie jest to jednak dywizja przeznaczona do prowadzenia klasycznej wojny lądowej na dużą skalę – jej domeną pozostają operacje punktowe: zajmowanie kluczowych obiektów, zabezpieczanie infrastruktury, szybkie rajdy czy wsparcie działań specjalnych.

Z dostępnych informacji wynika, że przerzucane są przede wszystkim elementy 1. Brygady Bojowej wraz z komponentem dowódczym dywizji. Całością operacji ma kierować dowódca 82 DPD, gen. mjr Brandon Tegtmeier, którego sztab również ma zostać wysunięty w rejon działań. Oficjalnie nie podano dokładnego terminu osiągnięcia gotowości operacyjnej na miejscu, ale biorąc pod uwagę charakter jednostki, można zakładać, że mówimy o czasie liczonym w godzinach, nie dniach.

Nie oznacza to jednak, że USA przygotowują się do pełnoskalowej inwazji na Iran. Skala przerzucanych sił jest zbyt mała, by mówić o operacji przeciwko państwu tej wielkości, a brak ciężkiego komponentu – czołgów, artylerii i rozbudowanej logistyki – wyklucza prowadzenie długotrwałych działań lądowych. Taki scenariusz oznaczałby zresztą ogromne ryzyko polityczne i gospodarcze, w tym groźbę globalnego kryzysu energetycznego.

Znacznie bardziej prawdopodobne są scenariusze ograniczone – włącznie z takim, w którym spadochroniarze w ogóle nie wejdą do walki. W tym ujęciu przerzut 82 DPD można odczytywać przede wszystkim jako element nacisku i demonstrację gotowości do szybkiej eskalacji.

82 DPD daje decydentom w Waszyngtonie bardzo konkretną możliwość: przeprowadzenia punktowego uderzenia w krótkim czasie, bez konieczności rozwijania wielkich sił inwazyjnych. W praktyce oznacza to kilka potencjalnych zastosowań. Po pierwsze, klasyczne operacje zabezpieczające – ochrona placówek dyplomatycznych czy ewakuacja obywateli w razie dalszej destabilizacji regionu. Po drugie, działania o charakterze rajdowym, wymierzone w konkretne cele wojskowe o wysokiej wartości. Po trzecie wreszcie, wsparcie operacji specjalnych, które wymagają szybkiego wprowadzenia większego komponentu wojskowego po wykonaniu zasadniczego uderzenia.

Ten ostatni wątek jest szczególnie istotny, bo przerzutowi 82 DPD towarzyszy również wzmożona aktywność amerykańskich sił specjalnych, takich jak Delta Force czy Rangersi. Taki zestaw sił jest typowy dla operacji najwyższego ryzyka – w tym działań wymierzonych w infrastrukturę strategiczną przeciwnika. W tym kontekście pojawia się scenariusz, który od dawna funkcjonuje w analizach dotyczących Iranu: przejęcie lub zabezpieczenie materiałów rozszczepialnych oraz elementów programu nuklearnego.

Operacje tego typu wymagają ścisłej współpracy sił specjalnych i jednostek konwencjonalnych. Pierwsze odpowiadają za uderzenie i neutralizację celu, drugie – za utrzymanie i zabezpieczenie terenu. I właśnie tu pojawia się rola spadochroniarzy z 82 DPD.

Konkludując, Stany Zjednoczone nie przygotowują się do klasycznej wojny lądowej z Iranem, lecz budują zestaw elastycznych opcji wojskowych – od demonstracji siły, przez operacje punktowe, aż po działania specjalne o dużej skali. Przerzut 82. Dywizji Powietrznodesantowej wpisuje się w tę logikę. To sygnał, że Waszyngton chce mieć narzędzia pozwalające działać szybko – jeśli uzna to za konieczne. Wszystko w myśl zasady: mieć młotek w ręku, ale niekoniecznie go użyć.

Ten tekst, w rozbudowanej wersji, opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Żołnierze 82 DPD stacjonowali również w Polsce. W 2016 roku brali udział w ćwiczeniach „Anakonda”/fot. Darek Prosiński

Schemat

Wojna na Bliskim Wschodzie toczy się w najlepsze. Stany Zjednoczone i Izrael uderzają w cele w Iranie, Teheran odpowiada w sposób rozproszony, ale uporczywy – atakując bazy i infrastrukturę w całym regionie. Trwa też walka o bezpieczeństwo żeglugi w cieśninie Ormuz, która stała się jednym z głównych pól tej wojny.

