Scenariusze

Napięcie między USA, Izraelem a Iranem weszło w fazę otwartej konfrontacji. Dziś pytanie nie brzmi już, czy Iran odpowie, lecz jak daleko ta wojna może się posunąć. Czy będzie to szybka zmiana władzy w Teheranie, długotrwała wojna wyniszczająca, czy początek chaosu porównywalnego z Irakiem po 2003 roku?

Amerykańsko-izraelska operacja rozpoczęła się od klasycznego uderzenia dekapitacyjnego wymierzonego w rdzeń systemu władzy i aparatu bezpieczeństwa. Celem stały się centra dowodzenia, łączność, wybrane instalacje rakietowe oraz kluczowi dowódcy Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC). Tego typu operacja ma sparaliżować łańcuch dowodzenia i wywołać dezorganizację, zanim przeciwnik zdoła przejść do skoordynowanej odpowiedzi. Ma też wymiar psychologiczny – pokazuje, że nikt nie jest bezpieczny nawet w najgłębiej chronionych ośrodkach.

Pytanie jednak, czy Iran był na taki scenariusz przygotowany.

Islamska Republika od dekad funkcjonuje w warunkach permanentnego zagrożenia. System władzy zaprojektowano tak, by przetrwać poważne straty kadrowe. IRGC posiada równoległe wobec armii regularnej struktury dowodzenia, a sukcesja polityczna i wojskowa w wielu obszarach została wcześniej zaplanowana. Infrastruktura związana z programem rakietowym jest rozproszona i głęboko bunkrowana, a system dowodzenia w ostatnich latach decentralizowano, by utrudnić jego sparaliżowanie jednym ciosem.

Dlatego pierwsze godziny wojny nie przesądzają o jej wyniku. Uderzenie było spektakularne i kosztowne dla Teheranu, lecz nie musi oznaczać załamania państwa. Jak potoczą się jego losy – i losy tego konfliktu?

—–

W najbardziej korzystnym dla USA i Izraela wariancie obecna operacja nie przerodzi się w długą wojnę regionalną, lecz doprowadzi do pęknięcia wewnątrz irańskiego systemu władzy.

Kluczowe jest tu rozróżnienie między aparatem wojskowo-rewolucyjnym a strukturą państwową jako taką.

Prawdopodobnie nie przez przypadek dotychczasowe uderzenia koncentrowały się przede wszystkim na wojskowych – dowódcach IRGC, centrach dowodzenia. Infrastruktura cywilna i administracyjna nie stała się głównym celem. Jeśli ten schemat się utrzyma, może to oznaczać próbę wywołania kontrolowanej implozji reżimu: osłabienia twardego rdzenia siłowego przy pozostawieniu przestrzeni dla alternatywy politycznej.

Taki scenariusz zakłada, że w Teheranie dojdzie do wewnętrznego przesilenia. Część elit – technokratów, administracji państwowej, biznesu powiązanego z eksportem ropy – może uznać, że dalsza konfrontacja z Zachodem grozi przetrwaniu państwa. Jeśli jednocześnie aparat siłowy zostanie osłabiony personalnie i logistycznie, presja na zmianę kursu może wzrosnąć.

Nie musi to oznaczać natychmiastowego upadku Islamskiej Republiki. Bardziej realna byłaby „korekta systemu”: odsunięcie najbardziej konfrontacyjnych frakcji, ograniczenie roli części struktur IRGC, powrót do negocjacji w sprawie programu nuklearnego i próba wyjścia z izolacji. Dla Waszyngtonu byłby to sukces bez konieczności okupacji czy długotrwałej operacji lądowej.

Warunkiem powodzenia takiego scenariusza jest jednak kilka czynników. Po pierwsze – utrzymanie presji militarnej przy jednoczesnym unikaniu masowych strat cywilnych, które mogłyby skonsolidować społeczeństwo wokół twardej linii. Po drugie – konieczny jest jasny sygnał, że Zachód zaakceptuje „Iran po korekcie”, a nie wyłącznie Iran całkowicie zdemontowany. Po trzecie – nie mniej istotny jest brak bezpośredniej interwencji rosji i Chin, które mogłyby wzmocnić najbardziej radykalne frakcje. Nie chodzi tu o bezpośrednie wejście w wojnę (na to ani Moskwa, ani Pekin nie są gotowe), ale o stworzenie sytuacji analogicznej do zachodniego wsparcia dla Ukrainy. O ile w przypadku rosji to mało realny scenariusz, o tyle Chiny miałyby tu znacznie więcej asów w rękawie.

Załóżmy jednak, że do niczego takiego nie dojdzie, a Amerykanom i Izraelczykom uda się zrealizować najkorzystniejszy scenariusz. Skutki takiego rozwoju wydarzeń byłyby daleko idące. Regionalne napięcie stopniowo opadłoby, ceny ropy wróciłyby do stabilniejszych poziomów, a Izrael zyskałby większe poczucie bezpieczeństwa strategicznego. Bliski Wschód nie stałby się przestrzenią wieloletniej wojny, lecz przeszedłby przez okres ostrego, ale krótkiego przesilenia.

—–

Najbardziej realistyczny wariant zakłada, że konflikt nie doprowadzi ani do szybkiej zmiany władzy w Teheranie, ani do załamania państwa. Iran przetrwałby pierwszy szok, odbudował łańcuch dowodzenia i przeszedł do strategii przetrwania. Wojna przekształciłaby się w długotrwałą, kontrolowaną eskalację.

W tym scenariuszu USA i Izrael kontynuowałyby precyzyjne uderzenia w infrastrukturę wojskową i program rakietowy. Iran odpowiadałby asymetrycznie: atakami rakietowymi i dronowymi, aktywizacją milicji w Iraku i Syrii, presją na żeglugę w rejonie Cieśniny Ormuz oraz wykorzystaniem Hezbollahu.

Konflikt przybrałby formę wojny na wyczerpanie. Kluczowa byłaby zdolność do utrzymania działań przez miesiące. Iran ponosiłby straty, ale zachowałby możliwość zadawania ograniczonych uderzeń. USA i Izrael utrzymywałyby przewagę powietrzną, lecz nie wyeliminowałyby całkowicie zagrożenia rakietowego.

