Archiwa tagu: Chiny

Pakt

Australia – z uwagi na geografię i demografię – skazana jest na posiadanie stosunkowo silnej marynarki wojennej. Wysunięte przedpole dla kraju-wyspy – zamieszkałego przez relatywnie niską liczbę ludności – stanowią bowiem wody Pacyfiku i Oceanu Indyjskiego. Australijskie „być albo nie być”, to uniemożliwienie nieprzyjacielowi desantu, zniszczenie jego armady inwazyjnej jeszcze na morzu. Do tego celu doskonale nadają się m.in. okręty podwodne – obecnie pod banderą RAN (ang. Royal Australian Navy) pływa ich sześć. To względnie nowoczesne jednostki, przekazane flocie w latach 1996-2003. Wszystkie mają zostać już wkrótce zmodernizowane, zatem należy spodziewać się ich dalszej służby przez co najmniej kilkanaście lat. Ale Canberra już od dawna myślała o następcach. Nie było więc wielkiego zaskoczenia, gdy australijski rząd ogłosił w połowie września decyzję o zakupie ośmiu okrętów. Poruszenie pośród polityków i wojskowych z kilku państw wywołał fakt, że mają to być jednostki o napędzie atomowym.

Takimi okrętami dysponują wyłącznie mocarstwa jądrowe – i to nie wszystkie (nie mają ich np. Izrael i Pakistan). Prym wiodą, co oczywiste, marynarki wojenne USA (71 szt.) i Rosji (31 szt.), w II lidzie pozostają Wielka Brytania (11 szt.), Francja (10 szt.) i Chiny (ok. 10 szt.). Zaledwie pojedynczy sprawny okręt pływa pod banderą Indii. Ogłoszony zakup sprawi więc, że Australia przebojem wedrze się do elitarnego grona – co istotne, nie tylko użytkowników, ale i producentów tego rodzaju uzbrojenia. Umowa zawarta między Canberrą, Waszyngtonem i Londynem zakłada bowiem transfer technologii, dzięki czemu okręty powstaną w Australii. Oznacza to wydłużenie realizacji kontraktu – zdaniem niektórych ekspertów, aż o dekadę. W praktyce zatem pierwsze okręty wyjdą w morze w połowie lat 30. To dość odległa perspektywa, ale mówimy o jednostkach, których eksploatacja potrwa co najmniej 40 lat. Stąd też bierze się zawrotna suma całego przedsięwzięcia, sięgająca 50 mld dol.

Atomowe ambicje wyspiarzy

RAN potrzebuje nowych okrętów dla zwiększenia efektywności. Tradycyjny napęd dieslowsko-elektryczny pozwala użytkowanym obecnie jednostkom na 11-dniowe patrole. W teorii, reaktory jądrowe stworzą możliwość nieograniczonego w czasie rejsu. Biorąc pod uwagę czynnik ludzki i mechaniczny (zmęczenie załogi i zużycie podzespołów), realne staną się 2,5-miesięczne wyprawy. Co ważne, realizowane bez konieczności pobierania paliwa, przy większych prędkościach i zasięgach, okrętami cichszymi i wytrzymalszymi. Czy lepiej uzbrojonymi? Zapewne tak, choć trudno na razie o szczegóły. Zapowiedziany zakup nie łamie układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej – kraje nieposiadające takich głowic, mogą dysponować okrętami o napędzie atomowym. Niemniej pośród australijskiej klasy politycznej nie brakuje zwolenników radykalnego zwiększenia potencjału odstraszania. W myśl tej idei, okręty powinny móc wystrzeliwać pociski manewrujące z ładunkami jądrowymi.

