Przewaga

– Mamy przytłaczającą przewagę nad rosją w powietrzu – mówił we wrześniu w Kijowie minister spraw zagranicznych RP Radosław Sikorski. Co istotne, przekonywał, że przewaga ta istnieje nawet bez uwzględniania potencjału Stanów Zjednoczonych. Czyżby?

Najprościej byłoby więc policzyć samoloty. Tyle że takie porównanie więcej zaciemnia, niż wyjaśnia. Europejskie państwa NATO dysponują około 1,4 tys. samolotów bojowych: F-35, F-16, Eurofighterów, Rafale i Gripenów oraz starszych konstrukcji. rosja ma katalogowo niemal 1,5 tys. maszyn bojowych. W tej liczbie mieszczą się jednak zarówno nowoczesne Su-35S, Su-30SM czy Su-34, jak i starsze Su-24, Su-25 czy MiG-29.

Nie bez znaczenia jest przy tym fakt, że część tej floty musi zabezpieczać ogromne terytorium Federacji na wschód od Europy.

Tyle teoria. Znacznie więcej praktycznych informacji dostarcza nam wojna w Ukrainie. 24 lutego 2022 roku rosyjskie lotnictwo miało nad ukraińskim ogromną przewagę liczebną i technologiczną. Dysponowało nowoczesnymi myśliwcami, samolotami uderzeniowymi, pociskami dalekiego zasięgu i rozbudowanym systemem walki radioelektronicznej. Pierwszego dnia rosjanie zaatakowali ukraińskie lotniska, radary, stanowiska dowodzenia i zestawy przeciwlotnicze. Teoretycznie robili więc dokładnie to, co należało zrobić przed rozpoczęciem intensywnej kampanii lotniczej.

Nie zrobili tego jednak wystarczająco skutecznie. Ukraińcy przed inwazją rozproszyli lotnictwo i część obrony przeciwlotniczej. Mobilne zestawy zmieniały stanowiska, radary włączano na krótko, a rosyjski system rozpoznania i dowodzenia zbyt wolno zamieniał wykryte cele w cele zniszczone. rosjanom nie udało się przeprowadzić skutecznej kampanii SEAD/DEAD – obezwładnienia i zniszczenia obrony przeciwlotniczej przeciwnika. W efekcie ukraińska OPL przetrwała pierwsze uderzenie.

To w dużej mierze przesądziło o dalszym przebiegu wojny w powietrzu. rosyjskie samoloty zeszły na małe wysokości, gdzie zaczęły ponosić straty od przenośnych zestawów przeciwlotniczych, a później coraz bardziej ograniczały loty w głąb Ukrainy. Niemal pięć lat później rosyjskie lotnictwo nadal nie może swobodnie operować nad większością terytorium przeciwnika.

Samolot to tylko czubek góry lodowej

Nie oznacza to, że lotnictwo federacji jest słabe albo że rosyjskie samoloty są kiepskie. Su-35 jest bardzo groźnym myśliwcem, MiG-31 może przenosić pociski powietrze–powietrze dużego zasięgu, a Su-34 stał się jednym z najważniejszych narzędzi rosyjskiej armii. Od 2023 roku maszyny te masowo wykorzystują bomby wyposażone w moduły szybujące. Zrzucane z dużej wysokości, często kilkadziesiąt kilometrów od linii frontu, pozwalają niszczyć ukraińskie pozycje bez wlatywania w najbardziej niebezpieczną część ukraińskiej obrony.

To zarazem znakomita ilustracja ograniczeń rosjan. Su-34 może zrzucić bombę z bezpiecznej odległości, ale rosyjskie lotnictwo nadal nie potrafi systematycznie „otworzyć” przestrzeni powietrznej nad Ukrainą dla dużych ugrupowań samolotów. W głębi kraju zadania uderzeniowe wykonują przede wszystkim pociski manewrujące i balistyczne oraz drony.

To właśnie tu leży jedna z zasadniczych różnic między rosyjskim a zachodnim sposobem prowadzenia wojny powietrznej. rosjanom nie brakuje groźnych samolotów ani skutecznego uzbrojenia. Problemem pozostaje połączenie rozpoznania, dowodzenia, walki radioelektronicznej, zwalczania obrony przeciwlotniczej i lotnictwa w system zdolny do prowadzenia dużych, złożonych operacji nad bronionym terytorium.

NATO budowało swój model wojny powietrznej właśnie jako taki system. Samolot bojowy jest w nim tylko jednym z elementów. Myśliwiec otrzymuje dane z radarów naziemnych, innych samolotów i maszyn wczesnego ostrzegania. Tankowce pozwalają mu pozostawać długo w powietrzu i działać daleko od macierzystej bazy. Środki walki radioelektronicznej zakłócają radary przeciwnika, a wyspecjalizowane uzbrojenie pozwala je atakować. Nad całością pracuje system dowodzenia, który ma sprawić, by informacja o wykrytym celu jak najszybciej trafiła do tego, kto może go zniszczyć.