Region znalazłby się w stanie permanentnego napięcia. Liban pozostałby niestabilny, Irak balansowałby między presją Teheranu a obecnością amerykańską, a państwa Zatoki zwiększałyby inwestycje w obronę powietrzną i ochronę infrastruktury energetycznej. Żegluga w Zatoce Perskiej funkcjonowałaby przy podwyższonym ryzyku, co przełożyłoby się na wyższe koszty transportu.

Gospodarczo oznaczałoby to utrzymywanie się cen ropy na podwyższonym poziomie – niekoniecznie dramatycznym, lecz zwiększającym presję inflacyjną. Politycznie skutkowałoby to dalszą militaryzacją regionu oraz większym zaangażowaniem mocarstw zewnętrznych. Dla Chin, jako największego importera ropy z regionu, kluczowe byłoby utrzymanie minimalnej stabilności szlaków energetycznych, nawet kosztem cichego wsparcia dla Teheranu.

Społecznie Iran nie musiałby eksplodować rewolucją. Zewnętrzna presja mogłaby częściowo konsolidować społeczeństwo wokół państwa, mimo pogarszającej się sytuacji gospodarczej. Reżim adaptowałby się do warunków wojennych, jak w przeszłości w okresach sankcji.

Byłby to scenariusz bez spektakularnego finału – bez upadku Teheranu i bez jednoznacznego zwycięstwa Zachodu. Konflikt stałby się kosztowną, przedłużającą się normalnością.

—–

Najczarniejszy wariant zakładałby nie tylko osłabienie reżimu, lecz jego faktyczne załamanie. Uderzenia dekapitacyjne, dalsze straty wśród dowódców IRGC oraz zniszczenie kluczowych węzłów dowodzenia mogłyby doprowadzić do rozpadu spójności aparatu państwowego. Jeśli równocześnie doszłoby do głębokiego kryzysu gospodarczego i masowych niepokojów społecznych, Iran wszedłby w fazę wewnętrznej destabilizacji.

Taki rozwój wydarzeń nie oznaczałby jednak automatycznie prozachodniego przełomu. Historia Iraku po 2003 roku pokazała, że upadek centralnej władzy w państwie o silnych podziałach wewnętrznych może prowadzić do próżni bezpieczeństwa, a nie do szybkiej demokratyzacji. Iran jest krajem wieloetnicznym i regionalnie zróżnicowanym. Kurdowie na północnym zachodzie, Beludżowie na wschodzie czy Arabowie w Chuzestanie mogliby wykorzystać osłabienie centrum do realizacji własnych aspiracji. Rywalizujące frakcje IRGC, struktur bezpieczeństwa i duchowieństwa mogłyby wejść w otwarty konflikt o kontrolę nad państwem.

W takim scenariuszu pojawiłoby się ryzyko rozproszenia arsenału rakietowego oraz infrastruktury związanej z programem nuklearnym. Nawet jeśli nie doszłoby do przejęcia broni przez podmioty niepaństwowe, sama utrata centralnej kontroli oznaczałaby wieloletni chaos. Milicje, które dotąd działały jako narzędzie polityki zagranicznej Teheranu, mogłyby przekształcić się w autonomiczne ośrodki siły.

Konsekwencje regionalne byłyby poważne. Irak i Liban, już dziś kruche politycznie, znalazłyby się pod dodatkową presją. Turcja, rosja czy państwa Zatoki mogłyby próbować zabezpieczać własne interesy poprzez wsparcie wybranych frakcji. Izrael stanąłby przed dylematem: czy chaos w Iranie jest mniejszym zagrożeniem niż stabilny, ale wrogi reżim.

W wymiarze społecznym oznaczałoby to falę uchodźców – potencjalnie liczoną w milionach – kierującą się do Turcji, Azji Środkowej i Europy. Gospodarczo skutkiem byłaby poważna destabilizacja rynku energii. Zakłócenia eksportu z Iranu oraz niepewność w rejonie Zatoki Perskiej mogłyby wywindować ceny ropy do poziomów wyraźnie przekraczających 100 dolarów za baryłkę, z globalnymi konsekwencjami inflacyjnymi.

Największe ryzyko tego scenariusza polegałoby jednak na czymś innym: na utracie kontroli nad procesem. W przeciwieństwie do operacji wojskowej, którą można planować i kalibrować, rozpad państwa jest zjawiskiem trudnym do przewidzenia i jeszcze trudniejszym do zatrzymania. Upadek reżimu nie musiałby oznaczać końca zagrożenia – mógłby stać się początkiem długotrwałej niestabilności.

Ale czy plan na „dzień po” w ogóle istnieje? O tym piszę w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Amerykańskie F-35, zdjęcie ilustracyjne/fot. Bartek Bera

Precyzja

Tomahawki wciąż na tapecie, więc może podrzucę Wam tekst o tym, czym w ogóle jest ta broń. Znajdziecie tu odpowiedź na pytanie, dlaczego Moskwa się jej tak boi…

W arsenale amerykańskich sił zbrojnych niewiele systemów uzbrojenia zdobyło taką renomę jak pocisk manewrujący BGM-109. Od ponad czterech dekad ten subsoniczny, dalekosiężny środek rażenia pozostaje symbolem chirurgicznej precyzji. Prace nad Tomahawkiem rozpoczęto w latach siedemdziesiątych XX wieku, w odpowiedzi na potrzebę stworzenia pocisku zdolnego do rażenia celów strategicznych bez narażania załóg. Inspiracją były doświadczenia z II wojny światowej (niemieckie konstrukcje V-1 i V-2). Motorem zaś spektakularny rozwój technologii rakietowych w czasie zimnej wojny.

Pierwsze wersje weszły do służby w 1983 roku, a ich producentem zostały firmy General Dynamics i Boeing.