Samo posiadanie „nośników” nie jest jednoznaczne ze statusem atomowego mocarstwa. Niemieccy piloci od dekad szkolą się w zrzucaniu „atomówek”, choć RFN takiej broni nie ma w arsenale. Program „nuklearnej partycypacji” służy zwiększeniu puli wyszkolonych załóg, będących w dyspozycji NATO – i mimo kontrowersji, wciąż jest kontynuowany. Podobnie należy spojrzeć na australijskie zabiegi, tym uważniej, że okręty z opcją atomowych pocisków to nie jedyny pomysł wpływowych polityków. W Australii coraz częściej mówi się też o nabyciu amerykańskich samolotów B-21. To bombowce strategiczne (nadal w fazie testów), o międzykontynentalnym zasięgu. Oba te „nośniki” – choć po prawdzie także każdy z osobna – wyposażone w bomby i pociski jądrowe, zasłużyłyby na miano „game changerów” w południowo-wschodniej Azji i Oceanii. Nic dziwnego więc, że zapowiedź Canberry dotycząca kupna okrętów wzburzyła Pekin. Chińska propaganda określiła te plany jako wrogie i wymierzone w interesy Państwa Środka.

Eliminacja dużego gracza

Bo takimi w istocie są. Kwestia okrętów to jedynie fragment porozumienia, zawartego 15 września br. przez Australię, Wlk. Brytanię i USA. Nosi ono nazwę AUKUS (od ang. Australia, United Kingdom, and the United States) i zakłada szereg działań zwiększających zachodnią obecność wojskową na Pacyfiku. Poza rozbudową „zdolności podwodnych” członków paktu, umowa przewiduje współpracę w zakresie cyber-wojny oraz uderzeń dalekiego zasięgu. Są w niej też zapisy dotyczące utrzymywania i rozwoju „infrastruktury obrony jądrowej”. Wspólne oświadczenie australijskiego premiera Scotta Morrisona, brytyjskiego szefa rządu Borisa Johnsona i prezydenta USA Joe Bidena nie wymieniło z nazwy żadnego kraju-przeciwnika. Brudną robotę wykonali anonimowi współpracownicy polityków, którzy już bez ogródek zapewniali media, że AUKUS ma na celu przeciwdziałanie wpływom Chin w obszarze Indo-Pacyfiku. Chiński ekspansjonizm od dawna definiowany jest jako zagrożenie dla Waszyngtonu i, w mniejszej skali, Londynu. Canberra przez lata lawirowała pomiędzy Pekinem a Zachodem. Chiny są największym partnerem gospodarczym Australii, na kontynencie mieszka 650 tys. Australijczyków chińskiego pochodzenia. Jednoznaczny kierunek na anglosaską wspólnotę oznacza, że rząd Australii postawił bezpieczeństwo nad ekonomię.

I działa przy tym bezkompromisowo. Zapowiedź kupna ośmiu atomowych okrętów podwodnych wywołała szok w Paryżu. Tym samym bowiem Australijczycy zerwali umowę z Francuzami, w 2019 r. nazwaną „militarnym kontraktem stulecia”. Finalnie opiewał on na sumę niemal 60 mld euro i przewidywał zbudowanie aż 12 tradycyjnie napędzanych okrętów podwodnych. Co istotne, Francuzi posiadają odpowiednie know-how i byliby w stanie zaproponować Australijczykom budowę jednostek wyposażonych w napęd jądrowy. Canberra wybrała jednak opcję amerykańsko-brytyjską, o czym Paryż dowiedział się w ostatniej chwili przed podpisaniem paktu AUKUS. I właśnie ów styl zerwania umowy szczególnie mocno ubódł prezydenta Francji Emmanuela Macrona. Do tego stopnia, że Paryż odwołał „na konsultacje” ambasadora w Stanach Zjednoczonych – postrzeganych jako główny sprawca zamieszania – i Australii. Nad Sekwaną mówi się wręcz o „zdradzie Waszyngtonu” i o dramatycznym schłodzeniu relacji Francji z USA. Ów ton wynika z faktu, że nie chodzi „tylko” o okręty i utracone miliardy zysków.

