(Nie)przyjaźń?

Spór wokół nadania jednej z ukraińskich jednostek specjalnych nazwy nawiązującej do UPA wywołał po obu stronach granicy lawinę emocji. Nie należy jednak oczekiwać, że jego efektem będzie gwałtowne załamanie relacji polsko-ukraińskich, zamknięcie szlaków tranzytowych czy wstrzymanie współpracy wojskowej. Polska i Ukraina pozostają dziś zbyt silnie związane wspólnymi interesami bezpieczeństwa, by jeden kryzys mógł zakończyć to partnerstwo. Ale cała sprawa nie pozostanie bez konsekwencji. Jej najbardziej prawdopodobnym skutkiem będzie dalsza erozja wzajemnego zaufania i życzliwości.

„Zamknąć lotnisko w Jasionce!” – apelują zwolennicy twardej rozprawy z Ukrainą. Jeszcze inni oczekują, że Polska w ogóle wycofa się z roli hubu logistycznego dla walczącego z rosją sąsiada.

Mniejsza o adekwatność takich działań, dość zauważyć, że polska podmiotowość w tej kwestii jest ograniczona. Owszem, infrastruktura znajduje się na naszym terytorium, ale jej funkcjonowanie od dawna wykracza poza relacje Warszawy z Kijowem. Próba wykorzystania jej jako narzędzia nacisku zostałaby źle odczytana nie tylko przez Ukraińców, lecz także w stolicach państw, które współtworzą system wsparcia dla Ukrainy. Te kraje to nasi sojusznicy z NATO, współgwaranci bezpieczeństwa Rzeczpospolitej.

A więc owszem, uderzylibyśmy w Ukrainę, ale również w reputację Polski jako przewidywalnego i wiarygodnego sojusznika, fundując sobie poważny kryzys w relacjach z najważniejszymi partnerami. Podoba nam się to czy nie, tak długo jak Waszyngton, Paryż, Londyn czy Berlin chcą zachowania ukraińskiej państwowości, tak długo będzie to również nasz imperatyw.

I już choćby dlatego scenariusz zakładający zamknięcie tranzytu uzbrojenia należy traktować bardziej jako element publicystycznej retoryki niż realną opcję polityczną.

(…)

Co nie znaczy, że działania antagonizujące Polskę i Ukrainę pozostaną bez skutków w obszarze obronności. W miarę jak sympatię będzie zastępował cynizm, pojawi się też coraz więcej nieufności wobec „taktycznego sojusznika”. W skrajnym przypadku może dojść do tego, że traktowanie ukraińskiej armii jako straszaka na rosję nie stanie w sprzeczności z tworzeniem planów operacyjnych zakładających ukraińską woltę. Dziś skupiamy się na budowaniu instalacji obronnych w ramach Tarczy Wschód na naszej północnej i północno-wschodniej granicy – z Królewcem i Białorusią. Jednym z możliwych efektów pogarszających się relacji z Kijowem byłaby rozbudowa Tarczy także na odcinku południowo-wschodnim – a więc kolejne duże wydatki. Tym większe, im bardziej rozkręci się spirala wzajemnej nieufności, co w finalnym ujęciu może przekształcić się w powszechnie odczuwaną w Polsce potrzebę budowy armii „na dwa zagrożenia ze wschodu” – rosyjskie i ukraińskie.

—–

Rosnący deficyt zaufania i życzliwości będzie dotyczył również relacji międzyludzkich – co w sytuacji, w której przebywa u nas około 1,5 mln obywateli Ukrainy urasta do rangi poważnego wyzwania dla państwa.

Nadal nie należy spodziewać się gwałtownego wybuchu otwartej wrogości, ale definitywnego końca okresu „taryfy ulgowej” już owszem. W pierwszych miesiącach wojny Polacy postrzegali Ukraińców przede wszystkim jako ofiary rosyjskiej agresji. Dziś coraz częściej patrzą na nich jak na dużą społeczność cudzoziemców, która na stałe wpisała się w polski krajobraz społeczny. To zaś nieuchronnie rodzi oczekiwania – tym większe, im bardziej pogarszają się relacje międzypaństwowe. Znajomość języka polskiego, respektowanie lokalnych norm społecznych, uczestnictwo w życiu publicznym czy identyfikacja z państwem, które udzieliło schronienia, są i będą coraz częściej traktowane nie jako mile widziane gesty, lecz jako obowiązek i – przede wszystkim – dowód lojalności. Innymi słowy, społeczna presja na polonizację przynajmniej części ukraińskiej diaspory będzie tylko rosła, skokowo, gdy pojawią się kolejne kryzysy.

Tyle że proces ten może wywołać reakcję odwrotną od zamierzonej. Ukraińcy przybyli do Polski nie jako klasyczni migranci ekonomiczni, lecz jako przedstawiciele narodu toczącego wojnę o przetrwanie. Wielu z nich traktuje swoją obecność nad Wisłą jako stan przejściowy, a własną tożsamość narodową jako wartość, której należy szczególnie strzec. W takich warunkach każda próba wywierania presji kulturowej czy politycznej może prowadzić do zamykania się części społeczności ukraińskiej we własnym kręgu, wzrostu znaczenia organizacji etnicznych oraz coraz silniejszego eksponowania narodowych symboli i narracji historycznych.

Paradoksalnie więc kolejne kryzysy mogą jednocześnie wzmacniać po polskiej stronie oczekiwanie większej integracji, a po ukraińskiej potrzebę zachowania odrębności. A to gotowy przepis na narastanie wzajemnych pretensji.