Pocisk miał być uniwersalny – zdolny do odpalania z morza i lądu. Z wersji lądowej zrezygnowano w 1987 roku po podpisaniu traktatu INF (Intermediate-Range Nuclear Forces Treaty – Traktat o całkowitej likwidacji pocisków rakietowych krótkiego i średniego zasięgu) między Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Sowieckim. W 2019 roku, w odpowiedzi na zbrojenia Rosji, INF został przez USA zerwany, co formalnie otwarło drogę do ponownego wdrożenia wersji lądowej. Prace w tym zakresie były kontynuowane m.in. przez firmę Oshkosh Defense, która właśnie zaprezentowała swoją wyrzutnię o nazwie X-MAV. Może ona przenosić cztery pociski BGM-109. Wizualnie niewiele różni się od mobilnych wyrzutni HIMARS czy Patriot, które Ukraińcy z powodzeniem wykorzystują już od trzech lat (rosjanom udało się zniszczyć tylko kilka takich pojazdów).

Tomahawk to pocisk o długości około 5,5 m, masie startowej 1300 kg i zasięgu od 1250 do 2500 km. Napędzany silnikiem turboodrzutowym porusza się z prędkością około 880 km/h na bardzo niskim pułapie (30–100 m), co utrudnia jego wykrycie przez radary. Pocisk można wyposażyć m.in. w klasyczną głowicę odłamkowo-burzącą oraz w głowicę z subamunicją (w czasach zimnej wojny Tomahawki nosiły również ładunki jądrowe). Najnowsze wersje pocisku umożliwiają zmianę celu w locie i tzw. loitering, który oznacza zdolność do krążenia nad wyznaczonym obszarem przez określony czas, zanim zostanie podjęta decyzja o uderzeniu. Najnowsza wersja przeciwokrętowa Block Va (Maritime Strike) może razić ruchome cele na morzu. Wersje Block IV i V korzystają z zaawansowanej nawigacji GPS, radarów terenowych TERCOM oraz systemu DSMAC (Digital Scene Matching Area Correlation), który porównuje obraz terenu z zapisanym wzorcem, zwiększając precyzję trafienia.

—–

Tomahawk zadebiutował bojowo podczas operacji „Pustynna burza” w 1991 roku, kiedy to odpalono ponad 280 pocisków na cele w Iraku. Od tego czasu był używany w niemal każdej większej operacji USA: w Kosowie (1999 rok) do ataków na infrastrukturę wojskową Serbii, ponownie w Iraku (2003 rok) w masowych uderzeniach na cele strategiczne, w Libii (2011 rok), w ramach wsparcia dla operacji NATO oraz w Syrii (w 2017 i 2018 roku) w działaniach odwetowych za użycie broni chemicznej przez reżim Baszszara al-Asada. W 2017 roku, podczas ataku na bazę lotniczą Szajrat, odpalono 59 Tomahawków z dwóch niszczycieli typu Arleigh Burke. Mimo obecności rosyjskich systemów obrony powietrznej w Syrii, większość pocisków dotarła do celów. Tomahawki zostały również użyte przez USA w czerwcu tego roku w atakach na irańskie obiekty nuklearne.

Według ogólnodostępnych danych Stany Zjednoczone posiadają obecnie około 4 tys. aktywnych pocisków Tomahawk, z czego większość to wersje Block IV i Va. W 2023 roku zatwierdzono zakup 850 nowych głowic bojowych dla wersji przeciwokrętowej, a w 2025 roku rozpoczęto modernizację starszych egzemplarzy do standardu Block V. Warto jednak zaznaczyć, że tempo produkcji nie nadąża za zużyciem – szczególnie w kontekście rosnącego zapotrzebowania ze strony sojuszników, takich jak Wielka Brytania, Australia czy Japonia. Pojawiają się więc głosy, że w przypadku długotrwałego konfliktu z równorzędnym przeciwnikiem zapasy mogą okazać się niewystarczające.

Tym równorzędnym przeciwnikiem nie jest rosja, ale Chiny. Niemniej sygnały dotyczące przekazania pocisków Ukrainie zmuszają do postawienia pytania o rosyjskie możliwości walki z Tomahawkami. Nominalnie federacja rosyjska dysponuje rozbudowaną, warstwową obroną przeciwlotniczą, która obejmuje systemy: S-400 Triumf zdolne do zwalczania celów aerodynamicznych na dystansie do 400 km, S-350 Witiaź, operujące w średnim zasięgu, oraz zestawami Tor-M2, Buk-M3, Pancyr-S1 krótkiego i średniego zasięgu, mobilnymi i przeznaczonymi do ochrony punktowej. Do tego dodać należy myśliwce Su-35 i MiG-31 jako wsparcie w przechwytywaniu. Teoretycznie więc rosyjskie systemy są zdolne do zwalczania pocisków manewrujących. W praktyce jednak – jak pokazały doświadczenia z Syrii – skuteczność wobec Tomahawków jest znacznie ograniczona. Pociski lecące nisko, z wykorzystaniem zaawansowanej nawigacji i zmiennych trajektorii, są trudne do wykrycia i przechwycenia. W 2018 roku, mimo obecności S-400, większość amerykańskich rakiet dotarła do celów.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Rozbudowaną wersję tego tekstu, który opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna”, znajdziecie tu.

Nz. Tomahawk we wstępnej fazie lotu/fot. Departament Obrony USA

Spirala

PKB Polski za 2024 rok to mniej więcej 950 mld dol. Mnóstwo pieniędzy… W tym samym roku świat wydał na zbrojenia 2,718 bln dol. – niemal trzykrotność naszego PKB – wynika z najnowszego raportu Sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem (SIPRI).

Za wydatki wojskowe SIPRI uznaje wszystkie koszty ponoszone przez rządy państw, związane z bieżącym utrzymaniem sił zbrojnych oraz z toczonymi przez nie działaniami wojennymi. Te ponad 2,7 bln dol. to o 9,4 proc. więcej w porównaniu z poprzednim rokiem, co oznacza najszybszy wzrost rok do roku od zakończenia zimnej wojny. Światowy wzrost wydatków nastąpił dziesiąty rok z rzędu, a udział obciążeń wojskowych w globalnym PKB doszedł do poziomu 2,5 procenta. W 2024 roku ponad 100 państw zwiększyło nakłady na obronność, szczególnie dużo i szybko w Europie.