Europejska potrzeba jedności

Francja, jakkolwiek istotnie osłabiona po II wojnie światowej, nigdy nie wyrzekła się mocarstwowych ambicji. Konsekwentnie budowała potęgę armii, dużą wagę przykładając do możliwości ekspedycyjnych. W efekcie, francuskie siły zbrojnie to dziś niekwestionowany europejski lider, zdolny do operowania w najdalszych zakątkach globu. Z uwagi na ekonomiczne znaczenie Indo-Pacyfiku oraz historyczne uwarunkowania, francuska „projekcja siły” dociera i tam. Gigantyczna umowa z Canberrą wpisywała się w te działania, stwarzając naturalne podglebie dla ściślejszych relacji polityczno-wojskowych. Teraz – w ocenie Paryża – wszystko trafił szlag. Jak na razie nie wiadomo, w jakim kierunku podąży prezydent Macron. Czy przełknie żabę i przyłączy się do Anglosasów? Poszuka innych sojuszników w regionie? A może zdecyduje się na samodzielną konfrontację z Chinami? Niezależnie od wybranej opcji, już dziś nie brak opinii, że policzek wymierzony Francuzom będzie rezonował także w Europie. Paryż utwierdził się w przekonaniu, że USA zdolne są wywinąć świństwo zaprzyjaźnionemu państwu. I że przenoszą uwagę na Daleki Wschód, przygotowując się do wojny z Chinami. „Europa potrzebuje większej jedności i własnej armii, bo zdani jesteśmy sami na siebie” – mogą od teraz jeszcze mocnej przekonywać francuscy politycy.

Możliwe są także inne skutki australijskiej wolty. Po pierwsze, Rosja i Chiny mogą pójść drogą USA i Wlk. Brytanii – i podzielić się własnymi technologiami, do tej pory zastrzeżonymi dla atomowych mocarstw. Po drugie, antychiński sojusz łączy Amerykę także z Japonią i Koreą Płd. Oba kraje dysponują potężniejszymi budżetami obronnymi niż Australia – szybciej i łatwiej byłby w stanie opanować tajniki budowy atomowych okrętów podwodnych. Ich jednak Waszyngton nie wybrał do współpracy. Dlaczego? Odpowiedź znajdziemy na mapie – oba kraje leżą za blisko Chin, nie potrzebują dalekosiężnych jednostek o napędzie jądrowym. Ale w obu rośnie liczba zwolenników posiadania „atomowego asa w rękawie”. W obu istnieje zaplecze naukowo-techniczne, zdolne w ciągu kilku-kilkunastu lat wyprodukować własną broń jądrową. Atomowe ambicje Australii i pierwszy krok w ich kierunku (zakup okrętów), mogą sprawić, że Koreańczycy i Japończycy poczują się zmuszeni do podkręcenia wyścigu zbrojeń. Canberrę, Seul i Tokio łączą przyjazne relacje, ale sojusze się zmieniają, a współczesne systemy uzbrojenia służą przez długie dekady. I w Japonii, i w Korei Płd, stacjonują amerykańskie wojska – jako gwarant bezpieczeństwa przed zakusami Korei Płn. i Chin. Problem w tym, że sojusznicza wiarygodność USA mocno w ostatnim czasie ucierpiała. A to sprzyja myśleniu o konieczności samodzielnego poradzenia sobie w razie problemów. Koreańczykom będzie prościej – Seul właśnie ujawnił, że dysponuje pociskami balistycznymi wystrzeliwanymi z okrętów podwodnych. Póki co przenoszą one konwencjonalne głowice…

—–

Nz. Australijskie konwencjonalne okręty podwodne typu Collins/fot. Royal Australian Navy

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 40/2021

Beczka

Z danych Sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem (ang. SIPRI) wynika, że w 2018 r. świat przeznaczył na obronność 1,82 bln dol., rok później – 1,91 bln. Minionego lata przewidywano, że wywołane pandemią spowolnienie gospodarcze przełoży się także na wydatki wojskowe. Ba, niektórzy wieszczyli wręcz gwałtowne załamanie się wyścigu zbrojeń. Tymczasem w 2020 r. narody świata wydały na utrzymanie, modernizację i rozwój sił zbrojnych 1,98 bln dol. Bieżący rok najpewniej zakończy się kolejnym rekordowym wynikiem, rzędu 2,1-2,2 bln dol.

