Sceptycyzm…

Uważni analitycy już drugiego dnia pełnoskalowej wojny wiedzieli, że z armią rosyjską jest coś nie tak. Większość potrzebowała kilkunastu dób, by zdać sobie sprawę, że w Ukrainie nie będzie żadnego blitzkriegu, że rosjanie nie są do tego zdolni. Po ponad miesiącu zmagań, kiedy wojsko władimira putina uciekło z Kijowszczyzny i Sumszczyzny, owa nieudolność stała się oczywista także dla dużej części „zwykłych zjadaczy chleba”.

Z pozycji „rosjanie załatwią sprawę w kilka dni”, przeszliśmy do powszechnych drwin z jakości sił zbrojnych federacji. „Druga armia świata” – ów konstrukt kremlowskiej propagandy, który miał paraliżować wolny świat samym wyobrażeniem skuteczności – stał się prześmiewczą figurą, podatną na dotkliwe dla rosjan parafrazy. I tak mówiliśmy o „drugiej armii w Ukrainie”, „armii trzeciego świata” czy o wojsku, które „nie ma anałoga”, co nawiązywało do innej propagandowej przechwałki, zgodnie z którą dla rosyjskiego sprzętu trudno znaleźć godne odpowiedniki.

Z czasem przyszła świadomość, że rosjanie się uczą. A po miesiącach paraliżu obudziły się rosyjskie służby dezinformacyjne. W efekcie – obok racjonalnej refleksji wynikłej z obserwacji pola bitwy – mieliśmy w obiegu masę wrzutek, z których wynikało, że armia putina jeszcze Ukraińcom pokaże. To było za mało, by odbudować mit o sile i sprawczości rosyjskiego wojska, ale dość, byśmy przestali się z niego naśmiewać. Dziś w tej materii mamy nad Wisłą konsensus: uważamy armię federacji za niezbyt nowoczesną, za to liczną i zdeterminowaną, przez co nadal niebezpieczną.

—–

Podzielam tę diagnozę i – poza jednym zastrzeżeniem, o którym poniżej – wykluczam scenariusz totalnego rosyjskiego zwycięstwa. Ukrainę chroni przed takim obrotem spraw nie tylko relatywna słabość wojska rosji. Równie istotna jest „druga strona medalu” – relatywna siła amii ukraińskiej oraz inne czynniki, które tę siłę „po drodze” budowały, nadal budują, przede wszystkim zachodnia pomoc wojskowa.

Istnieją zatem mocne bezpieczniki, ale po pierwsze, to stan na „tu i teraz”; historycznie patrząc, zagranicznej pomocy dla Ukrainy mogło nie być. Po drugie, niezależnie od skali tego wsparcia, od umiejętności, możliwości i woli oporu samych Ukraińców, teoretycznie nie da się wykluczyć użycia przez rosjan „ekstraordynaryjnych środków”, takich jak broń jądrowa. W obu przypadkach (samotnej lub zaatakowanej „atomem” Ukrainy), mielibyśmy do czynienia z bardzo niebezpiecznymi dla Polski skutkami. Czego zatem uniknęliśmy, ewentualnie z czym musielibyśmy się mierzyć, gdyby rosja „poszła na całość”?

—–

Po 24 lutego 2022 roku z Ukrainy wyjechało niemal 6 mln ludzi, trzy czwarte tej masy przetoczyło się przez Polskę. Wiosną 2022 roku w naszym kraju przebywało ponad dwa miliony uchodźców. Tymczasem państwo polskie okazało się nieprzygotowane na ich przyjęcie. Uratowała nas oddolna aktywność społeczna – potężna mobilizacja zwykłych Polaków, którzy zaabsorbowali ten transgraniczny transfer. Dosłownie, przyjmując Ukraińców pod dachy własnych domów. A teraz wyobraźmy sobie, że uchodźców byłoby trzy-cztery razy więcej. Pouczające jest w tym zakresie doświadczenie Libanu – 4,5-milionowy kraj stał się ponad dekadę temu celem ucieczki miliona Syryjczyków. Powody strukturalnej niewydolności Libanu są głębsze, ale to problem uchodźców dobił to państwo, które dziś funkcjonuje niemal wyłącznie dzięki międzynarodowej pomocy.

Optymistycznie można przyjąć, że zwiększona migracyjna presja zostałaby rozładowana. Ale i tak przez wiele miesięcy mielibyśmy nad Wisłą towarzyszący transferowi chaos. A przecież chętni do przyjęcia „nadprogramowych” milionów wcale nie musieliby się znaleźć – w wielu krajach antyimigranckie retoryki święcą triumfy, skutkiem czego mogłaby być sytuacja, w której zostalibyśmy sami z dodatkowymi milionami ludzi „na pokładzie”. Ilu z nich dałoby się efektywnie wprzęgnąć w gospodarkę, ilu obciążyłoby budżet wyłącznie kosztami? Co z systemem opieki zdrowotnej, który nie potrafi obsłużyć 35 mln obywateli RP (tylu realnie przebywa nas w kraju), a nagle musiałby się mierzyć z ponad 40 milionami pacjentów? Co z edukacją, transportem publicznym, innymi usługami na rzecz ludności i bez uchodźców funkcjonującymi w realiach niedoborów? I wreszcie, co ze skutkami społecznej frustracji, wynikłej z konieczności konkurowania o dostęp do dóbr i usług?

—–

Ale nawet najsprawniej zarządzane państwo i tak miałoby problemy w obliczu całkowitej ukraińskiej przegranej. Oto bowiem stalibyśmy się krajem frontowym „w pełnej krasie” (w ograniczonym zakresie już dziś jesteśmy). Ponad tysiąc kilometrów wrogiej granicy to w najlepszym razie zwielokrotnione ryzyko, z jakim mierzymy się obecnie – sztucznie wzmaganej presji migracyjnej. Na tym froncie wojny hybrydowej radzimy sobie coraz lepiej, ale spójrzmy na koszty. Finansowe, związane z budową zapór i ich utrzymaniem, i mniej wymierne, a potencjalnie niebezpieczne, wynikłe z konieczności angażowania wojska do ochrony granicy. „My pilnujemy płotu, a tamci szkolą się na prawdziwej wojnie”, mówił mi kilka tygodni temu jeden z oficerów służących w przygranicznym kontyngencie.

