Miny

W czerwcu 2023 roku świat zachodni z zapartym tchem obserwował pierwsze akty ukraińskiej kontrofensywy w obwodzie zaporoskim. W mediach co rusz pojawiały się obrazy nowoczesnych czołgów Leopard 2 i bojowych wozów Bradley, które – jak wierzono – przesądzą o sukcesie Ukrainy. Tymczasem „cudowna broń” nie zadziałała – natarcie szybko wytraciło impet na archaicznej zdawałoby się przeszkodzie – minach.

Nie chodziło o pojedyncze pola minowe, ale o wielowarstwowe pasy zapór inżynieryjnych, ciągnące się kilometrami. Zbudowano je wedle zasad rzekomo przebrzmiałej sztuki. Najpierw miny przeciwpancerne, za nimi przeciwpiechotne. Dalej rowy przeciwczołgowe, betonowe „zęby smoka”, kolejne pola minowe. A nad tym wszystkim czuwała artyleria, wzmocniona nowoczesnymi elementami, takimi jak drony i przeciwpancerne pociski kierowane, gotowe razić każdy pojazd, który zwolnił lub utknął.

To była brutalna lekcja: w wojnie pozycyjnej XXI wieku zapory inżynieryjne znów stały się jednym z najważniejszych narzędzi obrony. Jeśli ktoś po Zaporożu wciąż uważa, że miny to relikt, powinien jeszcze raz obejrzeć nagrania płonących wozów bojowych stojących w wąskim, rozminowanym korytarzu. I przyjrzeć się nagranym szturmom ukraińskiej piechoty, która po opuszczeniu transporterów co rusz natykała się na zakopane pułapki. Z tych dramatycznych relacji da się wywieść tylko jeden wniosek – miny nie były dodatkiem do rosyjskiej obrony, były jej fundamentem.

—–

W niektórych rejonach obwodu zaporoskiego gęstość rozstawionych przez rosjan min należała do najwyższych od czasów II wojny światowej. Pierwsza linia zapór nie miała zatrzymać „na zawsze” – jej zadaniem było zmuszenie Ukraińców do rozwinięcia pododdziałów inżynieryjnych, do użycia trałów, ładunków wydłużonych, do tworzenia wąskich przejść. Każdy taki korytarz stawał się automatycznie „lejkiem ognia” – przeciwnik rosjan wjeżdżał w przestrzeń doskonale rozpoznaną przez drony i pokrytą artylerią. I stawał się łatwym celem.

Co więcej, gdy Ukraińcy próbowali wykorzystać powstały wyłom, rosjanie sięgali po minowanie narzutowe – z artylerii lub systemów zdalnego stawiania zapór. Nowe miny spadały w rejon przełamania, zamykając korytarz, dezorganizując natarcie, zmuszając do ponownego rozminowywania pod ostrzałem. I tak „w kółko Macieju”. W efekcie nawet niewielkie przesunięcia linii frontu okupione były ciężkimi stratami – ludzi i sprzętu. Nie dlatego, że Zachód „nie dał dość broni”. Dlatego, że bez przełamania zapór inżynieryjnych żadna armia nie jest w stanie rozwinąć manewru.

I to właśnie jest istota pola minowego w nowoczesnej wojnie: ma ono odbierać przeciwnikowi tempo. A armia, która traci tempo, traci inicjatywę i z czasem przegrywa.

—–

W debacie publicznej miny – zwłaszcza przeciwpiechotne – przedstawia się często jako broń ślepą, prymitywną i wymykającą się spod kontroli. Problem polega na tym, że tak mówi się o minach w oderwaniu od kontekstu wojskowego. W rzeczywistości pole minowe to nie jest rozsypany chaotycznie materiał wybuchowy. To element systemu walki, sprzężony z rozpoznaniem, ogniem artylerii, bronią przeciwpancerną i odwodami manewrowymi.

W warunkach obrony własnego terytorium miny kupują czas – na mobilizację, na przerzut odwodów, na rozwinięcie artylerii dalekiego zasięgu, wreszcie czas na wejście do walki sojuszniczych sił wsparcia.

Bez zapór inżynieryjnych obrona zamienia się w ciągłe cofanie. Z zaporami – staje się walką o każdy kilometr, w której atakujący płaci za każdy metr postępu.

Dlatego miny nie są „bronią agresji”. Są klasycznym narzędziem obrony terytorium. Państwo, które rezygnuje z nich dobrowolnie, rezygnuje z jednej z najtańszych i najskuteczniejszych metod zatrzymania wroga.

I właśnie dlatego decyzja Polski o opuszczeniu Konwencji Ottawskiej – zakazującej użycia min przeciwpiechotnych – nie jest politycznym kaprysem. Jest dostosowaniem się do realiów wojny z przeciwnikiem, który będzie chciał nas zalać masą sprzętu i ludzi.

(…).

—–

A co z argumentami humanitarnymi? Przecież miny przeciwpiechotne zabijają także po wojnie, głównie cywilów. Dość spojrzeć na doświadczenia Afganistanu czy Bałkanów, by zrozumieć skalę problemu.