Ponad jedną trzecią zeszłorocznych środków należy zapisać na konto Stanów Zjednoczonych, które od dekad królują w zestawieniu SIPRI. Rosja znalazła się na czwartym miejscu (62 mld dol.), ustępując pola Chinom (252 mld dol.) oraz Indiom (72 mld dol.). W sumie rządy krajów dalekowschodniej Azji wydały 500 mld dol. na cele militarne. Dodajmy, że siły zgromadzone w tym rejonie kuli ziemskiej „przejadły” niemal dziesiątą część budżetu Pentagonu i jedną czwartą pieniędzy rosyjskiego ministerstwa obrony. Odległa Azja przywodzi zatem skojarzenie z beczką prochu.

Przez długi czas była nią Europa, tragicznie doświadczona oboma konfliktami światowymi, a później zimnowojenną rywalizacją. Dziś udział europejskich potęg w wydatkach zbrojeniowych nie jest już tak znaczący. W pierwszej dziesiątce za 2020 r. mamy bowiem Wielką Brytanię (59 mld, 5. pozycja), Niemcy (52,8 mld, 7. pozycja) i Francję (52,7 mld, 8. pozycja). Top 10 zamykają Japonia (49,1 mld) i Korea Południowa (45,7 mld), co dodatkowo uwidacznia przesunięcie militarnego punktu ciężkości świata na Daleki Wschód.

Dla porządku odnotujmy, że na miejscu szóstym uplasowała się Arabia Saudyjska (57,5 mld), Polsce zaś przypisano pozycję nr 19 (13 mld).

Japonia odchodzi od pacyfizmu

Za militaryzację regionu odpowiada przede wszystkim ekspansywna polityka Chińskiej Republiki Ludowej. I choć to Chiny rozkręciły spiralę zbrojeń, dziś same stały się ich zakładnikiem. W relacji jeden na jednego ChRL – mocarstwo atomowe – jest w stanie narzucić swoją wolę każdemu z państw Dalekiego Wschodu. Jednak w obliczu sojuszy – pozornie nawet egzotycznych – jej potęga militarna nie robi już takiego wrażenia. Pekin więc „ucieka do przodu” – rozbudowuje armię, lotnictwo i flotę – zwłaszcza że próbę „wygrania” Pacyfiku odebrano w Waszyngtonie jako chęć zaszkodzenia interesom USA. Chińskie zbrojenia muszą zatem odpowiadać nie tylko regionalnym, ale i globalnym wyzwaniom, a ich rozmach mobilizuje sąsiadów, którzy boją się za bardzo zostać w tyle. Za przykład niech posłuży Japonia. Kraj Kwitnącej Wiśni dysponuje obecnie jedną z najpotężniejszych marynarek wojennych świata. W jej skład wchodzą m.in. cztery niszczyciele śmigłowcowe. De facto są to okręty, które po niewielkich modyfikacjach mogą pełnić role lotniskowców – najbardziej ofensywnych jednostek morskich. Po II wojnie światowej Tokio zmuszono do rezygnacji z takich okrętów, ale kraj już dawno zszedł ze ścieżki narzuconego wówczas pacyfizmu. Modernizacja niszczycieli typu Izumo – tak, by mogły przyjmować morską odmianę samolotów F-35 – to jedno z zadań postawionych japońskiemu ministerstwu obrony na bieżący rok.