A raczej naiwnym byłoby założenie, że dłuższa granica z rosją (i uzależnionymi od niej podmiotami), generowałaby tylko takie zagrożenia. Nawet wiedząc to, co wiemy teraz o rosyjskiej armii, musielibyśmy na poważnie brać pod uwagę, że „tamci mimo wszystko spróbują”. Że dojdzie do twardej, kinetycznej konfrontacji – a więc należałoby się do niej przygotować. Program „Tarcza Wschód” ma nas kosztować 10 mld złotych przez kilka lat. To sporo, ale w skali wydatków państwa niewiele. Tyle że dziś mamy czas i bardziej dmuchamy na zimne, wszak poharatana w Ukrainie armia rosyjska nie jest zdolna do ataku na Polskę. No i chroni nas ukraiński bufor. Fizycznie oraz poprzez angażowanie niemal całości rosyjskich wojsk lądowych na froncie.

—–

A jeśliby tego buforu zabrakło? Jeśliby stojące przy naszej wschodniej granicy rosyjskie oddziały miały za sobą zwycięską wojnę, a polityczne kierownictwo na Kremu przekonanie, że warto ryzykować? „Tarcza Wschód” musiałaby dostać solidną porcję sterydów, tak jak cały program rozbudowy potencjału obronnego Polski. Dziś jesteśmy bliscy wydawania 5 proc. PKB na obronność, wyobraźmy sobie skutki gwałtownego wzrostu tych obciążeń. Budżet nie jest z gumy – zbrojenia odbywałyby się kosztem socjalnych zabezpieczeń, realnie powodując spadek jakości życia w Polsce.

Do czego swoje trzy grosze dorzuciliby zagraniczni inwestorzy. A po prawdzie, niczego by nie dorzucili, a zabrali, bowiem Polska, jako kraj w „strefie zgniotu”, stałaby się miejscem zbyt ryzykownym dla prowadzenia działalności gospodarczej. Zresztą uznaliby tak nie tylko obcy – dla części obywateli RP perspektywa życia w cieniu rosyjskiego zagrożenia byłaby nieznośna i nieakceptowalna. Znów mielibyśmy do czynienia z „polskim przekleństwem” – koniecznością emigracji i towarzyszącemu jej drenażowi mózgów. Czyli kolejne piętro w dół na drodze ku degradacji możliwości państwa i społeczeństwa.

A przecież między tymi zjawiskami zachodziłyby korelacje. Bo jak budować silną armię, jeśli pogłębiłby się deficyt demograficzny (dlaczego nie w oparciu o uchodźców wyjaśni się za chwilę)? Jak generować wpływy do budżetu przy ograniczonej aktywności ekonomicznej obywateli (same inwestycje publiczne, obronne to za mało)? Czym zastąpić utracone wpływy z tytułu inwestycji zagranicznych? Jak pogodzić konieczność obsługi mas uchodźców z potrzebą cięcia wydatków socjalnych? Itp., itd.

—–

Idźmy dalej. Jednym z motywów putina, by pchnąć swój kraj do otwartej wojny z Ukrainą, był rabunek demograficzny. Mieszkańcy rosji żyją krótko, dzietność spada, zmniejsza się relacja między białą, prawosławną i słowiańską ludnością, a ludami uchodzącymi pośród rosyjskich elit za gorsze – Azjatami, mieszkańcami Kaukazu, wyznawcami islamu. Przy takim postrzeganiu spraw, rosja staje przed perspektywą społecznej katastrofy, a sposobem na jej uniknięcie mógłby być wspomniany rabunek. Wchłonięcie kilkunastu, może kilkudziesięciu milionów Ukraińców, którzy mają pożądane kulturowe i fizyczne cechy. Wyszło jak wyszło – rosyjskie społeczeństwo płaci koszmarną daninę krwi za te eugeniczne rojenia, ale patrząc z perspektywy Kremla, to nadal może się opłacać. Na stole wciąż leży opcja przymusowej naturalizacji kilku milionów Ukraińców zamieszkujących już okupowane terytoria.

A co by się stało, gdyby było ich więcej? Rozważmy scenariusz najgorszy, w którym Ukraina pada teraz-za jakiś czas, mając za sobą kilka lat zaciekłej obrony. I na swoim terytorium ponad milion mężczyzn nawykłych do wojowania, zbrutalizowanych, przy przyjętym założeniu sfrustrowanych porażką, przekonanych, że świat-Zachód-Polska, ich zdradził, porzucił. A rosjanie mają ogromne doświadczenie w wyzyskiwaniu podbitych narodów – także w eksploatowaniu ich wojskowo, w roli armatniego mięsa. Osobista niezgoda rekrutów nie stanowi problemu – da się ich złamać zachętą, terrorem, szantażem. Uczynić z masy dawnych wrogów efektywne, na rosyjską modłę, wojsko. Więc teraz wyobraźmy sobie zwrócone przeciw nam ostrze (byłej) ukraińskiej armii…

Przerażające? Owszem. Dlatego Ukraina nie może upaść. Dlatego jej trwanie jako suwerennego państwa leży w żywotnym interesie Polski. Dlatego jej armia musi być naszym sojusznikiem, samym swoim istnieniem szachującym rosję. Sceptycyzm dotyczący sensu wspierania Ukrainy jest dla naszego kraju szkodliwym zjawiskiem.

—–

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Sławkowi Polakowi, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni: Tomaszowi Szewcowi (za „wiadro kawy”!), Karolowi Woźniakowi, Annie Waludzie, Michałowi Wacławowi, Pawłowi Drozdowi, Łukaszowi Podsiadło, Juliuszowi Wolnemu i Adzie Bogackiej.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa, zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Ten tekst opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do materiału.

Przeniesienie

Co więc powinniśmy zrobić? – tym pytaniem zakończyłem wczoraj tekst o wojsku na polsko-białoruskiej granicy. Artykuł, w którym przekonywałem Czytelników, że „granica” armię degraduje, bo Wojsko Polskie nie zajmuje się tym, do czego je powołano – szkoleniem na okoliczność prawdziwej wojny.

No więc co powinniśmy zrobić?