To prawda. Klasyczne miny z lat 70. i 80. pozostawały aktywne przez dekady. Były tanie, masowe i często stawiane bez dokładnej ewidencji. Po zakończeniu konfliktu stawały się cichym zagrożeniem dla ludności cywilnej.

Ale z tego nie wynika, że każde użycie min jest moralnie i strategicznie równoważne.

Po pierwsze – Polska nie planuje minować cudzych terytoriów ani prowadzić wojny ekspedycyjnej. Mowa o obronie własnego państwa, na własnym obszarze, w warunkach pełnej kontroli nad systemem minowania.

Po drugie – współczesne systemy minowe różnią się od konstrukcji sprzed pół wieku. Miny mogą być wyposażone w mechanizmy autodestrukcji lub autodezaktywacji po określonym czasie. Mogą być stawiane w sposób ewidencjonowany, z cyfrowym rejestrem lokalizacji. Mogą być integrowane z systemami zdalnego stawiania zapór, co pozwala kontrolować czas i miejsce ich aktywności.

To nie jest „rozsypywanie” materiałów wybuchowych. To element zarządzania przestrzenią walki.

Po trzecie – warto postawić pytanie, które rzadko pada w debacie publicznej: jaka jest alternatywa?

Brak zapór oznacza szybsze przełamanie obrony, czyli walki w gęsto zaludnionych obszarach. A wojna w miastach generuje wielokrotnie większe straty cywilne niż kontrolowane pole minowe na przedpolu. Widzieliśmy to w Mariupolu, Bachmucie, Awdijiwce. Zniszczone kwartały, tysiące zabitych, infrastruktura obrócona w ruinę. Jeśli miny mają zatrzymać przeciwnika kilkanaście czy kilkadziesiąt kilometrów od dużych ośrodków miejskich, to paradoksalnie mogą ograniczyć skalę zniszczeń.

Humanitaryzm nie polega na rozbrajaniu się jednostronnie wobec agresora. Polega na takim przygotowaniu obrony, by wojna – jeśli przyjdzie – była jak najkrótsza i toczyła się jak najdalej od cywilnych centrów życia.

(…).

I owszem, miny nie są bronią „ładną”. Ale wojna obronna nie jest konkursem estetyki, a walką o przetrwanie państwa. Zaś państwo, które rezygnuje z narzędzi realnie zwiększających jego szanse na przetrwanie, nie jest bardziej moralne. Jest bardziej bezbronne…

Ten tekst, w obszerniejszej wersji, opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do całości materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Oznakowane pole minowe w Ukrainie, w okolicach miasta Izjum. To pozostałość po rosjanach, która latem 2024 roku czekała na uprzątnięcie/fot. własne

Plemienność

Sejm uchwalił dziś ustawę o SAFE – mechanizmie, który otwiera Polsce dostęp do unijnego instrumentu wspólnego finansowania przemysłu obronnego i zakupów zbrojeniowych. Przeciw zagłosowali posłowie Prawa i Sprawiedliwości oraz Konfederacji. Postawa tej ostatniej mnie nie dziwi – osłabianie Polski wpisuje się w jej polityczną, prorosyjską agendę. Ale o co chodzi PiS?

Nim odpowiemy na to pytanie, podkreślmy – SAFE nie jest europejską armią, zaczątkiem jej budowy. Nie tworzy wspólnego dowództwa, nie odbiera Polsce prawa do decyzji zakupowych, nie przekazuje Brukseli kompetencji operacyjnych. To instrument finansowy i przemysłowy – mechanizm, który ma zwiększyć możliwości produkcyjne w Europie i obniżyć koszty jednostkowe sprzętu poprzez wspólne zamówienia oraz dostęp do tańszego unijno-europejskiego kapitału pożyczkowego. Dla państwa, które wydaje ponad 4 proc. PKB na obronność i stoi na pierwszej linii wschodniej flanki, to narzędzie „jak znalazł”.

—–

No więc skąd ów sprzeciw PiS?

Pierwsza odpowiedź, która pojawia się w obiegu, brzmi: suwerenność. Chodzi o obawy, że kolejne mechanizmy unijne prowadzą do „federalizacji” obronności i ograniczenia niezależności państw narodowych. Brzmi poważnie, ale w przypadku SAFE to argument-wydmuszka. Instrument ten nie tworzy wspólnego dowództwa, nie odbiera państwom prawa do samodzielnych zakupów, nie narzuca wspólnej armii ani wspólnego budżetu obronnego. To narzędzie finansowe i przemysłowe – nic więcej.

Suwerenność nie polega na samotności, lecz na zdolności do działania. Państwo, które ma dostęp do większych środków finansowych, do wspólnych projektów i do zwiększonych mocy produkcyjnych, jest bardziej – nie mniej – samodzielne w sytuacji kryzysu. Polska od lat uczestniczy w mechanizmach NATO i wspólnych programach zbrojeniowych, nie tracąc kontroli nad własnymi decyzjami. Udział w mechanizmie finansowym nie oznacza oddania decyzji o tym, co i od kogo kupujemy. Oznacza jedynie, że możemy to zrobić szybciej i taniej.