Rząd w Tokio zamierza wydać w 2021 r. 52 mld dol. na własne siły zbrojne (formalnie nie są one nawet armią, której posiadania zabrania japońska konstytucja). Budżet uwzględnia środki na zakup kolejnych F-35 – zarówno w wersji morskiej, jak i lądowej. W sumie Japonia nabędzie 147 „efów”, stając się jednym z największych użytkowników tych maszyn. Obecny rok budżetowy zwieńczy wprowadzenie do służby w Morskich Siłach Samoobrony kolejnego, 22-ego okrętu podwodnego. Gros środków przeznaczonych zostanie na prace badawczo-rozwojowe – m.in. nad pociskami manewrującymi dalekiego zasięgu, zdolnymi razić cele w Korei Północnej i… Chinach. Japońscy inżynierowie mają się pochylić nad projektami nowych rakiet przeciwokrętowych oraz myśliwca 6. generacji. Pierwsze dwa rodzaje broni winny znaleźć się na wyposażeniu w drugiej połowie dekady.

Ambicje na miarę lotniskowca

Po przeciwnej stronie mapy mamy Indie – z ich arsenałem jądrowym i liczącą 1,3 mln żołnierzy armią. W tym roku Delhi nie ogłosiło jeszcze znaczących kontraktów militarnych. Wiadomo, że trwają zakupy amunicji, której rezerwy pozwolą na jednoczesne prowadzenie wojen na dwóch frontach – pakistańskim i chińskim – przez co najmniej 15 dni. Dotychczasowe zapasy wystarczały na 10 dni intensywnych zmagań – zwiększenie zdolności to wydatek rzędu 6,8 mld dol., w całości przewidziany na bieżący rok. Sporo, ale mówimy o wojsku wyposażonym m.in. w 3,5 tys. czołgów, 1,2 tys. samolotów, ponad 600 śmigłowców i 170 okrętów. W minionym roku Indie zakupiły we Francji 36 samolotów bojowych Rafale, zobowiązano też własny przemysł do dostarczenia 83 lekkich myśliwców Tejas. Trwa intensywna modernizacja obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej, do służby wchodzą kolejne okręty podwodne (budowane na francuskiej licencji jednostki typu Scorpène). Jeszcze w tym roku stocznię opuści lotniskowiec INS Vikrant. Tym samym Delhi będzie dysponować dwoma „pływającymi lotniskami” (Vikrant dołączy do poradzieckiego INS Vikramaditya). Marynarka naciska na budowę trzeciego lotniskowca i choć nie zostało to jeszcze przesądzone, przyszły okręt już otrzymał nazwę – Vishal.

I właśnie z tych lotniczo-morskich poczynań i planów najprościej wyczytać skalę ambicji Indii. Delhi nie zamierza grać drugorzędnej roli na „własnym” oceanie. Pech chciał, że stanowi on „wrota do Chin”, że nie sposób pominąć go na drodze, jaką pokonują statki z chińską banderą, przewożące strategiczne towary z Afryki. Nieuchronność indyjsko-chińskiej konfrontacji, w połączeniu z rosnącym potencjałem Japonii oraz innego „tradycyjnego” wroga Pekinu – Korei Południowej – stawiają w bardzo niekorzystnej sytuacji Tajwan. Zdaniem władz w Pekinie, wyspa wciąż jest częścią kontynentalnych Chin, zbuntowaną prowincją, którą należy „przywrócić do macierzy”. O dobrowolnym scaleniu nie ma mowy, a na siłowe rozwiązanie może Pekinowi zabraknąć czasu. Takie obawy wyraża część chińskich wojskowych, kreśląc przed władzami partii wizje wojny w stylu „Chiny kontra reszta regionu”. W tej perspektywie zajęcie Tajwanu musi nastąpić w odpowiednim „okienku startowym” – kiedy wspólny potencjał wrogów nie przewyższa możliwości ChRL.