(…)

—–

A w tym wszystkim jest jeszcze trzeci aktor, który od początku wojny konsekwentnie pracuje na rzecz pogorszenia relacji polsko-ukraińskich. Dla rosyjskich służb obecność w Polsce ogromnej społeczności ukraińskiej stanowi wręcz wymarzone środowisko operacyjne. Mowa nie tylko o fizycznym zapleczu do szerzenia dezinformacji czy podsycania sporów historycznych. W ostatnich latach obserwowaliśmy również próby werbowania agentury, organizowania aktów sabotażu, prowadzenia rozpoznania infrastruktury krytycznej z udziałem obywateli Ukrainy. Każdy kolejny kryzys polityczny, każda awantura wokół historii i każdy wzrost wzajemnej nieufności zwiększają pole manewru dla takich operacji. Z obu stron bowiem – ukraińskiej i polskiej – pojawią się rozczarowani, zirytowani, gotowi dokopać tym drugim. Wystarczy, by rosja ich zagospodarowała.

Tak powstaje mechanizm samonapędzający: pogarszające się relacje społeczne ułatwiają rosyjskie działania hybrydowe, a skuteczne działania hybrydowe prowadzą do dalszego pogarszania relacji społecznych. W dłuższej perspektywie właśnie to może okazać się jednym z najgroźniejszych skutków obecnej erozji zaufania – nie dlatego, że Polacy i Ukraińcy staną się prawdziwymi wrogami, lecz dlatego, że tak się będą postrzegać.

I chyba nie ma tu miejsca na pozytywną puentę. Kijów nie traktuje relacji z Warszawą jako absolutnie priorytetowych. Nad Dnieprem panuje wręcz przekonanie, że Polska jest petentem Ukrainy, która broni Rzeczpospolitej przed rosją. Że Ukraina – choć korzysta – więcej daje, niż bierze, zatem może sobie pozwolić na brak subtelności. Los ukraińskiej diaspory w Polsce – jej psychiczny komfort – również nie jest priorytetem dla władz w Kijowie. Warszawa zaś szuka balansu między resztkami solidarności z napadniętym krajem, presją sojuszników i własnym interesem bezpieczeństwa. Wszystko wskazuje więc na to, że Polska i Ukraina nadal będą współpracować. Tyle że coraz częściej nie dlatego, że będą chciały, lecz dlatego, że będą musiały. Przyjaźni z tego nie będzie…

Ten tekst, w rozszerzonej wersji, opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do oryginalnego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. w tle jeden z przekazanych Ukrainie polskich MiG-ów-29. Symbol bliskich relacji obu krajów…/fot. SzG ZSU

Miny

W czerwcu 2023 roku świat zachodni z zapartym tchem obserwował pierwsze akty ukraińskiej kontrofensywy w obwodzie zaporoskim. W mediach co rusz pojawiały się obrazy nowoczesnych czołgów Leopard 2 i bojowych wozów Bradley, które – jak wierzono – przesądzą o sukcesie Ukrainy. Tymczasem „cudowna broń” nie zadziałała – natarcie szybko wytraciło impet na archaicznej zdawałoby się przeszkodzie – minach.

Nie chodziło o pojedyncze pola minowe, ale o wielowarstwowe pasy zapór inżynieryjnych, ciągnące się kilometrami. Zbudowano je wedle zasad rzekomo przebrzmiałej sztuki. Najpierw miny przeciwpancerne, za nimi przeciwpiechotne. Dalej rowy przeciwczołgowe, betonowe „zęby smoka”, kolejne pola minowe. A nad tym wszystkim czuwała artyleria, wzmocniona nowoczesnymi elementami, takimi jak drony i przeciwpancerne pociski kierowane, gotowe razić każdy pojazd, który zwolnił lub utknął.

To była brutalna lekcja: w wojnie pozycyjnej XXI wieku zapory inżynieryjne znów stały się jednym z najważniejszych narzędzi obrony. Jeśli ktoś po Zaporożu wciąż uważa, że miny to relikt, powinien jeszcze raz obejrzeć nagrania płonących wozów bojowych stojących w wąskim, rozminowanym korytarzu. I przyjrzeć się nagranym szturmom ukraińskiej piechoty, która po opuszczeniu transporterów co rusz natykała się na zakopane pułapki. Z tych dramatycznych relacji da się wywieść tylko jeden wniosek – miny nie były dodatkiem do rosyjskiej obrony, były jej fundamentem.

—–

W niektórych rejonach obwodu zaporoskiego gęstość rozstawionych przez rosjan min należała do najwyższych od czasów II wojny światowej. Pierwsza linia zapór nie miała zatrzymać „na zawsze” – jej zadaniem było zmuszenie Ukraińców do rozwinięcia pododdziałów inżynieryjnych, do użycia trałów, ładunków wydłużonych, do tworzenia wąskich przejść. Każdy taki korytarz stawał się automatycznie „lejkiem ognia” – przeciwnik rosjan wjeżdżał w przestrzeń doskonale rozpoznaną przez drony i pokrytą artylerią. I stawał się łatwym celem.

Co więcej, gdy Ukraińcy próbowali wykorzystać powstały wyłom, rosjanie sięgali po minowanie narzutowe – z artylerii lub systemów zdalnego stawiania zapór. Nowe miny spadały w rejon przełamania, zamykając korytarz, dezorganizując natarcie, zmuszając do ponownego rozminowywania pod ostrzałem. I tak „w kółko Macieju”. W efekcie nawet niewielkie przesunięcia linii frontu okupione były ciężkimi stratami – ludzi i sprzętu. Nie dlatego, że Zachód „nie dał dość broni”. Dlatego, że bez przełamania zapór inżynieryjnych żadna armia nie jest w stanie rozwinąć manewru.