Drugi argument to nieufność wobec Unii Europejskiej jako takiej. W części prawicy każda inicjatywa wspólnotowa traktowana jest z definicji jako zagrożenie. W tej logice nawet mechanizm wzmacniający przemysł obronny staje się podejrzany tylko dlatego, że powstaje na gruncie europejskim.

Tyle że Polska od lat korzysta z instrumentów unijnych w obszarze infrastruktury, przemysłu i badań – także tych związanych z bezpieczeństwem – nie tracąc przy tym kontroli nad własną polityką obronną. NATO zapewnia ramy wojskowe i odstraszanie, ale to europejskie instrumenty finansowe i przemysłowe mogą przyspieszyć produkcję i obniżyć koszty. To nie są alternatywy, lecz elementy jednego systemu. Odrzucanie jednego z nich w imię ideologicznej nieufności osłabia całość.

Trzeci możliwy motyw to polityczna kalkulacja. SAFE to inicjatywa, którą obecna większość może przedstawiać jako sukces – dostęp do dodatkowych środków (44 mld euro niskooprocentowanych pożyczek), wzmocnienie przemysłu, większa rola Polski w europejskich projektach obronnych. Głos „przeciw” może być więc odruchem opozycyjnym, na zasadzie „wszystko, byleby nie dać rządowi punktów”. I tak bezpieczeństwo państwa staje się elementem plemiennej gry. I wówczas nie mówimy już o strategii, a o bieżącej taktyce partyjnej. Problem w tym, że w sprawach obronności prymat korzyści wyborczej bywa luksusem, na który państwa frontowe nie mogą sobie pozwolić.

Jest wreszcie argument czwarty – część środowisk prawicowych postrzega wszelką europejską integrację obronną jako konkurencję wobec relacji ze Stanami Zjednoczonymi. W tej optyce Polska powinna stawiać niemal wyłącznie na Waszyngton, a inicjatywy unijne traktować jako potencjalne osłabienie więzi transatlantyckiej. To fałszywa alternatywa. Współpraca z USA pozostaje fundamentem polskiej strategii bezpieczeństwa i nikt rozsądny tego nie kwestionuje. Budowanie zdolności przemysłowych w Europie nie jest działaniem antyamerykańskim, a propaństwowym. Silniejszy europejski przemysł obronny to większa interoperacyjność, większe możliwości produkcyjne i mniejsze uzależnienie od wąskich gardzieli dostaw. To także większa zdolność do współdziałania z USA na bardziej partnerskich zasadach, nie w służalczej relacji, w której skazujemy się na bieżące widzi mi się tego, kto akurat stoi na czele amerykańskiej administracji.

—–

W świecie, w którym za naszą wschodnią granicą trwa wojna, a rosja przestawia gospodarkę na tory wojenne, każde narzędzie przyspieszające dozbrajanie i zwiększające zdolności produkcyjne powinno być oceniane przez pryzmat skuteczności, nie tożsamości politycznej. Bo tu nie chodzi o to, kto ma rację w sporze z Brukselą ani kto zdobędzie kilka punktów w krajowej debacie. Gra toczy się o to, czy w chwili próby będziemy mieli wystarczające zasoby, by utrzymać produkcję, zapewnić dostawy i obronić własne terytorium. Czy tak trudno to zrozumieć?

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Laboratorium

Z Piotrem Łukasiewiczem, chargé d’affaires RP w Ukrainie, rozmawiam o wojennej adaptacji Ukraińców, o wnioskach dla Polski oraz o przyszłości rosj. Cały wywiad ukazał się w najnowszym numerze „Polski Zbrojnej”, oto jego fragmenty.

(…) Zgodzi się Pan z tezą, że łączy nas – Polskę i Ukrainę – coś, co można określić mianem „niepodzielności bezpieczeństwa”?

Przyznam, że unikam słowa „niepodzielność”, bo kojarzy mi się z rosyjskim wytrychem propagandowym. Dla nich „niepodzielne bezpieczeństwo” było pretekstem do najechania sąsiada, stąd moje uprzedzenia. Ale wracając do sedna, rzecz rozgrywa się na dwóch poziomach. Na pierwszym, najbardziej oczywistym, jest groźba obecności wojsk rosyjskich przy polsko-ukraińskiej granicy. To pogorszyłoby naszą sytuację strategiczną, wszak mamy już rosjan na granicy z Obwodem Królewieckim i z Białorusią. Zatem wydłużyłaby nam się linia obrony, a na etapie działań poniżej progu wojny rosjanie zyskaliby szersze zaplecze do prowadzenia operacji dywersyjnych.

Drugi poziom jest mniej namacalny. Obserwując rosyjską propagandę i oficjalne przekazy, widać tam narastającą frustrację i chęć zemsty. Pełnoskalowa wojna trwa już cztery lata, dłużej niż tzw. wielka wojna ojczyźniana. rosja obwinia za to Zachód, a w szczególności Polskę. Im gorzej rosji idzie wojna z Ukrainą, tym silniejszy staje się rosyjski rewanżyzm. Gdyby Ukraina znalazła się w rosyjskich rękach, otworzyłoby to najgorsze możliwe scenariusze dla Polski oraz państw bałtyckich. Ten poziom zagrożenia – mentalny, ideologiczny, rewanżystowski – uważam za szczególnie niebezpieczny.