—–

By odpowiedzi stały się bardziej oczywiste, warto najpierw wskazać intencje naszych wrogów – federacji rosyjskiej i jej „podwykonawcy”, czyli Białorusi. Żyłowanie możliwości i obniżanie potencjału naszej armii to nie wszystko. Celem Moskwy i Mińska jest również zburzenie egzystencjalnego spokoju Polaków, którzy do tej pory – dzięki położeniu Polski z dala od migracyjnych szlaków – żyli wolni od problemu nielegalnej imigracji. I nie tyle o sam psychiczny dobrostan chodzi, co o fakt, że ów niepokój idealnie nadaje się do podkręcenia „wojny polsko-polskiej”. Jako wspólnotę, cechuje nas zróżnicowane podejście do kwestii migracji. W 2021 roku dało się to wpisać w napięcia na linii władza-opozycja, dziś sprawa jest bardziej skomplikowana. Tym niemniej na kontinuum postaw nadal można wyróżnić dwie skrajności – od osób, które by do migrantów strzelały (także do kobiet i dzieci), po takie, które wszystkich obcych witałyby chlebem i solą. By zarządzać konfliktem w takim środowisku nie trzeba wiele – wystarczy odpowiednio wzmagać migracyjną presję na granicy.

I to w zasadzie tyle, jeśli idzie o ogólne cele, choć dla porządku warto wspomnieć, że w 2021 roku Moskwie chodziło o coś jeszcze – o stworzenie wokół Ukrainy, w ramach przygotowań do inwazji, nieprzyjaznego środowiska. W odniesieniu do Polski liczono, że rozbuchane nastroje antyimigranckie – choć bazujące na niechęci do Azjatów i Afrykanów (w dużej części muzułmanów) – przełożą się również na stosunek do Ukraińców. Kreml słusznie założył, że atak na sąsiada wywoła uchodźczy exodus, dla którego bramą siłą rzeczy stanie się Rzeczpospolita. Gdyby Polacy postawili tamę, Ukraińcy mieliby problem. Tamę niechęci, która jako ważny składnik postaw społecznych stanowiłaby presję na rząd, co w konsekwencji mogłoby doprowadzić do fizycznego zamknięcia granicy. W wariancie mniej dla Moskwy pożądanym docierający do Polski uchodźcy z Ukrainy znaleźliby się w nieprzyjaźnie nastawionym otoczeniu. Ich pognębienie to wartość sama w sobie, zarazem też doświadczenie, które zmniejszyłoby skalę wychodźstwa. A pamiętajmy jak ważnym powodem rosyjskiej agresji była chęć pozyskania nowego „ludzkiego rezerwuaru” (piszę o tym w swojej najnowszej książce, której lekturę niezmiennie Państwu polecam). No i wreszcie polska wrogość wobec ukraińskich uchodźców mogłaby przerodzić się w generalnie negatywny, a co najmniej obojętny stosunek do Ukrainy i jej sprawy. Wówczas nawet teoretyczne rozważania o zewnętrznym wsparciu dla napadniętego kraju nie miałyby racji bytu.

Na szczęście te kalkulacje putina okazały się chybione, a Polacy przyjęli Ukraińców z życzliwością. Górę wzięła bliskość kulturowa, kluczowa w okazywaniu empatii (bardziej dotyka nas dramat tych, których znamy, i tych, którzy wydają nam się podobni do nas; nad cierpieniami odległych i „egzotycznych” społeczności potrafimy przejść do porządku dziennego). Zapewne nie bez znaczenia była też „wspólnota losów” – podzielane przez oba narody doświadczenie rosyjskiej agresji – i będącą konsekwencją tych historii rusofobia. Wspólny wróg ma tę zaletę, że potrafi jednoczyć.

—–

Tym wrogiem jest rosja i jej białoruski „podwykonawca” – raz jeszcze to podkreślę, bo w potocznej percepcji granicznego kryzysu gdzieś ta odpowiedzialność się zaciera, a wraz z nią umyka możliwość zjednoczenia (co skądinąd jest sporym sukcesem tego wroga). Winni całego zła stają się migranci, to na nich ogniskuje się złość wielu Polaków. Mamy tu do czynienia z przemieszczeniem agresji – zjawiskiem psychologicznym polegającym na przeniesieniu agresji z jej źródła (które zazwyczaj jest niedostępne) na obiekt zastępczy (przedmiot lub osobę), pełniący funkcję „kozła ofiarnego”. Ukaranie kozła może nam przynieść psychiczną ulgę – w realiach „granicy” przełożyć się na chwilowe ograniczenie presji – ale czy rozwiąże problem? Nie. A czy jego źródło rzeczywiście jest niedostępne? Też nie – rosja i Białoruś są tu jednością, karząc Mińsk, dobierzemy się do skóry Moskwy. Jak?

– Aż dziw bierze, że dotąd tego nie zrobiliśmy – mówił mi dr Piotr Łubiński, specjalista w zakresie międzynarodowego prawa humanitarnego i karnego, dziś pracownik naukowy Uniwersytetu Jagiellońskiego. – Działania Białorusi tworzą szkody i koszty po stronie polskiej. Są intencjonalne, co łatwo dowieść. Wystawiajmy więc Mińskowi rachunki za każdą podejmowaną na granicy procedurę. Odpowiedzmy sankcjami, pamiętając, że najdotkliwsze wynikną ze wspólnego działania większej liczby państw. Przekonajmy więc Unię. Utrata możliwości eksportu potasu, zamrożenie aktywów finansowych, wpisywanie kolejnych osób na listę niepożądanych gości. Metod jest mnóstwo, a na razie żadna nie została wykorzystana. No i jest Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości. To, co robi Mińsk, wyczerpuje zarzut przemytu ludzi.

Te słowa padły jesienią 2021 roku, zgadnijcie, co do tej pory zrobiliśmy…

„Białoruś jest już obłożona sankcjami”, zauważy ktoś. Owszem, ale one nie są dotkliwe, a kraj łukaszenki nadal pozostaje furtką dla obchodzenia sankcji nałożonych na rosję. Tymczasem winniśmy zabiegać o to – co podkreśla sama białoruska opozycja – by Białoruś i federację rosyjską traktować jako jeden organizm państwowy (umowa stowarzyszeniowa między oboma krajami takie podejście ułatwia), także w odniesieniu do reżimu sankcyjnego. Najprościej rzecz ujmując, dojechać ich finansowo. Pomnożyć im koszty związane z hybrydową agresją.