I to właśnie jest istota pola minowego w nowoczesnej wojnie: ma ono odbierać przeciwnikowi tempo. A armia, która traci tempo, traci inicjatywę i z czasem przegrywa.

—–

W debacie publicznej miny – zwłaszcza przeciwpiechotne – przedstawia się często jako broń ślepą, prymitywną i wymykającą się spod kontroli. Problem polega na tym, że tak mówi się o minach w oderwaniu od kontekstu wojskowego. W rzeczywistości pole minowe to nie jest rozsypany chaotycznie materiał wybuchowy. To element systemu walki, sprzężony z rozpoznaniem, ogniem artylerii, bronią przeciwpancerną i odwodami manewrowymi.

W warunkach obrony własnego terytorium miny kupują czas – na mobilizację, na przerzut odwodów, na rozwinięcie artylerii dalekiego zasięgu, wreszcie czas na wejście do walki sojuszniczych sił wsparcia.

Bez zapór inżynieryjnych obrona zamienia się w ciągłe cofanie. Z zaporami – staje się walką o każdy kilometr, w której atakujący płaci za każdy metr postępu.

Dlatego miny nie są „bronią agresji”. Są klasycznym narzędziem obrony terytorium. Państwo, które rezygnuje z nich dobrowolnie, rezygnuje z jednej z najtańszych i najskuteczniejszych metod zatrzymania wroga.

I właśnie dlatego decyzja Polski o opuszczeniu Konwencji Ottawskiej – zakazującej użycia min przeciwpiechotnych – nie jest politycznym kaprysem. Jest dostosowaniem się do realiów wojny z przeciwnikiem, który będzie chciał nas zalać masą sprzętu i ludzi.

(…).

—–

A co z argumentami humanitarnymi? Przecież miny przeciwpiechotne zabijają także po wojnie, głównie cywilów. Dość spojrzeć na doświadczenia Afganistanu czy Bałkanów, by zrozumieć skalę problemu.

To prawda. Klasyczne miny z lat 70. i 80. pozostawały aktywne przez dekady. Były tanie, masowe i często stawiane bez dokładnej ewidencji. Po zakończeniu konfliktu stawały się cichym zagrożeniem dla ludności cywilnej.

Ale z tego nie wynika, że każde użycie min jest moralnie i strategicznie równoważne.

Po pierwsze – Polska nie planuje minować cudzych terytoriów ani prowadzić wojny ekspedycyjnej. Mowa o obronie własnego państwa, na własnym obszarze, w warunkach pełnej kontroli nad systemem minowania.

Po drugie – współczesne systemy minowe różnią się od konstrukcji sprzed pół wieku. Miny mogą być wyposażone w mechanizmy autodestrukcji lub autodezaktywacji po określonym czasie. Mogą być stawiane w sposób ewidencjonowany, z cyfrowym rejestrem lokalizacji. Mogą być integrowane z systemami zdalnego stawiania zapór, co pozwala kontrolować czas i miejsce ich aktywności.

To nie jest „rozsypywanie” materiałów wybuchowych. To element zarządzania przestrzenią walki.

Po trzecie – warto postawić pytanie, które rzadko pada w debacie publicznej: jaka jest alternatywa?

Brak zapór oznacza szybsze przełamanie obrony, czyli walki w gęsto zaludnionych obszarach. A wojna w miastach generuje wielokrotnie większe straty cywilne niż kontrolowane pole minowe na przedpolu. Widzieliśmy to w Mariupolu, Bachmucie, Awdijiwce. Zniszczone kwartały, tysiące zabitych, infrastruktura obrócona w ruinę. Jeśli miny mają zatrzymać przeciwnika kilkanaście czy kilkadziesiąt kilometrów od dużych ośrodków miejskich, to paradoksalnie mogą ograniczyć skalę zniszczeń.

Humanitaryzm nie polega na rozbrajaniu się jednostronnie wobec agresora. Polega na takim przygotowaniu obrony, by wojna – jeśli przyjdzie – była jak najkrótsza i toczyła się jak najdalej od cywilnych centrów życia.

(…).

I owszem, miny nie są bronią „ładną”. Ale wojna obronna nie jest konkursem estetyki, a walką o przetrwanie państwa. Zaś państwo, które rezygnuje z narzędzi realnie zwiększających jego szanse na przetrwanie, nie jest bardziej moralne. Jest bardziej bezbronne…

Ten tekst, w obszerniejszej wersji, opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do całości materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Oznakowane pole minowe w Ukrainie, w okolicach miasta Izjum. To pozostałość po rosjanach, która latem 2024 roku czekała na uprzątnięcie/fot. własne

Stopa

Eksperci miotają się od skrajności do skrajności w ocenie ryzyka rosyjskiego ataku na Polskę. Jedni wieszczą, że jest przesądzony, że nastąpi w ciągu 3-5 lat, inni – zwracając uwagę na kiepską kondycję rosyjskiej armii i gospodarki – przewidują, że nie dojdzie do niego w dającej się przewidzieć przyszłości, a najpewniej nigdy. Jednak rzetelne wojskowe planowanie musi uwzględniać także scenariusze bazujące na relatywnie niedużym ryzyku – i właśnie dlatego Polska przygotowuje się do wojny z rosją.