Przyglądając się działaniom Amerykanów, widzimy, że Waszyngton reaguje, ale nie wyznacza kierunku. Kolejne uderzenia wyglądają raczej jak element bieżącej gry – odpowiedzi na ruchy Iranu i jego sojuszników – niż realizacja spójnego planu polityczno-wojskowego. Nie chodzi już o to, czy USA są w stanie zniszczyć wybrane cele – to pozostaje poza dyskusją. Problem w tym, że nie bardzo wiadomo, co miałoby być miarą sukcesu.

—–

Czy celem jest ograniczenie zdolności Iranu do projekcji siły w regionie? Zmuszenie Teheranu do demilitaryzacji? A może jednak zmiana reżimu? Każdy z tych wariantów wymaga innej strategii, innych środków i przede wszystkim innej skali zaangażowania. Tymczasem amerykańskie działania sprawiają wrażenie, jakby te pytania pozostawały bez jednoznacznej odpowiedzi. Ba – jakby nikt w Waszyngtonie nie zadał ich wcześniej wprost.

Widać to również w napięciach wewnątrz amerykańskiego systemu decyzyjnego. Politycy wysyłają sygnały o konieczności powstrzymania eskalacji, a wojskowi przygotowują opcje jej rozszerzenia. Równolegle sojusznicy próbują odczytać, dokąd właściwie zmierza Waszyngton – i na ile powinni się w tę politykę angażować. W efekcie zamiast strategii pojawia się reakcja – szybka, często skuteczna taktycznie, ale pozbawiona długofalowej logiki.

A to właśnie w takich momentach przewaga militarna przestaje być rozstrzygająca. Bo choć pozwala wygrać niemal każdą bitwę, nie odpowiada na pytanie, jak zakończyć konflikt na własnych warunkach. A bez tej odpowiedzi nawet najpotężniejsze państwo świata zaczyna działać w trybie doraźnym – od jednego uderzenia do kolejnego, od jednej eskalacji do następnej.

Dzisiejsza sytuacja wokół Iranu coraz mocniej zdaje się potwierdzać tezę, że USA weszły w konflikt, licząc, iż przewaga militarna sama przełoży się na sukces strategiczny. Jeśli tak było, scenariusz dalszych wydarzeń może być bardziej przewidywalny, niż chciałby tego Waszyngton. Jaki? Wystarczy sięgnąć do historii.

—–

To nie pierwszy moment, w którym Stany Zjednoczone stają wobec konfliktu bez jasno określonego celu końcowego. Przeciwnie – historia amerykańskich interwencji z ostatnich dekad pokazuje, że problem ten powraca z zaskakującą regularnością. Zmieniają się przeciwnicy, regiony i skala zaangażowania, ale logika działania pozostaje uderzająco podobna.

W Wietnamie wszystko zaczęło się od ograniczonego zaangażowania, które z czasem przerodziło się w pełnoskalową wojnę. Kolejne administracje zwiększały obecność wojskową – z kilkunastu tysięcy do ponad pół miliona żołnierzy – licząc, że przewaga technologiczna i ogniowa przełamie opór przeciwnika. Problem polegał na tym, że nigdy jasno nie zdefiniowano, jak miałoby wyglądać zwycięstwo. Czy chodziło o utrzymanie niepodległego Wietnamu Południowego? O zniszczenie zdolności Vietcongu? O powstrzymanie ekspansji komunizmu w regionie? Każdy z tych celów implikował inne działania, ale w praktyce amerykańska strategia dryfowała między nimi.

Efekt był przewidywalny: sukcesy taktyczne nie przekładały się na rezultat polityczny. Im większe było zaangażowanie militarne, tym bardziej oddalał się moment rozstrzygnięcia. Wojna nie została przegrana na polu bitwy – została porzucona w pierwszej połowie lat 70., gdy koszty zaczęły przewyższać polityczną gotowość do ich ponoszenia.

Mniej niż dekadę po ucieczce z Sajgonu wojska USA pojawiły się w Libanie jako część sił stabilizacyjnych. Misja miała ograniczony charakter, ale od początku brakowało jej klarownego mandatu i jasno określonego celu. Amerykańscy żołnierze znaleźli się w środku skomplikowanego konfliktu, którego logiki nie kontrolowali.

Zamach na koszary Marines w Bejrucie, w którym zginęło 241 żołnierzy, stał się momentem przełomowym. Reakcja Waszyngtonu była natychmiastowa – wycofanie sił. To wydarzenie pokazało, jak brak strategii czyni nawet potężne państwo podatnym na pojedynczy, spektakularny cios. Bez jasnego celu trudno bowiem uzasadnić dalsze ryzyko związane z pobytem żołnierzy w strefie wojny.