Dobrym symbolem tej przewagi są AWACS-y. NATO posiada 14 własnych E-3A, zdolnych do wykrywania celów na dużych odległościach i kierowania walką myśliwców. Europejskie państwa dysponują dodatkowo własnymi samolotami wczesnego ostrzegania. Sojusz ma również wielonarodową flotę dziesięciu A330 MRTT, a kolejne tankowce znajdują się w siłach narodowych.

Skala i złożoność takiego współdziałania były dobrze widoczne podczas tegorocznych ćwiczeń Ramstein Flag. NATO zebrało ponad 200 samolotów i innych statków powietrznych z nawet 18 państw, operujących z 20 lokalizacji od północnej Norwegii po Hiszpanię. Ćwiczono m.in. przełamywanie systemów ograniczających dostęp do przestrzeni powietrznej, zintegrowaną obronę powietrzną i przeciwrakietową, szybką wymianę informacji oraz rozproszenie samolotów na wiele lotnisk. Innymi słowy: nie trenowano pojedynków jednego typu myśliwca z drugim, lecz działanie całego organizmu.

rosjanie też się uczą

Byłoby jednak błędem wyciągać z Ukrainy wniosek, że rosyjskie lotnictwo poniosłoby w starciu z NATO błyskawiczną klęskę. rosjanie od 2022 roku nauczyli się bardzo dużo.

Zmniejszyli ekspozycję załogowych samolotów, rozwinęli bomby szybujące i udoskonalili wielowarstwowe uderzenia dalekiego zasięgu. Dziś atak na Ukrainę może rozpoczynać fala setek Geranów i wabików, które mają wykryć i przeciążyć obronę. Za nimi nadlatują pociski manewrujące, a także trudniejsze do przechwycenia pociski balistyczne. Lotnictwo działa przy tym bezpieczniej niż w pierwszych miesiącach wojny i zachowuje zdolność do intensywnego wspierania wojsk na froncie.

rosja pozostaje również wyjątkowo trudnym przeciwnikiem z powodu naziemnej obrony powietrznej. S-400, S-300 różnych wersji, Buk, Tor i Pancyr tworzą wielowarstwowy system, uzupełniany przez radary i środki walki radioelektronicznej. Jest on daleki od niezniszczalności – Ukraińcy regularnie niszczą jego elementy – lecz właśnie wojna dowodzi, jak trudno całkowicie wyeliminować mobilną OPL.

I tutaj pojawia się najważniejsze zastrzeżenie wobec prostego odczytania słów Sikorskiego. Europejskie NATO dysponuje dużą liczbą nowoczesnych myśliwców, rosnącą flotą F-35, samolotami wczesnego ostrzegania, tankowcami i precyzyjnym uzbrojeniem dalekiego zasięgu. Nie posiada jednak zdolności równie rozwiniętych jak amerykańskie do prowadzenia na wielką skalę najbardziej wymagającej części kampanii powietrznej – systematycznego wykrywania, obezwładniania i niszczenia gęstej, mobilnej obrony przeciwlotniczej.

Europejczycy mają elementy takiego systemu. Włosi dysponują Tornadami ECR i pociskami przeciwradiolokacyjnymi AARGM, Niemcy przygotowują Eurofightera EK, a coraz liczniejsze F-35 mają ogromną wartość jako trudno wykrywalne sensory i platformy uderzeniowe. Brakuje jednak części wyspecjalizowanych zdolności walki radioelektronicznej, skali zapasów odpowiedniego uzbrojenia oraz masy, którą wnoszą Amerykanie. Dlatego „NATO kontra rosja” i „europejskie NATO kontra rosja” nadal nie są identycznymi równaniami.

Kto otworzy niebo? – zastanawiam się w dalszej części tekstu, opublikowanego w portalu TVP.Info. Oto link do tego materiału – zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Polskie F-16/fot. Bartek Bera

Wyzwania

„Wybór jest prosty: albo będziemy mieć do czynienia z pokonaną armią rosyjską wypchniętą za granice Ukrainy, albo ze zwycięską armią rosji stojącą u granic Polski”, stwierdził przed kilkoma tygodniami Radosław Sikorski w rozmowie z gazetą „Bild am Sonntag”. To nieco uproszczona diagnoza, gdyż możliwy jest też trzeci scenariusz – ograniczonych zdobyczy terytorialnych rosjan w Ukrainie. Tym niemniej słowa szefa naszej dyplomacji oddają istotę rzeczy – taką mianowicie, że pokonana Ukraina to dla Rzeczpospolitej ogromne zmartwienie.

Ale czy taki obrót spraw – owo definitywne zwycięstwo rosjan – warto rozpatrywać w kategoriach realnego zagrożenia? Patrząc na bieżące możliwości armii rosyjskiej – nie. Machina wojenna putina nie jest w stanie zniszczyć sił zbrojnych Ukrainy i narzucić okupacji całemu krajowi. Wiele wskazuje na to, że właśnie obserwujemy szczyt wydolności zarówno militarnych jak i gospodarczych rosji. Tymczasem Ukraina twardo się broni, a rosyjskie zyski terytorialne są mniej niż symboliczne.