Wydatki wojskowe w Europie urosły o 17 proc. – do 693 mld dol. – i były głównym czynnikiem przyczyniającym się do globalnego wzrostu w 2024 roku. Na naszym kontynencie tylko Malta nie zwiększyła budżetu na obronność. Ten bezprecedensowy skok obciążeń – nienotowany od upadku muru berlińskiego – ma związek z wojną w Ukrainie. I tak wydatki rosji (3. miejsce w globalnym zestawieniu) osiągnęły poziom 149 mld dol., co stanowi wzrost o 38 proc. w stosunku do 2023 roku i dwukrotność poziomu z 2015 roku. To także 7,1 proc. PKB rosji i 19 proc. wszystkich wydatków rosyjskiego rządu. Całkowite wydatki militarne Ukrainy (8. miejsce) wzrosły o 2,9 proc. – do 64,7 mld dol. – co odpowiada 43 proc. wydatków rosji. W 2024 roku ukraińskie nakłady na armię doszły do 34 proc. PKB – żaden kraj na świecie nie odnotował tak wysokiego wskaźnika wydatków militarnych w relacji do ogólnej wartości wypracowanego majątku.

—–

W krajach Europy Środkowej i Zachodniej skok obciążeń w 2024 roku miał związek z rozbudową potencjałów. Wydatki Niemiec wzrosły o 28 proc., osiągając 88,5 mld dol., czyniąc budżet obronny RFN czwartym (!) co do wielkości na świecie. SIPRI odnotowuje też wzrost wydatków militarnych nad Wisłą – o 31 proc., do 38,0 mld dol., co stanowi 4,2 proc. PKB Polski i daje Polsce 12. miejsce w zestawieniu ex aequo z Włochami.

W 2024 roku Wielka Brytania zwiększyła nakłady na obronność o 2,8 proc., do 81,8 mld dol., co czyni ją szóstym największym „inwestorem militarnym”. Wydatki wojskowe Francji urosły o 6,1 proc., do 64,7 mld dol., dając jej dziewiąte miejsce. Co ciekawe, w 2024 roku Szwecja zwiększyła nakłady zbrojeniowe o 34 proc. – do 12,0 mld dol. – już w pierwszym roku członkostwa w NATO osiągając wymagany pułap 2,0 proc. PKB.

Ale ubiegłoroczny skok objął wszystkich członków NATO. Łączne na cele wojskowe przeznaczono 1.5 bln dol., a więc 10 razy więcej niż federacja rosyjska. Europejscy członkowie NATO wydali łącznie 454 mld dol. – trzy razy więcej niż rosja. „Gwałtowny wzrost nakładów wśród europejskich członków NATO był spowodowany głównie trwającym zagrożeniem ze strony rosji i obawami o możliwe wycofanie się USA z Sojuszu”, mówi Jade Guiberteau Ricard z SIPRI.

—–

Wydatki wojskowe USA – znów najwyższe na świecie – wzrosły o 5,7 proc., osiągając poziom 997 mld dol. To 37 proc. światowych wydatków na zbrojenia z 2024 roku. Znaczna część budżetu Pentagonu została przeznaczona na modernizację zdolności wojskowych i arsenału nuklearnego w celu utrzymania strategicznej przewagi nad rosją i Chinami.

Chiny, drugie na liście krajów z największymi budżetami wojskowymi, przeznaczyły na armię o 7,0 proc. więcej. W sumie było to 314 mld dol., co oznacza trzy dekady nieprzerwanego wzrostu nakładów zbrojeniowych. W 2024 roku Państwo Środka odpowiadało za 50 proc. wszystkich wydatków militarnych w Azji i Oceanii, inwestując nie tylko w modernizację konwencjonalnych sił zbrojnych, ale i w rozbudowę arsenału nuklearnego oraz możliwości prowadzenia cyberwojny.

Wydatki wojskowe Japonii wzrosły o 21 proc., do 55,3 mld dol., co stanowi największy roczny wzrost od 1952 roku. Jej obciążenie wojskowe osiągnęły pułap 1,4 proc. PKB, co jest najwyższym wynikiem od 1958 roku. Wydatki wojskowe Indii, piąte co do wielkości na świecie, wzrosły o 1,6 proc. – do 86,1 mld dol. Wydatki Tajwanu urosły o 1,8 proc., osiągając 16,5 mld dol. „Główni gracze w regionie Azji i Pacyfiku inwestują coraz więcej środków w zaawansowane zdolności wojskowe”, komentuje Nan Tian, dyrektor programu wydatków wojskowych i produkcji broni SIPRI. „W obliczu kilku nierozwiązanych sporów i narastających napięć, inwestycje te grożą wciągnięciem regionu w niebezpieczną spiralę wyścigu zbrojeń”, złowieszczy ekspert.

—–

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Czytelnikowi o nicku Zajcef FizzlewickArkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Marioli Grochowinie i Zbigniewowi Lasoniowi.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa, zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Tekst, w obszerniejszej wersji, opublikowałem w portalu Polska Zbrojna – oto link do tego materiału.

Nz. Wyprodukowane w Korei armatohaubice K9 należące do polskiej armii, podczas ćwiczeń ogniowych na poliginie w Nowej Dębie/fot. własne

Asymetrie

Świat przeszedł do porządku dziennego nad „inicjatywą pokojową” Victora Orbana. Potwierdziło się, że nikt z zainteresowanych nie potrzebuje Węgier jako pośrednika w rozmowach, które zakończyłyby wojnę w Ukrainie. Nie zmienia to faktu, że węgierskiego premiera wiodła trafna ocena sytuacji, gdy po wizycie w Moskwie i Kijowie wybrał się też do Pekinu. Chiny łączy dziś z rosją specyficzna więź, mocno ograniczająca podmiotowość federacji. Jeśli Chińczycy uznają, że czas wygasić konflikt na Wschodzie, putin niewiele będzie miał do powiedzenia.

