Zima

Według Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA) rosja ma 32 duże rafinerie o łącznych nominalnych mocach przerobowych około 6,5 mln baryłek dziennie. W pierwszych ośmiu miesiącach tego roku rosyjskie przetwórnie były atakowane średnio raz na trzy dni.

Efekty są już widoczne. W czerwcu rosyjskie rafinerie przerabiały około 3,8 mln baryłek ropy dziennie – najmniej od ponad dwóch dekad i o około 30 proc. mniej niż rok wcześniej. Produkcja benzyny była o około jedną piątą niższa niż w 2025 roku, diesla – o niemal 30 proc. Pod koniec sierpnia produkcja benzyny spadła według źródeł Reutersa do około 80 tys. ton dziennie, podczas gdy krajowe zapotrzebowanie wynosiło około 115 tys. ton. rosyjskie rafinerie pokrywały więc zaledwie około 70 proc. popytu.

W ukraińskich komunikatach pojawiają się znacznie bardziej spektakularne liczby. Kijów twierdzi, że jego ataki wyłączyły już z działania 51 proc. rosyjskich mocy rafineryjnych. Tego szacunku nie udało się niezależnie potwierdzić, a wskaźnika nie należy utożsamiać z utratą połowy rosyjskiej produkcji. Rafineria uznana za trafioną może nadal pracować, tyle że z ograniczoną wydajnością, a część uszkodzeń rosjanie są w stanie szybko naprawić.

Dlatego ważniejsze jest to, co zostaje trafione. Proste uszkodzenia instalacji pierwotnego przerobu ropy można niekiedy usunąć w ciągu tygodnia lub dwóch. Znacznie trudniej zastąpić instalacje krakingu katalitycznego, hydrokrakingu, reformingu czy hydrorafinacji, niezbędne do wytwarzania wysokiej jakości paliw. Według IEA poważnie uszkodzone urządzenia tego rodzaju mogą wymagać sześciu–ośmiu miesięcy napraw. Rafineria moskiewska, ciężko uszkodzona w czerwcu, ma według dostępnych informacji pozostać wyłączona do początku 2027 roku.

Dla Ukrainy kluczowe staje się więc nie tylko trafienie takiego zakładu, lecz możliwość ponowienia ataku, zanim odzyska on pełną sprawność. A właśnie pod tym względem sytuacja zmieniła się w ostatnich latach najbardziej. Jeszcze kilka lat temu problemem było samo dotarcie do celu położonego kilkaset kilometrów w głębi rosji. Dziś Ukraina dysponuje całą rodziną własnych środków dalekiego zasięgu. Według danych producenta FP-1 może lecieć do 2700 km, cięższy FP-2 do 700 km, a pocisk manewrujący FP-5 Flamingo – nawet do 3000 km, przenosząc głowicę o masie około 1150 kg. Producent informował latem, że FP-1 i FP-2 uczestniczą w uderzeniach na rosję niemal codziennie.

Nie wszystkie deklarowane parametry można niezależnie zweryfikować, ale zasięg przeprowadzanych ataków pokazuje, że rosyjska geografia przestała być tak skuteczną osłoną jak wcześniej. W lipcu zaatakowano rafinerię w Omsku, około 2,5 tys. kilometrów od granicy z Ukrainą. Pod koniec sierpnia poza zasięgiem ukraińskich dronów pozostawało tylko pięć dużych rosyjskich rafinerii, położonych na wschodzie kraju (w odległości 3,5-6,5 tys. km od Ukrainy).

Strategiczne znaczenie tej zmiany nie sprowadza się zatem do możliwości przeprowadzenia pojedynczego uderzenia tysiące kilometrów od frontu. Ukraina może prowadzić kampanię, w której kolejne ataki nakładają się na skutki poprzednich. rosjanie muszą więc nie tylko chronić dziesiątki zakładów rozrzuconych na ogromnym terytorium, ale również naprawiać je w tempie szybszym niż przeciwnik jest w stanie ponownie je uszkadzać. To właśnie relacja między tempem niszczenia i odbudowy może zdecydować o rzeczywistej skuteczności ukraińskiej kampanii.