Zarazem winniśmy dążyć do ograniczenia własnych kosztów – te związane z nieefektywnym wykorzystaniem armii są tu najwyższe i najważniejsze. Paradoksalnie na początek wiązałoby się to ze zwiększonymi wydatkami, chodzi bowiem o przeniesienie ciężaru odpowiedzialności na inną instytucję niż wojsko. Nie wiem, czy lepszym rozwiązaniem byłoby zbudowanie nowej formacji – na wzór przedwojennego Korpusu Ochrony Pogranicza – czy rozbudowa Straży Granicznej. Intuicja i doświadczenie podpowiadają mi, że lepiej nie startować od zera. Pouczający może tu być przykład Wojsk Obrony Terytorialnej, które według pierwotnych założeń miały już mieć docelową formułę, tymczasem wciąż są w budowie. Tak czy inaczej, chodzi o delegowanie zadań poza armię (a przynajmniej jej część operacyjną!), która naprawdę ma co robić. Wczoraj napisałem, że najlepsze brygady WP nie są w stanie efektywnie szkolić personelu – „bo granica”. Stwierdziłem, że dwa-trzy miesiące czy nawet pół roku takiego oderwania od rutyny armii nie zaszkodzi. Ale trzy lata robią w instytucji poważną kompetencyjną wyrwę – kilkadziesiąt tysięcy (!) nowych żołnierzy spędziło na poligonach i strzelnicach mniej czasu niż przy granicy. W realiach prawdziwej wojny „na wejście” stawiamy się w beznadziejnej sytuacji, skonkludowałem. A jest jeszcze gorzej, na co uwagę zwrócił mi doświadczony podoficer, służący do niedawna w elitarnej formacji. „Zapomniałeś o jednym”, napisał. „Ten stan nie trwa od ‘granicy’ tylko od pandemii. Ci, którzy przychodzili wtedy i znali na pamięć sanepid, szpitale ale nie strzelnice, dziś uczą innych”. Czego? W oparciu o jakie doświadczenie?

Armia musi się odbudować, dokonać absorpcji nowego sprzętu, zaaplikować sobie nauki i nauczki płynące z wojny na Wschodzie. Tuptanie przy płocie, czy nawet rozganianie agresywnego tłumu, temu nie sprzyja.

Wobec zaniechań z ostatnich trzech lat, gwałtowny odwrót wojska znad granicy nie wchodzi w grę. I tu pojawia się rzekoma potrzeba uporządkowania kwestii prawnych, związanych z obecnością żołnierzy na wschodzie kraju. Ze zdumieniem obserwuję działania MON, które zasługują na miano biegunki legislacyjnej. Oto bowiem pojawiają się kolejne pomysły na akty prawne, podczas gdy odpowiednie przepisy już istnieją. Wystarczy zacząć stosować Regulamin ogólny żołnierza Wojska Polskiego w zakresie dotyczącym służby wartowniczej.

Realną bieżącą potrzebą jest zapewnienie wojsku wsparcia – co możemy zrobić sięgając po zasoby Frontexu, agencji zajmującej się ochroną zewnętrznych granic UE. Nowy rząd chwali się znakomitymi kontaktami w unijnej administracji, teoretycznie więc powinno pójść gładko.

I wreszcie czas skończyć z wojenną narracją – nie tylko bowiem jest odklejona od rzeczywistości, ale ma też moc dzielenia Polaków. Zobaczmy, co dzieje się z percepcją rządowego projektu „Tarcza Wschód”. Planowane pola minowe, umocnienia, odtworzone bagna itp. postrzegane są jako instalacje mające przeciwdziałać nielegalnej imigracji. A przecież nie o to w tym chodzi – to nasze „dmuchanie na zimne” na okoliczność twardej rosyjskiej agresji, inwazji wojskowej. Niektórym pomysł wysadzania migrantów na minach odpowiada, inni pukają się w czoło. Obie strony kłócą się o coś, czego nie ma i nie będzie, a co jest wyłącznie skutkiem błędnej strategii komunikacyjnej. A Kremlowi w to graj…

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Granica/fot. Sztab Generalny WP

Wyzwania

„Wybór jest prosty: albo będziemy mieć do czynienia z pokonaną armią rosyjską wypchniętą za granice Ukrainy, albo ze zwycięską armią rosji stojącą u granic Polski”, stwierdził przed kilkoma tygodniami Radosław Sikorski w rozmowie z gazetą „Bild am Sonntag”. To nieco uproszczona diagnoza, gdyż możliwy jest też trzeci scenariusz – ograniczonych zdobyczy terytorialnych rosjan w Ukrainie. Tym niemniej słowa szefa naszej dyplomacji oddają istotę rzeczy – taką mianowicie, że pokonana Ukraina to dla Rzeczpospolitej ogromne zmartwienie.

Ale czy taki obrót spraw – owo definitywne zwycięstwo rosjan – warto rozpatrywać w kategoriach realnego zagrożenia? Patrząc na bieżące możliwości armii rosyjskiej – nie. Machina wojenna putina nie jest w stanie zniszczyć sił zbrojnych Ukrainy i narzucić okupacji całemu krajowi. Wiele wskazuje na to, że właśnie obserwujemy szczyt wydolności zarówno militarnych jak i gospodarczych rosji. Tymczasem Ukraina twardo się broni, a rosyjskie zyski terytorialne są mniej niż symboliczne.

Po co więc zawracać sobie głowę wizją „ruskich u bram”? A po to na przykład, by podkreślać zasadność dalszej pomocy Ukrainie i scalać wokół tego projektu szerszą koalicję. Przekonanie o konieczności wspierania Kijowa nie zostało dane raz na zawsze. Nawet Polacy – wciąż mocno proukraińscy – nie mają już w sobie takiego zapału dla podtrzymywania ukraińskiego wysiłku wojennego, bo „ile można?” i „ile to kosztuje?”.

No i jest też wymóg uwzględnienia małorealistycznych scenariuszy – wynikający choćby z intelektualnej uczciwości. Ostatecznie mówimy o wojnie, która mimo policzalnego i mierzalnego charakteru, cechuje się również istotną dozą nieprzewidywalności. Trudno mi teraz wskazać zmienne, które mogłyby doprowadzić do gwałtownego załamania się ukraińskiej operacji obronnej, ale definitywnie wykluczyć takiego scenariusza nie potrafię.

A zatem co by było gdyby?