Kremlowska propaganda staje na głowie, by relacje z Chinami przedstawić w pozytywnym świetle. Harmonia i partnerstwo – oto rzekome składowe tych stosunków. Tymczasem najsilniejsze spoiwo łączące oba kraje to… nieufność. Historycznie mocno ugruntowana.

—–

Mało kto pamięta, że w marcu 1969 roku Moskwa i Pekin skoczyły sobie do gardeł. Poszło o wyspę Damanskij (dziś Zhenbao), położoną w nurcie granicznej rzeki Ussuri. Zważywszy na terytorialną rozległość obu państw, powód wszczęcia wojny wydawał się absurdalny – tyle że był to pretekst. Oba reżimy już wcześniej rywalizowały o palmę pierwszeństwa w komunistycznym świecie, co długo sprowadzało się do wzajemnych oskarżeń o „rewizjonizm” i „odchylenia”. Jednak w lipcu 1964 roku Mao Zedong zgłosił pretensje terytorialne wobec ZSRR, żądając zwrotu Kraju Nadmorskiego i Władywostoku. A dwa lata później w Chińskiej Republice Ludowej wybuchła rewolucja kulturalna, głosząca prymat maoizmu i uznająca sowiecką odmianę komunizmu za wrogie zjawisko. Gorący konflikt wisiał na włosku.

Kilkunastodniowe potyczki o przerośniętą łachę wygrali sowieci, choć ostatecznie i tak sporny teren trafił do Chińczyków. Wojna z 1969 roku miała także inne odsłony – 13 sierpnia w Żałanoszkol (na terenie Kazachskiej SRR), granicę przekroczyło ponad 300 chińskich żołnierzy. Po godzinnej potyczce Chińczycy wycofali się, ponosząc bardzo ciężkie straty. Tego dnia na Kremlu rozważano atomowy atak na chińskie instalacje jądrowe – na szczęście pomysł upadł. 11 września 1969 roku, po uprzednim spotkaniu premierów, obie strony zadecydowały o wygaszeniu działań zbrojnych.

Oto źródła wspomnianej nieufności, przez dekady skutkującej tym, że sowiecko-chińskie, a potem rosyjsko-chińskie pogranicze było jednym z najbardziej zmilitaryzowanych miejsc na świecie. I pozostaje takim do dziś – mimo iż po komunizmie nie ma już śladu.

—–

Pekin łakomym wzrokiem spogląda na zasoby naturalne zauralskiej rosji. I nie odwołał roszczeń wobec dalekowschodnich terytoriów federacji. Zarazem pragmatyczni Azjaci nie myślą o klasycznym podboju. Dziś – po blamażu w Ukrainie – jasnym jest, że wojsko putina to kolos na glinianych nogach. W konwencjonalnym starciu chińska armia zapewne poradziłaby sobie z takim przeciwnikiem. Ale rosjanie dysponują bronią jądrową – tak naprawdę teraz to ich jedyna polisa, tak w relacjach z „przyjaciółmi”, jak i z wrogami.

Pekin wie, że rosji „strach tykać”, zwłaszcza że sam jest „atomowym średniakiem”. Chińczycy mają dziś ledwie 400 głowic jądrowych, kilkanaście razy mniej niż rosjanie (i Amerykanie). Z danych Departamentu Obrony USA wynika, że do 2027 roku zamierzają mieć 700, a trzy lata później posiadać już tysiąc pocisków. Służby wywiadowcze donoszą o trwających w ChRL pracach, w wyniku których do końca przyszłego roku powstanie 300 nowych silosów rakietowych. Państwo Środka zamierza skończyć z „atomową asymetrią” i najpewniej nic go przed tym nie powstrzyma.

Nie oznacza to, że Chiny szykują się do zbrojnej konfrontacji z rosją – nie ma takiej potrzeby. Chińczycy są przekonani, że muszą przygotować się do innego starcia, ale o tym w dalszej części tekstu. Jeśli idzie o federację, Azjaci wybrali drogę ekonomicznego uzależnienia, w czym sami rosjanie – atakując Ukrainę i skazując się na zachodnie sankcje – wybitnie im pomogli. To temat na oddzielny tekst, na potrzeby tego dość stwierdzić, że rosyjska gospodarka jest dziś na chińskiej kroplówce. Bez eksportu kopalin oraz importu obłożonej sankcjami technologii (szczególnie podwójnego, cywilnego-wojskowego zastosowania), padłby rosyjski budżet, a przemysł zbrojeniowy nie miałby czym produkować (na przykład zabrakłoby mu precyzyjnych obrabiarek). W tym wymiarze chińskie wsparcie jest warunkiem niezbędnym dla dalszego prowadzenia przez rosję wojny z Ukrainą, a więc czynnikiem, który ma moc wygaszenia konfliktu.

—–

Tylko czy Chińczycy chcieliby ów konflikt wygasić? Na pewno pragną jeszcze słabszej rosji, zwasalizowanej w stopniu, który uczyni federację ekonomiczną kolonią Chin. Dalsze wykrwawianie putinowskiej armii i gospodarki jest w tym ujęciu Pekinowi na rękę.

Czy na Kremlu tego nie widzą? Widzą, ale los kraju dla elit rosyjskiej władzy nie jest tożsamy z ich własnym losem. Póki Xi Jinping nie ma ambicji zmiany reżimu i wtrącania się do jego wewnętrznej polityki, póty „młodsza siostra rosja” będzie akceptować dominację „starszego brata” z Chin. Póki na zewnątrz (wobec świata) i do wewnątrz (dla „swoich”) uda się utrzymać mit podmiotowości, sprawczości i imperialności federacji, póty jej nominalny „car” nie będzie protestował. Po prawdzie, nie bardzo ma też możliwość, bo zapędził się w kozi róg. Zostały mu tylko Chiny i gra na chińskich warunkach, bo Zachodu już do siebie nie przekona, a samotnie przegra z Ukrainą i skarze się na gniew ludu rosyjskiego, który słabej władzy nie toleruje (bo się jej nie boi, a to głównie ze strachu płynie w rosji legitymizacja dla rządzących).