Azjatyckie Sarajewo

Sprawy nie ułatwia sam Tajwan, od lat przeznaczając istotną część budżetu na siły zbrojne. W tym roku ma to być ponad 15 mld dol. Co prawda Tajpej nie udało się przekonać Waszyngtonu do zgody na zakup F-35, ale siły zbrojne wyspy otrzymają w najbliższych latach 66 sztuk najnowszych wersji efów szesnastych. Zmodernizowanych ma zostać również 140 F-16 starszych odmian – wszystkie do 2023 r. Trwają intensywne zakupy systemów rakietowych – obrony nadbrzeżnej i przeciwlotniczej. Tajwańska doktryna zakłada trzymanie wroga na dystans – zatopienie okrętów osłony i desantu nim dotrą w pobliże plaż. W razie zdobycia przyczółków, „czerwoni Chińczycy” napotkają ścianę ognia. Tworzyć ją mają amerykańskie czołgi i wyrzutnie przeciwpancerne, wyrzutnie rakietowe typu Himars, rakiety ziemia-ziemia i powietrze-ziemia. Na całe to wyposażenie tylko w ubiegłym roku podpisano w Stanach umowy na niemal 12 mld dol., płatnych do końca dekady.

Niezależnie od wysiłków Tajwańczyków i rosnącej potęgi pozostałych graczy z regionu, to ryzyko wojny z USA jest głównym powodem, który powstrzymuje Chiny przed inwazją na wyspę. Trudno ocenić, na ile aktywnie Waszyngton zaangażowałby się w jej obronę – sygnały płynące ostatnio z Białego Domu i Pentagonu każą Pekinowi zakładać pełnoskalową kampanię lotniczo-morską, z zaangażowaniem istotnych elementów sił lądowych. A takich zmagań Chiny by w tej chwili nie wygrały. Tak dochodzimy do kolejnego zapętlenia azjatyckiego wyścigu zbrojeń – czegoś na wzór obiektywnej konieczności dla chińskiej „ucieczki do przodu”. I znów – o jej skali najlepiej świadczy budowa morskiego potencjału. Marynarka wojenna ChRL już dziś jest najliczniejszą formacją tego typu na świecie. Nadal jednak ustępuje drugiej co do liczebności US Navy jeśli idzie o wielkość flotylli lotniskowców. Chińczycy mają w służbie dwie jednostki (w tym jedną poradziecką); obie o parametrach znacznie gorszych niż amerykańskie odpowiedniki. Ale na oczach całego świata – dosłownie, za sprawą zdjęć satelitarnych – w imponującym tempie buduje się trzeci, tym razem już „pełnokrwisty” okręt. Trzy kolejne mają powstać do 2035 r.

Czy wówczas „na bank” wybuchnie amerykańsko-chińska wojna? Niekoniecznie, Stany bowiem wciąż będą posiadały dwukrotną przewagę w lotniskowcach (11:6). Tak naprawdę z większą obawą należy spoglądać w najbliższą przyszłość. Daleki Wschód to region z nieuregulowanymi sporami granicznymi (Indie-Pakistan, Indie-Chiny, Chiny-Wietnam, Japonia-Rosja), nasycony bronią jądrową i konwencjonalną – tą ostatnią w skali przypominającej Europę tuż przed 1914 rokiem. Z Państwem Środka łakomie spoglądającym nie tylko na szlaki morskie wiodące do Afryki, ale także na zasoby naturalne Syberii. I z Kim Dzonk Unem, szalonym satrapą, który trzyma „pod parą” co najmniej kilka taktycznych głowic jądrowych. Wreszcie, z piratami dziesiątkującymi żeglugę na granicy Oceanu Indyjskiego i Pacyfiku. W tej beczce prochu nietrudno o iskrę, wznieconą niekoniecznie z intencją wywołania wielkiej wojny. Ale w skutkach przypominającą zamach w Sarajewie.