—–

Nie, nie wierzę w to, że armia putina w następnym kroku wtargnęłaby do Polski. Mówiąc wprost, rosjanie są na to (na konflikt z NATO) za słabi – i zapewne już zawsze będą. Ale są dość silni – i byliby tacy po ewentualnym zwycięstwie nad Ukrainą – by podtrzymywać poczucie zagrożenia kolejną wojną. Oczywiście, mogą to robić już teraz – i w ograniczonym zakresie robią – mają bowiem do nas dostęp z północy, z obwodu królewieckiego, i częściowo ze wschodu, z Białorusi. Ale Ukraina absorbuje potencjał rosji do tego stopnia, że odbiera wiarygodność jej pogróżkom. By te miały bardziej „wiążącą moc”, przy granicy musiałoby stać wojsko. Sporo wojska, sama granica zaś być znacznie dłuższa.

Straszenie Polaków i społeczności międzynarodowej niechybnie przyniosłoby negatywne skutki. Niepewność egzystencjalna napędziłaby emigrację – wewnętrzną i zewnętrzną – wygasiła istotną część aktywności ekonomicznej na wschodnich rubieżach Rzeczpospolitej, ba, status Polski jako kraju wysokiego ryzyka oznaczałby skokowy spadek zagranicznych inwestycji i wycofanie dużej części dotychczasowego kapitału. Inicjowany przez Moskwę kryzys migracyjny, z którym mamy do czynienia przy granicy z Białorusią, dotknąłby kolejne obszary Rzeczpospolitej. Zmusiłby służby do jeszcze większego wysiłku organizacyjnego, państwo zaś do kolejnych inwestycji w graniczne zabezpieczenia.

A przecież nie byłyby to jedyne dodatkowe koszty. Kilkanaście dni temu rząd zapowiedział realizację programu „Tarcza Wschód”, który przewiduje budowę umocnień i przeszkód terenowych przy granicy polsko-rosyjskiej i polsko-białoruskiej. Ma to potrwać trzy lata i kosztować 10 mld zł. No to teraz wyobraźmy sobie, że „Tarcza…” musi objąć kolejne obszary i że nie mamy komfortu w postaci dużej ilości czasu, bo „rosjanie już tu są”.

Ich obecność, groźny i bardziej niekorzystny układ granic wymuszałby pośpiech także w innych obszarach związanych z bezpieczeństwem. Sporo ostatnio kupujemy, przezbrajając wojsko w lepszej jakości sprzęt, ale dekady zaniedbań i zakres koniecznej modernizacji sprawiają, że mamy armię „w proszku”. Starego sprzętu posłanego do Ukrainy już nie ma, nowego w dużej mierze jeszcze nie ma. Mozolnie odbudowujemy zdolności przemysłu obronnego, nadal pozwalając sobie na finansowanie innych przedsięwzięć kosztem zbrojeniówki. W omawianym scenariuszu wydatki publiczne inne niż obronne zostałyby w istotnej mierze ograniczone. Odczuwalna jakość życia Polaków bez wątpienia by spadła.

Wielu młodych trafiłoby w kamasze. Wojna w Ukrainie pokazuje, jak istotne jest posiadanie licznych rezerw. Polska ich nie ma, bo 16 lat temu zawiesiliśmy zasadniczą służbę wojskową. Co jakiś czas mówi się o konieczności przywrócenia tego obowiązku, lecz politykom brakuje odwagi i woli. Polacy w większości nie chcą brać na siebie takiego zobowiązania – dlatego kończy się na słowach. W realiach „ruski u bram” na grymaszenie w temacie „zetki” nie byłoby miejsca.

A to ledwie niektóre niedogodności…

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Zdjęcie ilustracyjne, Kraby na ćwiczeniach/fot. 18 DZ

Feminizacja

„A czy Polki walczą w Ukrainie?”, pyta mnie Czytelnik po lekturze artykułu o ukraińskich żołnierkach. Walczą. Wedle oficjalnych zapewnień władz w Kijowie, na wojnę z Rosją pojechało z Polski kilkadziesiąt osób. Tak naprawdę jest ich kilkaset, większość bowiem woli zachować anonimowość, o co najprościej w przypadku ochotników o mieszanym pochodzeniu i niezwiązanych z armią. Jako się rzekło, są wśród nich i kobiety. Jedna z moich koleżanek od połowy marca bije się w cudzoziemskim legionie. Żyje, obecnie przebywa poza linią frontu. Kontakt mamy sporadyczny, ale regularny. „Robię to, do czego szkoliłam się przez wiele lat”, napisała mi w jednej z wiadomości. Druga z przyjaciółek nie walczy – służy w batalionie medycznym. Jak wszystkie sanitariuszki w ukraińskiej armii, do akcji wyrusza z pełnym uzbrojeniem. W razie potrzeby wie, jak go użyć – w Polsce przez kilka lat służyła w elitarnej jednostce wojsk lądowych. Na zaciąg w Ukrainie polscy obywatele muszą zdobyć odpowiednie zgody naszych władz – dotychczas z tego trybu skorzystało niewielu ochotników. Cywile i wojskowi emeryci po prostu wyjeżdżają, mundurowi w służbie czynnej biorą dłuższe urlopy i zwolnienia. Kryć się specjalnie nie muszą – tego rodzaju „zniknięcia” są w naszych koszarach pobłażliwie traktowane.

Polska w ogonie NATO

„Nie mam męża, dzieci, schorowanych rodziców. Łatwo mi było podjąć decyzję o wyjeździe”, wspomina pierwsza z dziewcząt. Większość jej koleżanek w kraju nie dysponuje aż taką swobodą. „Tak mówią, ale może to tylko pretekst?”, zastanawia się moja rozmówczyni. Argument o „rodzinnych zobowiązaniach” to w realiach WP nic nowego. Gdy przed laty formowano kontyngenty do Iraku i Afganistanu, sięgali po niego żołnierze-mężczyźni, którzy wcześniej żyli złudzeniem, że armia aż po kres ich służby pozostanie koszarowym wojskiem. Lecz nawet takie siły zbrojne muszą regularnie się szkolić, co wymaga od żołnierzy wielodniowych pobytów poza domem. Wojsko, jak i całe społeczeństwo, zmieniło się na przestrzeni ostatnich 30 lat dramatycznie. Patriarchat coraz bardziej kruszy się pod naporem bardziej partnerskich modeli relacji, co przekłada się także na sytuację w armii. Lecz mimo silnych i licznych ruchów promujących równouprawnienie, mimo deklaratywnego wsparcia państwa polskiego w tym obszarze, wiele dziewcząt nadal słyszy, że ich „miejsce jest w domu”, albo w „bardziej babskich” profesjach. „Armia potrzebuje matek, ale nie tych karmiących”, orzekł kiedyś przełożony medyczki, o której piszę na wstępie. Efekty? W WP kobiety stanowią raptem osiem procent personelu, co lokuje nas w ogonie natowskich armii.