—–

Czy zatem zimą rosjanom zabraknie benzyny? Popyt na paliwa zmienia się sezonowo, a rosja dysponuje ogromną infrastrukturą naftową, może ograniczać eksport i przerzucać paliwa między regionami. Już podczas tegorocznego kryzysu władze kierowały do Moskwy benzynę z Syberii oraz zwiększały dostawy z zagranicy. Nawet dalsze skuteczne uderzenia w rafinerie nie oznaczają więc, że pewnego dnia cały kraj po prostu stanie.

Nie znaczy to jednak, że zimą skuteczność ukraińskiej kampanii musi zmaleć. Przeciwnie – może zmienić się przede wszystkim rodzaj szkód, które Ukraina jest w stanie powodować. Rafineria pozostaje ważnym celem przez cały rok, bo jej wyłączenie uderza w dostępność paliw, transport i gospodarkę. Wraz ze spadkiem temperatury szczególnego znaczenia nabiera jednak druga część rosyjskiej infrastruktury: system wytwarzania i dostarczania energii elektrycznej oraz ciepła. Ta sama kilkugodzinna awaria, która latem oznacza przede wszystkim niedogodność i straty gospodarcze, podczas silnego mrozu może stać się znacznie poważniejszym problemem.

Energia elektryczna jest bowiem elementem całego systemu naczyń połączonych. Bez niej nie działają pompy i część infrastruktury wodociągowej, problemy pojawiają się w systemach ciepłowniczych, telekomunikacji, handlu czy transporcie. Im dłużej trwa awaria i im niższa jest temperatura, tym większe ryzyko, że problem przestaje ograniczać się do braku światła. Dlatego do wywołania lokalnego kryzysu nie trzeba pozbawiać energii całego regionu na wiele dni. Wystarczy poważnie uszkodzić odpowiednio dobrany element sieci i utrudnić szybkie przywrócenie zasilania.

rosjanie przekonali się o tym już poprzedniej zimy. W styczniu ukraiński atak na infrastrukturę energetyczną obwodu biełgorodzkiego pozbawił według miejscowych władz około 600 tys. mieszkańców prądu, ogrzewania i wody. Temperatura spadała poniżej zera, w Biełgorodzie wyłączono oświetlenie uliczne, a władze musiały ograniczać zużycie energii. Nie był to paraliż rosyjskiej energetyki, lecz regionalny kryzys – i właśnie dlatego jest dobrym przykładem tego, co Ukraina może próbować powtarzać tej zimy.

—–

Taki sposób prowadzenia wojny Ukraińcy znają zresztą z własnego doświadczenia. Od jesieni 2022 roku rosja systematycznie atakuje elektrownie, elektrociepłownie, stacje elektroenergetyczne i inne elementy ukraińskiego systemu. Celem nie musi być trwałe pozbawienie całego kraju energii. Wystarczy zmusić operatorów do ciągłych napraw, tworzyć niedobory mocy, powodować awaryjne wyłączenia i sprawiać, że każdy kolejny atak zastaje system osłabiony skutkami poprzedniego. Mróz zwielokrotnia konsekwencje takich działań.

Ukraina nie dysponuje potencjałem pozwalającym przenieść ten model na rosję w podobnej skali. rosyjski system elektroenergetyczny jest ogromny, rozciągnięty na tysiące kilometrów i ma znacznie większe zasoby niż ukraiński. Kijów musi ponadto dzielić ograniczoną liczbę środków dalekiego zasięgu między rafinerie, przemysł zbrojeniowy, lotniska, składy amunicji, logistykę i energetykę. Każdy dron wysłany przeciw stacji elektroenergetycznej jest dronem, którego nie użyto przeciw innemu ważnemu celowi.

To wyznacza granice możliwego scenariusza. Ukraina nie jest w stanie „wyłączyć rosji”, może jednak próbować okresowo wyłączać jej fragmenty. Najbardziej narażone są regiony zachodniej części kraju, gdzie duża liczba potencjalnych celów znajduje się w zasięgu tańszych i liczniejszych ukraińskich bezzałogowców. Im dalej na wschód, tym trudniejsza staje się operacja: potrzeba środków o większym zasięgu, rośnie czas lotu i liczba rosyjskich systemów obrony, które trzeba ominąć.

