Przestrzeń

rosja „od zawsze” była przekonana, że ma coś, co gwarantuje jej przetrwanie – przestrzeń. Ogromne terytorium miało amortyzować uderzenia przeciwnika, rozciągać jego linie zaopatrzenia i kupować czas potrzebny na mobilizację. W tej logice nawet najdotkliwszy cios nie był rozstrzygający, bo zanim agresor dotarł do kluczowych ośrodków, jego potencjał zdążył się wyczerpać. Dziś ten sposób myślenia coraz wyraźniej zderza się z rzeczywistością.

Ukraińskie uderzenia dronowe na infrastrukturę w Tuapse nad Morzem Czarnym czy w Permie – setki, a nawet ponad tysiąc kilometrów od linii frontu – pokazują, że „bezpieczne zaplecze” przestaje istnieć. Zwłaszcza że to już nie są incydentalne rajdy, lecz element systematycznej kampanii, która sięga w głąb rosyjskiego terytorium. W efekcie dystans, przez lata uznawany za strategiczny bufor, traci swoją ochronną funkcję. Głębia przestaje być tarczą – staje się iluzją.

—–

Jeszcze niedawno rosyjskie zaplecze przemysłowe uchodziło za względnie bezpieczne. Kluczowe instalacje – rafinerie, zakłady zbrojeniowe, węzły logistyczne – znajdowały się setki, a często tysiące kilometrów od potencjalnego przeciwnika. W praktyce oznaczało to, że ich neutralizacja wymagałaby użycia najbardziej zaawansowanych i kosztownych środków rażenia, dostępnych tylko dla największych potęg militarnych. Dla Ukrainy, pozbawionej tych technologii, był to scenariusz czysto teoretyczny.

Sytuacja zmieniła się wraz z upowszechnieniem bezzałogowych systemów uderzeniowych dalekiego zasięgu. Drony nie oferują siły niszczenia porównywalnej z pociskami manewrującymi czy lotnictwem strategicznym, ale nadrabiają to dostępnością, skalą użycia i elastycznością. Mogą być wysyłane falami, atakować z różnych kierunków i zmuszać obronę powietrzną do ciągłego reagowania. W efekcie nawet dobrze chronione obiekty przestają być w pełni bezpieczne.

Właśnie ta zmiana – z uderzeń punktowych na ciągłą presję – ma dziś kluczowe znaczenie. Ukraińskie ataki na infrastrukturę energetyczną i przemysłową rosji nie muszą prowadzić do spektakularnych zniszczeń, by przynosić wymierne efekty. Wystarczy, że powodują przerwy w pracy zakładów, wymuszają kosztowne naprawy i angażują zasoby, które w innym przypadku mogłyby zostać wykorzystane na froncie. Wojna zaczyna w ten sposób obejmować całe terytorium państwa, a nie tylko jego strefę przyfrontową.

To z kolei rodzi problem, którego rosja nie doświadczała na taką skalę od dekad. Ochrona ogromnego obszaru staje się zadaniem skrajnie kosztownym i organizacyjnie trudnym. Każdy dodatkowy obiekt wymagający zabezpieczenia oznacza konieczność rozproszenia systemów obrony powietrznej, a więc osłabienia ich skuteczności. W praktyce nie sposób stworzyć szczelnej tarczy nad całym państwem – można jedynie wybierać, co chronić w pierwszej kolejności.

W efekcie zmienia się sama logika bezpieczeństwa. Dystans przestaje gwarantować ochronę, a zaczyna generować nowe ryzyka. Im dalej od frontu znajduje się dany obiekt, tym większe było dotąd przekonanie o jego bezpieczeństwie – i tym większe są dziś konsekwencje jego trafienia. Uderzenia w głębi kraju mają więc znaczenie nie tylko operacyjne, ale i symboliczne: podważają poczucie kontroli nad własnym terytorium i pokazują, że wojna nie ma już wyraźnej linii oddzielającej „front” od „zaplecza”.

—–

Tym bardziej uderzający jest kontrast z doświadczeniem II wojny światowej. W 1941 roku, po niemieckiej inwazji, Związek Sowiecki stanął w obliczu katastrofy – utraty ogromnych obszarów, w tym najważniejszych regionów przemysłowych. Odpowiedzią była operacja na niespotykaną skalę: ewakuacja setek zakładów na wschód, przede wszystkim za Ural. Fabryki demontowano, przewożono tysiące kilometrów i wznawiano produkcję w nowych lokalizacjach, poza zasięgiem niemieckiego lotnictwa.