Na czele sojuszniczej stawki stoją Węgrzy – w ich siłach zbrojnych kobiety stanowią aż 20% personelu. Potem są Grecy (19%), Amerykanie (17%) oraz Francuzi, Kanadyjczycy, Bułgarzy, Łotysze (16%). Zestawienie zamykają, licząc od dołu, Turcy (ledwie 0,3%), Włosi i Czarnogórcy (6%) oraz Polacy. Wyżej od nas są m.in. Brytyjczycy (11%), Niemcy (12%) czy Czesi (13%). Oczywiście, w liczbach rzeczywistych sprawy mają się nieco inaczej. 9373 (dane na koniec 2021 r.) służące zawodowo Polki, to więcej niż wszystkie żołnierki z Łotwy, Litwy i Czarnogóry razem wzięte. Ale poziom feminizacji struktur sił zbrojnych należy mierzyć w odniesieniu do potencjału konkretnych armii, więc żadne statystyczne hocki-klocki nie zmienią faktu, że Polsce bliżej do Turcji niż do Węgier czy USA (o będącym poza NATO Izraelu, gdzie służba kobiet jest obowiązkowa, a każdego roku do koszar trafia 15 tys. pań-poborowych, nie wspominając). Turcji, gdzie mimo wielu dekad modernizacji zainicjowanej przez Mustafę Atatürka (wyhamowanej przez obecnego tureckiego prezydenta), religijny konserwatyzm redukujący role kobiet do funkcji reprodukcyjnych wciąż ma się dobrze.

Konserwatyzm środowiska

Oczywiście, mogłoby być gorzej. W Polsce nie doczekaliśmy się jeszcze kobiety-generała w służbie czynnej. Mamy za to 43 panie (stan na koniec 2021 r.) w stopniu pod-i-pułkownika. W Indiach tymczasem – z ich czwartą armii świata (1,3 mln żołnierzy) – jeszcze niedawno rząd próbował zakazać kobietom zdobywania szarż pułkowników i generałów. Większość żołnierzy-mężczyzn wywodzi się z małych, tradycyjnych społeczności i „nie są oni mentalnie przygotowani, aby zaakceptować kobietę-dowódcę”, argumentowały indyjskie władze. Sąd Najwyższy odrzucił to stanowisko, jednocześnie znosząc ograniczenie czasowe, nałożone na panie. Wcześniej mogły one służyć tylko 14 lat, dziś górnego limitu już nie ma. „Podważanie zdolności do służby ze względu na płeć jest obrazą nie tylko dla godności kobiet, ale i dla godności żołnierzy indyjskiej armii” – orzekł sąd. Żołnierki Wojska Polskiego przed takimi wyzwaniami nie stają – nikt ich nie sekuje rozwiązaniami prawnymi. W tym kontekście warto wspomnieć, że armia jest jedną z nielicznych instytucji gwarantujących równość płac bez względu na płeć. Należy również uczciwie przyznać, że wbrew potocznym ocenom, nie mamy do czynienia z celowym spowalnianiem feminizacji sił zbrojnych przez pisowskie rządy. W 2015 r. kobiety stanowiły 4,3% zawodowej kadry i ów odsetek rósł regularnie aż do dziś. Rósł za wolno przede wszystkim z powodu konserwatyzmu środowiska wojskowego.

Dał on o sobie znać z dużą mocą przy okazji polsko-białoruskiego kryzysu granicznego. Armia – z uwagi na swą relatywną szczupłość i brak rozwiniętych struktur logistycznych – z trudem go obsługiwała. Obecnie sprawa wydaje się opanowana (bo i poziom wyzwań znacznie mniejszy), lecz późną jesienią ub.r. jak Polska długa i szeroka trwały „łapanki” na zdolnych do wyjazdu żołnierzy. „Gdybym miał na twoim miejscu chłopa, już by był pod granicą…”, przyznał wprost dowódca jednego z batalionów zmechanizowanych z zachodniej ściany RP. Zwracał się w ten sposób do podwładnej, podoficer i matki dwójki dzieci. „U nas pustki, w jednostce zostały jedynie służby dyżurne, matki karmiące i niezbędni oficerowie”, pisała mi wówczas inna żołnierka. „Jednocześnie realizowane są szkolenia, zawody sportowe, ćwiczenia rezerwy; ktoś to ogarniać musi”. W takich chwilach mężczyznom-oficerom łatwiej przychodziły do głowy refleksje o rzekomej wyższości w pełni męskiego składu. Znam mnóstwo relacji z tamtego okresu, w których mowa jest o wyrażanych wprost frustracjach. Selektywne cechy pamięci pozwalały pewnie pominąć w rozważaniach dowódców fakt, że do niedawna, korzystając z przywileju w pełni płatnych zwolnień lekarskich, wojsko nagminnie i w dużych liczbach przebywało na L4. Wstydliwy problem znikł, gdy chorobowe obcięto do 80% – mężczyźni w mundurach masowo wtedy wyzdrowieli.

WOT ostoją feminizacji

Ale mniejsza o złośliwości – wróćmy do statystyk. Półtora tysiąca zawodowych żołnierek Wojska Polskiego to oficerowie i podoficerowie. Reszta, niemal osiem tysięcy osób, służy w korpusie szeregowych. Dawno bowiem minęły już czasy, kiedy kobiety trzymano z dala od najbardziej wymagających fizycznie stanowisk. Co więcej, kobiety odbywają służbę nawet w najbardziej elitarnych formacjach, jak choćby w GROM-ie. Latają bojowymi samolotami, jak pilotująca MiG-i-29 por. Urszula Brzezińska Hołownia, prywatnie żona znanego polityka. Mamy w Polsce również pilotki śmigłowców, czołgistki, artylerzystki. Normy fizyczne dla pań są rzecz jasna inne niż dla mężczyzn, ale wiele dziewcząt nie ustępuje swoim kolegom czy to na służbie, czy poza nią. Wystarczy odwiedzić dowolną imprezę biegów ekstremalnych, by przekonać się, jak wielu zwycięzców to kobiety z wojskowym ID w kieszeni.

