Bundesplan

Jeszcze kilka lat temu była to opowieść o armii niedofinansowanej, kadrowo wydrążonej i – co może najważniejsze – funkcjonującej w państwie, które z wojskowością nie chciało mieć zbyt wiele wspólnego. Dziś Bundeswehra znów ma ambicje rosnąć – i to nie tylko w sensie budżetu czy liczby nowoczesnych systemów uzbrojenia, ale przede wszystkim ludzi. Najnowsze niemieckie plany zakładają stworzenie do połowy przyszłej dekady sił zbrojnych liczących – łącznie z rezerwą – nawet 460 tys. żołnierzy.

To istotna zmiana. Niemcy nie mówią już wyłącznie o „lepszej armii”, ale o armii większej – zdolnej do prowadzenia działań na dużą skalę, także w scenariuszu wojny konwencjonalnej w Europie.

Problem w tym, że między deklaracją a rzeczywistością rozciąga się przepaść, której nie da się zasypać ani pieniędzmi, ani politycznymi deklaracjami. I to właśnie ona będzie kluczowa dla odpowiedzi na pytanie, czy mamy do czynienia z realnym przełomem, czy raczej z kolejną – tym razem bardziej ambitną – wersją niemieckiej „armii na papierze”.

Co Niemcy właściwie ogłosili

Punktem wyjścia jest nowa strategia wojskowa RFN – dokument, który porządkuje kierunki rozwoju Bundeswehry w realiach pełnoskalowej wojny w Europie. To ważne, bo jeszcze niedawno niemieckie planowanie opierało się raczej na założeniu udziału w operacjach ekspedycyjnych niż przygotowaniu do konfliktu symetrycznego o dużej intensywności.

W tym kontekście pojawia się liczba, która robi największe wrażenie: do 460 tys. żołnierzy – przy czym mówimy tu o całości systemu, a więc nie tylko o wojskach operacyjnych, lecz także o rozbudowanej rezerwie. Rdzeń mają stanowić siły zawodowe liczące około 260 tys. ludzi, uzupełniane przez nawet 200 tys. rezerwistów. To konstrukcja podporządkowana nowym wymaganiom NATO, które po rosyjskiej agresji na Ukrainę wyraźnie przesunęły akcent z „jakości i mobilności” na „masę i zdolność do długotrwałego prowadzenia działań”.

Zmiana dotyczy też samego modelu pozyskiwania żołnierzy. Niemcy nie ogłaszają powrotu do klasycznego poboru, ale wyraźnie odchodzą od czysto ochotniczego systemu. W jego miejsce pojawia się rozwiązanie pośrednie: obowiązkowa kwalifikacja wojskowa i próba zbudowania szerokiej bazy danych o potencjalnych rekrutach. Młodzi ludzie – przede wszystkim mężczyźni – mieliby obowiązek przekazywania informacji o stanie zdrowia, predyspozycjach i gotowości do służby, co pozwoliłoby państwu lepiej „zmapować” zasób, którym dysponuje.

To model inspirowany rozwiązaniami stosowanymi m.in. w Szwecji i Norwegii, gdzie formalnie istnieje pobór, ale w praktyce do służby trafia jedynie wyselekcjonowana część rocznika. Różnica polega jednak na tym, że w niemieckim wydaniu system ten pozostaje – przynajmniej na razie – narzędziem ewidencji, a nie realnego przymusu. Berlin buduje mechanizm, który w teorii mógłby posłużyć do szybkiego zwiększenia liczebności armii, ale unika jednoznacznej odpowiedzi, czy i w jakich warunkach byłby gotów z niego skorzystać.

To zastrzeżenie jest kluczowe. Bo bez politycznej decyzji o sięgnięciu po bardziej zdecydowane środki – a więc de facto o powrocie do jakiejś formy obowiązkowej służby – nawet najlepiej zaprojektowany system rekrutacyjny pozostanie narzędziem zarządzania niedoborem, a nie jego rozwiązaniem. Na dziś wygląda więc na to, że coś rzeczywiście drgnęło, ale skala tej zmiany wciąż nie odpowiada ambicjom zapisanym w dokumentach.

Problem nr 1 – ludzie

Jeśli niemieckie plany gdzieś się rozstrzygają, to właśnie tutaj. Bo niezależnie od tego, jak ambitne będą strategie i jak duże środki finansowe trafią do Bundeswehry, ostatecznie wszystko sprowadza się do jednego: czy znajdą się ludzie gotowi założyć mundur.

Punkt wyjścia nie jest optymistyczny. Bundeswehra liczy dziś niespełna 185–186 tys. żołnierzy w służbie czynnej, a więc wyraźnie mniej niż zakładane jeszcze niedawno 203 tys. etatów. Innymi słowy, system już teraz funkcjonuje z istotnym niedoborem – rzędu kilkunastu tysięcy ludzi – i to w sytuacji, gdy mówimy o armii znacznie mniejszej niż ta planowana.

W wielu obszarach problem nie dotyczy zresztą samej liczby żołnierzy, lecz ich struktury. Brakuje specjalistów, podoficerów, ludzi z doświadczeniem technicznym – czyli tych, których nie da się „wyprodukować” szybko i masowo. To właśnie te braki najmocniej uderzają w realną zdolność jednostek do działania.

Do tego dochodzi kwestia tempa. Nawet przy rosnącej liczbie zgłoszeń – co Berlin chętnie podkreśla – dynamika zmian jest zbyt niska, by w rozsądnym czasie zbliżyć się do poziomu deklarowanego w planach. To nie jest kwestia jednego czy dwóch roczników, ale całych lat systematycznej pracy, której efekty będą widoczne dopiero w dłuższej perspektywie.

Największym ograniczeniem pozostaje jednak czynnik trudniej mierzalny: kontekst społeczny. Niemcy są państwem, które przez dekady konsekwentnie odchodziło od myślenia o wojsku jako istotnym elemencie życia publicznego. Zawieszenie poboru w 2011 roku było tylko formalnym domknięciem procesu, który zaczął się znacznie wcześniej. Dziś próba jego odwrócenia napotyka na bariery nie tyle instytucjonalne, co mentalne.

Dlatego nawet najlepiej zaprojektowany system kwalifikacji czy ewidencji nie rozwiązuje podstawowego problemu. Może pomóc lepiej zarządzać dostępnym zasobem, ale nie sprawi, że ten zasób nagle się powiększy. A bez wyraźnego zwiększenia liczby ludzi wszystkie pozostałe elementy reformy – od struktur po uzbrojenie – będą funkcjonować w warunkach permanentnego niedoboru.

Innymi słowy: Bundeswehra nie ma dziś problemu z tym, jak planować rozwój. Ma problem z tym, kim ten rozwój miałby zostać zrealizowany.