Ten wysiłek nie tylko uratował potencjał przemysłowy państwa, ale stał się jednym z fundamentów sowieckiego zwycięstwa. Produkcja uzbrojenia – czołgów, dział, amunicji – mogła być kontynuowana mimo dramatycznej sytuacji na froncie. Przestrzeń działała jak realna tarcza: oddzielała zaplecze od wojny, dawała czas i pozwalała odbudowywać zdolności.

Dziś taki scenariusz jest w praktyce nie do powtórzenia. Nie dlatego, że rosja utraciła swoją rozległość – lecz dlatego, że przestała ona pełnić dawną funkcję ochronną. W warunkach, w których środki rażenia są w stanie pokonać setki i tysiące kilometrów, nie istnieje już oczywista linia oddzielająca „bezpieczne tyły” od strefy zagrożenia.

Oznacza to fundamentalną zmianę: państwo nie może już zakładać, że jego kluczowe zdolności da się po prostu „odsunąć” od przeciwnika. Zaplecze przemysłowe, infrastruktura energetyczna czy system logistyczny pozostają w zasięgu oddziaływania – niezależnie od tego, jak daleko znajdują się od frontu. To nie tylko problem militarny, ale strukturalny: wymusza zupełnie inne myślenie o organizacji państwa w warunkach wojny.

W praktyce rosja musi mierzyć się z problemem, który wcześniej dotyczył raczej państw mniejszych i bardziej narażonych na presję militarną: jak chronić całe swoje terytorium, a nie tylko linię frontu. Oznacza to konieczność rozbudowy systemów obrony powietrznej, ochrony infrastruktury krytycznej oraz tworzenia zapasowych rozwiązań w kluczowych sektorach gospodarki. Każde z tych działań generuje jednak ogromne koszty i wymaga zasobów, które jednocześnie są potrzebne do prowadzenia działań bojowych.

—–

Tu ujawnia się paradoks rosyjskiej sytuacji. Im większe państwo, tym więcej obiektów wymaga ochrony – a więc tym trudniej zapewnić im skuteczną osłonę. Rozproszenie systemów obronnych obniża ich efektywność, koncentracja – zostawia luki w innych miejscach. W efekcie nie da się uniknąć ryzyka: można je jedynie ograniczać i zarządzać jego skutkami.

To z kolei wpływa na sposób prowadzenia wojny. Zasoby, które mogłyby zostać przeznaczone na działania ofensywne, są kierowane na zabezpieczanie zaplecza. rosja musi angażować środki w obronę rafinerii, baz paliwowych, zakładów przemysłowych czy węzłów transportowych – czyli elementów, które dotąd funkcjonowały względnie spokojnie, poza bezpośrednim zasięgiem przeciwnika. W ten sposób wojna zaczyna „zużywać” potencjał państwa na znacznie większą skalę niż wcześniej.

Nie oznacza to oczywiście, że rosja traci wszystkie atuty wynikające ze swojej wielkości. Wciąż dysponuje znaczącymi zasobami, rozbudowanym przemysłem i możliwością rozproszenia produkcji. Jednak sama przestrzeń przestaje być wystarczającą gwarancją bezpieczeństwa. Coraz większe znaczenie ma zdolność do funkcjonowania pod uderzeniami – utrzymania ciągłości produkcji, naprawy uszkodzeń, adaptacji systemu do warunków ciągłego zagrożenia.

W tym sensie rosyjskie doświadczenia z wojny w Ukrainie mają wymiar szerszy niż tylko regionalny. Pokazują, że w XXI wieku granica między frontem a zapleczem zaciera się. Głębia strategiczna nie znika – ale przestaje być kwestią kilometrów. Staje się sprawdzianem odporności państwa: jego zdolności do przetrwania, działania i odtwarzania strat mimo ciągłych uderzeń przeciwnika.

—–

O nowoczesnym pojmowaniu „głębi strategicznej” napisałem oddzielny tekst, który ukaże się w majowym numerze „Polski Zbrojnej” – już dziś zapraszam Was do lektury.

Szanowni, zmykam na 10-dniowy urlop – potrzebuję go jak sucha ziemia wody, bo zwłaszcza w ostatnich dniach chodzę już na rzęsach. Tak więc odmeldowuję się i do zobaczenia na łączach po 10-tym maja. Gdybyście w tym czasie zechcieli wesprzeć moją publicystkę – wszak piszę także dzięki Wam! – polecam Waszej uwadze przyciski poniżej. Zwłaszcza ten „kawowy”, bo tam ostatnio niemal nic się nie dzieje.

No więc tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Grafika ilustracyjna – poprosiłem o pomoc AI, bo nie mam własnego, stosownego zdjęcia.

Wieczność

Wczoraj zaskoczone media donosiły o tym, że miniona noc była pierwszą od bardzo dawna – niewykluczone, że od początku pełnoskalowej wojny – w trakcie której na ukraińskie miasta nie spadł żaden dron, żadna rakieta. Na froncie rzecz jasna walki trwały w najlepsze, ale zaplecze pozostało nietknięte.