Temu, przede wszystkim, służą znaczące zbrojenia, trwające w naszym kraju już od kilku lat. Idzie w nich o zbudowanie potencjału, który by rosję odstraszył. Gdyby ów zamiar się nie powiódł, mamy dysponować taką siłą, by w najgorszym razie wytrwać do nadejścia pomocy sojuszników, w najlepszym, samodzielnie uporać się ze złamaniem kręgosłupa najeźdźczej armii.

Z przyczyn oczywistych walczyć z rosjanami będziemy w północno-wschodniej Polsce, na tzw.: przesmyku suwalskim. Gdyby sytuacja w Ukrainie rozwinęła się nie po naszej myśli – doszłoby tam do rosyjskiego zwycięstwa, co jest bardzo mało prawdopodobne – także w południowo-wschodniej części kraju. Oczywiście brać pod uwagę należy również ryzyka desantów powietrznych, w innych rejonach Polski, oraz morskich, wzdłuż całego wybrzeża. Jednak tego rodzaju operacje wymagają wcześniejszego powodzenia na pierwotnych kierunkach uderzeń, co oznacza – patrząc z polskiej perspektywy – konieczność przygotowania do obrony terenów Rzeczypospolitej położonych między Wisłą a Bugiem. Tam musi się rozstrzygnąć „wszystko”.

W takich okolicznościach na plan pierwszy wychodzi projekt znany jako „Tarcza Wschód”. Kilka tygodni temu rozmawiałem na ten temat z gen. Stanisławem Czosnkiem, zastępcą szefa Sztabu Generalnego WP. Ta rozmowa ukazała się na łamach miesięcznika „Polska Zbrojna”, na potrzeby tego tekstu pozwolę sobie wrócić do poruszonych w wywiadzie kwestii, dotyczących naszych przygotowań obronnych. A więc jak zamierzamy się bronić?

Już od samej granicy, co stanowi pewien zwrot w myśleniu strategicznym. Dotąd bowiem zakładaliśmy szereg działań opóźniających w strefie międzyrzecza (Bugu i Wisły) i ustanowienie głównej linii obrony wzdłuż królowej polskich rzek. Wedle takiego scenariusza, doszłoby do czasowej okupacji części terytoriów RP, które następnie – po przejściu od defensywy do ofensywy (przy wsparciu sojuszników) – zamierzaliśmy odbić. Teraz naszym priorytetem jest niedopuszczenie do okupacji, wiemy wszak – to lekcja płynąca z Ukrainy – czym jest ta rosyjska. Wystawiamy więc lufy przy samej granicy, od razu z zamiarem zgruchotania przeciwnika, a nie tylko opóźnienia jego marszu.

Owo „wystawianie luf” to budowanie umocnień – choć nie tylko, o czym szerzej we wspomnianym wywiadzie. A z ukraińskich doświadczeń jednoznacznie wynika, że żadne fortyfikacje nie spełnią swojej roli, jeśli nie „wzbogaci się” ich minami – zarówno przeciwpancernymi, jak i przeciwpiechotnymi. W ramach „Tarczy Wschód” wytypowano kilkadziesiąt miejsc przewidzianych jako pola minowe. O ile wykorzystanie min przeciwpancernych nie niesie ze sobą żadnych konsekwencji formalno-prawnych, o tyle ładunki przeciwpiechotne w obowiązującym dotąd stanie prawnym byłyby nielegalne. Polska bowiem ratyfikowała konwencję ottawską, zakazującą ich użycia, w 2012 roku.

Ale to już historia – wczoraj wieczorem Sejm przyjął ustawę o wypowiedzeniu konwencji. „Za” zagłosowało 413 posłów, przeciwko – 15, trzech wstrzymało się od głosu.

Rządowy projekt ustawy o wypowiedzeniu konwencji ottawskiej trafił do Sejmu w maju. Przed wczorajszym głosowaniem wicepremier i szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz podkreślał, że wycofanie się z konwencji jest kluczowe dla bezpieczeństwa w regionie. Jak zaznaczył, inicjatywa o rezygnacji powstała na wniosek Polski oraz partnerów z krajów bałtyckich i Finlandii.

W praktyce oznacza to, że nasadzimy min wzdłuż całej granicy między północno-wschodnią flanką NATO a mordorem. Częściowo z wyprzedzeniem, częściowo gdy będzie narastał kryzys (spokojnie, mamy zdolność do szybkiego nasycenia minami wybranych obszarów). Miny przeciwpiechotne to brutalna broń, ale jeśli nie chcemy, by ruski żołdak postawił stopę na naszej ziemi, innego wyjścia nie mamy. Niech wie, że może tę stopę stracić…

A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki – w tym „Międzyrzecze”, które opowiada o wojnie polsko-rosyjskiej, dziejącej się współcześnie. Zapraszam do lektury, także innych pozycji. A jeśli o nich mowa… – możecie je nabyć, w wersji z autografem i pozdrowieniami. Ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne, z tzw.: paska (odcinka granicy polsko-białoruskiej)/fot. własne

Tarcza

Rozmowa z gen. broni Stanisławem Czosnkiem, zastępcą szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, o wszechstronnych działaniach na rzecz Tarczy Wschód.

Czym właściwie jest Narodowy Program Odstraszania i Obrony Tarcza Wschód?