Problem nr 2 – system

Nawet gdyby przyjąć, że problem ludzi uda się przynajmniej częściowo opanować, pozostaje kwestia, która w niemieckim przypadku wraca jak refren: zdolność państwa do przekuwania decyzji politycznych w realne efekty. Bo Bundeswehra nie funkcjonuje w próżni – jest odbiciem systemu, który ją tworzy i utrzymuje.

Ten system od lat zmaga się z własnymi ograniczeniami. Rozbudowana biurokracja, skomplikowane procedury i ostrożność decyzyjna sprawiają, że procesy – od zakupów sprzętu po zmiany organizacyjne – trwają dłużej, niż wynikałoby to z deklarowanych priorytetów. Problem polega na tym, że w warunkach gwałtownie pogarszającego się środowiska bezpieczeństwa czas staje się zasobem równie krytycznym jak pieniądze czy ludzie.

Dobrym przykładem tej opieszałości są programy modernizacyjne. Zakup myśliwców F-35 Lightning II dla Luftwaffe został wprawdzie politycznie „przepchnięty” stosunkowo szybko po 2022 roku, ale już wcześniejsze projekty – jak modernizacja bojowych wozów piechoty Puma – przez lata zmagały się z problemami technicznymi i proceduralnymi, które ograniczały ich realną dostępność. W efekcie sprzęt formalnie wprowadzony do służby nie zawsze przekładał się na zdolność bojową jednostek.

Podobnie wygląda kwestia gotowości. Jeszcze niedawno głośnym echem odbijały się informacje o brygadach deklarowanych do sił szybkiego reagowania NATO, które miały poważne braki w wyposażeniu i musiały „pożyczać” sprzęt z innych jednostek, by osiągnąć wymagane wskaźniki. To nie był problem jednorazowy, lecz raczej ilustracja szerszego zjawiska.

To napięcie widać szczególnie wyraźnie w zestawieniu ambicji z realiami. Z jednej strony Berlin mówi o budowie najsilniejszej armii konwencjonalnej w Europie i zdolności do wystawienia dużych, w pełni ukompletowanych związków taktycznych. Z drugiej – rzeczywistość, w której część jednostek od lat funkcjonuje poniżej stanów etatowych, a proces ich uzupełniania postępuje wolniej, niż zakładają plany.

Nie chodzi przy tym wyłącznie o sprzęt czy finansowanie. Kluczowa jest zdolność całego aparatu państwowego do działania w trybie, który można by nazwać „wojennym” – szybkim, elastycznym, nastawionym na efekt. Tymczasem niemiecki model zarządzania, sprawdzający się w warunkach stabilności, znacznie gorzej radzi sobie z presją czasu i koniecznością podejmowania ryzyka.

Dlatego pytanie o rozbudowę Bundeswehry jest w istocie pytaniem szerszym: nie tylko o to, czy Niemcy chcą mieć większą armię, ale czy są w stanie zreformować mechanizmy państwa w taki sposób, by tę armię rzeczywiście zbudować. Bo bez tej zmiany nawet najbardziej ambitne plany pozostaną w dużej mierze deklaracją.

Problem nr 3 – pieniądze i czas

Na pierwszy rzut oka ten obszar wydaje się najmniej problematyczny. Po 2022 roku Niemcy uruchomiły dodatkowe finansowanie dla sił zbrojnych, a wydatki obronne wyraźnie wzrosły. Bundeswehra przestała być w tym sensie „ubogim krewnym” dużych armii NATO.

Tyle że pieniądze rozwiązują tylko część problemu – i to niekoniecznie tę najtrudniejszą. Bo o ile sprzęt można kupić, o tyle zdolności wojskowe trzeba zbudować. A to oznacza czas liczony nie w miesiącach, lecz w latach.

Dotyczy to zwłaszcza ludzi. Nawet gdyby dziś udało się znacząco zwiększyć napływ kandydatów, proces ich wyszkolenia, wdrożenia do jednostek i zbudowania realnych kompetencji zajmie całe lata. Jeszcze dłużej trwa tworzenie kadry podoficerskiej i specjalistycznej, bez której żadna armia nie jest w stanie funkcjonować na wyższym poziomie gotowości.

Podobnie jest z infrastrukturą i strukturami dowodzenia. Rozbudowa koszar, poligonów, zaplecza logistycznego czy systemów szkoleniowych to przedsięwzięcia, które mają własną dynamikę i nie poddają się politycznemu przyspieszeniu. Można zwiększyć budżet, ale nie da się skrócić wszystkich procesów administracyjnych, inwestycyjnych i szkoleniowych bez ryzyka spadku jakości.

W niemieckiej debacie pojawia się czasem argument, że część problemów można „obejść” dzięki nowym technologiom – automatyzacji, cyfryzacji czy wykorzystaniu sztucznej inteligencji. To jednak w dużej mierze narracja polityczna. Technologia może zwiększać efektywność, ale nie zastąpi masy, szczególnie w scenariuszu konfliktu o dużej intensywności.

Dlatego zasadniczym ograniczeniem pozostaje czas. Niemcy próbują nadrobić kilkadziesiąt lat relatywnego zaniedbania w ciągu jednej dekady. To ambitne, ale obarczone wysokim ryzykiem rozczarowania. Bo nawet przy sprzyjających warunkach efekty tej transformacji będą przychodziły stopniowo – i z dużym opóźnieniem względem politycznych oczekiwań.

Czy to się może udać? Odpowiedź na to pytanie znajdziecie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do tego materiału. Zastanawiam się w nim również, czy niemieckie plany stanowią zagrożenie dla Polski. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Alternatywa?

W ostatnich tygodniach w polskiej debacie mocno wybrzmiał temat broni jądrowej. Znów zaczęto zadawać pytanie, czy Polska powinna mieć dostęp do broni atomowej – a nawet czy powinna zabiegać o budowę własnego potencjału odstraszania.

Poświęciłem zagadnieniu kilka tekstów, dziś, tytułem uzupełnienia, chciałbym jeszcze odnieść się do dwóch kwestii. Po pierwsze, natowskie nuclear sharing – Czytelnicy pytają, czy Polska powinna stać się aktywnym uczestnikiem tego programu (korzystać nie tylko z gwarancji, ale też we własnym zakresie obsługiwać część tego arsenału).

Jak najbardziej; z punktu widzenia Warszawy udział w nuclear sharing oznaczałby kilka potencjalnych korzyści. Po pierwsze, zwiększałby strategiczną obecność USA na wschodniej flance NATO, a tym samym podnosił polityczną „stawkę” ich zaangażowania w bezpieczeństwo regionu. Po drugie, dawałby polskim siłom zbrojnym dostęp do procedur planowania i szkolenia związanych z operacjami nuklearnymi Sojuszu, co zwiększałoby ich integrację z najważniejszymi strukturami wojskowymi NATO. Po trzecie wreszcie, sam fakt rozmieszczenia broni jądrowej bliżej potencjalnego teatru działań mógłby mieć znaczenie odstraszające wobec rosji.