Zastanawiałem się, o co chodzi i nawet przyszło mi do głowy, że to początek jakiejś pozytywnej zmiany. Zwłaszcza że trump zaczyna dostrzegać, że putin zwyczajnie go zwodzi – i w swoim stylu zapowiada działania odwetowe. W tym przypadku miałyby to być bolesne cała dla podmiotów państwowych, które kupują ropę w rosji. Pomysł w gruncie rzeczy niegłupi, potencjalnie dla Moskwy bolesny; Indie już rozglądają się za innymi niż rosja dostawcami, wszak bardzo zależy im na utrzymaniu dobrych relacji gospodarczych z USA.

No więc trump pogrzmiewa – i niechby z tego wyszedł jakiś konkret! – świat reaguje, może zatem zareagowała i rosja, łudziłem się przez jakiś czas.

Czar prysł dzisiejszej nocy, kiedy moskale uderzyli dronami w Charków. Na miasto spadło co najmniej 15 Szahidów, z porannych raportów wynikało, że rannych zostało osiem osób.

W odpowiedzi Ukraińcy posłali własne drony – na Taganrog, Rostów i Wołgograd.

I tak minęła kolejna noc niby-rozejmu.

A propos dronów – innych niż Szahidy i ukraińskie konstrukcje wysyłane na dalekie dystanse. Mowa o małych bezzałogowcach FPV, wykorzystywanych na pierwszej linii walk. Do rzeczy – w rosji wyciekły dane ministerstwa obrony, zebrane pośród rosyjskich lekarzy wojskowych. Wynika z nich, że ponad 75 proc. wszystkich obrażeń odniesionych przez rosyjskich żołnierzy podczas wojny okopowej, jest wynikiem ataków ukraińskich bezzałogowych statków powietrznych.

Kolejne 20 proc. rannych to ofiary ostrzału artyleryjskiego, a tylko 4 proc. pośród wszystkich poszkodowanych doznało urazów na skutek działania broni ręcznej.

Co więcej, z raportów rosyjskich medyków wynika, że drony wpłynęły również na czas ewakuacji rannych. Wydłużył się on trzykrotnie (w porównaniu z sytuacją z początku spec-operacji) – do 14,5 godzin.

W medycynie funkcjonuje pojęcie „złotej godziny”, w trakcie której poszkodowany powinien trafić do szpitala, aby otrzymać fachową pomoc. Jest to czas, w którym leczenie jest najskuteczniejsze w zapobieganiu nieodwracalnym uszkodzeniom i zwiększaniu szans na przeżycie. Każda kolejna minuta drastycznie zmniejsza szanse. Dość napisać, że w wyniku urazu wielonarządowego (a te bojowe zwykle mają taką postać) 30 proc. zgonów następuje w ciągu 2-3 godzin od wypadku. Zatem 14,5 godziny to wieczność – i tam też kończy znacząca większość rosyjskich rannych.

Trudno im współczuć, warto za to wyciągać wnioski. Najpierw jednak odrobina historycznego tła. Otóż według statystyk amerykańskich służb medycznych, w czasie II wojny światowej wojska lądowe armii USA operujące w Europie i w basenie Morza Śródziemnego, głównie narażone były na ogień artylerii. Aż 65 proc. ​​wszystkich rannych stanowiły ofiary ostrzału artyleryjskiego.

W Ukrainie – gdzie w początkowych fazach konfliktu „bogiem wojny” również pozostawała artyleria – punkt ciężkości przesunął się na drony (nie znam danych ukraińskich, ale zapewne są podobne). A teraz do brzegu – bezzałogowce są lżejsze i tańsze niż klasyczna amunicja. Łatwiej je dostarczyć na pole bitwy. To istotna wskazówka dla podbicia efektywności wsparcia dla Ukrainy.

—–

Szanowni, by móc kontynuować swój ukraiński raport, potrzebuję Waszego wsparcia. Okresowo bywa z tym krucho, marzec był właśnie takim miesiącem. Pomożecie w kwietniu? Polecam uwadze przyciski poniżej i nisko się kłaniam wszystkim „Kawoszom” i Subskrybentom!

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Śmiercionośna ptaszyna, źródło rosyjskich problemów. Zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Marchewka

Czy bez Amerykanów Ukraina przetrwa? – to pytanie zadaje sobie teraz wiele osób. W mojej ocenie na wyrost, ale powszechność obaw – że Donald Trump „zabierze zabawki” – pozostaje faktem, chciałbym się zatem z nim zmierzyć.