Podobny mechanizm zadziałał w Somalii w pierwszej połowie lat 90. Operacja rozpoczęła się jako interwencja humanitarna, mająca zapewnić dostawy żywności i stabilizację sytuacji. Szybko jednak rozszerzono jej zakres – celem stało się schwytanie jednego z lokalnych przywódców, Mohameda Farraha Aidida.

To przesunięcie nie było poparte zmianą strategii ani adekwatnym przygotowaniem. Amerykańskie siły znalazły się w realiach wojny miejskiej, na które nie były gotowe. Bitwa w Mogadiszu i straty poniesione przez oddziały USA doprowadziły do politycznej decyzji o wycofaniu. Po raz kolejny okazało się, że rozszerzenie misji bez planu jej zakończenia prowadzi do gwałtownego odwrotu.

—–

Najbardziej spektakularnie problem braku strategii ujawnił się w Iraku i Afganistanie.

W Iraku początkowa faza operacji była błyskawiczna – reżim Saddama Husajna upadł w ciągu tygodni. Na tym jednak klarowność się kończyła. Nie przygotowano spójnego planu na okres po zakończeniu działań bojowych. Rozwiązanie irackiej armii i administracji stworzyło próżnię, którą szybko wypełniły chaos i przemoc. Co więcej, obalenie bagdadzkiego reżimu w praktyce wzmocniło regionalną pozycję Iranu – czyli państwa będącego jednym z głównych przeciwników Waszyngtonu. Sam Irak nadal pozostaje państwem niestabilnym, wewnętrznie podzielonym i głęboko osłabionym, a koszty tej wojny – ludzkie i infrastrukturalne – będą odczuwalne przez kolejne dekady.

W Afganistanie początkowy cel – rozbicie Al-Kaidy i obalenie talibów – również został osiągnięty stosunkowo szybko. Potem jednak misja zaczęła się rozmywać. Budowa państwa, jego częściowa demokratyzacja, stabilizacja, szkolenie sił lokalnych – kolejne cele dokładano bez jasnej wizji końcowego efektu. Dwie dekady później wojna zakończyła się powrotem talibów do władzy.

To właśnie tutaj najdobitniej ujawniły się granice amerykańskich możliwości. Stany Zjednoczone potrafią obalić reżim i zniszczyć struktury przeciwnika, ale znacznie trudniej przychodzi im zbudowanie w ich miejsce stabilnego, trwałego porządku politycznego. Potrafią wygrać wojnę w sensie militarnym, lecz nie są w stanie narzucić jej trwałego rozstrzygnięcia.

Interwencja w Libii pokazała, że ten sam problem pojawia się nawet wtedy, gdy skala zaangażowania jest znacznie mniejsza. Operacja z 2011 roku była ograniczona, prowadzona głównie z powietrza i zakończona szybkim upadkiem Muammara Kaddafiego. Z militarnego punktu widzenia – sukces. Na tym jednak planowanie się kończyło. Nie przygotowano realnej koncepcji stabilizacji państwa po obaleniu władzy. Libia pogrążyła się w chaosie, stając się przestrzenią rywalizacji lokalnych milicji i zewnętrznych graczy. To już nie był problem skali ani kosztów operacji. To był ten sam schemat – sukces militarny bez trwałego efektu politycznego.

—–

Mamy więc pewien spójny wzorzec działania, wedle którego USA wielokrotnie wchodzą w konflikty bez jasno określonego celu końcowego. Myślą w kategoriach środków – ile siły użyć, jakie cele zniszczyć – zamiast w kategoriach efektu politycznego. Reagują na rozwój wydarzeń, zamiast je kształtować. A gdy koszty rosną lub sytuacja wymyka się spod kontroli, decydują się na wycofanie, często pozostawiając po sobie destabilizację.

Co równie istotne, skutki tych działań nierzadko okazują się odwrotne do zamierzonych. Wrogowie nie zostają trwale osłabieni – przeciwnie, uczą się funkcjonować w warunkach przewagi militarnej USA, rozpraszają swoje działania i przenoszą ciężar konfliktu na obszary, gdzie Ameryka ma ograniczone możliwości oddziaływania. Regiony, w których dochodzi do interwencji, pogrążają się w niestabilności, a próżnia bezpieczeństwa szybko wypełniana jest przez nowych graczy.

Co, jeśli wojna z Iranem okaże się kolejnym rozdziałem tej samej historii? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. B-52 podczas bombardowania Wietnamu Północnego/fot. USAF, domena publiczna

Przesaturowani?