Nie oznaczałoby to jednak, że Polska stałaby się państwem nuklearnym w sensie prawnym. Broń pozostawałaby własnością Stanów Zjednoczonych, a jej użycie wymagałoby decyzji politycznej całego Sojuszu.

—–

Druga rzecz dotyczy rozważań o własnej bombie „A” – chciałbym tu zwrócić uwagę na jeszcze jeden problem czysto wojskowy. W przypadku broni jądrowej kluczowe znaczenie ma nie samo jej posiadanie, lecz zdolność do zadania przeciwnikowi kontruderzenia nawet po tym, gdyby ten spróbował zniszczyć nasze siły w pierwszym ataku. To właśnie ta zdolność – określana w strategii mianem „second strike” – sprawia, że odstraszanie staje się wiarygodne.

Największe mocarstwa nuklearne zapewniają zdolność do kontruderzenia dzięki rozproszeniu swoich sił. USA i rosja dysponują tzw. triadą nuklearną: rakietami balistycznymi w silosach lądowych, bombowcami strategicznymi oraz pociskami odpalanymi z okrętów podwodnych. Również europejskie państwa atomowe – Wielka Brytania i Francja – opierają swoje odstraszanie przede wszystkim na okrętach podwodnych przenoszących rakiety balistyczne, które mogą pozostawać w morzu przez długi czas i są niezwykle trudne do wykrycia.

Nie bez znaczenia jest także skala terytorium. Duże państwa dysponują ogromną przestrzenią, która ułatwia rozproszenie infrastruktury i utrudnia przeciwnikowi jej zniszczenie w jednym uderzeniu. W przypadku USA i rosji całkowite wyeliminowanie ich potencjału nuklearnego w pierwszym ataku jest praktycznie niewyobrażalne.

Polska nie dysponuje takimi atutami. Ewentualny narodowy arsenał nuklearny musiałby być rozmieszczony w ograniczonej liczbie baz na stosunkowo niewielkim terytorium kraju – baz, których lokalizacja byłaby prędzej czy później znana potencjalnemu przeciwnikowi. W sytuacji konfliktu stałyby się one jednym z pierwszych celów ataku.

Nie oznacza to oczywiście, że państwo średniej wielkości – nawet dysponujące ograniczonym terytorium – nie jest w stanie zbudować własnego potencjału nuklearnego. Przykłady takie jak Izrael czy Korea Północna pokazują, że nawet stosunkowo niewielki arsenał może działać odstraszająco. Różnica polega jednak na tym, że w przypadku Polski taki potencjał musiałby funkcjonować w bezpośrednim sąsiedztwie rosji – państwa dysponującego jednym z największych arsenałów nuklearnych na świecie oraz rozbudowanymi zdolnościami precyzyjnych uderzeń konwencjonalnych.

W takiej sytuacji jeszcze większy nacisk należałoby położyć na przetrwanie pierwszego uderzenia. Zapewnienie odpowiedniej przeżywalności – poprzez rozproszenie infrastruktury, mobilne wyrzutnie czy komponent morski (okręty podwodne!) – oznaczałoby przedsięwzięcie technologiczne i finansowe o skali znacznie większej, niż często zakłada się w publicystycznych dyskusjach.

—–

Tylko czy miałoby to sens? Budowa wiarygodnego potencjału nuklearnego kosztowałaby dziesiątki miliardów dolarów i trwała wiele lat, a przy tym wymagałaby przekierowania ogromnych środków kosztem rozbudowy konwencjonalnych sił zbrojnych. Nawet tak wielki wysiłek nie gwarantowałby jednak realnego efektu odstraszania. Posiadanie kilku czy kilkunastu ładunków miałoby przede wszystkim znaczenie symboliczne – wiarygodne odstraszanie wymaga bowiem zdolności do uderzeń o skali strategicznej, w najważniejsze ośrodki polityczne, przemysłowe i infrastrukturalne – rosyjskie centra cywilizacyjne oddalone o setki i tysiące kilometrów od Polski.

Nie posiadając takich możliwości Rzeczpospolita mogłaby znaleźć się w paradoksalnej sytuacji: poniosłaby ogromne koszty budowy własnej broni jądrowej, jednocześnie osłabiając rozwój sił konwencjonalnych – i wciąż nie uzyskując odstraszania porównywalnego z tym, które już dziś zapewnia system sojuszniczy.

Bo wbrew temu, co często sugerują nagłówki, Polska nie stoi przed wyborem między własną bombą atomową a całkowitym brakiem ochrony nuklearnej. Od ponad dwóch dekad znajduje się pod parasolem odstraszania NATO, którego kluczowym filarem pozostaje potencjał strategiczny Stanów Zjednoczonych.

Dlatego realna debata nie dotyczy tego, czy Polska powinna posiadać własną broń jądrową. Pytanie brzmi raczej, jakie miejsce powinna zajmować w zachodnim systemie odstraszania – czy na przykład powinna w większym stopniu uczestniczyć w mechanizmach NATO, takich jak nuclear sharing, albo w przyszłości korzystać z europejskich inicjatyw związanych z potencjałem Francji.

Niezależnie od tego, którą drogę uzna się za najbardziej realistyczną, jedno pozostaje niezmienne: bezpieczeństwo państw europejskich w dalszym ciągu opiera się przede wszystkim na sile sojuszy i wiarygodności wspólnego systemu odstraszania. Innej drogi nie ma.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Usypiacz

Po nieudanej próbie błyskawicznego podboju Ukrainy w 2022 roku rosyjska armia stała się symbolem nieudolności. rosja nie stoi jednak w miejscu – uczy się szybciej, niż chcielibyśmy to przyznać.

Pierwsze tygodnie pełnoskalowej inwazji przyniosły obrazy, które na trwałe wpisały się w zbiorową pamięć: rozbite rosyjskie kolumny, zdezorientowani żołnierze, porzucony sprawny sprzęt. Wtedy narodziła się teza, że rosyjska armia jest strukturalnie niezdolna do prowadzenia nowoczesnej wojny. Ta narracja była częściowo zrozumiała – rosja popełniła błędy operacyjne, strategiczne i wywiadowcze. Jednak utożsamienie pierwszej fazy konfliktu z trwałą kondycją rosyjskich sił zbrojnych stało się analitycznym skrótem, który dziś może być groźny. Państwo prowadzące wojnę o takiej skali nie pozostaje bowiem statyczne – adaptuje się pod presją strat, sankcji i przeciwnika. A adaptacja, nawet jeśli nie czyni z rosyjskiego wojska armii wybitnej, zmienia ją w przeciwnika bardziej efektywnego niż w 2022 roku.