To nasza odpowiedź na politykę Federacji Rosyjskiej i Białorusi. Wyciągnęliśmy wnioski z wojny w Ukrainie i uznaliśmy, że musimy mieć coś więcej niż dotychczasowe plany obronne. W ramach wstępnych przygotowań wzięliśmy pod uwagę stan prawny, w jakim nasze państwo funkcjonuje w realiach pokoju, uwzględniliśmy konieczność ochrony środowiska naturalnego, konieczność uszanowania własności prywatnej, no i rzecz jasna wymóg zachowania części naszych zamiarów w tajemnicy. Tak pojawiła się koncepcja Tarczy Wschód [TW].

Mówiąc o polityce Rosji, ma Pan na myśli agresję na Ukrainę, tak?

Owszem, ale chodzi też o działania wymierzone bezpośrednio w Polskę. Przyjrzyjmy się rosyjskiemu modus operandi. Opiera się ono na tzw. koncepcji Gierasimowa, przewidującej cztery fazy konfrontacji: budowanie konfliktu, eskalację, działania rozstrzygające i wreszcie rozwiązanie konfliktu metodą faktów dokonanych. Obecnie, w naszych relacjach z Federacją Rosyjską, jesteśmy gdzieś między pierwszym a drugim etapem. Chcąc uniknąć trzeciego – twardej kinetycznej konfrontacji, jaka stała się udziałem Ukrainy – musimy być odpowiednio przygotowani. Wszak lepiej być mądrym przed szkodą niż po szkodzie.

(…)

Zatem wystawiamy lufy przy samej granicy…

Jeżeli chcemy zapewnić integralność terytorium Rzeczypospolitej, musimy być przygotowani do rozpoczęcia walki na granicy, w bezpośrednim kontakcie.

(…) Ostatnio na Litwie pojawiła się koncepcja tzw. linii księcia Witolda, a wraz z nią założenie, że na strategicznych odcinkach należy przygotować fortyfikacje już w czasie pokoju. Litwa bowiem jest za mała, by ryzykować, że nie zdąży z budową umocnień, gdy napięcie zacznie gwałtownie eskalować. A my?

Zacznijmy od tego, że przygotowując rozbudowę inżynieryjną, postawiliśmy się w roli najeźdźców. Wytypowaliśmy m.in. możliwe korytarze manewru i drogi podejścia. Wiemy więc, co chcemy w ten czy inny sposób zablokować, także przy użyciu obiektów terenowych. Część tych obiektów już została zbudowana. Kolejne kilkadziesiąt jest przygotowywanych do rozbudowy.

Mówimy o zaporach przeciwczołgowych?

Nie tylko, ale z oczywistych powodów nie będziemy rozmawiać o szczegółach. Mogę jednak powiedzieć, że chodzi również o odpowiednie spreparowanie całej drożni, choćby tzw. studzienkowanie, czyli przygotowanie do niszczenia mostów czy całych odcinków drogowych. Owo spreparowanie działa też w drugą stronę, mam na myśli takie prace inżynieryjne, które sprawią, że będziemy mogli się poruszać w rejonie operacji obronnej. Chodzi o budowę i rozbudowę dróg – wojewódzkich, powiatowych i gminnych – do standardu umożliwiającego użycie ciężkiego sprzętu, jakim dysponują siły zbrojne. Mówię tu na przykład o Abramsach, K2 czy Leopardach, ważących po 60–70 t.

Na wschodzie Polski ograniczona nośność mostów jest poważnym problemem…

Właśnie. A to nie jest wyłącznie problem Wojska Polskiego, co podkreślam, by zwrócić uwagę, że nasze założenia muszą być i są integrowane z planami NATO.

Czy te plany przewidują również budowę schronów, bunkrów, stanowisk strzeleckich?

Oczywiście, każda zapora ma sens tylko wtedy, kiedy jest broniona.

(…)

Wracając do ukraińskich doświadczeń – one jednoznacznie pokazują, że miny to istotny element każdych umocnień…

TW budujemy, bazując na obowiązującym stanie prawnym, a ten nakłada pewne ograniczenia. Jeśli idzie o miny przeciwpancerne, będziemy je wykorzystywać wszędzie tam, gdzie uznamy to za stosowne. Co zaś się tyczy min przeciwpiechotnych – Polska ratyfikowała konwencję ottawską w 2012 roku. Nasz kraj – obok Litwy, Łotwy, Estonii i Finlandii – zapewne wypowie to porozumienie, ale póki ono obowiązuje, póty nie ma możliwości wykorzystania min przeciwpiechotnych w działaniach bojowych i w ramach przygotowań do nich.

Czyli na razie niczego nie zakopujemy, działamy reaktywnie, w zależności od sytuacji międzynarodowej?

My wiemy, że na wojnę są nam potrzebne miny, ale uwarunkowania czasu pokoju nie pozwalają na ich postawienie. Trzymamy się jednak filozofii działania „przed szkodą”, mamy więc miny zgromadzone w magazynach i, jak będzie trzeba, szybko je rozłożymy.

TW będzie korzystać walorów terenowych, prawda?

Czołg może przejechać przez torfowisko, ale pojedzie tak daleko, jak daleko zdoła podążyć za nim cysterna z paliwem. Musimy więc rozdzielić te dwa elementy. Znamy cechy wschodniego sprzętu, wiemy, jakie są jego możliwości trakcyjne i zamierzamy to wykorzystać. Zarazem nie chcemy zbyt ingerować w środowisko naturalne. Mamy sprzęt inżynieryjny, który pozwala nam w bardzo szybki sposób przygotować teren do walki. Jeżeli stwierdzimy, że będzie taka konieczność, zrobimy to.