Dlatego najbardziej realnym zimowym zagrożeniem dla rosji nie jest ogólnokrajowy blackout, lecz seria lokalnych kryzysów. W jednym regionie może zabraknąć prądu, w innym problemy z energią nałożą się na niedobory paliwa, gdzie indziej trzeba będzie ograniczyć dostawy dla przemysłu albo skierować dodatkowe zasoby do napraw. Pojedynczo takie zdarzenia nie zachwieją rosyjskim państwem. Powtarzane przez kilka miesięcy mogą jednak zwiększać gospodarcze koszty wojny i – co dla Kremla również ma znaczenie – przenosić jej skutki coraz głębiej w codzienne życie rosjan.

Przez poprzednie zimy pytanie brzmiało przede wszystkim: ile ukraińskiej infrastruktury rosja zdoła zniszczyć i jak długo Ukraina będzie w stanie znosić skutki tych uderzeń. Tej zimy pytanie pozostaje aktualne, ale dochodzi do niego kolejne: ile szkód Kijów jest w stanie wyrządzić po drugiej stronie granicy. rosji nie grozi energetyczne załamanie, lecz przy utrzymaniu obecnego tempa ataków część jej mieszkańców może coraz częściej doświadczać wojny nie za pośrednictwem telewizji, ale na stacjach benzynowych, w cenach towarów, a lokalnie także we własnych mieszkaniach. Nadchodząca zima może być pierwszą, podczas której energetyczna wojna naprawdę zacznie działać w obie strony.

Ten tekst, w rozszerzonej wersji, opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do oryginalnego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Naprawa zniszczonych linii energetycznych. Obwód chersoński, wiosna 2023 roku/fot. własne

Marchewka

Czy bez Amerykanów Ukraina przetrwa? – to pytanie zadaje sobie teraz wiele osób. W mojej ocenie na wyrost, ale powszechność obaw – że Donald Trump „zabierze zabawki” – pozostaje faktem, chciałbym się zatem z nim zmierzyć.

Pomoc zza Oceanu w wielu obszarach jest ważna, wręcz krytyczna – pisałem o tym sporo, więc poprzestanę na konkluzji. Trzeba jednak podkreślić, że często nawet nie chodzi o to, co ze Stanów przylatuje/przypływa, ale co Amerykanie pozwalają innym krajom zaoferować. Samoloty F-16 trafiły do Ukrainy z Europy – z Danii i Holandii – Stany nie przekazały i na razie nie planują przekazywać żadnej maszyny, ale wtórna dystrybucja uzbrojenia „made in USA” też leży w gestii Waszyngtonu, takie jest prawo. A dotyczy ono wielu kategorii sprzętu.

Tym niemniej brak Ameryki na pokładzie nie oznacza gwałtownego załamania Ukrainy. Wbrew retoryce Trumpa, to Europa (jako UE i pojedyncze kraje) ponosi większość kosztów wspierania Kijowa. Kontynentalna wspólnota jest w stanie długo finansować przeważającą część ukraińskiego wysiłku wojennego, tak od zaraz. Trzeba na to około 80 mld euro rocznie (to całościowy koszt, Ukraińcy samodzielnie wkładają do koszyka około 20 mld). Dużo, a zarazem niewiele, wziąwszy pod uwagę zsumowany kilkunasto-bilionowy budżet członków UE i Wielkiej Brytanii.

Oczywiście, pieniędzmi się nie strzela, więc ta pomoc musiałaby mieć także materialny wymiar. Co wymagałoby od europejskich przemysłów większej niż dotąd mobilizacji. Na przykład w zakresie produkcji amunicji, na co wcale nie trzeba długich miesięcy przygotowań (w wielu europejskich krajach jest know how, jest technologia, są wolne moce produkcyjne – nie ma „tylko” woli politycznej). W połączeniu z tym, co mają i mogą mieć Ukraińcy dzięki własnym zabiegom – a tu zwłaszcza w ostatnim roku wiele się zmieniło in plus – nadal można by prowadzić skuteczną operację obronną. Naprawdę długo…

A przecież cała ta narracja o „przebudzonej rosji”, jej wielkich możliwościach i niewyczerpanych zasobach, to pic na wodę. Ten rak ledwo żyje, mogłoby się zatem okazać, że ukraińska determinacja, wsparta europejskim wysiłkiem, ostatecznie by go wykończyła.