Od blitzkriegu do wojny na wyniszczenie

Pierwotna koncepcja rosyjskiej operacji zakładała szybkie rozstrzygnięcie poprzez uderzenia manewrowe, desanty i sparaliżowanie centrum decyzyjnego Ukrainy. Był to model bliższy operacji policyjnej w dużej skali niż klasycznej wojnie między równorzędnymi przeciwnikami. Gdy założenia te upadły, rosja stanęła przed wyborem: albo kontynuować nieskuteczne próby manewru, albo zmienić sposób prowadzenia działań. Wybrała to drugie. Stopniowo ograniczano znaczenie batalionowych grup taktycznych jako autonomicznych modułów uderzeniowych. W ich miejsce zaczęto budować bardziej klasyczne struktury oparte na masie artylerii, gęstości ognia i zdolności do długotrwałego utrzymywania linii frontu. Zamiast prób szybkiego przełamania położono nacisk na powolne, kosztowne przesuwanie linii styku.

Równolegle rosja przeszła do budowy systemów obronnych – szczególnie w południowej Ukrainie. Linie zapór przeciwczołgowych, wielowarstwowe pola minowe, przygotowane sektory ognia i zaplecze logistyczne tworzyły system, którego celem nie było spektakularne zwycięstwo, lecz maksymalne podniesienie kosztów ukraińskiej kontrofensywy. Zamiast ryzykować kolejne nieudane operacje manewrowe, Moskwa postawiła na model, w którym czas i masa ognia miały pracować na jej korzyść. W praktyce oznaczało to przejście od logiki szybkiego rozstrzygnięcia do logiki systematycznego wyczerpywania przeciwnika.

Ta lekcja ma bezpośrednie znaczenie dla wschodniej flanki NATO. rosja pokazała, że potrafi w krótkim czasie przekształcić zajęte terytorium w głęboko ufortyfikowany obszar operacyjny, którego odzyskanie staje się zadaniem długotrwałym i kosztownym.

Od improwizacji do systemu

Jednym z najbardziej wyrazistych przykładów rosyjskiej adaptacji jest ewolucja wykorzystania bezzałogowców. Na początku wojny drony były używane w sposób niespójny, bez pełnej integracji z artylerią czy systemami dowodzenia. Inicjatywa należała głównie do Ukrainy, która szybciej dostrzegła potencjał tanich platform komercyjnych oraz bezzałogowców uderzeniowych. rosja odpowiedziała z opóźnieniem, ale szybko nadrobiła zaległości.

Masowe wykorzystanie dronów FPV jako improwizowanych środków rażenia stało się jednym z symboli tej wojny. Tanie konstrukcje, często montowane z komercyjnych komponentów, zaczęły pełnić funkcję „artylerii bez lufy” – precyzyjnej i trudnej do wykrycia. Z czasem ich użycie przestało być domeną pojedynczych oddziałów czy inicjatyw oddolnych, a zaczęło przyjmować formę bardziej uporządkowaną.

Co istotne, rosja nie ograniczyła się do improwizacji. Rozwijano krajowe linie montażowe, zwiększano skalę produkcji, a przede wszystkim próbowano włączać drony w system dowodzenia i rozpoznania. Dążenie do skrócenia „łańcucha decyzyjnego” – od identyfikacji celu do uderzenia – stało się jednym z kluczowych elementów rosyjskiej praktyki bojowej. W efekcie tych działań drony przestały być jedynie taktycznym dodatkiem – stały się jednym z filarów sposobu prowadzenia działań.

Jednocześnie rozwój bezzałogowców wymusił inwestycje w walkę radioelektroniczną (WRE). W pierwszych miesiącach wojny rosja nie wykorzystała w pełni potencjału swoich zdolności w tym obszarze. Systemy zakłócające działały nierównomiernie, często lokalnie, bez trwałej przewagi w spektrum elektromagnetycznym. Ale rosja zaczęła konsekwentnie budować lokalne „bańki zakłóceniowe” – obszary, w których skutecznie utrudniano działanie dronów, łączności radiowej i systemów nawigacji satelitarnej. Nie oznacza to pełnej dominacji w spektrum, lecz zdolność do okresowego i sektorowego paraliżowania przeciwnika.

WRE stała się też narzędziem obrony przed amunicją precyzyjną. Zakłócanie sygnałów GNSS, wymuszanie zmiany częstotliwości, skracanie czasu emisji – to elementy adaptacji, które podnoszą próg trudności dla przeciwnika korzystającego z zachodnich systemów uzbrojenia. Co istotne, rosja zaczęła ściślej integrować środki WRE z linią frontu, a nie traktować ich jako odrębnego komponentu działającego w tle. To adaptacja o znaczeniu strategicznym. W potencjalnym konflikcie na wschodniej flance NATO przewaga w spektrum elektromagnetycznym może przesądzić o skuteczności systemów rozpoznania, artylerii dalekiego zasięgu czy obrony przeciwlotniczej. rosja nie stworzyła systemu nie do przełamania, ale wyraźnie podniosła poprzeczkę.

Pragmatyzm zamiast ideologii

Jednym z najbardziej wymownych przykładów rosyjskiej adaptacji jest podejście do technologii przeciwnika. Na początku wojny system łączności satelitarnej Starlink stał się jednym z filarów ukraińskiej odporności – zapewniał stabilną komunikację wojskową i cywilną, umożliwiał koordynację działań w warunkach intensywnego zakłócania infrastruktury naziemnej. Wydawało się, że jest to przewaga jednostronna, aż pojawiły się udokumentowane przypadki wykorzystywania terminali Starlink również przez stronę rosyjską. rosjanie zdobywali je przez pośredników, np. współpracujących z nimi Ukraińców, czasem kupowali sprzęt na rynkach wtórnych. Nie był to efekt formalnej współpracy, lecz szarej strefy handlu i braku pełnej kontroli nad globalną dystrybucją terminali.

Bo adaptacja nie zawsze oznacza innowację. Czasem ma postać wykorzystania luk w systemie przeciwnika – regulacyjnych, logistycznych czy rynkowych. W warunkach wojny długotrwałej elastyczność i brak skrupułów w pozyskiwaniu technologii mogą przynieść wymierne efekty operacyjne. Ale o Starlinkach warto wspomnieć także z innego powodu – rosja nie próbowała w krótkim czasie stworzyć pełnego odpowiednika systemu, lecz sięgnęła po dostępne rozwiązanie, nawet jeśli było ono symbolem wsparcia Zachodu dla Ukrainy. Ideologia ustąpiła miejsca użyteczności.