Pomoc zza Oceanu w wielu obszarach jest ważna, wręcz krytyczna – pisałem o tym sporo, więc poprzestanę na konkluzji. Trzeba jednak podkreślić, że często nawet nie chodzi o to, co ze Stanów przylatuje/przypływa, ale co Amerykanie pozwalają innym krajom zaoferować. Samoloty F-16 trafiły do Ukrainy z Europy – z Danii i Holandii – Stany nie przekazały i na razie nie planują przekazywać żadnej maszyny, ale wtórna dystrybucja uzbrojenia „made in USA” też leży w gestii Waszyngtonu, takie jest prawo. A dotyczy ono wielu kategorii sprzętu.

Tym niemniej brak Ameryki na pokładzie nie oznacza gwałtownego załamania Ukrainy. Wbrew retoryce Trumpa, to Europa (jako UE i pojedyncze kraje) ponosi większość kosztów wspierania Kijowa. Kontynentalna wspólnota jest w stanie długo finansować przeważającą część ukraińskiego wysiłku wojennego, tak od zaraz. Trzeba na to około 80 mld euro rocznie (to całościowy koszt, Ukraińcy samodzielnie wkładają do koszyka około 20 mld). Dużo, a zarazem niewiele, wziąwszy pod uwagę zsumowany kilkunasto-bilionowy budżet członków UE i Wielkiej Brytanii.

Oczywiście, pieniędzmi się nie strzela, więc ta pomoc musiałaby mieć także materialny wymiar. Co wymagałoby od europejskich przemysłów większej niż dotąd mobilizacji. Na przykład w zakresie produkcji amunicji, na co wcale nie trzeba długich miesięcy przygotowań (w wielu europejskich krajach jest know how, jest technologia, są wolne moce produkcyjne – nie ma „tylko” woli politycznej). W połączeniu z tym, co mają i mogą mieć Ukraińcy dzięki własnym zabiegom – a tu zwłaszcza w ostatnim roku wiele się zmieniło in plus – nadal można by prowadzić skuteczną operację obronną. Naprawdę długo…

A przecież cała ta narracja o „przebudzonej rosji”, jej wielkich możliwościach i niewyczerpanych zasobach, to pic na wodę. Ten rak ledwo żyje, mogłoby się zatem okazać, że ukraińska determinacja, wsparta europejskim wysiłkiem, ostatecznie by go wykończyła.

Tylko chyba nie ma już na to „pary” w samej Ukrainie (rozumianej jak powszechna wola walki, niezależnie od tego, że jesteśmy w kiepskiej sytuacji). Zdaje się, że nad Dnieprem gra toczy się o to, by zachowując jak najwięcej dotrwać do momentu zawieszenia broni, który przyniesie powszechną ulgę.

A wracając do USA. W morzu lamentu, który się od wczoraj wylewa, toną fakty. A te są takie, że od kilku tygodni dostawy amerykańskiego sprzętu do Ukrainy idą pełną parą, z niespotykaną od dawna intensywnością. A wachlarz uzbrojenia jest naprawdę szeroki.

Mam swoje zdanie na temat Trumpa, nigdy nie ukrywałem jak bardzo krytyczne, ale radziłbym Czytelnikom, by nie ulegali emocjom. Wszak wiele wskazuje na to, że wcale nie oglądamy show pt.: „Rejterada Ameryki”, a raczej przedstawienie z użyciem kija i marchewki. Trump mami putina „słodko-pierdzeniem”, a na głębokim zapleczu ukraińskie drony masakrują rosyjską infrastrukturę krytyczną, przede wszystkim rafinerie.

Piszę o tym w tekście dla „Polski Zbrojnej” – jak tylko się ukaże, podrzucę linka. Na potrzeby tego materiału dość stwierdzić, że w styczniu br. ukraińskie drony uderzyły w rosyjskie zakłady siedem razy. W tym miesiącu odnotowano już pięć nalotów, ostatni 11 lutego.

Wiosną ubiegłego roku ZSU zaatakowały 11 z ponad 30 rosyjskich rafinerii. Porażone przez Ukraińców zakłady pracowały dalej, choć w ograniczonym zakresie. Problem okazał się na tyle poważny, że rosja na pół roku zawiesiła sprzedaż paliwa za granicę. I wtedy na pomoc Moskwie przyszedł Waszyngton. Administracja Joe Bidena, obawiając się wzrostu cen benzyny na światowych rynkach (co drenowałoby portfele Amerykanów, a akurat mieliśmy rok wyborczy…), „poprosiła” Kijów o wstrzymanie ataków. Co istotnie nastąpiło – między kwietniem a grudniem 2024 roku ukraińskie drony uderzyły tylko kilka razy, w niezbyt licznych nalotach. Skokowy wzrost ataków zbiegł się ze zmianą władzy w USA – i nie sądzę, by był to przypadek.