Gdy Stany Zjednoczone i Izrael uderzyły na Iran, ten w odpowiedzi wysłał w powietrze drony i rakiety. Nad Bliskim Wschodem zaroiło się od relatywnie prostych i tanich konstrukcji, których zestrzeliwanie wymagało użycia jednych z najdroższych systemów obrony powietrznej na świecie. W komentarzach szybko pojawiła się teza, że Zachód wpadł we własną pułapkę: jego model prowadzenia wojny opiera się na niewielkiej liczbie niezwykle zaawansowanych i kosztownych systemów, które mogą zostać przeciążone przez masowe uderzenia znacznie tańszych środków.

Ten obraz jest jednak tylko częścią prawdy. Wydarzenia ostatnich tygodni nie pokazują załamania zachodniej strategii, lecz raczej przypominają o czymś dobrze znanym z historii konfliktów zbrojnych. W epoce dronów i rakiet wojna ponownie okazuje się starciem potencjałów przemysłowych. Na pierwszy plan wysuwa się wydolność zaplecza produkcyjnego oraz zdolność do jego ochrony.

—–

Argumentem najczęściej przywoływanym przez zwolenników tezy o słabości Zachodu jest arytmetyka kosztów. Irańskie drony uderzeniowe z rodziny Szahed kosztują od kilkudziesięciu do około stu tysięcy dolarów. Tymczasem pojedynczy pocisk systemu Patriot to wydatek rzędu trzech–czterech milionów dolarów, a w praktyce często odpala się więcej niż jedną rakietę.

W pierwszych dniach konfrontacji na Bliskim Wschodzie dysproporcja ta była szczególnie widoczna. Systemy obrony powietrznej państw regionu oraz sił amerykańskich zużyły w krótkim czasie setki rakiet Patriot – według części szacunków ponad osiemset w ciągu kilku dni. Dla porównania Ukraina w trakcie całej wojny z rosją otrzymała około sześciuset takich pocisków.

Na pierwszy rzut oka wygląda to jak idealna strategia dla państwa dysponującego tańszą technologią: produkować duże liczby relatywnie prostych dronów i rakiet, zmuszając przeciwnika do wydawania wielokrotnie większych pieniędzy na ich zestrzeliwanie.

Taki model działania rozwijają dziś państwa, które nie mają przewagi technologicznej nad Zachodem. Iran, ale także rosja, inwestują w masową produkcję prostych systemów – dronów uderzeniowych, tanich pocisków manewrujących i rakiet balistycznych krótszego zasięgu. Kluczową rolę odgrywa tu skala ataku.

Jeśli nad celem pojawia się kilkadziesiąt lub kilkaset obiektów lecących z różnych kierunków, obrona powietrzna musi reagować natychmiast i zużywa ogromne ilości amunicji. Nawet jeśli większość celów zostanie zestrzelona, napastnik może osiągnąć efekt w postaci wyczerpywania zapasów przeciwnika.

—–

Masowe ataki Iranu stworzyły wrażenie, że obrona powietrzna państw regionu została wystawiona na wyjątkowo trudną próbę. Jednak ich rezultaty były znacznie mniej spektakularne niż sama skala uderzeń. Zdecydowana większość pocisków została przechwycona przez wielowarstwowy system obrony, w którym uczestniczyły zarówno Patriot i THAAD, jak i zestawy krótszego zasięgu oraz lotnictwo.

Nie oznacza to jednak, że ataki były całkowicie nieskuteczne. Część środków napadu powietrznego przedarła się przez obronę. W Abu Zabi dron uderzył w kompleks przemysłowy związany z sektorem energetycznym, wywołując pożar instalacji. W Dubaju eksplozje spowodowały uszkodzenia w rejonie zabudowy portowej i magazynowej.

W jednym z przypadków irański pocisk trafił w element infrastruktury obrony powietrznej – radar wczesnego ostrzegania AN/TPY-2 przy bazie lotniczej Al Dhafra w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Trafienie nie sparaliżowało jednak systemu – pozostałe sensory i stanowiska dowodzenia przejęły jego funkcje.

Nie udało się również osiągnąć najważniejszych celów militarnych. Irańskie uderzenia nie zniszczyły kluczowych baz lotniczych ani infrastruktury, od której zależy obecność wojsk USA i ich sojuszników w regionie. W Izraelu rakiety spadły w rejonie baz Nevatim i Ramon, lecz nie doprowadziły do ich wyłączenia z działania.

Ataki pokazały więc, że żadna obrona powietrzna nie jest całkowicie szczelna. Jednocześnie potwierdziły, że nowoczesne systemy są w stanie neutralizować zdecydowaną większość zagrożeń.

—–

Podobne wnioski płyną z Ukrainy, która od 2022 roku jest celem rosyjskiej kampanii uderzeń przy użyciu dronów Szahed, rakiet manewrujących i pocisków balistycznych. W wielu falach ataków nad ukraińskimi miastami pojawiały się jednocześnie dziesiątki, a czasem ponad sto celów powietrznych.