W razie potrzeby sięgniemy też po inne rozwiązania. Nikomu nie trzeba tłumaczyć charakterystyki geograficznej województwa warmińsko-mazurskiego. A my wiemy, gdzie trzeba odkręcić kurek, żeby rozlać wodę po całym regionie i skutecznie uprzykrzyć nieprzyjacielowi życie.

TW to koncepcja holistyczna, obejmująca wiele obszarów związanych z przygotowaniem i prowadzeniem operacji obronnej. Ta wymaga na przykład odpowiedniego zaplecza medycznego.

Nie chcemy stawiać nowych szpitali, nie mamy na to czasu i pieniędzy. Ale wybudujemy i dostosujemy lądowiska oraz drogi dojazdowe do placówek, zgodnie z wymaganiami dla ciężkiego sprzętu wojskowego. Przygotujemy też dodatkowe sale operacyjne, czy wreszcie przeszkolimy personel tych szpitali w zakresie medycyny pola walki.

Z ukraińskich doświadczeń wynika, że Rosjanie bez skrupułów atakują szpitale. Dodatkowe sale będą pod ziemią?

My nie jesteśmy Rosją, przestrzegamy prawa humanitarnego i konwencji genewskich. Lecz bierzemy pod uwagę, że czerwony krzyż na dachu szpitala nie będzie honorowany. Wspomniane już systemy UMB mogą też posłużyć do budowy obiektów pod powierzchnią ziemi. Chcemy to przetestować podczas wrześniowych ćwiczeń „Iron Defender”.

Czy fortyfikacje w ramach TW będą kończyły się na styku granic Polski, Białorusi Ukrainy? Historia wojen pokazuje, że skutecznym sposobem pokonania umocnień bywa ich obejście.

Mamy 850 km granicy, począwszy od obwodu królewieckiego aż po Ustrzyki. I cała ta granica zostanie przygotowana do prowadzenia działań obronnych. To nie oznacza, że będziemy blokować przesmyk suwalski łączący nas z krajami bałtyckimi, nie odgrodzimy się też od Ukrainy. Jednak w momencie narastania napięcia dokładnie takie same zabezpieczenia pojawią się wzdłuż całej północno-wschodniej granicy RP, także na odcinku polsko-ukraińskim. Nie zobaczycie Państwo w tych rejonach rozwiniętych elementów rozbudowy fortyfikacyjnej, ale zobaczycie np. zgromadzone, przygotowane do rozstawienia prefabrykaty.

Przy czym należy mieć świadomość, że TW to nie jest tylko strefa nadgraniczna, ale obszar do linii Wisły. Istnieje konieczność budowy dodatkowych osi przeprawy przez duże przeszkody wodne, także przez Wisłę. Musimy być gotowi do tego, żeby zapewnić mobilność sobie i wojskom sojuszniczym, działającym w ramach tzw. planów regionalnych.

Trzeba stawiać nowe mosty?

Raczej przygotować przyczółki w wybranych lokalizacjach, tak, by w razie potrzeby od strony technicznej i formalno-prawnej nie było kłopotu z założeniem tymczasowej przeprawy. Takiego komfortu nam brakowało podczas ostatniej powodzi na Dolnym Śląsku. Saperzy mogli postawić most w kilkadziesiąt godzin, ale trzeba było tygodni na załatwienie mnóstwa formalności…

(…)

Kto w czasie pokoju będzie zabezpieczał instalacje TW? Powstanie coś na wzór batalionów fortecznych?

Zadania w tej materii przejmują wojska obrony terytorialnej, które we współpracy z układem pozamilitarnym będą miały za zadanie utrzymanie instalacji obronnych w stałej gotowości do użycia. W ramach swej struktury utworzyły już tzw. komponent ochrony pogranicza złożony z 1. Podlaskiej Brygady OT, 4. Warmińsko-Mazurskiej Brygady OT, 19. Nadbużańskiej Brygady OT i 20 Przemyskiej Brygady OT. Jako że dwie ostatnie są w trakcie tworzenia, przejściowo zadania te wykonują obecnie 2. Lubelska Brygada OT i 3. Podkarpacka Brygada OT.

Gdzie jest miejsce dla wojsk operacyjnych?

Będą wprowadzone w ten teren w ramach ćwiczeń lub, nie daj Boże, w sytuacji kryzysowej.

Całość rozmowy z generałem, którą przeprowadziłem razem z red. Tadeuszem Wróblem, znajdziecie na portalu „Polska Zbrojna” – oto link do tego materiału. Wywiad dostępny jest również w papierowym wydaniu magazynu.

—–

Szanowni, w e-sklepie Patronite możecie nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Sceptycyzm…

Uważni analitycy już drugiego dnia pełnoskalowej wojny wiedzieli, że z armią rosyjską jest coś nie tak. Większość potrzebowała kilkunastu dób, by zdać sobie sprawę, że w Ukrainie nie będzie żadnego blitzkriegu, że rosjanie nie są do tego zdolni. Po ponad miesiącu zmagań, kiedy wojsko władimira putina uciekło z Kijowszczyzny i Sumszczyzny, owa nieudolność stała się oczywista także dla dużej części „zwykłych zjadaczy chleba”.

Z pozycji „rosjanie załatwią sprawę w kilka dni”, przeszliśmy do powszechnych drwin z jakości sił zbrojnych federacji. „Druga armia świata” – ów konstrukt kremlowskiej propagandy, który miał paraliżować wolny świat samym wyobrażeniem skuteczności – stał się prześmiewczą figurą, podatną na dotkliwe dla rosjan parafrazy. I tak mówiliśmy o „drugiej armii w Ukrainie”, „armii trzeciego świata” czy o wojsku, które „nie ma anałoga”, co nawiązywało do innej propagandowej przechwałki, zgodnie z którą dla rosyjskiego sprzętu trudno znaleźć godne odpowiedniki.