Możliwość realizacji tego najbardziej negatywnego scenariusza zależy od tego, jak potoczy się wojna. Jak Pan ocenia obecną sytuację?

Nie uważam, by teraz miał nastąpić jakiś przełom. rosjanie przez dwanaście lat nie potrafili zdobyć całego Donbasu – regionu, na którym rzekomo najbardziej im zależy. Oczywiście wiemy, że rosja zdobywa kolejne miejscowości, posuwa się w pewnym tempie do przodu, ale nie widać oznak gwałtownego załamania frontu. Nie ma sytuacji, w której rosjanie mogliby przeprowadzić klasyczny manewr operacyjny, wedrzeć się w ugrupowanie przeciwnika, wyjść na skrzydła i doprowadzić do jego rozpadu. Lecz nie powinno nas to uspokajać. Nie możemy powiedzieć: „Ukraińcy się bronią, więc możemy zmniejszyć zainteresowanie tą wojną”. Wsparcie musi trwać, bo obrona Ukrainy jest w dużej mierze uzależniona od pomocy zewnętrznej.

Jakie powinny być priorytety Polski w pomocy wojskowej dla Ukrainy?

Jak mówił Napoleon, do prowadzenia wojny potrzebne są trzy rzeczy: pieniądze, pieniądze i pieniądze. Ukraina potrzebuje środków, by kupować i produkować drony, rakiety dalekiego zasięgu, amunicję artyleryjską, systemy uzbrojenia. Dlatego tak istotne jest wsparcie finansowe realizowane przez Unię Europejską i państwa europejskie.

Mówimy o wojnie pełnoskalowej. W pierwszych dwóch latach dominowało wsparcie ilościowe w takich obszarach, jak sprzęt, amunicja, paliwa. Polska była jednym z liderów tej pomocy. Od 2024 roku charakter wsparcia się zmienia. Nie chodzi już wyłącznie o ilości przekazywanego sprzętu – poza wybranymi kategoriami, jak obrona przeciwlotnicza czy lotnictwo – ale o budowanie zdolności państwa ukraińskiego, jego przemysłu obronnego. I tu otwiera się możliwości bliższej współpracy przemysłów zbrojeniowych, relokacji produkcji na bezpieczniejsze tereny. Polska może – i moim zdaniem będzie – odgrywać tu bardzo ważną rolę. Jednym z moich osobistych wyzwań przez ostatnie półtora roku było zrozumienie, co, gdzie i jak Ukraińcy produkują, w jakich warunkach, i w jakim obszarze można zaproponować polskiemu przemysłowi zbrojeniowemu współprodukcję lub relokację części produkcji do Polski.

Czy mówimy tu o planach, czy o procesach, które już się dzieją?

Mówimy o procesach, które już trwają – przy wykorzystaniu funduszy europejskich i środków krajowych.

Czy możemy wskazać konkretne przedsięwzięcia?

Proszę wybaczyć, ale zrobię teraz tajemniczą minę… Powiem ogólnie: mówimy o mechanizmach, które już funkcjonują. Choćby o programach wsparcia produkcji, kredytach udzielanych Ukrainie na zakupy sprzętu czy mechanizmach dotyczących współprodukcji uzbrojenia na potrzeby obu państw. W szerszej perspektywie Polska i Ukraina mają wspólną przyszłość strategiczną. To są dwie największe armie w tej części Europy, dwa puklerze kontynentu. Jeśli będą działać razem, przyniesie to znacznie silniejszy efekt. Aby tak się stało, potrzebne są nam trwałe kotwice strategiczne – a przemysł zbrojeniowy jest jedną z nich.

Nawet jeśli wojna zakończy się za miesiąc, pół roku czy rok, Ukraina nie przestanie się zbroić przez kolejną dekadę. Odbudowa Ukrainy będzie ściśle powiązana z jej bezpieczeństwem. Polska i Ukraina mają tu zbieżne interesy i warto już dziś budować te powiązania.

Podczas II wojny światowej odpowiedzią Niemiec na alianckie bombardowania była m.in. decentralizacja i zejście produkcji pod ziemię. Czy w przypadku Ukrainy możemy mówić o podobnej sytuacji?

Dosłownie tak – ukraiński przemysł zbrojeniowy w ogromnej mierze już funkcjonuje pod ziemią: w podziemiach, na parkingach, w opuszczonych fabrykach, w miejscach, których nikt nie podejrzewa o działalność produkcyjną. Chodzi o bezpieczeństwo. Ale ja wolę mówić o modelach działania, a nie tylko o fizycznym zabezpieczeniu produkcji. Kluczowa jest transformacja ukraińskiego przemysłu zbrojeniowego. Jeszcze kilka lat temu był on w 80–90% państwowy. W ciągu kilku lat, zwłaszcza po rozpoczęciu pełnoskalowej wojny, doszło do sytuacji, w której około 60% tego przemysłu jest prywatne i działa według wojennych reguł rynkowych: produkujesz dobrze – sprzedajesz. Ten model, nie waham się powiedzieć, uratował Ukrainę. Innowacyjność, elastyczność, obniżanie kosztów – to wszystko sprawiło, że produkcja prywatna weszła w symbiozę z ciężkim przemysłem państwowym. Gdy obserwuje się wytwarzanie systemów artyleryjskich, widać wyraźnie, które elementy robi sektor państwowy, a które prywatny. Ten elastyczny model produkcji zbrojeniowej jest moim zdaniem wzorcowy – także dla Polski.