Na początku wojny oznaczało to ogromne zużycie najdroższych efektorów obrony powietrznej. Systemy Patriot, NASAMS czy IRIS-T projektowano przede wszystkim do zwalczania rakiet, a nie do codziennego strącania tanich dronów. Gdy rosja zaczęła używać Szahedów masowo, szybko stało się jasne, że taka obrona byłaby ekonomicznie nie do utrzymania.

Ukraińcy odpowiedzieli pragmatycznie, budując wielowarstwowy system obrony. Najdroższe rakiety wykorzystuje się przeciw najtrudniejszym celom, a drony zwalczają inne środki – mobilne zespoły z karabinami maszynowymi, artyleria przeciwlotnicza, systemy walki elektronicznej oraz drony przechwytujące. W efekcie koszt zniszczenia pojedynczego Szaheda jest dziś wielokrotnie niższy niż na początku wojny.

Ta lekcja pokazuje, że masowe użycie tanich dronów nie musi prowadzić do ekonomicznej katastrofy po stronie obrońcy. Kluczowe jest właściwe rozłożenie środków: drogie systemy przeciw najgroźniejszym zagrożeniom, tańsze przeciw celom prostszym.

Jednocześnie doświadczenia z Ukrainy przypominają o jeszcze jednej rzeczy. Nawet najlepsza obrona nie zatrzyma przeciwnika, jeśli ten może bez przeszkód produkować kolejne tysiące dronów i rakiet. Dlatego równie ważne staje się niszczenie zaplecza – fabryk, magazynów i infrastruktury logistycznej.

—–

I tu znów wracamy na Bliski Wschód. Obrona powietrzna jest tylko pierwszą linią reakcji na irańskie ataki. Równolegle Amerykanie i Izraelczycy prowadzą uderzenia na zaplecze przeciwnika. Celem nie jest jedynie zestrzelenie kolejnej fali pocisków, lecz ograniczenie liczby tych, które w ogóle będą mogły zostać wystrzelone.

Uderzenia objęły magazyny oraz obiekty przemysłowe. W zachodnim Teheranie zniszczono zakład powiązany z Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej produkujący elementy pocisków ziemia–ziemia, a w prowincji Alborz trafiono instalację wytwarzającą materiały do paliwa rakietowego. Zniszczono również fabrykę produkującą komponenty dronów Szahed oraz liczne mobilne wyrzutnie rakiet.

Według danych amerykańskiego dowództwa CENTCOM w pierwszych dziesięciu dniach operacji siły USA zaatakowały ponad pięć tysięcy celów na terytorium Iranu.

Logika tych działań nie jest nowa. Już w czasie II wojny światowej aliancka strategia bombardowań koncentrowała się na niszczeniu przemysłu i infrastruktury przeciwnika. Zmieniły się narzędzia, ale zasada pozostaje ta sama – o wyniku konfliktu decyduje nie tylko obrona przed kolejnym atakiem, lecz także zdolność do niszczenia zaplecza przeciwnika.

Nie zmienia to jednak faktu, że po stronie amerykańskiej i izraelskiej konieczna jest adaptacja wniosków płynących z wojny w Ukrainie. Masowe użycie tanich dronów sprawia, że opieranie obrony wyłącznie na najdroższych efektorach byłoby finansowo trudne do utrzymania. Dlatego większą rolę będą musiały odegrać tańsze środki: artyleria przeciwlotnicza, systemy walki elektronicznej, drony przechwytujące czy rozwijane obecnie systemy laserowe. Bez takiej wielowarstwowej obrony nawet najbardziej zaawansowane armie szybko wyczerpią zapasy – a wraz z nimi możliwości działania.

Ten tekst, w bardziej rozbudowanej wersji, opublikowałem na łamach portalu TVP.Info – oto link do całości materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Wyrzutnia Patriot, zdjęcie ilustracyjne/fot. US Army, domena publiczna

Scenariusze

Napięcie między USA, Izraelem a Iranem weszło w fazę otwartej konfrontacji. Dziś pytanie nie brzmi już, czy Iran odpowie, lecz jak daleko ta wojna może się posunąć. Czy będzie to szybka zmiana władzy w Teheranie, długotrwała wojna wyniszczająca, czy początek chaosu porównywalnego z Irakiem po 2003 roku?