Trump (a raczej któryś z jego doradców) dostrzegł korzyści płynące z ukraińskiego „dronowania” rafinerii. Rosyjskie problemy nie spowodowały światowych wzrostów cen przetworzonej ropy. Zmusiły za to Moskwę do zmiany wolumenu eksportowanych towarów – do zastąpienia benzyny surową ropą. Ubytki w zyskach z eksportu „na szybko” udało się zrekompensować, ale co dalej? Zapowiedź Trumpa – że dogada się z arabskimi potentatami naftowymi, co poskutkuje obniżeniem cen ropy – wywołała na Kremlu zrozumiałą wściekłość. Podobnie jak to, że Kijów dostał „zielone światło” z Waszyngtonu na atakowanie celów w głębi federacji przy użyciu broni „made in USA”. Takiego ataku jeszcze nie wyprowadzono, ale moim zdaniem to kwestia czasu. Amerykańskie lotnicze pociski manewrujące – dla których platformę stanowią samoloty F-16 – zwiększą szybkość i precyzję uderzeń w rafinerie. A już dziś połowa zakładów (dwie trzecie fabryk położonych w europejskiej części federacji) pracuje w ograniczonym zakresie.

Tak również „zaprasza się” Moskwę do negocjacyjnego stołu.

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa… – w sklepie na Patronite pojawiły się kolejne książki – powieści, które napisałem i wydałem „w czasach afgańskich”, reportaż z tamtego okresu oraz książka political/war fiction, dziejąca się w realiach pandemii i rosyjskiej agresji militarnej na Polskę. Polecam lektury – by je nabyć, przejdźcie na stronę pod tym linkiem.

Nz. Zniszczony rosyjski sprzęt, Charkowszczyzna, jesień 2024 roku/fot. własne

Rozdźwięk

A dziś zapraszam Was do lektury tekstu, który podsumowuje mój ostatni wyjazd do Ukrainy, jest też autorską konkluzją kilkudziesięciu rozmów, które odbyłem na przestrzeni ostatnich tygodni. Znajdziecie w nim kilka powtórzeń z poprzednich, krótszych materiałów; ten zabieg wynikał z konieczności zachowania ciągłości narracji. Ufam, że czeka Was satysfakcjonująca lektura.

Chersoń jest niczym Sarajewo z czasów serbskiego oblężenia (z lat 1992-1996). Podobnie jak w bośniackiej stolicy, w ukraińskim mieście żyje liczna populacja, tak jak wtedy, tak i dziś nękana selektywnym ostrzałem artylerii. Każdego dnia na chersońskiej tkance przybywają nowe blizny – kolejne zniszczone domy i obiekty publiczne – i tak jak w przypadku sarajewskiej rzeczywistości i tu nie ma mowy o poważnych remontach czy odbudowie. Miasto popada w ruinę…

Normalne życie zamarło (lub zeszło do podziemi), chersonianie do minimum ograniczają aktywność poza domem. W Sarajewie, obok armat i moździerzy, ryzyko dla mieszkańców stwarzali polujący snajperzy, w Chersoniu na miano najpodlejszych bandytów – atakujących kobiety, dzieci i starców, na ulicach, przystankach czy przed sklepami – pracują droniarze. „Ludzie ludziom zgotowali ten los”; znamienne, że w obu dramatach w role tych złych wcielili się Serbowie i rosjanie, przedstawiciele kulturowo blisko ze sobą związanych narodów. Nie wiem czy to przypadek.

Jedno z wielu chersońskich „dzieł” rosyjskich agresorów/fot. własne

Chersoń na mapie współczesnej Ukrainy jest miejscem wyjątkowym, doświadczenia jego mieszkańców istotnie odmienne. rosjanie stoją za wąską na tym odcinku wstęgą Dniepru. Wystarczy im zatem byle moździerz, by narobić szkód na drugim brzegu, drony zaś mogą posyłać rojami – te o najkrótszym zasięgu i tak dotrą na najgłębsze przedmieścia.

Innym miastom Ukrainy – w centrum i na zachodzie kraju – szkodzą „co najwyżej” rakiety i pociski manewrujące oraz irańskie Szahidy; amunicja kosztowna i stosunkowo nieliczna, używana więc przez rosjan w ograniczonym zakresie. I z ograniczoną skutecznością, bo ukraińska obrona przeciwlotnicza potrafi z tym zagrożeniem walczyć. Gdy zdamy sobie sprawę z tych uwarunkowań, łatwiej pojmiemy, dlaczego w Chersoniu – i szerzej, na całym poharatanym walkami i ostrzałami wschodzie – myślą inaczej niż w Kijowie czy Lwowie.