—–

Nz. Marynarze chińskiej floty/fot. domena publiczna

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 29/2021

„Sukces”

Ciekaw jestem, kiedy świat zauważy polskie sukcesy w walce z kowidem. I zarzuci nam, jak swego czasu Chinom, fałszowanie statystyk. Bo w istocie z czymś takim mamy do czynienia. Fałsz nie zawsze musi polegać na ręcznej interwencji w cyferki.

Polacy nie chcą robić testów. Potwierdzają to masowo lekarze-interniści, którzy kierują chorych z objawami na badania. Mamy już dość pandemicznych obostrzeń, boimy się ich ekonomicznych skutków. Tymczasem „trafienie” oznacza 10-dniową izolację i o tydzień dłuższą kwarantannę dla członków rodziny. Lepiej więc „nie wiedzieć”, nie mówić, przechorować w normalnym rygorze czy nawet przechodzić z nadzieją, że samo wyjdzie. Przecież miażdżąca większość chorych nie odczuwa konsekwencji zakażenia w jakiś dramatyczny sposób.

Z poziomu jednostki jest to zatem działanie racjonalne (mniejsze zło), ale z poziomu wspólnoty już nie. Tu bowiem mamy do czynienia z kumulacją złych, indywidualnych wyborów. Wirus nie znika, wciąż z nami jest. Groźniejszy, bo wymykający się statystykom, co utrudnia lokalizację jego ognisk. Ognisk, które musimy namierzać, by móc wirusa zwalczać.

Co robi w takiej sytuacji odpowiedzialna władza? Zmienia strategię walki. Zastępuje nieefektywny już model nowym. W przypadku kowidowej prewencji najlepiej sprawdza się masowe testowanie. Doświadczenia prymusów walki z COVID-19 najlepszym tego dowodem. Objawowy czy nie, musisz wykonać test i powtórzyć go w określonym czasie. Przez takie sito trudno prześliznąć się nieświadomym chorym i tym, którzy chorobę ukrywają.

Oczywiście, to kosztowny zabieg, ale będący w zasięgu budżetu takiego państwa jak Polska.

Co tymczasem robi rząd RP? Ano ogłasza, kolejne już (!), zwycięstwo w walce z pandemią. Kilkukrotny spadek liczby wykrywanych zakażeń, istotny spadek liczby zgonów – i to w ciągu zaledwie kilku dni. Yes, yes, yes, Polska mistrzem świata, wygraliśmy! A specjaliści pukają się w czoło i biją na alarm.

Władza tymczasem udaje, że tych alarmów nie słyszy.

Bo tak jej wygodniej. Bo rzekome zwycięstwo w walce z kowidem to nie tylko argument potwierdzający dobre zarządzanie. To również pretekst, by w ciągu najbliższych tygodni wykonać ukłon w stronę konserwatywnej części polskiego społeczeństwa, będącej bazą wyborczą PiS. „Jest lepiej, więc przygotujmy się i spędźmy święta bożego narodzenia tak, jak zawsze to robiliśmy” – wyborca rządzącej partii z pewnością doceni ów gest.

Ale natury nie da się oszukać. Kowidowe wykresy nam się wypłaszczą, nawet te, dotyczące wirusowych śmierci (brak rozpoznania COVID-19 oznacza, że taka informacja nie znajduje się w karcie zgonu). Ale ludzie umierać będą (zaś szpitale nie zrezygnują z dotychczasowych reżimów sanitarnych i polityki ograniczonej dostępności). Tak długo, jak kowid będzie się pośród nas panoszył, zliczony czy nie, będzie skutkował większą, bezwzględną liczbą zgonów. A tych jest w tej chwili w Polsce dwa razy więcej niż normalnie.

Tyle, ile było w 1944 roku. Tak wygląda prawdziwe oblicze „sukcesu Morawieckiego”…

—–

Nz. Ja już po. Wielkiego dramatu nie było, ale czasem musiałem się ratować „techniką”. Uważajcie na siebie!