Amerykańsko-izraelska operacja rozpoczęła się od klasycznego uderzenia dekapitacyjnego wymierzonego w rdzeń systemu władzy i aparatu bezpieczeństwa. Celem stały się centra dowodzenia, łączność, wybrane instalacje rakietowe oraz kluczowi dowódcy Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC). Tego typu operacja ma sparaliżować łańcuch dowodzenia i wywołać dezorganizację, zanim przeciwnik zdoła przejść do skoordynowanej odpowiedzi. Ma też wymiar psychologiczny – pokazuje, że nikt nie jest bezpieczny nawet w najgłębiej chronionych ośrodkach.

Pytanie jednak, czy Iran był na taki scenariusz przygotowany.

Islamska Republika od dekad funkcjonuje w warunkach permanentnego zagrożenia. System władzy zaprojektowano tak, by przetrwać poważne straty kadrowe. IRGC posiada równoległe wobec armii regularnej struktury dowodzenia, a sukcesja polityczna i wojskowa w wielu obszarach została wcześniej zaplanowana. Infrastruktura związana z programem rakietowym jest rozproszona i głęboko bunkrowana, a system dowodzenia w ostatnich latach decentralizowano, by utrudnić jego sparaliżowanie jednym ciosem.

Dlatego pierwsze godziny wojny nie przesądzają o jej wyniku. Uderzenie było spektakularne i kosztowne dla Teheranu, lecz nie musi oznaczać załamania państwa. Jak potoczą się jego losy – i losy tego konfliktu?

—–

W najbardziej korzystnym dla USA i Izraela wariancie obecna operacja nie przerodzi się w długą wojnę regionalną, lecz doprowadzi do pęknięcia wewnątrz irańskiego systemu władzy.

Kluczowe jest tu rozróżnienie między aparatem wojskowo-rewolucyjnym a strukturą państwową jako taką.

Prawdopodobnie nie przez przypadek dotychczasowe uderzenia koncentrowały się przede wszystkim na wojskowych – dowódcach IRGC, centrach dowodzenia. Infrastruktura cywilna i administracyjna nie stała się głównym celem. Jeśli ten schemat się utrzyma, może to oznaczać próbę wywołania kontrolowanej implozji reżimu: osłabienia twardego rdzenia siłowego przy pozostawieniu przestrzeni dla alternatywy politycznej.

Taki scenariusz zakłada, że w Teheranie dojdzie do wewnętrznego przesilenia. Część elit – technokratów, administracji państwowej, biznesu powiązanego z eksportem ropy – może uznać, że dalsza konfrontacja z Zachodem grozi przetrwaniu państwa. Jeśli jednocześnie aparat siłowy zostanie osłabiony personalnie i logistycznie, presja na zmianę kursu może wzrosnąć.

Nie musi to oznaczać natychmiastowego upadku Islamskiej Republiki. Bardziej realna byłaby „korekta systemu”: odsunięcie najbardziej konfrontacyjnych frakcji, ograniczenie roli części struktur IRGC, powrót do negocjacji w sprawie programu nuklearnego i próba wyjścia z izolacji. Dla Waszyngtonu byłby to sukces bez konieczności okupacji czy długotrwałej operacji lądowej.

Warunkiem powodzenia takiego scenariusza jest jednak kilka czynników. Po pierwsze – utrzymanie presji militarnej przy jednoczesnym unikaniu masowych strat cywilnych, które mogłyby skonsolidować społeczeństwo wokół twardej linii. Po drugie – konieczny jest jasny sygnał, że Zachód zaakceptuje „Iran po korekcie”, a nie wyłącznie Iran całkowicie zdemontowany. Po trzecie – nie mniej istotny jest brak bezpośredniej interwencji rosji i Chin, które mogłyby wzmocnić najbardziej radykalne frakcje. Nie chodzi tu o bezpośrednie wejście w wojnę (na to ani Moskwa, ani Pekin nie są gotowe), ale o stworzenie sytuacji analogicznej do zachodniego wsparcia dla Ukrainy. O ile w przypadku rosji to mało realny scenariusz, o tyle Chiny miałyby tu znacznie więcej asów w rękawie.

Załóżmy jednak, że do niczego takiego nie dojdzie, a Amerykanom i Izraelczykom uda się zrealizować najkorzystniejszy scenariusz. Skutki takiego rozwoju wydarzeń byłyby daleko idące. Regionalne napięcie stopniowo opadłoby, ceny ropy wróciłyby do stabilniejszych poziomów, a Izrael zyskałby większe poczucie bezpieczeństwa strategicznego. Bliski Wschód nie stałby się przestrzenią wieloletniej wojny, lecz przeszedłby przez okres ostrego, ale krótkiego przesilenia.