Inaczej, czyli jak? Z badań Instytutu Gallupa wynika, że wśród Ukraińców ze wschodu odsetek pragnących niezwłocznego końca wojny jest ponad dwa razy większy niż osób, które chciałyby kontynuacji walki (63 proc. vs. 27 proc.). W skali kraju już „tylko” 52 proc. obywateli życzy sobie, by Ukraina jak najszybciej wynegocjowała zakończenie wojny, a 38 proc. uważa, że państwo powinno walczyć do zwycięstwa. „Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”, głosi popularne powiedzenie. W nakreślonych realiach ów punkt to niewygodny fotel bądź krzesło elektryczne.

—–

Czymkolwiek jest, pozostaje sprzętem w ciemnym i zimnym pokoju. Ukraińcy do przerw w dostawach prądu przywykli, ale coś w ich postawach zaczyna się zmieniać. Kilka dni temu – po niemal tygodniowym blackoucie – na ulice wyszli mieszkańcy Odesy, w sumie kilkaset osób. Był to pierwszy tak otwarty i tak liczny protest zmęczonych obywateli, domagających się od władzy przywrócenia stałych dostaw energii. Rosnącą irytację widać też w Charkowie, gdzie normą są 6-10-godzinne wyłączenia – dość poczytać lokalne fora internetowe. Ba, narzeka nawet Kijów, gdzie prąd „być musi” przynajmniej kilkanaście godzin na dobę. „Jak tak dalej pójdzie, nie przetrwam zimy”, zwierza mi się znajomy, właściciel niewielkiego bistro. Kijowianin – skądinąd weteran, zwolniony ze służby z powodu trwałego kalectwa – wykosztował się na zakup generatora, w którym przepala teraz znaczną część przychodów.

Ukraiński system energetyczny „wisi na włosku”. Przed ostatnim dużym atakiem lotniczo-rakietowym z 28 listopada br. zapotrzebowanie na moc realizowano w 40 procentach. Najświeższych danych brak, ale z dużym prawdopodobieństwem kolejne zniszczenia elektrowni i sieci przesyłowych pogorszyły sprawę. A to może oznaczać, że rosjanom wystarczą dwa do czterech uderzeń z jednoczesnym użyciem kilkudziesięciu rakiet i pocisków manewrujących, by udało im się „wyłączyć Ukrainę”.

Skutki humanitarne w warunkach zimy nietrudno przewidzieć (szacunki mówią o fali kolejnych 4-6 mln uchodźców), a jest jeszcze kwestia energochłonnej produkcji zbrojeniowej. Prądu potrzebują duże państwowe zakłady wytwarzające pociski artyleryjskie i liczne wolontariackie manufaktury, drukujące na drukarkach 3D plastikowe elementy ładunków wybuchowych podczepianych pod drony. Jeśli to wszystko „padnie”, możliwości odtwarzania potencjału bojowego armii zostaną dramatycznie zredukowane.

Podczas ostatniego wyjazdu odwiedziłem jedną z wolontariackich manufaktur, drukujących w 3D elementy ładunków wybuchowych dla dronów/fot. własne

Tak mają się sprawy z perspektywy ogólnej i wielkomiejskiej, ale wróćmy na prowincję. Pierwsze akapity tekstu poświęciłem Chersoniowi, jednak źle jest też na pozostałych obszarach wyzwolonych spod rosyjskiej okupacji. Niedawno minęły dwa lata od spektakularnych sukcesów armii ukraińskiej, a zmian na lepsze – poza oswobodzeniem – zwykle nie widać. Wiele wsi wygląda niczym plan filmu postapo. Zarwane dachy, wybite okna, przestrzelone ściany. Powalone płoty, wraki aut, rozorane drogi. I często ani śladu żywej istotny, choćby zdziczałych psów, które na wschodzie kręcą się hordami. Wiele osad jest dosłownie martwych, w innych – w otoczeniu ruin domów dawnych sąsiadów – gnieżdżą się ukraińscy Robinsonowie.

Nawet „pokazuchy” – wsie przewidziane do odbudowy w pilotażowym programie pod patronatem Wołodymyra Zełenskiego – nie mają się czym (i jak) pochwalić. Do podcharkowskich Cyrkunów nie sposób wjechać, bo znów stały się strefą przyfrontową, a w podchersońskim Posad-Pokrowsku z zaplanowanych kilkudziesięciu domów udało się zbudować pięć. Reszta wioski pozostaje rumowiskiem, otoczonym za to solidnym metalowym płotem, na którym wymalowano sielskie obrazki osiedla przyszłości.