Wracając do chińskich intencji – w interesie Pekinu jest zatem rosja uwikłana w wojnę. Nie-silna zwycięstwem, a zarazem nie-słaba porażką, wszak i w Chinach boją się tego, czego obawiają się w Stanach Zjednoczonych – zanarchizowanego kraju z tysiącami głowic jądrowych. To paradoks tej wojny – wspólnota interesów USA i ChRL sprowadzająca się do konieczności zachowania rosji w „jako-takiej” kondycji. W efekcie oba kraje w sposób ograniczony wspierają własnych sojuszników. W przypadku USA wspieranym jest napadnięta i na wielu płaszczyznach słabsza od swojego przeciwnika Ukraina – niestety…

—–

Nie bez powodu przywołałem Amerykę, to na niej bowiem koncentruje się główna uwaga Chińczyków. To do wojny z USA – najsilniejszym militarnie i ekonomicznie krajem świata – szykuje się druga w obu kategoriach, lecz aspirująca na szczyt ChRL. Temu nade wszystko służy rozbudowa arsenału jądrowego – przy 400 głowicach i wysokiej skuteczności amerykańskiej obrony przeciwlotniczej zapewne tylko kilkanaście, może „małe” kilkadziesiąt pocisków dotarłoby do celów. Co nie oznaczałoby nokautującego uderzenia. Im salwa liczniejsza, tym szanse na taki sukces wyższe.

Jednak broń A to ostateczny argument, stąd istotny wysiłek Chińczyków wkładany w rozbudowę sił konwencjonalnych. Przede wszystkim we flotę, bo to Pacyfik najpewniej stałby się/stanie polem chińsko-amerykańskiej bitwy. Marynarka ChRL już dziś jest najliczniejszą formacją tego typu, lecz nadal ustępuje drugiej co do wielkości US Navy jeśli idzie o lotniskowce. Chińczycy mają w służbie dwie jednostki (w tym jedną poradziecką); obie o parametrach znacznie gorszych niż amerykańskie odpowiedniki. Na oczach całego świata – dosłownie, za sprawą zdjęć satelitarnych – w imponującym tempie buduje się trzeci, tym razem już „pełnokrwisty” okręt. Trzy kolejne mają powstać do 2035 roku. Dalszych planów Pekinu nie znamy, ale nawet za te 11 lat przewaga Amerykanów w najważniejszej kategorii okrętów pozostanie miażdżąca – Stany dysponują obecnie 11 (super)lotniskowcami i w kolejnym ćwierćwieczu nic się w tym zakresie ma nie zmienić.

Chińczycy nie przyśpieszą czasu, a realia asymetrii niejako zmuszają ich do angażowania się w „zastępcze wojny” z USA. I tak właśnie postrzegają konflikt w Ukrainie. Im bardziej absorbuje on uwagę Waszyngtonu, drenuje jego środki finansowe i arsenał, tym lepiej. Z tego powodu wątpię, by próby dogadania się putina z Trumpem (jako ewentualnym prezydentem) zyskały akceptację Pekinu. Oczywiście, wszystko ma swoją cenę, a polityka potrafi zaskakiwać, ale warto mieć z tyłu głowy także ten pesymistyczny scenariusz. Że Chińczycy będą grać na przeciągnięcie wschodnioeuropejskiego konfliktu. Ba, że będą szukać kolejnych pól „zastępczych konfrontacji” ze Stanami Zjednoczonymi, by powoli, ale konsekwentnie spuszczać parę z amerykańskiego kotła.

A Chiny potrafią w długotrwałość i konsekwencję – jako zorganizowane państwo istnieją od ponad dwóch tysięcy lat…

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam w istotnej mierze powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – jakiś czas temu obiecałem, że pojawi się sposobność zakupu „Międzyrzecza”, w wersji z autografem i pozdrowieniami. No i proszę – powieść jest już w ofercie na moim koncie na Patronite. To nie jest nowa pozycja – wydałem ją w 2019 roku – ale trzy lata później mnóstwo zawartych w niej treści okazało się proroczych. Jeśli napiszę, że wiedziałem, że armia rosyjska to papierowy kolos, to skłamię. Ale jeśli przyznam, że domyślałem się rosyjskich słabości i dałem temu wyraz w książce – będzie to najprawdziwsza prawda.

No więc zachęcam do zakupu! Powieść znajdziecie pod tym linkiem. Cały czas w sprzedaży znajduje się też moja najnowsza książka pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, dostępna tu.

Nz. ilustracyjnym szkoła w jednej z miejscowości w obwodzie charkowskim. W zrujnowanym przez rosjan budynku, na ocalałej tablicy, ktoś napisał: „Zło musi zostać ukarane”. Musi – i oby było…/fot. własne

Ten tekst opublikowałem pierwotnie w portalu Interia.pl

Koniec?

Redakcja Interii poprosiła mnie o materiał, w którym rozwinąłbym wątek misji nowego szefa MON rosji. Zrobiłem to, uczciwie akcentując problemy, na jakie natykamy się prognozując dalszy przebieg wojny w Ukrainie. Tekst zawiera w sobie obiecany przedwczoraj ciąg dalszy rozważań o ograniczonych możliwościach militarnych i gospodarczych rosji. Z konieczności są w nim powtórzenia – za które stałych Czytelników przepraszam – niezbędne wszak dla zachowania ciągłości wywodu. Zapraszam do lektury!

Na początku lutego 2022 roku, podczas briefingu dla kongresmenów, generał Mark Milley – ówczesny szef kolegium połączonych sztabów – ocenił, że rosyjski pełnoskalowy atak na Ukrainę doprowadzi do upadku Kijowa w ciągu trzech dni. Zginąć miało przy tym do 4 tys. rosyjskich i 15 tys. ukraińskich żołnierzy. Nie inaczej prezentowały się oceny zachodnich analityków militarnych. Przed inwazją większość z nich twierdziła, że rosja pokona Ukrainę w dwu–trzydniowej „gorącej” fazie wojny, a kolejne sześć–osiem tygodni zajmie jej pacyfikacja ukraińskiego społeczeństwa.