Ta innowacyjność Ukrainy została wymuszona przez niedobory.

Zgadza się. Przypomnijmy sobie pierwsze dwa lata pełnoskalowej wojny: wciąż mówiło się o walce artyleryjskiej. Ale to już przeszłość. Przejście na technologie dronowe było odpowiedzią Ukrainy, a później i rosji na braki klasycznego uzbrojenia. Nie twierdzę, że dokładnie ten sam model wojny odtworzy się w ewentualnym konflikcie rosji z państwami NATO, w tym z Polską. Nie jestem o tym przekonany. Ale widzę, że tu i teraz, w Ukrainie, ten model działa. Pełnoskalowa wojna trwa już cztery lata. Obie armie utraciły impet uderzenia konwencjonalnego, dziś bazują z jednej strony na żołnierskich masach, z drugiej właśnie na innowacjach technologicznych. Trzeba to obserwować, wyciągać wnioski i dostosowywać je do własnych warunków – nie kopiować jeden do jednego.

Jak Pana zdaniem ta wojna się skończy?

Kiedyś się skończy – ale nie jestem prorokiem i nie chcę nim być. A jak? Wierzę, że Ukraina tę wojnę wygra, i temu podporządkowuję swoje działania. Zwycięstwo rozumiem jako zachowanie państwa: suwerennego, demokratycznego, niepodległego, na drodze do Unii Europejskiej.

Jak realna jest perspektywa członkostwa Ukrainy w UE?

Wszystko wskazuje na to, że Ukraina zmierza ku solidnemu członkostwu. Nie chcę operować konkretnymi datami, ale początek lat trzydziestych wydaje się realny. Oczywiście okresy przejściowe będą przedmiotem negocjacji.

A NATO? Czy ta perspektywa jest już przegrana?

Polski dyplomata będzie ostatnim, który powie, że Ukraina nie wejdzie do NATO. Naszym interesem jest Ukraina silna – ekonomicznie i militarnie – jako sojusznik, a w przyszłości być może członek Sojuszu. Nie wiemy, jak NATO będzie wyglądało za pięć czy dziesięć lat. Ale musimy mieć pewność, że Ukraina pozostanie naszym sojusznikiem – wojskowym, politycznym, społecznym.

A rosja, co zyskała, a co straciła, wikłając się w tę wojnę? Odpowiedź na to pytanie, i kilka kolejnych, znajdziecie w dalszej części wywiadu. Jak  pisałem, ukazał się on w miesięczniku „Polska Zbrojna” – magazyn jest już w sprzedaży. Dostępna jest także wersja cyfrowa lutowego numeru – znajdziecie ją pod tym linkiem – a w niej trzy inne moje teksty, w tym materiał „Państwo pod ostrzałem”, w którym szerzej opisuję, w jaki sposób Ukraina radzi sobie z rosyjską presją i jakie stąd płyną wnioski dla Polski. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Zniszczony rosyjski czołg w okolicach miasta Izjum, zima 2023 roku/fot. własne

Logika

Kończy się kolejny rok kryzysowych czasów, które pozbawiły wielu z nas przekonania, że „będzie tylko lepiej”. Z większym pesymizmem patrzymy w przyszłość, niektórzy – bardzo liczni – spodziewają się najgorszego. Na przykład wojny z rosją, której nieuchronność zaczyna być postrzegana jako coś oczywistego. Nie ma we mnie zgody na takie myślenie; pisałem o tym wielokrotnie, napiszę znów, „ku pokrzepieniu serc”. Bawcie się dziś dobrze, nie ze świadomością, że to bal na Titanicu. Bo jakkolwiek świat wokół kolorowy nie będzie, wielka katastrofa na nas, Polaków, nie czyha. Chyba że sami sobie tutaj coś skręcimy – ale to już inna historia…

W 2026 roku nie dojdzie do wojny między NATO a rosją (później też nie, ale sylwestrowa perspektywa narzuca rozważania krótkoterminowe). Nie dlatego, że „wszyscy chcą pokoju”, ani dlatego, że nie ma napięć. Nie dojdzie do niej dlatego, że taka wojna nie leży w interesie żadnej ze stron, a zwłaszcza nie leży w interesie rosji, która dziś ledwie dźwiga konflikt o znacznie mniejszej skali.