Brak wody, minimalnie przyzwoitej drogi, sklepu, lokalnego miejsca pracy – przedsiębiorstwa, które po zniszczeniu/rozszabrowaniu przez rosjan nie ponowiło działalności – takie są realia wyzwolonych terytoriów. Abdykacja państwa? Raczej dowód jego dramatycznej sytuacji. Bo jednak w niektórych miejscach odbudowano mosty, rozminowanie idzie pełną parą, a niewielkie, ale zawsze jakieś!, świadczenia są regularnie wypłacane. Trzy czwarte ukraińskiego budżetu pochłania prowadzenie wojny – takie są priorytety. Tuż za Posad Pokrowskiem (w stronę Chersonia) koparki, miast kopać doły pod fundamenty dla kolejnych domów, „robią przy okopach”. Miejscowi to rozumieją, ale i tak czują się porzuceni i oszukani. I coraz bardziej zmęczeni tym, jak żyją, zwłaszcza gdy znów nie ma prądu…

Posad-Pokrowskie/fot. własne

Tymczasem wojsko chce się bić dalej – co stwierdzam w oparciu o rozmowy toczone już od wielu tygodni, z wieloma mundurowymi różnego szczebla i specjalności. Nie jest to w każdym razie wniosek wywiedziony z ostatniego krótkiego wyjazdu do Ukrainy.

No więc armia chce się bić, choć po tym stwierdzeniu potrzebnych jest kilka zastrzeżeń.

Po pierwsze, w Ukrainie próżno szukać śladów patriotycznego wzmożenia z pierwszych miesięcy pełnoskalowej wojny. Obecnie istotą rekrutacji pozostaje przymusowy pobór, z którego wielu ukraińskich mężczyzn usiłuje się wykręcić, zabiegając o „odsroczki” (odroczenia).

Po drugie, armia nadal cieszy się wielkim społecznym szacunkiem. A zarazem nikt już nie ma złudzeń, że front to także dla Ukraińców „maszynka do mielenia mięsa”. Dodajmy do tego powszechne rozczarowanie, że „wróciło stare” – korupcja, prywata ludzi władzy – i towarzyszące mu przekonanie, że wojnę toczy się rękoma najbiedniejszych; innymi słowy, czynniki zdecydowanie niesprzyjające rekrutacji. W efekcie mamy sytuację, w której żołnierze są w oczach rodaków niczym gladiatorzy. Herosi, a jednocześnie życiowi pechowcy, wepchnięci w tryby śmiercionośnej maszynerii. Można darzyć ich uznaniem, szacunkiem czy nawet miłością, ale lepiej nie być na ich miejscu.

—–

Po trzecie, armia jest zmęczona i coraz bardziej sfrustrowana. Według danych ukraińskiej Prokuratury Generalnej, od stycznia do października 2024 roku wszczęto 40 tys. postępowań karnych dotyczących samowolnego opuszczenia oddziału oraz 20 tys. spraw o dezercję. To dwa i pół raza więcej niż w całym 2023 roku. Rzeczywista skala zjawiska może być większa, z drugiej strony musimy pamiętać, że miażdżąca większość łamiących prawo dobrowolnie wraca do jednostek. Nie chcą uciekać, tylko spotkać się z bliskimi, których często nie widzieli od miesięcy. Dramatyczne straty i problemy z mobilizacją z minionych miesięcy skutkowały „nadeksploatacją” żołnierzy w linii. Polityka „zero urlopów” musiała skończyć się masową niesubordynacją.

Ale do „rozkładu morale armii” wciąż droga daleka.

Choć z pewnością skraca ją wspomniana frustracja. Jak to ujął jeden z moich wojskowych rozmówców: „milion walczy, pięć milionów grzeje łóżka na tyłach; tak dłużej być nie może”. To uproszczone i często krzywdzące postrzeganie rzeczywistości – bo ktoś na ten milion i jego narzędzia musi pracować – tym niemniej nierównomierność rozłożenia wysiłku obronnego jest w Ukrainie faktem.

I po czwarte, dojrzeć należy charakterystyczną zmianę percepcji, do jakiej dochodzi, gdy cywil zostaje wcielony do wojska. Znikają wówczas wątpliwości co do sensowności prowadzenia wojny, górę bierze „logika armii” i lojalność wobec kolegów w mundurze. Zresztą więzi, szczególnie te okopowe, mają niebagatelne znaczenie dla trwałości struktury; to często one, a nie patriotyczne wzmożenie czy poczucie obowiązku, stoją za decyzjami o powrocie z samowolnego oddalenia. Cementujące armię koleżeństwo to nihil novi – historycznie obserwujemy je przy okazji innych wojen. Narastający rozdźwięk między oczekiwaniami społeczeństwa i wojska też nie jest czymś, czego byśmy nie znali z przeszłości. Mnie Ukraina coraz bardziej przypomina kajzerowskie Niemcy z ostatnich miesięcy I wojny światowej. Z czasów, kiedy wojsko ani myślało o rozejmie, ale zaplecze miało już dość ponoszonych kosztów.