Ten sam pragmatyczny mechanizm widać na poziomie strategicznym. Państwo, które budowało wizerunek samowystarczalnego mocarstwa, zaczęło uzupełniać braki dzięki wsparciu partnerów zewnętrznych. Gdy sankcje oraz tempo zużycia amunicji zweryfikowały pierwotne założenia co do własnych możliwości, pragmatyzm znów okazał się ważniejszy niż prestiż. Szczególnym przypadkiem stała się współpraca z Koreą Północną, która dostarczyła rosji znaczące ilości amunicji artyleryjskiej. Dla Moskwy oznaczało to możliwość podtrzymania intensywności ognia w kluczowych momentach działań ofensywnych i defensywnych; dla Pjongjangu dostęp do wybranych technologii wojskowych i polityczne wzmocnienie relacji z mocarstwem. Równolegle rosja pogłębiła współpracę z Iranem, zwłaszcza w obszarze bezzałogowców uderzeniowych i technologii rakietowych. Komponenty elektroniczne i podzespoły trafiały do rosyjskiego przemysłu również przez pośredników powiązanych z rynkiem chińskim, choć bez formalnego zaangażowania Pekinu w konflikt.

W rezultacie rosja odeszła od modelu „oblężonej twierdzy” na rzecz funkcjonowania w nieformalnej sieci państw i podmiotów gotowych współpracować w zamian za surowce, technologie lub wsparcie polityczne. Sankcje nie zostały unieważnione, lecz częściowo zneutralizowane. Z perspektywy NATO oznacza to konieczność patrzenia na rosję nie jako na państwo izolowane, lecz jako na element szerszego ekosystemu współpracy wojskowo-technicznej, funkcjonującego poza Zachodem. Potencjalny konflikt na wschodniej flance nie byłby więc starciem z przeciwnikiem opartym wyłącznie na własnym przemyśle, lecz z państwem zdolnym do uzupełniania braków dzięki zewnętrznym partnerom. To zmienia rachunek czasu i kosztów, zwłaszcza w perspektywie dłuższej konfrontacji.

W pierwszych miesiącach wojny wielu analityków zakładało, że rosja nie będzie w stanie utrzymać wysokiej intensywności działań zbrojnych przez dłuższy czas. Te prognozy okazały się niepełne, o czym piszę w dalszej części artykułu, który opublikowałem w miesięczniku „Polska Zbrojna”. Marcowy magazyn wciąż znajduje się w sprzedaży, nabyć można również e-wersję – znajdziecie ją pod tym linkiem. A w środku także trzy inne moje teksty – zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne/fot. własne

Odstraszacz

Oto obszerny fragment wywiadu, jakiego udzieliłem „Krytyce Politycznej” – na temat amerykańskiego parasola nuklearnego, innych gwarancji bezpieczeństwa dla Polski oraz widoków na samodzielny polski atom.

„(…) Michał Sutowski, Krytyka Polityczna: NATO ma potencjał, ale co on nam gwarantuje? Że jak ktoś na nas zrzuci bombę atomową, to NATO mu odpowie?

Marcin Ogdowski: Nie ma w NATO mechanizmu automatycznej odpowiedzi „atom za atom”. Odstraszanie polega na czym innym – na przekonaniu przeciwnika, że użycie przez niego broni jądrowej uruchomi reakcję, której koszt będzie dla niego nie do przyjęcia. Jaka to będzie reakcja, pozostawia się celowo niedopowiedziane.

(…)

MS: Czy atak na Suwałki to byłoby coś, co zagraża integralności, względnie żywotnym interesom Sojuszu? Warto byłoby – z perspektywy USA czy Francji – ryzykować Waszyngtonem czy Paryżem za te kilometry kwadratowe pod litewską czy rosyjską granicą?

MO: To pytanie jest o tyle źle postawione, że sugeruje prosty scenariusz: rosja atakuje fragment terytorium NATO, a odpowiedzią Zachodu miałoby być natychmiastowe użycie strategicznej broni jądrowej. Tymczasem broń nuklearna jest w systemie odstraszania środkiem ostatecznym, a reakcje na zagrożenie mają charakter stopniowy i muszą być adekwatne do sytuacji. Nie widzę powodu, dla którego próba zajęcia czy infiltracji przygranicznych terytoriów Rzeczypospolitej miałaby od razu prowadzić do wymiany atomowych ciosów.

MS: Czyli zaryzykują?

MO: Nie w tym rzecz. NATO dysponuje znaczącym potencjałem konwencjonalnym – dysponuje nim także sama Polska – który pozwala reagować na takie zagrożenia bez sięgania po broń jądrową. Pytanie o to, czy ktoś „zaryzykuje Paryż czy Nowy Jork dla Suwałk”, jest publicystycznym skrótem myślowym, który upraszcza cały mechanizm eskalacyjny.

MS: Co to znaczy?

MO: To znaczy, że zakłada się jeden skrajny scenariusz – wymianę strategicznych uderzeń nuklearnych – pomijając całą drabinę eskalacji. Tymczasem arsenał jądrowy jest zróżnicowany. Istnieją niewielkie ładunki taktyczne, których efekt zniszczeń niewiele różni się od eksplozji bardzo dużej bomby konwencjonalnej. Są też ładunki zdolne niszczyć całe metropolie, o mocy wielokrotnie większej niż bomby zrzucone na Hiroszimę i Nagasaki. Pomiędzy nimi istnieje cały wachlarz wariantów pośrednich.

MS: Ale eskalacja chyba na tym polega, że my im małą, oni nam większą, no to my też…

MO: Ryzyko eskalacji oczywiście zawsze istnieje, ale ja mówię o czymś innym. Wiarygodność odstraszania NATO nie opiera się na założeniu, że Francuzi czy Amerykanie od razu narażą swoje stolice, żeby bronić jakiegoś fragmentu wschodniej flanki. Mechanizm odstraszania polega na tym, że przeciwnik nie jest w stanie przewidzieć, gdzie dokładnie znajduje się próg eskalacji i jakie konsekwencje może uruchomić jego działanie.

MS: Czyli sama groźba nuklearna rosji nie musi paraliżować Zachodu?

MO: Nie musi, zwłaszcza że rosja ma w tej grze znacznie więcej do stracenia niż cały Zachód.

MS: W jakim sensie?

MO: rosja w wymiarze cywilizacyjnym to Moskwa, Petersburg i kilka dużych ośrodków miejskich. Ich zniszczenie oznaczałoby w praktyce katastrofę państwowości rosyjskiej. Tymczasem nawet bardzo poważne zniszczenia kilkudziesięciu metropolii Zachodu byłyby tragedią, ale nie oznaczałyby końca całego systemu cywilizacyjnego. Ta asymetria jest jednym z powodów, dla którego sięgnięcie po ostateczny środek pozostaje skrajnie mało prawdopodobne.