Strach przed wojną NATO–rosja bierze się z uproszczeń. Ludzie widzą eskalację języka, rosnące wydatki na zbrojenia, ćwiczenia wojskowe, rosyjskie prowokacje poniżej progu wojny, no i rzecz jasna konflikt w Ukrainie, po czym składają to w prostą narrację: skoro napięcie rośnie, to „następny krok” musi być wojną światową. Tymczasem w realnej polityce i realnej strategii wojskowej eskalacja bardzo często służy właśnie temu, by wojny uniknąć, a nie ją rozpocząć.

rosja nie ma dziś zdolności do prowadzenia wojny z NATO. Nie w sensie moralnym czy politycznym, tylko czysto wojskowym. Od 2022 roku jej armia zużywa ogromne zasoby na froncie ukraińskim, ponosi straty w sprzęcie, ludziach i kadrze dowódczej, a jej potencjał konwencjonalny jest odbudowywany wolniej, niż jest konsumowany. Wojna z NATO oznaczałaby dla Moskwy konflikt wielokrotnie większy niż ten, z którym ma problem od niemal czterech lat – i to bez żadnej realnej perspektywy zwycięstwa.

Z drugiej strony NATO nie ma żadnego interesu w inicjowaniu wojny z rosją – to taka uwaga a propos prorosyjskich aktywistów medialnych, wypisujących dyrdymały o agresywnych działaniach Sojuszu. Ten został zaprojektowany jako mechanizm odstraszania i obrony, nie jako narzędzie ofensywnej zmiany porządku w Eurazji. Wszystkie kluczowe decyzje – od wsparcia Ukrainy po rozmieszczenie sił na wschodniej flance – są podporządkowane jednej logice: utrzymać konflikt poniżej progu wojny bezpośredniej. To nie jest słabość ani brak determinacji, tylko chłodna kalkulacja kosztów i ryzyk.

Najważniejsze jest jednak coś innego: wszyscy główni gracze wiedzą, gdzie przebiega granica nieodwracalnej eskalacji. Wojna NATO–rosja nie byłaby „kolejnym etapem” obecnego kryzysu, lecz jakościowym skokiem w zupełnie inną rzeczywistość – z ryzykiem użycia broni jądrowej, załamaniem globalnej gospodarki i utratą kontroli nad przebiegiem wydarzeń. Tego typu ryzyka nie są dziś akceptowalne ani w Moskwie, ani w Waszyngtonie, ani w europejskich stolicach.

Lęk przed wojną jest zrozumiały, bo żyjemy w epoce niepewności i agresywnej komunikacji. Ale strach nie jest analizą, a historia ostatnich lat pokazuje raczej coś odwrotnego: im bliżej granicy otwartego starcia, tym więcej wysiłku wkłada się w to, by jej nie przekroczyć. Dlatego właśnie wojna NATO–rosja w 2026 roku nie jest „mało prawdopodobna”. Jest nieracjonalna, a w polityce międzynarodowej to wciąż jeden z najmocniejszych hamulców.

—–

No dobrze, ale przecież „rosja nie jest racjonalna”, twierdzi wielu z nas. To mocno brzmiący argument, ale tylko na pierwszy rzut ucha. W praktyce miesza irracjonalność narracji z irracjonalnością decyzji strategicznych. rosja może być brutalna, cyniczna, skłonna do ryzyka i obojętna na koszty społeczne, ale nie jest aktorem samobójczym. A wojna z NATO byłaby dla niej właśnie takim aktem: konfliktem, którego nie da się wygrać, kontrolować ani „sprzedać” własnemu społeczeństwu w kategoriach sukcesu.

Jeśli ktoś mówi, że Kreml działa irracjonalnie, warto zapytać: względem czego? Względem norm prawa międzynarodowego – tak. Względem zachodnich oczekiwań – często. Ale względem własnej logiki przetrwania reżimu rosja jest konsekwentna. Każda jej eskalacja od 2022 roku była eskalacją poniżej progu wojny z NATO: brutalną, kosztowną, ale starannie kalibrowaną. Groźby nuklearne? Tak. Faktyczne użycie? Nie. Incydenty na granicy Sojuszu? Nic, co byłoby casus belli. To nie przypadek, tylko dowód, że granica jest znana i pilnowana.

—–

A co, jeśli wojna w Ukrainie się skończy? Czy rosja, uwolniona od frontu, nie zwróci się wtedy przeciwko NATO? To rozumowanie zakłada, że zakończenie wojny w Ukrainie automatycznie przełoży się na odbudowę rosyjskiej siły i rozbudzenie apetytu na kolejną wojnę. Tymczasem każdy realistyczny scenariusz zakończenia konfliktu w Ukrainie oznacza dla Moskwy coś przeciwnego: państwo wyczerpane, z armią wymagającą lat odbudowy, gospodarką trwale podporządkowaną wojnie i reżimem, który po raz pierwszy od dekad będzie musiał zarządzać rozczarowaniem, a nie mobilizacją.

Co więcej, koniec wojny w Ukrainie nie obniży napięcia między rosją a NATO – on je zamrozi w nowej konfiguracji odstraszania. rosja po tej wojnie będzie słabsza militarnie, a NATO silniejsze, bardziej obecne na wschodniej flance i mniej skłonne do strategicznych złudzeń. To jest dokładnie ten układ, w którym wojny się nie zaczyna, bo ryzyko porażki jest oczywiste od pierwszego dnia.