Pośród wspomnianych czempionek sporo jest kobiet, które wybrały służbę w Wojskach Obrony Terytorialnej. W tym rodzaju sił zbrojnych – liczącym obecnie 32 tys. żołnierzy – odsetek pań dobija właśnie do 20%. Ponieważ jest to formacja w niemal 90% ochotnicza, większość żołnierek z WOT-u nie jest wliczana do cytowanych wcześniej statystyk ministerstwa obrony. Tymczasem dowództwo obrony terytorialnej zakłada, że w ciągu najbliższych dwóch lat poziom feminizacji osiągnie 25%. Szanse na to są spore, do czego wybitnie przyłożył się… Władimir Putin. Porównując wskaźniki zainteresowania służbą u „terytorialsów” sprzed agresji na Ukrainę i po rozpoczęciu inwazji, w perspektywie krótkoterminowej widzimy aż siedmiokrotny wzrost. A dotyczy on zarówno mężczyzn, jak i kobiet, dla których WOT – wymagające tylko okresowego zaangażowania – to dobry sposób na pogodzenie życia rodzinnego, cywilnej kariery oraz chęci sprawdzenia się i służby krajowi.

Kobiety na stanowiskach dowódczych i kierowniczych, stan na 31.12.2021 r. Źr. MON

STOPIEŃ ETATOWY LICZBA KOBIET
PUŁKOWNIK 9
PODPUŁKOWNIK 34
MAJOR 150
PORUCZNIK/KAPITAN 350
PODPORUCZNIK/PORUCZNIK 435
PODOFICER STARSZY 36
PODOFICER 66
PODOFICER MŁODSZY 454
RAZEM 1534

Dane ewidencyjne – stan kadry zawodowej na 31.12.2021 r. Źr. MON

Liczba żołnierzy Procentowy udział w SZ RP
Kobiety 9 373 8,3 %
Mężczyźni 104 213 91,7 %
SUMA 113 586 100 %

Zdjęcie wykonane podczas desantowania żołnierzy 6 BPD w ramach ćwiczeń Puma 2011/fot. Marcin Wójcik

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 19/2022

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Świętość

Przez cały miniony tydzień na lotnisku w podrzeszowskiej Jasionce lądowały samoloty z żołnierzami i sprzętem US Army. Na Podkarpacie i Lubelszczyznę przerzucono w sumie niemal pięć tysięcy spadochroniarzy z elitarnej 82 Dywizji Powietrznodesantowej z Fortu Bragg w Karolinie Północnej. Wojskowych rozmieszczono w tymczasowych bazach, których lokalizacje – poza halą G2A Arena w Rzeszowie – pozostają niejawne. Jak wynika z oficjalnych deklaracji Waszyngtonu, relokacja to odpowiedź na agresywną politykę Moskwy wobec Kijowa. Tajemnicą poliszynela jest, że amerykańska obecność w południowo-wschodniej Polsce, wzdłuż granicy z Ukrainą, poza demonstracją siły ma także inny cel. W Pentagonie uznano, że ryzyko rosyjsko-ukraińskiej wojny jest na tyle wysokie, że należy przygotować się na scenariusz ewakuacji obywateli USA i innych państw Zachodu, przebywających na Ukrainie. Samych Amerykanów jest tam obecnie około 30 tys., liczbę pozostałych „podopiecznych” szacuje się na ponad 150 tys. Stąd m.in. obecność w Polsce gen. Christophera Donahue, dowódcy 82 DPD, który zasłynął sprawnie przeprowadzoną ewakuacją niemal 120 tys. cywilów z Kabulu. I nawet jeśli w tych działaniach więcej jest paniki niż trzeźwego namysłu, Warszawa otrzymała zza oceanu bardzo wyraźny sygnał: „nie wierzymy w wasze możliwości poradzenia sobie z kolejnym przygranicznym kryzysem”.

Po dziurki w nosie

Tym pierwszym jest rzecz jasna napięcie na granicy z Białorusią, gdzie jeszcze kilkanaście tygodni temu mieliśmy do czynienia z silną presją migracyjną, sterowaną przez Aleksandra Łukaszenkę. Uchodźcy z Bliskiego Wschodu i Azji znacząco się przerzedzili – liczba prób nielegalnego przekraczania granicy niemal wróciła do przedkryzysowej normy. Trudno powiedzieć, na ile zadecydowała o tym pogoda (która znów łagodnieje…), na ile zaś zabiegi dyplomatyczne Unii Europejskiej i militaryzacja granicy przez Polskę. Faktem jest, że armia nadal utrzymuje na Podlasiu silny kontyngent, złożony z co najmniej 10 tys. żołnierzy, którego wycofanie będzie możliwe późną wiosną, gdy ukończone zostaną prace nad przygranicznym murem. Prawdę powiedziawszy, ujawnione w zeszłym tygodniu zdjęcia gotowych fragmentów zapory, brutalnie weryfikują zapowiedzi rządu. Płot, choć solidniejszy od zasieków, wcale nie sprawia wrażenia trudnego do pokonania. Zdaje się zatem, że mimo gigantycznych kosztów (1,6 mld zł!), skończy się „jak zawsze”, co dla wojska będzie oznaczać trwałą i liczną obecność przy granicy. Bo że Łukaszenko odpuści, mundurowi złudzeń nie mają.

Tymczasem zwykłe wojsko ma już „granicy” po dziurki w nosie. – Amerykanie zwożą do Polski całe miasteczko dla ewakuowanych – mówi oficer z 17 Wielkopolskiej Brygady Zmechanizowanej. – W kilka dni zgromadzili wszystko, co byłoby potrzebne do zakwaterowania co najmniej kilkunastu tysięcy ludzi. My przez pół roku nie zdołaliśmy dowieźć na wschód wystarczającej liczby kontenerów mieszkalnych. Nadal część chłopaków mieszka w ziemiankach – nie kryje smutku mój rozmówca. Jego zdaniem, mści się podjęta za Platformy decyzja o zwinięciu dużej części służb tyłowych armii. Aktualnie WP posiada tylko dwie brygady logistyczne (w Bydgoszczy i Opolu) – dużo za mało jak na ponad 100-tysięczne wojska operacyjne. Czkawką odbija się również wprowadzona w tym samym czasie pełna profesjonalizacja. „U nas pustki, w jednostce zostały tylko służby dyżurne, matki karmiące i niezbędni oficerowie”, pisze mi żołnierka z garnizonu na zachodzie Polski. „Jednocześnie realizowane są szkolenia poligonowe, zawody sportowe, ćwiczenia rezerwy; ktoś to ogarniać musi”. W tym miejscu dodać należy, że obciążeń nie ubywa – 12 lutego br. rozpoczęły się duże ćwiczenia Saber Strike 22, przyśpieszone o kilka tygodni z uwagi na sytuację wokół Ukrainy.