MS: Odstraszanie nuklearne opiera się na założeniu, że przeciwnik ma do dyspozycji środki odpowiedniej mocy – i te NATO obiektywnie posiada. Druga rzecz to kwestia wiarygodności ich zastosowania, tzn. czy wierzymy, że ci drudzy zdecydują się zaryzykować eskalację. Czy wraz z rozpoczęciem drugiej kadencji Donalda Trumpa w USA wiarygodność tego amerykańskiego – i natowskiego – parasola jakoś istotnie spadła?

MO: Widzimy dziś różne działania administracji Trumpa, które bywają interpretowane jako gesty prorosyjskie albo sygnały zbliżenia amerykańsko-rosyjskiego. Na tej podstawie pojawiają się wnioski, że gwarancje bezpieczeństwa ze strony Stanów Zjednoczonych – także te nuklearne – mogą być mniej wiarygodne niż wcześniej.

Z drugiej strony widać też coś przeciwnego: wbrew zapowiedziom z kampanii wyborczej ta administracja nie unika użycia siły. Niedawna operacja w Wenezueli i obecna przeciwko Iranowi pokazują, że Trump nie jest politykiem szczególnie powściągliwym w decyzjach militarnych.

MS: Ale zrzucić bomby konwencjonalne na Teheran, który atomowych sam nie ma, jest mu chyba łatwiej niż wiarygodnie grozić rosji.

MO: Oczywiście to zupełnie inna skala ryzyka. Jeśli jednak mówimy o broni jądrowej, to pozostają nam głównie pewne symbole i pośrednie przesłanki wskazujące na gotowość jej użycia. Jedynym państwem, które faktycznie użyło broni jądrowej w warunkach bojowych, są Stany Zjednoczone. I to USA dysponują bezdyskusyjnie najefektywniejszym potencjałem technicznym w tym zakresie.

(…)

Marco Rubio w Monachium powiedział wprost, że Europa ma w większym stopniu brać odpowiedzialność za obronę konwencjonalną, natomiast Stany Zjednoczone pozostają gwarantem kluczowych elementów odstraszania – przede wszystkim wywiadu strategicznego i parasola nuklearnego. Oczywiście można podważać wiarygodność tych gwarancji i zastanawiać się, na ile są trwałe. Ale jak dotąd nikt w Waszyngtonie nie powiedział wprost, że Europa – czy Polska – miałaby zostać tej osłony pozbawiona.

(…)

MS: Co nam to daje francuska propozycja parasola nuklearnego?

MO: W razie konfliktu można szybciej przerzucić broń i jej nośniki w rejon potencjalnego teatru działań, bo mówimy tu o ładunkach taktycznych. W odstraszaniu bardzo ważny jest czas reakcji – przeciwnik musi brać pod uwagę, że takie środki mogą pojawić się w rejonie konfliktu bardzo szybko.

Ale oczywiście to nie jest game changer, tzn. Polska nie zacznie decydować o użyciu broni jądrowej, a ostateczna ocena sytuacji będzie należała do dowództwa francuskiego i prezydenta Republiki Francuskiej. To jest gest o ograniczonym, ale istotnym znaczeniu wojskowym, za to o bardzo dużym znaczeniu politycznym i symbolicznym.

MS: Francuzi w swej doktrynie zakładają, że broni jądrowej użyć można wtedy, gdy zagrożone jest terytorium lub „żywotne interesy” Francji. Tylko czy my będziemy w stanie zbudować taką wspólnotę interesów Polski i Francji, żeby na przykład poważne naruszenie polskiego terytorium stanowiło zagrożenie dla ich własnego „żywotnego interesu”?

MO: Ależ stanowi – w tym sensie, że Polska jest buforem strategicznym dla Niemiec i dla Francji. Moment, w którym Polska upada i rosjanie zajmują nasz kraj, byłby dla Francuzów bardzo niebezpieczny. I nie chodzi tylko o historyczne skojarzenia z czasów napoleońskich, kiedy wojska cara Aleksandra wkroczyły do Paryża.

W zimnowojennej doktrynie Francji wkroczenie wojsk sowieckich na terytorium Republiki Federalnej mogło być uznane za sytuację uzasadniającą użycie broni jądrowej. Dziś to buforowe terytorium przesunęło się dalej na wschód, dając Francji większą głębię strategiczną. Z czysto wojskowej perspektywy Polska jest dla Francji tym, czym dla Polski jest wschodnia Ukraina. Tak jak dla nas kluczowe jest zatrzymanie rosjan jak najdalej od własnych granic, tak dla Francji racjonalne jest utrzymanie konfliktu jak najdalej od Europy Zachodniej. Chodzi między innymi o zachowanie dystansu dla artylerii rakietowej średniego zasięgu i lotnictwa taktycznego, tak aby francuskie terytorium nie znalazło się w zasięgu takich systemów.

MS: Tylko czy to nie znaczy, że Francja owszem, zrobi wszystko, by rosjan zatrzymać – ale na Odrze? Nam to już niewiele pomaga…

MO: Musi to zrobić wcześniej, bo inaczej ryzyko dla samej Francji dramatycznie rośnie. Im dalej na zachód przesuwa się linia frontu, tym większa presja na użycie najbardziej radykalnych środków – włącznie z bronią jądrową. Z punktu widzenia Paryża znacznie bezpieczniej jest zatrzymać rosję jak najdalej na wschód, zanim konflikt zacznie bezpośrednio zagrażać Niemcom czy Francji.

Gdyby rosjanie dotarli do Odry, oznaczałoby to już zasadniczą zmianę układu sił w Europie i w praktyce strategiczne przełamanie w systemie obronnym NATO. Dlatego dla Francji racjonalne jest odstraszanie rosji na wschodniej flance Sojuszu, a nie dopuszczenie do sytuacji, w której konflikt przesuwa się w głąb kontynentu.

MS: (…) czy Polska jest w stanie uzyskać własny arsenał nuklearny? Taki, o którego użyciu decydowałoby kierownictwo polskiego państwa, a nie sojusznicy? Czy to byłoby w ogóle wykonalne?

MO: Przez lata III Rzeczypospolitej podstawowy próg niewykonalności sprowadzał się do słabości finansowej – po prostu nie byłoby nas na to stać. Dziś sytuacja wygląda inaczej: państwo polskie dysponuje znacznie większymi zasobami finansowymi. Od strony intelektualnej również mamy odpowiednie kadry, które byłyby w stanie taką broń opracować – to wbrew pozorom wymaga mniejszego zaplecza kadrowego niż choćby nadzór nad cywilną energetyką jądrową.