Tylko chyba nie ma już na to „pary” w samej Ukrainie (rozumianej jak powszechna wola walki, niezależnie od tego, że jesteśmy w kiepskiej sytuacji). Zdaje się, że nad Dnieprem gra toczy się o to, by zachowując jak najwięcej dotrwać do momentu zawieszenia broni, który przyniesie powszechną ulgę.

A wracając do USA. W morzu lamentu, który się od wczoraj wylewa, toną fakty. A te są takie, że od kilku tygodni dostawy amerykańskiego sprzętu do Ukrainy idą pełną parą, z niespotykaną od dawna intensywnością. A wachlarz uzbrojenia jest naprawdę szeroki.

Mam swoje zdanie na temat Trumpa, nigdy nie ukrywałem jak bardzo krytyczne, ale radziłbym Czytelnikom, by nie ulegali emocjom. Wszak wiele wskazuje na to, że wcale nie oglądamy show pt.: „Rejterada Ameryki”, a raczej przedstawienie z użyciem kija i marchewki. Trump mami putina „słodko-pierdzeniem”, a na głębokim zapleczu ukraińskie drony masakrują rosyjską infrastrukturę krytyczną, przede wszystkim rafinerie.

Piszę o tym w tekście dla „Polski Zbrojnej” – jak tylko się ukaże, podrzucę linka. Na potrzeby tego materiału dość stwierdzić, że w styczniu br. ukraińskie drony uderzyły w rosyjskie zakłady siedem razy. W tym miesiącu odnotowano już pięć nalotów, ostatni 11 lutego.

Wiosną ubiegłego roku ZSU zaatakowały 11 z ponad 30 rosyjskich rafinerii. Porażone przez Ukraińców zakłady pracowały dalej, choć w ograniczonym zakresie. Problem okazał się na tyle poważny, że rosja na pół roku zawiesiła sprzedaż paliwa za granicę. I wtedy na pomoc Moskwie przyszedł Waszyngton. Administracja Joe Bidena, obawiając się wzrostu cen benzyny na światowych rynkach (co drenowałoby portfele Amerykanów, a akurat mieliśmy rok wyborczy…), „poprosiła” Kijów o wstrzymanie ataków. Co istotnie nastąpiło – między kwietniem a grudniem 2024 roku ukraińskie drony uderzyły tylko kilka razy, w niezbyt licznych nalotach. Skokowy wzrost ataków zbiegł się ze zmianą władzy w USA – i nie sądzę, by był to przypadek.

Trump (a raczej któryś z jego doradców) dostrzegł korzyści płynące z ukraińskiego „dronowania” rafinerii. Rosyjskie problemy nie spowodowały światowych wzrostów cen przetworzonej ropy. Zmusiły za to Moskwę do zmiany wolumenu eksportowanych towarów – do zastąpienia benzyny surową ropą. Ubytki w zyskach z eksportu „na szybko” udało się zrekompensować, ale co dalej? Zapowiedź Trumpa – że dogada się z arabskimi potentatami naftowymi, co poskutkuje obniżeniem cen ropy – wywołała na Kremlu zrozumiałą wściekłość. Podobnie jak to, że Kijów dostał „zielone światło” z Waszyngtonu na atakowanie celów w głębi federacji przy użyciu broni „made in USA”. Takiego ataku jeszcze nie wyprowadzono, ale moim zdaniem to kwestia czasu. Amerykańskie lotnicze pociski manewrujące – dla których platformę stanowią samoloty F-16 – zwiększą szybkość i precyzję uderzeń w rafinerie. A już dziś połowa zakładów (dwie trzecie fabryk położonych w europejskiej części federacji) pracuje w ograniczonym zakresie.

Tak również „zaprasza się” Moskwę do negocjacyjnego stołu.

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa… – w sklepie na Patronite pojawiły się kolejne książki – powieści, które napisałem i wydałem „w czasach afgańskich”, reportaż z tamtego okresu oraz książka political/war fiction, dziejąca się w realiach pandemii i rosyjskiej agresji militarnej na Polskę. Polecam lektury – by je nabyć, przejdźcie na stronę pod tym linkiem.

Nz. Zniszczony rosyjski sprzęt, Charkowszczyzna, jesień 2024 roku/fot. własne