Wreszcie najważniejsze: wojna NATO–rosja nie jest „kolejnym konfliktem”, który można przetestować i ewentualnie wygasić. To konflikt o charakterze egzystencjalnym, z bardzo krótką ścieżką eskalacji do poziomu, nad którym nikt nie ma pełnej kontroli. Rosyjskie elity – niezależnie od propagandy – doskonale to rozumieją. I właśnie dlatego, mimo całej brutalności wobec Ukrainy, nie zdecydowały się na krok, który uruchomiłby art. 5.

Ludzie boją się wojny, bo widzą chaos, przemoc i coraz ostrzejszy język. Ale język to nie strategia, a strach nie jest prognozą. Wojna NATO–rosja w 2026 roku nie jest powstrzymywana przez „dobrą wolę”. Jest powstrzymywana przez zimną świadomość, że byłaby końcem wszystkiego, co którakolwiek ze stron próbuje jeszcze kontrolować.

—–

Załóżmy jeszcze scenariusz pesymistyczny: Stany Zjednoczone ograniczają swoje zaangażowanie w Europie, wycofują część sił, przestają być „pierwszym gwarantem” bezpieczeństwa w sensie politycznym i wojskowym. Czy to automatycznie otwiera drogę do wojny NATO–rosja? Nie. Co najwyżej zmienia charakter odstraszania, ale go nie znosi.

Po pierwsze, nieobecność USA nie oznacza braku NATO. Sojusz bez Amerykanów byłby słabszy, mniej spójny i bardziej nerwowy – ale nadal dysponowałby potencjałem konwencjonalnym i nuklearnym, który czyni wojnę z nim skrajnie ryzykowną. Francja i Wielka Brytania pozostają państwami nuklearnymi. Europa jako całość ma dziś większe budżety obronne, większe siły lądowe i większą świadomość zagrożeń niż dekadę temu. To nie jest próżnia strategiczna, w którą można po prostu wejść.

Po drugie, rosja nie patrzy na Europę jak na łatwą ofiarę, nawet bez USA. Patrzy na nią jak na przestrzeń o wysokim ryzyku eskalacji i niskiej przewidywalności. Wojna z europejskim NATO – nawet „okrojonym” – oznaczałaby konflikt z wieloma państwami jednocześnie, bez jednego centrum decyzyjnego, z ogromnym ryzykiem niekontrolowanego rozszerzenia działań. Dla Kremla to nie jest scenariusz „łatwiejszy” niż wojna z USA. To scenariusz bardziej chaotyczny, a więc mniej atrakcyjny.

Po trzecie, kluczowe pytanie brzmi nie „czy rosja by mogła”, tylko czy miałaby po co. Brak USA nie daje rosji automatycznie strategicznej nagrody. Nie rozwiązuje jej problemów wewnętrznych, nie odbudowuje armii, nie zmienia bilansu demograficznego ani gospodarczego. Co więcej, próba wykorzystania „okna nieobecności” USA najpewniej wymusiłaby europejską konsolidację wojskową szybciej i ostrzej, niż życzyłby sobie Kreml. Paradoksalnie więc taki ruch przyspieszyłby dokładnie to, czego rosja od lat chce uniknąć: realną autonomię obronną Europy.

I wreszcie rzecz najważniejsza: nawet jeśli USA wycofują się częściowo, nie znikają z planszy. Amerykańska „nieobecność” w Europie oznacza zwykle zmianę formy zaangażowania, nie jego całkowite zerwanie. Wywiad, logistyka, technologie, odstraszanie nuklearne – te elementy zapewne pozostaną, bo są wpisane w interesy Waszyngtonu niezależnie od administracji.

Dlatego brak USA w tej układance nie prowadzi automatycznie do wojny. Prowadzi do bardziej niekomfortowego, mniej stabilnego, ale nadal odstraszającego porządku. A rosja, nawet jeśli bywa brutalna i cyniczna, wciąż działa w ramach logiki, w której wojna bez realnej nagrody jest błędem, nie szansą.

—–

Szanowni, to tyle w tym roku. Dziękuję, że byliście, i że jesteście. Szczególnie dziękuję swoim Subskrybentom i Kawoszom za każdą przeznaczoną na mój raport złotówkę. I proszę o więcej, wszak działamy dalej. Stosowne linki znajdziecie poniżej.

Zdrówka Wam życzę w nowym roku. Mnie moje zawiodło (ale już jest lepiej), tym bardziej więc doceniam i szczerze polecam (zdrowy styl życia).

Do zobaczenia na łączach w 2026-tym!

—–

Więc gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Stopa

Eksperci miotają się od skrajności do skrajności w ocenie ryzyka rosyjskiego ataku na Polskę. Jedni wieszczą, że jest przesądzony, że nastąpi w ciągu 3-5 lat, inni – zwracając uwagę na kiepską kondycję rosyjskiej armii i gospodarki – przewidują, że nie dojdzie do niego w dającej się przewidzieć przyszłości, a najpewniej nigdy. Jednak rzetelne wojskowe planowanie musi uwzględniać także scenariusze bazujące na relatywnie niedużym ryzyku – i właśnie dlatego Polska przygotowuje się do wojny z rosją.