Mniejsza o analityków, ale dramatyczna pomyłka w ocenach, będąca udziałem najwyższego rangą amerykańskiego wojskowego, to jednak powód do zdumienia. Jakim cudem jeden z najlepiej poinformowanych ludzi na Ziemi zaliczył taką wtopę?

—–

Wszystkiemu winna jest Nebel des Krieges, „mgła wojny”. To pojęcie wprowadzone do literatury militarnej przez pruskiego generała Carla von Clausewitza odnosi się do niepewnej sytuacji na teatrze działań wojennych i wokół niego. Opisuje stan będący zmorą dla obserwatorów konfliktu – odciętych od ośrodków decyzyjnych i linii frontu – ale też przywódców i dowódców walczących armii. W strategicznych grach komputerowych „mgłę wojny” widzimy jako zasłonięte części planszy, pod którymi kryje się… no właśnie, co? Nieprzyjacielskie ugrupowanie? System umocnień?

„Mgła wojny” dotyczy nie tylko zjawisk fizycznych – obejmuje również procesy planowania i decyzyjny. I nie musi wiązać się z kwestiami ściśle wojskowymi – w oparach niewiadomej kryć się mogą na przykład informacje o wydolności bazy przemysłowej, niezbędnej dla podtrzymania wysiłku wojennego. Nebel – podobnie jak jej atmosferyczny desygnat składający się m.in. z kryształków lodu – jednym może przynieść ulgę, dla innych okazać się pułapką, z której nagle wyłoni się śmiertelne zagrożenie. Dlatego każdy zaangażowany w wojnę kraj robi co w jego mocy, aby mgłę spowijającą działania przeciwnika przynajmniej rozrzedzić. To samo czynią inne państwa na różne sposoby (sojuszem czy rywalizacją) związane ze stronami konfliktu. No i zewnętrzni obserwatorzy.

O czym wspominam, byśmy mieli świadomość, że prognozowanie dalszego przebiegu wojny na Wschodzie nie jest prostym zadaniem. Że może przerosnąć kompetencje profesjonalnych służb, że niekiedy sprowadza się do przysłowiowego „wróżenia z fusów”. Że chociaż wsparte faktami, analityczne intuicje równie dobrze mogą się sprawdzić, jak i zwieść nas na manowce. Miej Czytelniku z tyłu głowy to zastrzeżenie, czytając dalszą część tekstu.

—–

Zacznijmy pozornie bez związku – od ustalenia, co światu może zaoferować rosyjska gospodarka. No więc do tej pory były to kopaliny, długo-długo nic, a następnie broń klasy B, spełniająca oczekiwania biednych i średniozasobnych klientów. Celowo użyłem czasu przeszłego, bowiem w przypadku eksportu uzbrojenia mamy do czynienia z paradoksalną sytuacją – Moskwa od wielu miesięcy skupuje systemy obronne wcześniej wysłane kontrahentom, by tym sposobem łatać dziury na froncie. Bieżąca produkcja idzie na potrzeby własnego wojska, a i chętnych z zagranicy znacząco ubyło po weryfikacji, jakiej poddano rosyjskich sprzęt na polach bitew w Ukrainie. Gdzie okazał się on gorszy od zachodnich odpowiedników, co wynika z jakości wykonania i nade wszystko z zapóźnienia technologicznego.

A zapóźnienie nie dotyczy tylko gotowych systemów uzbrojenia, ale i urządzeń do ich wytwarzania – obrabiarek, śrutownic, frezarek, tokarek, maszyn do szlifowania soczewek – półproduktów w rodzaju taśm miedzianych i części półprzewodnikowych oraz surowców niezbędnych przy obróbce, jak tlenek glinu czy proszek polerski. Po 2022 roku – próbując uniknąć skazania wyłącznie na przestarzałe i wyżyłowane oprzyrządowanie z czasów radzieckich – obłożona sankcjami rosja rozwinęła import równoległy i przemyt z Włoch, Niemiec, USA czy Japonii, jednak w zakresie, który nie zaspakaja wojennych potrzeb. Mimo wprowadzenia trzyzmianowego trybu pracy i ściągnięcia do fabryk dodatkowych pracowników nie dało się zauważyć większej liczby nowoczesnego sprzętu na froncie. Widoczne za to było – i nadal jest – dalsze czerpanie z „renty” po ZSRR, czyli wyciąganie starego sprzętu z magazynów, remontowanie go i rzucanie na front. Opowieści o rosnącej produkcji to w dużej mierze propagandowy wymysł. Satelitarne badania ilości spalin w miejscach koncentracji zakładów przemysłowych ujawniły wręcz spadek emisji.

Co zaś się tyczy eksportu kopalin (to on przynosi rosyjskiemu budżetowi dwie trzecie wpływów) – Moskwie udało się częściowo skompensować straty wynikłe z drastycznego ograniczenia handlu z Zachodem. Surowce powędrowały w drugą stronę, głównie do Chin. Tyle że Państwo Środka nie zaabsorbuje takiej ilości kopalin jak Europa, i nawet nie idzie tu o chiński apetyt, co o kwestie techniczne – przekierowanie strumienia wymaga odpowiedniej infrastruktury, a jej rozbudowa – poza pieniędzmi – zachodnich technologii. I tu znów rosja rozbija się o reżim sankcyjny. Co więcej, wcale nie jest pewne, że nawet gdyby rosjanom udało się zbudować odpowiednio wydolną infrastrukturę, Chińczycy rosyjską ropę i gaz wezmą w większych niż dotąd ilościach. Chiny stoją u progu zielonej rewolucji – ostateczne decyzje o przejściu na odnawialne źródła energii nie zostały jeszcze przez Pekin podjęte. Jeśli zostaną, inwestycyjny rozmach zapewni efektywność przedsięwzięcia, a rosję zostawi na lodzie.

—–

Do czego zmierzam? Rozpoczynający kolejną kadencję putin powołał nowy rząd, z którego wyleciał dotychczasowy minister obrony siergiej szojgu. Jego następca, andriej biełousow, to ekonomiczny technokrata – ponoć skuteczny „optymalizator”, w dodatku niebiorący łapówek – co zdaniem wielu komentatorów m u s i oznaczać, że rosja szykuje się do długiej wojny. I to nie tyle z Ukrainą, co z NATO.