Z czasem przyszła świadomość, że rosjanie się uczą. A po miesiącach paraliżu obudziły się rosyjskie służby dezinformacyjne. W efekcie – obok racjonalnej refleksji wynikłej z obserwacji pola bitwy – mieliśmy w obiegu masę wrzutek, z których wynikało, że armia putina jeszcze Ukraińcom pokaże. To było za mało, by odbudować mit o sile i sprawczości rosyjskiego wojska, ale dość, byśmy przestali się z niego naśmiewać. Dziś w tej materii mamy nad Wisłą konsensus: uważamy armię federacji za niezbyt nowoczesną, za to liczną i zdeterminowaną, przez co nadal niebezpieczną.

—–

Podzielam tę diagnozę i – poza jednym zastrzeżeniem, o którym poniżej – wykluczam scenariusz totalnego rosyjskiego zwycięstwa. Ukrainę chroni przed takim obrotem spraw nie tylko relatywna słabość wojska rosji. Równie istotna jest „druga strona medalu” – relatywna siła amii ukraińskiej oraz inne czynniki, które tę siłę „po drodze” budowały, nadal budują, przede wszystkim zachodnia pomoc wojskowa.

Istnieją zatem mocne bezpieczniki, ale po pierwsze, to stan na „tu i teraz”; historycznie patrząc, zagranicznej pomocy dla Ukrainy mogło nie być. Po drugie, niezależnie od skali tego wsparcia, od umiejętności, możliwości i woli oporu samych Ukraińców, teoretycznie nie da się wykluczyć użycia przez rosjan „ekstraordynaryjnych środków”, takich jak broń jądrowa. W obu przypadkach (samotnej lub zaatakowanej „atomem” Ukrainy), mielibyśmy do czynienia z bardzo niebezpiecznymi dla Polski skutkami. Czego zatem uniknęliśmy, ewentualnie z czym musielibyśmy się mierzyć, gdyby rosja „poszła na całość”?

—–

Po 24 lutego 2022 roku z Ukrainy wyjechało niemal 6 mln ludzi, trzy czwarte tej masy przetoczyło się przez Polskę. Wiosną 2022 roku w naszym kraju przebywało ponad dwa miliony uchodźców. Tymczasem państwo polskie okazało się nieprzygotowane na ich przyjęcie. Uratowała nas oddolna aktywność społeczna – potężna mobilizacja zwykłych Polaków, którzy zaabsorbowali ten transgraniczny transfer. Dosłownie, przyjmując Ukraińców pod dachy własnych domów. A teraz wyobraźmy sobie, że uchodźców byłoby trzy-cztery razy więcej. Pouczające jest w tym zakresie doświadczenie Libanu – 4,5-milionowy kraj stał się ponad dekadę temu celem ucieczki miliona Syryjczyków. Powody strukturalnej niewydolności Libanu są głębsze, ale to problem uchodźców dobił to państwo, które dziś funkcjonuje niemal wyłącznie dzięki międzynarodowej pomocy.

Optymistycznie można przyjąć, że zwiększona migracyjna presja zostałaby rozładowana. Ale i tak przez wiele miesięcy mielibyśmy nad Wisłą towarzyszący transferowi chaos. A przecież chętni do przyjęcia „nadprogramowych” milionów wcale nie musieliby się znaleźć – w wielu krajach antyimigranckie retoryki święcą triumfy, skutkiem czego mogłaby być sytuacja, w której zostalibyśmy sami z dodatkowymi milionami ludzi „na pokładzie”. Ilu z nich dałoby się efektywnie wprzęgnąć w gospodarkę, ilu obciążyłoby budżet wyłącznie kosztami? Co z systemem opieki zdrowotnej, który nie potrafi obsłużyć 35 mln obywateli RP (tylu realnie przebywa nas w kraju), a nagle musiałby się mierzyć z ponad 40 milionami pacjentów? Co z edukacją, transportem publicznym, innymi usługami na rzecz ludności i bez uchodźców funkcjonującymi w realiach niedoborów? I wreszcie, co ze skutkami społecznej frustracji, wynikłej z konieczności konkurowania o dostęp do dóbr i usług?

—–

Ale nawet najsprawniej zarządzane państwo i tak miałoby problemy w obliczu całkowitej ukraińskiej przegranej. Oto bowiem stalibyśmy się krajem frontowym „w pełnej krasie” (w ograniczonym zakresie już dziś jesteśmy). Ponad tysiąc kilometrów wrogiej granicy to w najlepszym razie zwielokrotnione ryzyko, z jakim mierzymy się obecnie – sztucznie wzmaganej presji migracyjnej. Na tym froncie wojny hybrydowej radzimy sobie coraz lepiej, ale spójrzmy na koszty. Finansowe, związane z budową zapór i ich utrzymaniem, i mniej wymierne, a potencjalnie niebezpieczne, wynikłe z konieczności angażowania wojska do ochrony granicy. „My pilnujemy płotu, a tamci szkolą się na prawdziwej wojnie”, mówił mi kilka tygodni temu jeden z oficerów służących w przygranicznym kontyngencie.