Po co więc zawracać sobie głowę wizją „ruskich u bram”? A po to na przykład, by podkreślać zasadność dalszej pomocy Ukrainie i scalać wokół tego projektu szerszą koalicję. Przekonanie o konieczności wspierania Kijowa nie zostało dane raz na zawsze. Nawet Polacy – wciąż mocno proukraińscy – nie mają już w sobie takiego zapału dla podtrzymywania ukraińskiego wysiłku wojennego, bo „ile można?” i „ile to kosztuje?”.

No i jest też wymóg uwzględnienia małorealistycznych scenariuszy – wynikający choćby z intelektualnej uczciwości. Ostatecznie mówimy o wojnie, która mimo policzalnego i mierzalnego charakteru, cechuje się również istotną dozą nieprzewidywalności. Trudno mi teraz wskazać zmienne, które mogłyby doprowadzić do gwałtownego załamania się ukraińskiej operacji obronnej, ale definitywnie wykluczyć takiego scenariusza nie potrafię.

A zatem co by było gdyby?

—–

Nie, nie wierzę w to, że armia putina w następnym kroku wtargnęłaby do Polski. Mówiąc wprost, rosjanie są na to (na konflikt z NATO) za słabi – i zapewne już zawsze będą. Ale są dość silni – i byliby tacy po ewentualnym zwycięstwie nad Ukrainą – by podtrzymywać poczucie zagrożenia kolejną wojną. Oczywiście, mogą to robić już teraz – i w ograniczonym zakresie robią – mają bowiem do nas dostęp z północy, z obwodu królewieckiego, i częściowo ze wschodu, z Białorusi. Ale Ukraina absorbuje potencjał rosji do tego stopnia, że odbiera wiarygodność jej pogróżkom. By te miały bardziej „wiążącą moc”, przy granicy musiałoby stać wojsko. Sporo wojska, sama granica zaś być znacznie dłuższa.

Straszenie Polaków i społeczności międzynarodowej niechybnie przyniosłoby negatywne skutki. Niepewność egzystencjalna napędziłaby emigrację – wewnętrzną i zewnętrzną – wygasiła istotną część aktywności ekonomicznej na wschodnich rubieżach Rzeczpospolitej, ba, status Polski jako kraju wysokiego ryzyka oznaczałby skokowy spadek zagranicznych inwestycji i wycofanie dużej części dotychczasowego kapitału. Inicjowany przez Moskwę kryzys migracyjny, z którym mamy do czynienia przy granicy z Białorusią, dotknąłby kolejne obszary Rzeczpospolitej. Zmusiłby służby do jeszcze większego wysiłku organizacyjnego, państwo zaś do kolejnych inwestycji w graniczne zabezpieczenia.

A przecież nie byłyby to jedyne dodatkowe koszty. Kilkanaście dni temu rząd zapowiedział realizację programu „Tarcza Wschód”, który przewiduje budowę umocnień i przeszkód terenowych przy granicy polsko-rosyjskiej i polsko-białoruskiej. Ma to potrwać trzy lata i kosztować 10 mld zł. No to teraz wyobraźmy sobie, że „Tarcza…” musi objąć kolejne obszary i że nie mamy komfortu w postaci dużej ilości czasu, bo „rosjanie już tu są”.

Ich obecność, groźny i bardziej niekorzystny układ granic wymuszałby pośpiech także w innych obszarach związanych z bezpieczeństwem. Sporo ostatnio kupujemy, przezbrajając wojsko w lepszej jakości sprzęt, ale dekady zaniedbań i zakres koniecznej modernizacji sprawiają, że mamy armię „w proszku”. Starego sprzętu posłanego do Ukrainy już nie ma, nowego w dużej mierze jeszcze nie ma. Mozolnie odbudowujemy zdolności przemysłu obronnego, nadal pozwalając sobie na finansowanie innych przedsięwzięć kosztem zbrojeniówki. W omawianym scenariuszu wydatki publiczne inne niż obronne zostałyby w istotnej mierze ograniczone. Odczuwalna jakość życia Polaków bez wątpienia by spadła.

Wielu młodych trafiłoby w kamasze. Wojna w Ukrainie pokazuje, jak istotne jest posiadanie licznych rezerw. Polska ich nie ma, bo 16 lat temu zawiesiliśmy zasadniczą służbę wojskową. Co jakiś czas mówi się o konieczności przywrócenia tego obowiązku, lecz politykom brakuje odwagi i woli. Polacy w większości nie chcą brać na siebie takiego zobowiązania – dlatego kończy się na słowach. W realiach „ruski u bram” na grymaszenie w temacie „zetki” nie byłoby miejsca.

A to ledwie niektóre niedogodności…

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Zdjęcie ilustracyjne, Kraby na ćwiczeniach/fot. 18 DZ