—–

Najbardziej realistyczny wariant zakłada, że konflikt nie doprowadzi ani do szybkiej zmiany władzy w Teheranie, ani do załamania państwa. Iran przetrwałby pierwszy szok, odbudował łańcuch dowodzenia i przeszedł do strategii przetrwania. Wojna przekształciłaby się w długotrwałą, kontrolowaną eskalację.

W tym scenariuszu USA i Izrael kontynuowałyby precyzyjne uderzenia w infrastrukturę wojskową i program rakietowy. Iran odpowiadałby asymetrycznie: atakami rakietowymi i dronowymi, aktywizacją milicji w Iraku i Syrii, presją na żeglugę w rejonie Cieśniny Ormuz oraz wykorzystaniem Hezbollahu.

Konflikt przybrałby formę wojny na wyczerpanie. Kluczowa byłaby zdolność do utrzymania działań przez miesiące. Iran ponosiłby straty, ale zachowałby możliwość zadawania ograniczonych uderzeń. USA i Izrael utrzymywałyby przewagę powietrzną, lecz nie wyeliminowałyby całkowicie zagrożenia rakietowego.

Region znalazłby się w stanie permanentnego napięcia. Liban pozostałby niestabilny, Irak balansowałby między presją Teheranu a obecnością amerykańską, a państwa Zatoki zwiększałyby inwestycje w obronę powietrzną i ochronę infrastruktury energetycznej. Żegluga w Zatoce Perskiej funkcjonowałaby przy podwyższonym ryzyku, co przełożyłoby się na wyższe koszty transportu.

Gospodarczo oznaczałoby to utrzymywanie się cen ropy na podwyższonym poziomie – niekoniecznie dramatycznym, lecz zwiększającym presję inflacyjną. Politycznie skutkowałoby to dalszą militaryzacją regionu oraz większym zaangażowaniem mocarstw zewnętrznych. Dla Chin, jako największego importera ropy z regionu, kluczowe byłoby utrzymanie minimalnej stabilności szlaków energetycznych, nawet kosztem cichego wsparcia dla Teheranu.

Społecznie Iran nie musiałby eksplodować rewolucją. Zewnętrzna presja mogłaby częściowo konsolidować społeczeństwo wokół państwa, mimo pogarszającej się sytuacji gospodarczej. Reżim adaptowałby się do warunków wojennych, jak w przeszłości w okresach sankcji.

Byłby to scenariusz bez spektakularnego finału – bez upadku Teheranu i bez jednoznacznego zwycięstwa Zachodu. Konflikt stałby się kosztowną, przedłużającą się normalnością.

—–

Najczarniejszy wariant zakładałby nie tylko osłabienie reżimu, lecz jego faktyczne załamanie. Uderzenia dekapitacyjne, dalsze straty wśród dowódców IRGC oraz zniszczenie kluczowych węzłów dowodzenia mogłyby doprowadzić do rozpadu spójności aparatu państwowego. Jeśli równocześnie doszłoby do głębokiego kryzysu gospodarczego i masowych niepokojów społecznych, Iran wszedłby w fazę wewnętrznej destabilizacji.

Taki rozwój wydarzeń nie oznaczałby jednak automatycznie prozachodniego przełomu. Historia Iraku po 2003 roku pokazała, że upadek centralnej władzy w państwie o silnych podziałach wewnętrznych może prowadzić do próżni bezpieczeństwa, a nie do szybkiej demokratyzacji. Iran jest krajem wieloetnicznym i regionalnie zróżnicowanym. Kurdowie na północnym zachodzie, Beludżowie na wschodzie czy Arabowie w Chuzestanie mogliby wykorzystać osłabienie centrum do realizacji własnych aspiracji. Rywalizujące frakcje IRGC, struktur bezpieczeństwa i duchowieństwa mogłyby wejść w otwarty konflikt o kontrolę nad państwem.

W takim scenariuszu pojawiłoby się ryzyko rozproszenia arsenału rakietowego oraz infrastruktury związanej z programem nuklearnym. Nawet jeśli nie doszłoby do przejęcia broni przez podmioty niepaństwowe, sama utrata centralnej kontroli oznaczałaby wieloletni chaos. Milicje, które dotąd działały jako narzędzie polityki zagranicznej Teheranu, mogłyby przekształcić się w autonomiczne ośrodki siły.

Konsekwencje regionalne byłyby poważne. Irak i Liban, już dziś kruche politycznie, znalazłyby się pod dodatkową presją. Turcja, rosja czy państwa Zatoki mogłyby próbować zabezpieczać własne interesy poprzez wsparcie wybranych frakcji. Izrael stanąłby przed dylematem: czy chaos w Iranie jest mniejszym zagrożeniem niż stabilny, ale wrogi reżim.