Problem polega na tym, że nie mamy dostępu do materiału rozszczepialnego. Nie da się go uzyskać w Polsce w skali, która umożliwiłaby budowę bomby jądrowej, a pozyskanie go z zewnątrz oznaczałoby wejście w konflikt z polityką Stanów Zjednoczonych, którym bardzo nie odpowiada, aby kolejne państwa w Europie zdobywały samodzielne zdolności nuklearne.

MS: Czyli to kwestia zgody politycznej USA?

MO: Nie tylko. Bo z czysto wojskowego punktu widzenia nasz ewentualny arsenał – gdybyśmy nawet taką broń opracowali – byłby bardzo ograniczony. Nie mamy odpowiednich nośników zdolnych do przenoszenia głowic nuklearnych na duże odległości. Teoretycznie można by skonstruować ładunek w formie pocisku artyleryjskiego czy bomby lotniczej, ale są to środki o bardzo ograniczonym zasięgu oddziaływania.

Ich zdolność odstraszania byłaby niewielka, bo żeby realnie zniechęcić rosję do agresji, trzeba być w stanie zagrozić jej najważniejszym ośrodkom – a nie tylko zgrupowaniom wojsk na froncie. Mówię o dużych miastach i centrach państwa położonych głęboko na terytorium federacji. Tymczasem Polska nie dysponuje dziś nośnikami pozwalającymi razić takie cele.

Pewne perspektywy w tym zakresie się pojawiają – choćby w kontekście współpracy z Koreą Południową – ale to na razie scenariusz bardziej długoterminowy niż coś, co mogłoby powstać w najbliższych latach.

MS: Ale między jedną brygadą gdzieś na froncie a Petersburgiem czy Moskwą jest jeszcze np. Królewiec, po rosyjsku Kaliningrad, z bazą marynarki wojennej. Czy to jest miejsce, którego strata jest dla rosjan nieakceptowalna? W sensie: takie, którego nie byliby gotowi poświęcić?

MO: Tu dotykamy dwóch kwestii. Pierwsza to „czerwona linia” związana z integralnością terytorium federacji rosyjskiej, której naruszenie – według rosyjskiej doktryny – mogłoby skutkować użyciem broni jądrowej. Ukraińcy w pewnym sensie powiedzieli: „sprawdzam”, wchodząc na terytorium obwodu kurskiego i utrzymując się tam przez wiele miesięcy. Gdyby rosyjskie deklaracje traktować dosłownie, należałoby się spodziewać reakcji nuklearnej – a jednak do niej nie doszło.

Królewiec to oczywiście trochę inna historia, bo mówimy o ważnym ośrodku wojskowym i prestiżowo byłaby to dla rosji większa strata. Mimo to nie sądzę, by była to strata absolutnie nieakceptowalna. Tym bardziej że wcale nie musielibyśmy uderzać tam bronią jądrową. Polska ma wszelkie możliwości, by w razie potrzeby neutralizować obwód królewiecki przy użyciu środków konwencjonalnych. W takiej sytuacji użycie broni nuklearnej byłoby po prostu nieadekwatne.

Tak czy inaczej, jeśli chcielibyśmy budować własny potencjał odstraszania nuklearnego wobec rosji, musielibyśmy być w stanie zagrozić jej najważniejszym ośrodkom państwowym i gospodarczym – czyli temu, co można nazwać zapleczem cywilizacyjnym kraju – a nie tylko jednostkom na froncie czy pojedynczym bazom wojskowym; rosyjski próg bólu jest zawieszony stosunkowo wysoko.

(…)

MS: A jak się do naszej sytuacji mają analogie historyczne do takich krajów, jak Izrael, Pakistan czy Korea Północna? One wszystkie uzyskały własny potencjał nuklearny z niejawną pomocą lub przyzwoleniem jakiegoś mocarstwa…

MO: Nie bardzo wyobrażam sobie sytuację, w której Amerykanom by zależało na „ubombowieniu” Polski, a więc na przekazaniu jej tych głowic czy choćby przyzwoleniu na to. Przykład izraelski nie przystaje zupełnie do sytuacji Polski, bo też Izrael jest otoczony przez państwa arabskie, z których niemal wszystkie – przynajmniej w czasach, kiedy Tel Awiw pozyskiwał broń jądrową, a więc w latach 60. – chciały go zepchnąć do morza. Inaczej mówiąc, poziom zagrożenia egzystencjalnego był zupełnie inny niż w przypadku Polski. Do tego pamiętajmy, że Stany Zjednoczone nie traktują rosji w taki sposób jak Polska: dla nich to jest upadające, schyłkowe mocarstwo, które w amerykańskich kalkulacjach militarnych nie jest przeciwnikiem, którego należałoby się szczególnie obawiać.

MS: A taka np. Korea Północna nie pytała Amerykanów o pozwolenie. I Chińczyków chyba też…

MO: Przykład północnokoreański też nie pasuje do Polski, choćby dlatego, że Koreańczykom do uzyskania odpowiedniego poziomu odstraszania wystarczy broń taktyczna. A to z tego prostego powodu, że od stanowisk ich artylerii do Seulu jest ledwie 40 kilometrów. Serce wrogiego kraju można zbombardować i spowodować koszmarne zniszczenia przy pomocy głowic taktycznych zapakowanych nawet do armaty. U nas to nie zadziała, bo ani pocisk artyleryjski, ani bomba lotnicza zrzucana grawitacyjnie nie doleci do Moskwy czy Petersburga.

MS: Czy powinniśmy dążyć do zastąpienia parasola amerykańskiego francuskim?

MO: Przede wszystkim sądzę, że w interesie Stanów Zjednoczonych leży utrzymanie strefy wpływów w Europie, a parasol nuklearny jest jednym z najważniejszych narzędzi tej polityki. Dlatego Amerykanie będą go dalej zapewniać, bo z ich perspektywy jest to stosunkowo niewielki koszt, a jednocześnie bardzo skuteczny instrument wpływu.

Możliwe, że będą w Europie redukować część sił konwencjonalnych, ale arsenału jądrowego i gwarancji nuklearnych raczej nie wycofają – niezależnie od tego, co będą dalej robić Francuzi czy Brytyjczycy. To jest ich strategiczny lewar wobec Europy.

Dlatego w praktyce nie chodzi o zastępowanie jednego parasola drugim, tylko raczej o jego uzupełnienie. Waszyngton nie ma żadnego interesu w tym, by swoje zdolności odstraszania nuklearnego przekazywać komuś innemu – a tym bardziej delegować je całkowicie na zewnątrz czy oddawać nowemu państwu.

Całość wywiadu – który jest znacznie obszerniejszy niż to, co zacytowałem – znajdziecie pod tym linkiem. Zapraszam do lektury!