—–

Nz. głównym – skwer w centrum Kehicziwki (obwód charkowski), poświęcony pamięci poległych mieszkańców miasteczka/fot. własne

Osoby zainteresowane nabyciem mojej najnowszej książki pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku wcześniejszych pozycji (również z „bonusem”), zapraszam tu.

Niniejszy tekst zawiera fragmenty materiałów, które opublikowałem w portalach „Polska Zbrojna” i Interia.

Niedobór

Dziś w nocy Ukraińcy zaatakowali rosyjski skład amunicji położony na obrzeżach miasta Toropiec (w obwodzie twerskim). To 500 km od granicy z Ukrainą, dodam dla porządku.

Nie wiem, ilu dronów użyto w ataku, rosjanie mówią o ponad stu aparatach – i o tym, że wszystkie zestrzelili. Nie sądzę, by była to setka maszyn, a już absolutnie nie wierzę w zapewniania o skuteczności obrony przeciwlotniczej. Szczątki spadających wraków nie poczyniłyby bowiem takich szkód. Jakich?

Ogień objął cały skład (co dobrze ilustruje poniższy screen z FIRMS-a) i wiele godzin po ataku wciąż dochodzi do eksplozji wtórnych. Te największe wywołały małe trzęsienia ziemi o magnitudzie 2,8, a ich skutkiem były okna wybite w budynkach położonych pięć kilometrów od epicentrum. Najpoważniejsze wybuchy miały moc 1,3-1,8 kiloton; dla porównania, równoważnik trotylowy bomby atomowej użytej w Hiroszimie wynosił 15 kiloton.

Wedle dostępnych danych, w 107. arsenale siedem lat temu składowano 22 tys. ton amunicji artyleryjskiej. Rok później skład został zmodernizowany i rozbudowany, co zwieńczyła impreza organizowana z wielką pompą, w trakcie której „sto siódmy” określono mianem „najnowocześniejszego arsenału w rosji”. Do wczoraj na jego terenie trzymano nawet 30 tys. ton amunicji.

Gaszenie pożarów w takim miejscu nie ma sensu i zwykle sprowadza się do zabezpieczenia i ewakuacji okolicy. Możemy zatem uznać, że te 30 tys. ton nigdy nie trafi do zamków i luf rosyjskich armat. Czy to poważna strata dla putinowskiej armii?

Z pewnością to najdotkliwszy jednostkowy cios, zadany rosyjskiej logistyce w trakcie tej wojnie. Nie znam dokładnego asortymentu przechowywanych materiałów – gdyby były to wyłącznie pociski armatnie, moglibyśmy mówić o nawet 700 tys. sztuk (500 tys. jeśli w tonażu uwzględnić ładunki miotające). W trakcie zmagań w Donbasie z wiosny 2022 roku rosjanom zdarzało się strzelać i 60 tys. pocisków dziennie, ale od wielu miesięcy intensywność ich ognia jest kilkukrotnie niższa. Niewykluczone zatem, że na skutek pojedynczego ataku ukraińskich dronów stracili dwumiesięczny zapas amunicji do kluczowych systemów.

Ta strata może być mniejsza w obszarze pocisków armatnich, ale i tak kosztem znacznie cenniejszych zasobów. Z dostępnych źródeł wynika bowiem, że w toropieckich składach trzymano również znaczne zapasy rakiet balistycznych Iskander, ich koreańskich odpowiedników KN23, pocisków do wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych Grad i systemów obrony powietrznej S-300.

Już najbliższe kilkadziesiąt godzin obnaży skutki ukraińskiego ataku. Moim zdaniem, będziemy świadkami znaczącego osłabienia możliwości rosyjskiego zgrupowania „Północ”. Nie mam na myśli trwałej utraty istotnych zdolności, ale niedobór, którego kompensacja zajmie kulejącej rosyjskiej logistyce wiele dni. Towarzysz putin może już zapomnieć, że wojskowi przyniosą mu upragniony prezent w postaci wyzwolonego do 1 października obwodu kurskiego.

—–

Dziękuję za lekturę! Pamiętajcie proszę, że piszę dzięki Wam, Waszym subskrypcjom i „kawom”. Zbieram na dalsze funkcjonowanie blogu i liczę na Waszą hojność. Za którą pięknie dziękuję! Stosowne przyciski do moich kont na Patronite i Buycoffeeto znajdziecie poniżej:

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Nocne eksplozje w zaatakowanym składzie. Rzeczywiście wyglądało to jak wybuchy jądrowe…/screen z filmiku anonimowego źródła rosyjskiego