U podstaw takich przewidywań leży założenie, że misją biełousowa jest poprawa efektywności działań MON, armii i całej wojennej gospodarki. To skądinąd słuszne przypuszczenie, na potwierdzenie którego otrzymaliśmy serię aresztowań urzędników ministerstwa obrony pod zarzutem korupcji.

Tyle że zamiar poprawy wydajności wcale nie musi dowodzić determinacji, jaką przypisuje się Kremlowi. Gdyby rosyjska armia osiągnęła zakładane cele w Ukrainie, nikt by się jej bylejakości i toczącego ją złodziejstwa nie czepiał. W strukturach quasi-państwowych, de facto mafijnych, korupcja jest narzędziem sprawowania władzy. Rentą, gwarantem lojalności. Póki beneficjent nie nakradnie za dużo, póty jest bezpieczny. Kiedy mamy do czynienia z sytuacją „za dużo”? Ano wtedy, gdy jakieś składowe systemu zaczynają poważnie szwankować. Premie korupcyjne w rosyjskiej armii i przemyśle zbrojeniowym za czasów szojgu pożerały nawet 80 proc. (!) oficjalnych wydatków (dane za rosyjskim Transparency International). Modernizacja sił zbrojnych w dużej mierze zatem miała fasadowy charakter. Skutki widzieliśmy w Ukrainie.

Widzimy też, że mimo napuszonej propagandy w gruncie rzeczy niewiele się zmieniło. Obrazki spod Charkowa – gdzie osamotniona piechota atakuje ukraińskie pozycje – nie są reprezentatywne dla sił inwazyjnych. Niewykluczone, że brak istotnego wsparcia broni ciężkiej jest efektem podrzędnej roli, jaką rosyjskie dowództwo przypisuje „nowemu frontowi”. Ale niedostatek „techniki” to problem, z którym boryka się całość inwazyjnej armady – większość jednostek frontowych nadal ma do dyspozycji 40-50 proc. etatowo przewidzianych czołgów i wozów bojowych. Armia rosyjska w Ukrainie jest mocna przede wszystkim słabością swojego przeciwnika; obiektywne analityczno-militarne kryteria każą oceniać jej możliwości jako relatywnie niskie.

—–

Na tyle niskie, że takim wojskiem nie da się wygrać wojny z Ukrainą. A rosja ten konflikt wygrać musi, gdyż jest to warunek przetrwania obecnego systemu władzy. I zapewne taki cel putin postawił przed biełousowem. Dlaczego tak mało ambitny (bez komponentu „po Ukrainie idziemy na NATO”) i jakie są kryteria tego zwycięstwa?

Te ostatnie zostały już dawno zredefiniowane – jeśli bliżej przyjrzeć się rosyjskiej propagandzie na użytek wewnętrzny, dojrzymy, że nie ma tam już miejsca na „wyzwolenie całej Ukrainy”. Wielu obserwatorów było zszokowanych uczciwością, na jaką w jednym z ostatnich publicznych wystąpień pozwolił sobie szojgu – przyznał on mianowicie, że od początku 2024 roku armia rosyjska zajęła zaledwie 500 km kwadratowych Ukrainy. Potem bredził coś o gigantycznych stratach ukraińskiego wojska, nie wspominając o 100 tysiącach własnych poległych i rannych, utraconych między styczniem a kwietniem. Tym niemniej sygnał był jasny – „to nie jest walka o wielkie obszary” – i wpisujący się w praktykę oswajania rosjan z wizją ograniczonej pobiedy. Jak ograniczonej? Są tacy, którzy kreślą granicę rosyjskiego sukcesu na Dnieprze, moim zdaniem to nierealistyczny scenariusz. Sądzę, że Kreml byłby mocno kontent, gdyby udało się zająć całą chersońszczyznę, Zaporoże i Donbas oraz stworzyć bufor ochronny dla Biełogorodu na obszarze charkowszczyzny. Ale przełknąłby – i przełknęliby rosjanie – także mniejsze zyski, gdzie absolutnym minimum byłoby zajęcie całego obwodu donieckiego (dodania go do dotychczasowych zdobyczy).

O efektywność – MON, armii i zbrojeniówki – która dałaby taki wynik ma w mojej ocenie powalczyć nowy minister.

Bo i o wyższej może tylko pomarzyć. Jak mówią „z pustego i Salomon nie naleje”. Przy topniejących sowieckich zapasach broni ciężkiej, niemożności rozpoczęcia masowej produkcji nowych czołgów, transporterów czy samolotów oraz z kurczącymi się rezerwami finansowymi (o czym już pisałem w tekście pt. „Zasoby”), przygotować się do wojny z NATO nie sposób.

A i ta z Ukrainą nie może trwać w nieskończoność, bo niebawem nie będzie jej czym prowadzić.

Konkludując, w mojej ocenie biełousow dostał kilka miesięcy na „optymalizację” sektora obronnego, a gdy zamelduje wykonanie zadania, rosja uderzy z całą dostępną mocą, by ugrać ile się da. A potem Moskwa zrobi wszystko, by wróciły stare dobre czasy ekonomicznej (przede wszystkim!) i politycznej kohabitacji z Zachodem.

Tekst w oryginalnym layoucie Interii znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Zdjęcie satelitarne lotniska Belbek na Krymie, gdzie Ukraińcy przedwczoraj i wczoraj przeprowadzili atak z użycie ATACMS-ów. W jego efekcie zniszczono m.in. dwa niezwykle cenne dla rosjan samoloty MiG-31. Zgruzowano też dwie inne maszyny (Su-27 i MiG-29), skład amunicji lotniczej, zdemolowano istotne elementy krymskiej OPL (wyrzutnie i radar systemu S-400). Z kolei dziś w nocy, Ukraina przeprowadziła zmasowany atak dronowy na rosyjskie rafinerie, o skutkach którego możecie przeczytać w depeszach/fot. MAXAR

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.