—–

Jutro wracam do tematyki ukraińskiej. A gdybyście chcieli już dziś wesprzeć mnie w tworzeniu wschodniego raportu – albo po prostu w dalszym pisaniu – polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Rok 1954, eksplozja bomby jądrowej podczas testu Castle Romeo na atolu Bikini/fot. U.S. Department of Energy, domena publiczna

Parasol

Wczoraj Polska potwierdziła, że prowadzi rozmowy z Republiką Francuską oraz grupą najbliższych sojuszników europejskich w sprawie „zaawansowanego programu odstraszania nuklearnego” – inicjatywy, którą zaproponował prezydent Emmanuel Macron. Premier Donald Tusk podkreślił, że działanie to ma służyć defensywie i odstraszaniu potencjalnego agresora przed popełnieniem ataku na państwa członkowskie UE i NATO.

Francuski rząd zadeklarował chęć rozwinięcia nowej doktryny odstraszania nuklearnego o element europejskiej współpracy. Zakłada ona m.in.: zwiększenie francuskiego arsenału nuklearnego (pierw­sze takie rozszerzenie od 1992 roku), udział europejskich sojuszników w ćwiczeniach nuklearnych oraz możliwość czasowego rozmieszczenia elementów francuskich zdolności nuklearnych (np. samolotów czy morskich sił strategicznych) na terytorium sojuszników. Działoby się to jednak bez formalnego podziału kontroli nad bronią – tu pełną decyzyjność zachowałby Paryż.

Francuska oferta ma być dodatkiem do istniejącego NATO-wskiego parasola nuklearnego, a nie jego konkurencją. Projektem, poza Polską, zainteresowane są Wielka Brytania (która ma własną broń jądrową), Niemcy, Holandia, Belgia, Grecja, Szwecja i Dania.

Dziś w TVP opowiadałem, co o tym sądzę – stwierdziłem, że lepiej mieć dwa parasole niż jeden, a na okoliczność, gdyby któryś zawiódł, dysponować jednym niż żadnym. Na antenie nie bardzo był czas, by tę myśl rozwinąć, uczynię więc to teraz.

—–

W polskiej debacie o odstraszaniu nuklearnym od lat dominuje jeden paradygmat: jeśli „atom”, to wyłącznie amerykański. Wszystko inne traktowane jest jako ersatz albo europejska fantazja. Problem polega na tym, że środowisko bezpieczeństwa, w którym ten paradygmat się ukształtował, wyraźnie się zmienia. Nie chodzi o to, że Stany Zjednoczone przestają być gwarantem bezpieczeństwa Europy, lecz o to, że ich zaangażowanie coraz silniej podlega globalnym kalkulacjom i wewnętrznym wahaniom politycznym. Tymczasem państwo położone przy granicy z obwodem królewieckim i Białorusią nie może opierać swojej strategii wyłącznie na takim źródle odstraszania. Dlatego rozmowa o włączeniu się w europejską architekturę budowaną wokół potencjału Francji nie jest alternatywą wobec USA, lecz próbą koniecznej dywersyfikacji.

Francuski arsenał nie jest liczebnie porównywalny z amerykańskim czy rosyjskim – to „zaledwie” 300 głowic. Ale nie musi być. Odstraszanie nuklearne nie polega na symetrii, lecz na wiarygodności zadania nieakceptowalnych strat. A ta wiarygodność w przypadku Francji jest realna: dysponujący jądrowym komponentem lotniczym i morskim Francuzi byliby w stanie zadać rosji koszmarne straty w jej europejskiej części. Kalkulacje Moskwy dotyczące ewentualnej agresji na Polskę musiałyby to uwzględnić.

Istotne jest także położenie geograficzne i polityczne. Dla Francji destabilizacja Europy Środkowej oznacza bezpośredni kryzys Unii Europejskiej i zagrożenie dla jej własnego bezpieczeństwa. Dla Stanów Zjednoczonych nasz region pozostaje jednym z kilku globalnych teatrów operacyjnych. To nie zarzut wobec Waszyngtonu, lecz konsekwencja jego pozycji mocarstwa światowego. Tymczasem im bliższa jest identyfikacja interesów, tym silniejsza wiarygodność odstraszania.

Oczywiście decyzja o użyciu francuskiej broni pozostaje w rękach prezydenta Francji. Tak samo jak w NATO decyzja o użyciu amerykańskiej broni należy do Waszyngtonu. Suwerenność nuklearna jest z definicji niepodzielna. Różnica nie polega więc na formalnej kontroli, lecz na tym, jak blisko nasze bezpieczeństwo leży w rdzeniu interesów danego państwa.

—–

Wojna w Ukrainie brutalnie pokazała, że bezpieczeństwo europejskie nie jest stanem naturalnym, lecz projektem wymagającym realnych zasobów i twardych decyzji. Jeśli Europa ma budować choćby częściową autonomię strategiczną, odstraszanie nuklearne pozostaje jej fundamentem.

Można uznać, że to nie nasza sprawa – że wystarczy amerykański parasol. Problem w tym, że Polska nie ma wpływu na cykle polityczne w Waszyngtonie ani na globalne priorytety Stanów Zjednoczonych. Ma natomiast wpływ na to, czy będzie współtworzyć europejski wymiar bezpieczeństwa i w ten sposób dywersyfikować własne gwarancje.

Ryzyka są realne. Po pierwsze – eskalacyjne. Każde wzmocnienie odstraszania może zostać przez rosję wykorzystane jako pretekst do demonstracji siły lub presji hybrydowej. Po drugie – finansowe i infrastrukturalne. Udział w takim mechanizmie oznacza koszty: dostosowanie infrastruktury, systemów łączności, procedur. Po trzecie – polityczne, bo spór o prymat modelu amerykańskiego czy europejskiego może pogłębiać wewnętrzne podziały.

Alternatywą jest jednak bierność i wiara, że obecny układ przetrwa bez zmian. A Polska nie dysponuje głębią strategiczną w sensie geograficznym. Jej „głębia” musi być budowana politycznie i sojuszniczo. Francuski komponent odstraszania nie zastąpi NATO, lecz może je wzmocnić, tworząc dodatkową warstwę zabezpieczenia. W świecie pełnym zagrożeń taka warstwa nie jest luksusem, lecz polisą ubezpieczeniową. Państwo pierwszej linii nie może pozwolić sobie na strategiczną monogamię.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Jakubowi Łysiakowi, Tomaszowi Krajewskiemu, Piotrowi Rucińskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi oraz Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewic. A także: Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Jakubowi Kojderowi, Adamowi Cybowiczowi, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Przemysławowi Kowalskiemu, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej i Piotrowi Habeli.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Irenie Cyrn i Witkowi Strojnemu.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.