A raczej naiwnym byłoby założenie, że dłuższa granica z rosją (i uzależnionymi od niej podmiotami), generowałaby tylko takie zagrożenia. Nawet wiedząc to, co wiemy teraz o rosyjskiej armii, musielibyśmy na poważnie brać pod uwagę, że „tamci mimo wszystko spróbują”. Że dojdzie do twardej, kinetycznej konfrontacji – a więc należałoby się do niej przygotować. Program „Tarcza Wschód” ma nas kosztować 10 mld złotych przez kilka lat. To sporo, ale w skali wydatków państwa niewiele. Tyle że dziś mamy czas i bardziej dmuchamy na zimne, wszak poharatana w Ukrainie armia rosyjska nie jest zdolna do ataku na Polskę. No i chroni nas ukraiński bufor. Fizycznie oraz poprzez angażowanie niemal całości rosyjskich wojsk lądowych na froncie.

—–

A jeśliby tego buforu zabrakło? Jeśliby stojące przy naszej wschodniej granicy rosyjskie oddziały miały za sobą zwycięską wojnę, a polityczne kierownictwo na Kremu przekonanie, że warto ryzykować? „Tarcza Wschód” musiałaby dostać solidną porcję sterydów, tak jak cały program rozbudowy potencjału obronnego Polski. Dziś jesteśmy bliscy wydawania 5 proc. PKB na obronność, wyobraźmy sobie skutki gwałtownego wzrostu tych obciążeń. Budżet nie jest z gumy – zbrojenia odbywałyby się kosztem socjalnych zabezpieczeń, realnie powodując spadek jakości życia w Polsce.

Do czego swoje trzy grosze dorzuciliby zagraniczni inwestorzy. A po prawdzie, niczego by nie dorzucili, a zabrali, bowiem Polska, jako kraj w „strefie zgniotu”, stałaby się miejscem zbyt ryzykownym dla prowadzenia działalności gospodarczej. Zresztą uznaliby tak nie tylko obcy – dla części obywateli RP perspektywa życia w cieniu rosyjskiego zagrożenia byłaby nieznośna i nieakceptowalna. Znów mielibyśmy do czynienia z „polskim przekleństwem” – koniecznością emigracji i towarzyszącemu jej drenażowi mózgów. Czyli kolejne piętro w dół na drodze ku degradacji możliwości państwa i społeczeństwa.

A przecież między tymi zjawiskami zachodziłyby korelacje. Bo jak budować silną armię, jeśli pogłębiłby się deficyt demograficzny (dlaczego nie w oparciu o uchodźców wyjaśni się za chwilę)? Jak generować wpływy do budżetu przy ograniczonej aktywności ekonomicznej obywateli (same inwestycje publiczne, obronne to za mało)? Czym zastąpić utracone wpływy z tytułu inwestycji zagranicznych? Jak pogodzić konieczność obsługi mas uchodźców z potrzebą cięcia wydatków socjalnych? Itp., itd.

—–

Idźmy dalej. Jednym z motywów putina, by pchnąć swój kraj do otwartej wojny z Ukrainą, był rabunek demograficzny. Mieszkańcy rosji żyją krótko, dzietność spada, zmniejsza się relacja między białą, prawosławną i słowiańską ludnością, a ludami uchodzącymi pośród rosyjskich elit za gorsze – Azjatami, mieszkańcami Kaukazu, wyznawcami islamu. Przy takim postrzeganiu spraw, rosja staje przed perspektywą społecznej katastrofy, a sposobem na jej uniknięcie mógłby być wspomniany rabunek. Wchłonięcie kilkunastu, może kilkudziesięciu milionów Ukraińców, którzy mają pożądane kulturowe i fizyczne cechy. Wyszło jak wyszło – rosyjskie społeczeństwo płaci koszmarną daninę krwi za te eugeniczne rojenia, ale patrząc z perspektywy Kremla, to nadal może się opłacać. Na stole wciąż leży opcja przymusowej naturalizacji kilku milionów Ukraińców zamieszkujących już okupowane terytoria.

A co by się stało, gdyby było ich więcej? Rozważmy scenariusz najgorszy, w którym Ukraina pada teraz-za jakiś czas, mając za sobą kilka lat zaciekłej obrony. I na swoim terytorium ponad milion mężczyzn nawykłych do wojowania, zbrutalizowanych, przy przyjętym założeniu sfrustrowanych porażką, przekonanych, że świat-Zachód-Polska, ich zdradził, porzucił. A rosjanie mają ogromne doświadczenie w wyzyskiwaniu podbitych narodów – także w eksploatowaniu ich wojskowo, w roli armatniego mięsa. Osobista niezgoda rekrutów nie stanowi problemu – da się ich złamać zachętą, terrorem, szantażem. Uczynić z masy dawnych wrogów efektywne, na rosyjską modłę, wojsko. Więc teraz wyobraźmy sobie zwrócone przeciw nam ostrze (byłej) ukraińskiej armii…

Przerażające? Owszem. Dlatego Ukraina nie może upaść. Dlatego jej trwanie jako suwerennego państwa leży w żywotnym interesie Polski. Dlatego jej armia musi być naszym sojusznikiem, samym swoim istnieniem szachującym rosję. Sceptycyzm dotyczący sensu wspierania Ukrainy jest dla naszego kraju szkodliwym zjawiskiem.

—–

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Sławkowi Polakowi, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni: Tomaszowi Szewcowi (za „wiadro kawy”!), Karolowi Woźniakowi, Annie Waludzie, Michałowi Wacławowi, Pawłowi Drozdowi, Łukaszowi Podsiadło, Juliuszowi Wolnemu i Adzie Bogackiej.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa, zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Ten tekst opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do materiału.