Temu, przede wszystkim, służą znaczące zbrojenia, trwające w naszym kraju już od kilku lat. Idzie w nich o zbudowanie potencjału, który by rosję odstraszył. Gdyby ów zamiar się nie powiódł, mamy dysponować taką siłą, by w najgorszym razie wytrwać do nadejścia pomocy sojuszników, w najlepszym, samodzielnie uporać się ze złamaniem kręgosłupa najeźdźczej armii.

Z przyczyn oczywistych walczyć z rosjanami będziemy w północno-wschodniej Polsce, na tzw.: przesmyku suwalskim. Gdyby sytuacja w Ukrainie rozwinęła się nie po naszej myśli – doszłoby tam do rosyjskiego zwycięstwa, co jest bardzo mało prawdopodobne – także w południowo-wschodniej części kraju. Oczywiście brać pod uwagę należy również ryzyka desantów powietrznych, w innych rejonach Polski, oraz morskich, wzdłuż całego wybrzeża. Jednak tego rodzaju operacje wymagają wcześniejszego powodzenia na pierwotnych kierunkach uderzeń, co oznacza – patrząc z polskiej perspektywy – konieczność przygotowania do obrony terenów Rzeczypospolitej położonych między Wisłą a Bugiem. Tam musi się rozstrzygnąć „wszystko”.

W takich okolicznościach na plan pierwszy wychodzi projekt znany jako „Tarcza Wschód”. Kilka tygodni temu rozmawiałem na ten temat z gen. Stanisławem Czosnkiem, zastępcą szefa Sztabu Generalnego WP. Ta rozmowa ukazała się na łamach miesięcznika „Polska Zbrojna”, na potrzeby tego tekstu pozwolę sobie wrócić do poruszonych w wywiadzie kwestii, dotyczących naszych przygotowań obronnych. A więc jak zamierzamy się bronić?

Już od samej granicy, co stanowi pewien zwrot w myśleniu strategicznym. Dotąd bowiem zakładaliśmy szereg działań opóźniających w strefie międzyrzecza (Bugu i Wisły) i ustanowienie głównej linii obrony wzdłuż królowej polskich rzek. Wedle takiego scenariusza, doszłoby do czasowej okupacji części terytoriów RP, które następnie – po przejściu od defensywy do ofensywy (przy wsparciu sojuszników) – zamierzaliśmy odbić. Teraz naszym priorytetem jest niedopuszczenie do okupacji, wiemy wszak – to lekcja płynąca z Ukrainy – czym jest ta rosyjska. Wystawiamy więc lufy przy samej granicy, od razu z zamiarem zgruchotania przeciwnika, a nie tylko opóźnienia jego marszu.

Owo „wystawianie luf” to budowanie umocnień – choć nie tylko, o czym szerzej we wspomnianym wywiadzie. A z ukraińskich doświadczeń jednoznacznie wynika, że żadne fortyfikacje nie spełnią swojej roli, jeśli nie „wzbogaci się” ich minami – zarówno przeciwpancernymi, jak i przeciwpiechotnymi. W ramach „Tarczy Wschód” wytypowano kilkadziesiąt miejsc przewidzianych jako pola minowe. O ile wykorzystanie min przeciwpancernych nie niesie ze sobą żadnych konsekwencji formalno-prawnych, o tyle ładunki przeciwpiechotne w obowiązującym dotąd stanie prawnym byłyby nielegalne. Polska bowiem ratyfikowała konwencję ottawską, zakazującą ich użycia, w 2012 roku.

Ale to już historia – wczoraj wieczorem Sejm przyjął ustawę o wypowiedzeniu konwencji. „Za” zagłosowało 413 posłów, przeciwko – 15, trzech wstrzymało się od głosu.

Rządowy projekt ustawy o wypowiedzeniu konwencji ottawskiej trafił do Sejmu w maju. Przed wczorajszym głosowaniem wicepremier i szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz podkreślał, że wycofanie się z konwencji jest kluczowe dla bezpieczeństwa w regionie. Jak zaznaczył, inicjatywa o rezygnacji powstała na wniosek Polski oraz partnerów z krajów bałtyckich i Finlandii.

W praktyce oznacza to, że nasadzimy min wzdłuż całej granicy między północno-wschodnią flanką NATO a mordorem. Częściowo z wyprzedzeniem, częściowo gdy będzie narastał kryzys (spokojnie, mamy zdolność do szybkiego nasycenia minami wybranych obszarów). Miny przeciwpiechotne to brutalna broń, ale jeśli nie chcemy, by ruski żołdak postawił stopę na naszej ziemi, innego wyjścia nie mamy. Niech wie, że może tę stopę stracić…

A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki – w tym „Międzyrzecze”, które opowiada o wojnie polsko-rosyjskiej, dziejącej się współcześnie. Zapraszam do lektury, także innych pozycji. A jeśli o nich mowa… – możecie je nabyć, w wersji z autografem i pozdrowieniami. Ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne, z tzw.: paska (odcinka granicy polsko-białoruskiej)/fot. własne