W wymiarze społecznym oznaczałoby to falę uchodźców – potencjalnie liczoną w milionach – kierującą się do Turcji, Azji Środkowej i Europy. Gospodarczo skutkiem byłaby poważna destabilizacja rynku energii. Zakłócenia eksportu z Iranu oraz niepewność w rejonie Zatoki Perskiej mogłyby wywindować ceny ropy do poziomów wyraźnie przekraczających 100 dolarów za baryłkę, z globalnymi konsekwencjami inflacyjnymi.

Największe ryzyko tego scenariusza polegałoby jednak na czymś innym: na utracie kontroli nad procesem. W przeciwieństwie do operacji wojskowej, którą można planować i kalibrować, rozpad państwa jest zjawiskiem trudnym do przewidzenia i jeszcze trudniejszym do zatrzymania. Upadek reżimu nie musiałby oznaczać końca zagrożenia – mógłby stać się początkiem długotrwałej niestabilności.

Ale czy plan na „dzień po” w ogóle istnieje? O tym piszę w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Amerykańskie F-35, zdjęcie ilustracyjne/fot. Bartek Bera

Pech

Dotkliwa strata Amerykanów – jednego poranka spadły im trzy myśliwce F-15.

Maszyny rozbiły się na terytorium Kuwejtu. Nie był to efekt działania wrogiej obrony przeciwlotniczej – do zdarzeń doszło z dala od irańskich systemów uzbrojenia. Oficjalne źródła potwierdziły, że przyczyną był incydent typu „friendly fire”, czyli omyłkowy ostrzał w warunkach bojowych.

Ponoć Amerykanów trafiły kuwejckie Patrioty.

Co nam to mówi o sytuacji? Ano sporo o skali napięcia, tempie operacji i ogromnym zagęszczeniu w przestrzeni powietrznej. Nad rejonem działań operuje jednocześnie lotnictwo kilku państw, do tego dochodzą systemy obrony przeciwlotniczej, tankowce, samoloty wczesnego ostrzegania, drony. W tak nasyconym środowisku, przy wysokiej dynamice zdarzeń, rośnie ryzyko błędu identyfikacji. Historia pokazuje, że im większe tempo i bardziej złożona operacja, tym większe prawdopodobieństwo tragicznych pomyłek – nawet przy technologicznej przewadze jednej ze stron.

Najbardziej znaną analogią pozostaje operacja „Pustynna Burza” z 1991 roku. W trakcie tej kampanii koalicja utraciła łącznie 75 statków powietrznych (samolotów i śmigłowców), z czego około 38–39 w wyniku działań bojowych. Co najmniej 7–9 z tych strat było efektem ognia własnego. Oznacza to, że mniej więcej jedna piąta strat bojowych wynikała z „friendly fire”. Zwłaszcza w pierwszych dniach operacji dochodziło do napięć między systemami obrony powietrznej a lotnictwem uderzeniowym.

Dziś rano wszystkie załogi przeżyły. To efekt kilku czynników. Po pierwsze – solidnej konstrukcji F-15 i sprawdzonych procedur awaryjnych; maszyna wyposażona jest w bardzo skuteczne fotele katapultowe, pozwalające na ewakuację w szerokim zakresie parametrów lotu. Po drugie – „efy” posiadają zaawansowane systemy ostrzegania przed opromieniowaniem radarowym i nadlatującym pociskiem, które dają pilotowi bezcenne sekundy na decyzję. Po trzecie – w tym przypadku nie było to tak istotne, bo załogi spadały na sojusznicze terytorium, ale co do zasady, amerykańskie siły zbrojne mają znakomicie przetrenowane akcje ratownicze (Combat Search and Rescue); to standard nieosiągalny w innych armiach.

Kontrast widać na tle wojny rosyjsko-ukraińskiej. Gdy ukraińska obrona przeciwlotnicza, w tym systemy MIM-104 Patriot, zaczęła skutecznie razić rosyjskie samoloty, piloci często nie mieli czasu na bezpieczną ewakuację – zwłaszcza gdy maszyny były trafiane na małej wysokości lub w trakcie manewru bojowego. Różnice w taktyce, parametrach lotu, jakości systemów ostrzegania oraz w sprawności ratownictwa bojowego bezpośrednio przekładają się na przeżywalność załóg; w rosyjskim lotnictwie jest ona względnie niska.

Wracając zaś do sedna – tym razem obyło się bez ofiar wśród pilotów, ale sam fakt utraty trzech maszyn – i to nie od ognia przeciwnika – będzie miał znaczenie nie tylko operacyjne, ale i wizerunkowe. Trump pewnie machnie ręką, ale dla jego PR-owców to poważne wyzwanie.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. F-15/fot. USAF