Służba dla entuzjastów

Przy aktualnej skali operacji, angażuje ona „na raz” większość wojsk lądowych – i ponad jedną czwartą całości sił operacyjnych WP. Gdy 10 tys. wojskowych tkwi na przygranicznych posterunkach, drugie tyle odpoczywa (armia ma bodaj najbardziej pro-pracowniczy system urlopowy w Polsce), a kolejne 10 tys. do misji się przygotowuje (gotowość zwykle oznacza standardową służbę „od-do”). Żołnierze jadą na 2-tygodniowe tury, bywa, że przedłużane o kolejny tydzień. Inny mój rozmówca, spadochroniarz z 6 Brygady Powietrznodesantowej, był na granicy już kilka razy. Ostatnio na przełomie stycznia i lutego. – Wracam tam znów pod koniec miesiąca – zapowiada, dodając, że „tuptanie wzdłuż zasieków to robota dla wotowców”. – My się tam marnujemy… – przekonuje. Trudno nie przyznać mu racji, mówimy bowiem o elitarnej formacji sprowadzonej do roli oddziałów wartowniczych. Z drugiej strony, „tak krawiec kraje, jak mu materii staje”. Wojska Obrony Terytorialnej nie mogą przejąć całości operacji, bo ich istotą jest działanie we własnym, lokalnym środowisku. No i WOT jest opcją dla entuzjastów armii, którzy z różnych powodów nie są w stanie odbywać zawodowej służby. „Kadra u wociarzy jest nieliczna, a reszta to nauczyciele, ekspedienci, ratownicy medyczni czy lekarze – osoby, które nie pojadą na drugi koniec kraju, bo są potrzebne tam, gdzie mieszkają. Wielu jest współmałżonków mundurowych, a w przypadku takiej rodziny wyjechać może tylko jedna osoba. No i nie wysyła się samotnych matek oraz osób na L-4” – wylicza cytowana wcześniej żołnierka z zachodu Polski.

Kwestia lekarskich zwolnień nie pojawiła się w tej korespondencji przypadkiem. Późną jesienią, gdy część żołnierzy zaangażowano do push-backów i tropienia migrantów w przygranicznych lasach, L-4 było jednym ze sposobów na uniknięcie udziału w takich akcjach. „Chluby nam to nie przynosi” – przyznaje oficer 17 WBZ. A nie chodziło wyłącznie o kwestie wizerunkowe. W grudniu ub.r skontaktował się ze mną dziennikarz relacjonujący przygraniczny kryzys. Szukał psychiatry dla przyjaciółki, wolontariuszki przez wiele dni pomagającej wycieńczonym uchodźcom. Dziewczyna – która także doświadczyła przemocy służb mundurowych – zmagała się ze stresem pourazowym. Nie zdziwiłem się zanadto, pomogłem w nawiązaniu kontaktu. A kilka dni później, z identyczną prośbą, zwrócił się do mnie kolega-żołnierz. Weteran afgańskiej misji, który „nie wstąpił do armii, żeby uganiać się po lasach za dzieciakami, jak za łowną zwierzyną”. – Nie przygotowano nas do tej misji – mówi dziś. Nie on jedyny i nie chodzi tylko o trening psychiczny. „W rozmowach z przełożonymi i kolegami podkreślałam, że żołnierze PRZED wyjazdem powinni mieć krótkie przeszkolenie, pogadankę o tym, z jaką kulturą mają do czynienia i jakie zachowania są inne od naszych. Co może posłużyć rozładowaniu napięć, a co zaogni sytuację”, czytam w wiadomości od mundurowej rozmówczyni.

„Słupek-świętość”

Inna, tuż przed kolejną turą na granicy, przekazała mi „Uwagi, wnioski, spostrzeżenia i propozycje”, zawarte w 25 punktach, w piśmie od przełożonych. Z lektury dowiadujemy się o niemal obsesyjnym oczekiwaniu anonimizacji, tak ludzi, jak i sprzętu. „Kominiarki na posterunkach na twarzy”, czytamy w punkcie 20. „Zdjąć stopnie, emblematy, znaki, znaczki z plecaków, hełmów, różnego rodzaju naszywki – każdy żołnierz ma wyglądać tak samo!”, brzmi punkt 22. „Znaki taktyczne na pojazdach zasłonięte”, zalecenie nr 21 w całości wytłuszczono. Na szczęście nie ma mowy o zacieraniu indywidualnych cech fizycznych wojskowych, ba, wytyczna nr 13 nakazuje wręcz, by w każdym QRF (ang. skrót oddziału sił szybkiego reagowania) znajdowała się „kobieta żołnierz”. Pismo podtrzymuje zakaz udzielania się w mediach społecznościowych, jest w nim też element humorystyczny, znamionujący wszak troskę o dobre samopoczucie szeregowych żołnierzy. „Nie zadawać pytań <<żołnierzu, czego ci brakuje?>>, bo jak nie było, tak nie ma goretexów i butów (a to pytanie strasznie wqwia)”. Cóż, brak nieprzemakalnych kurtek i nowego obuwia rzeczywiście może być powodem do frustracji.

Ów poradnik powstał po kompromitującej dla armii ucieczce Emila C. na Białoruś, są w nim zatem i takie poruczenia: „kierować żołnierzy (…) niekaranych” (punkt 1), „na posterunki planować pary podoficer/szeregowy, doświadczony/mniej doświadczony” (punkt 12). Obok pragmatycznych rad, dotyczących przydatnego wyposażenia, mamy w nim też coś na wzór przygranicznego savoir vivre’u. Dowiadujemy się, jakie drzewa ciąć na opał, których nie ruszać, co zrobić z kartami płatniczymi oraz jak budować dobre relacje ze Strażą Graniczną. W tym zestawieniu znajduje się także istotne napomnienie o następującej treści: „znak graniczny, słupek – świętość, uszkodzenie jest przestępstwem (uważać przy rąbaniu drewna)”. O świętości prawa do szukania pomocy przez osoby uciekające przed wojną i biedą nie znajdziemy za to ani słowa…

—–

Nz. Amerykański spadochroniarz podczas ćwiczeń Anakonda, zdjęcie ilustracyjne/fot. Darek Prosiński

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 9/2022

Postaw mi kawę na buycoffee.to