Karuzela

Przez wiele godzin siedziałem nad tekstem do papieru (skończony!), tymczasem sporo się podziało. Późno już, więc z konieczności będzie krótko.

Dzisiejsza wyprawa Andrzeja Dudy do Lwowa mocno ubodła (pro)rosyjskich aktywistów medialnych. O ból tyłków przyprawiło ich zwłaszcza jej symboliczne zwieńczenie, czyli wizyta w towarzystwie prezydenta Wołodymyra Zełenskiego na Cmentarzu Orląt Lwowskich. Trudno obecnie o lepszy symbol polsko-ukraińskiego pojednania.

Ale są też konkrety, czyli deklaracja, że Polska przekaże Ukrainie kompanię czołgów Leopard 2 (jeśli ukraińską – 11, jeśli polską – 14 sztuk; w tej chwili nie ma jasności). To oczywiście kropla w morzu potrzeb, bo armia ukraińska potrzebuje tych czołgów dużo-dużo więcej. Polska ma ich niespełna 250, ale na większy gest zwyczajnie nie możemy sobie pozwolić. Oddaliśmy Ukraińcom niemal wszystkie sprawne T-72, te, które zostały w Polsce, mają docelowo posłużyć jako rezerwuar części zamiennych dla uszkodzonych w boju wozów armii ukraińskiej. Są jeszcze rodzime modernizacje „siedem-dwójek” – PT-91 Twardy – ale i one niebawem zaczną być wysyłane na wschód (istnieje harmonogram przekazania, niewielka część z 230 wozów już służy do szkoleń ukraińskich załóg; generalnie do końca roku Twardych w Polsce nie będzie). Zostają zatem „Leosie”, bo występujących w „homeopatycznej” liczbie K-2 nie ma co na razie brać pod uwagę. 250 to trochę mało jak na realia przyfrontowego kraju, zwłaszcza że „na chodzie” jest… no właśnie.

Leopardy starszej wersji – 2A4 – są poddawane modernizacji, która ślimaczy się już od kilku lat. Finalne „spolonizowane” maszyny – tzw. Leopardy 2PL – wracają do wojska w zawrotnym tempie kilkunastu sztuk rocznie. Duża część „a-czwórek” – zdana już przez wojsko do PGZ-u – ani nie jest w linii, ani na linii (produkcyjnej, gdzie byłaby modernizowana). Armii zostaje setka nowszych A-5, plus około 30 2PL. Ekwiwalent jednej brygady pancernej, gdy potrzebujemy minimum czterech.

Dostawy Abramsów (116+250 szt.) i K-2 (180 szt.) załatwią problem (w uproszczeniu rzecz jasna), ale ich pozyskanie rozpisano na najbliższe cztery lata. Czyli Polska mogłaby pozbyć się Leopardów nie szybciej niż w 2026/7 roku (a nawet później, bo mieć czołgi to nie znaczy umieć z nich korzystać, jest więc jeszcze kwestia wdrożenia Abramsów i „ka-dwójek”…). Zapomnijmy zatem o jakiś spektakularnym transferze, bo zapewne na obiecanej kompanii się skończy. Ale…

Ale nie o nasze „Leosie” chodzi, a o stworzenie presji na Niemcy – producenta Leopardów – które „na spokojnie” mogłyby zorganizować pokaźną liczbę maszyn. Potrzebują tylko odpowiedniej zachęty ze strony innych użytkowników – Polski, Finlandii, Hiszpanii, które są gotowe na transfer, oraz innych krajów, na razie publicznie niczego nie deklarujących. Rola Niemców jest kluczowa, bo tylko oni – z ich bazą przemysłową – są w stanie zapewnić odpowiednią logistykę dla ukraińskich oddziałów przezbrojonych w Leopardy. No a z Berlinem wiecie, jak jest – dopiero postawiony pod murem, zaczyna dzielić się czymś więcej niż lekki sprzęt. Presję zwykle tworzą Amerykanie, ale mogą też – w końcu w kupie siła – europejscy sojusznicy. Do pokazania Niemcom, że zachodnie czołgi można już słać do Ukrainy, mając gdzieś „niet!” rosjan, przyłączyli się również Brytyjczycy. Do 20 stycznia – na kiedy zaplanowano kolejną konferencję darczyńców – zapewne pojawią się następni chętni.

Nie wiem, na ile chętnie obejmował dziś funkcję dowódcy rosyjskich sił w Ukrainie gen. Walerij Gierasimow. Szef sztabu rosyjskiej armii to już piąty (!) głównodowodzący siłami „na teatrze”. Pierwszego nie znamy, drugi był Aleksandr Dwornikow, trzeci Giennadij Żydko, czwarty Siergiej Surowikin, który od teraz pełni rolę zastępy Gierasimowa. Nie ma informacji, z których wynikałoby, że Gierasimow przestał być numerem jeden w całej rosyjskiej armii, a to oznacza, że sporo ryzykuje, zasiadając w „gorącym fotelu”, z którego wypadło już tylu poprzedników. Jedna dymisja – gdy i jemu się nie powiedzie w Ukrainie – pociągnie zapewne drugą, czyli utratę stanowiska szefa sztabu. De facto, byłby to koniec wojskowej kariery Gierasimowa.

Ale nie antycypujmy i nie śmiejmy się zanadto z karuzeli kadrowej. Bo owszem, udowadnia ona niską jakość rosyjskiej generalicji, ale w tym przypadku może być inaczej. O Gierasimowie z uznaniem wypowiada się jego przeciwnik – gen. Walery Załużny. Jest też rosyjski pierwszy żołnierz autorem (a na pewno twarzą) nowatorskiej doktryny, nazwanej jego nazwiskiem, poświęconej działaniom hybrydowym (jak mawiają wojskowi, poniżej progu kinetycznego zaangażowania). Mistrz dezinformacji i ojciec chrzestny zielonych ludzików może sobie nie poradzić z dowodzeniem w prawdziwej i to pełnoskalowej wojnie, lecz na pewno będzie miał łatwiej od poprzedników.

Zmorą rosyjskiej armii jest jej zbytnia hierarchiczność i kultura dupochronu, czyli uciekania od odpowiedzialności. W praktyce polega to na tym, że nim jakaś informacja zmieni się w rozkaz, wędruje przez wszystkie szczeble – im jest poważniejsza, tym wyżej. W efekcie, wiele działań podejmowanych jest poniewczasie, co na polu bitwy ma ogromne znacznie. Przykładem niech będzie obróbka danych ze zwiadu satelitarnego – co z tego, że rosjanie zarejestrowali brak obecności ukraińskich samolotów na lotniskach stałych 24 lutego, skoro „nie zdążyli” przekazać tych informacji obsługom wyrzutni pocisków balistycznych. I warte potężne pieniądze rakiety „waliły po pustym”.

No więc teraz góra przyszła do Mahometa – przynajmniej w teorii skraca się obieg kwitów i zwiększa decyzyjność najważniejszego generała „na teatrze”. Co z tego wyniknie? Zobaczymy już niebawem.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Tymczasem na bachmuckim odcinku frontu trwają zacięte walki. „Słona ziemia, ludzie ze stali”, piszą o tym zdjęciu służby prasowe Sztabu Generalnego Ukraińskich Sił Zbrojnych, nawiązując do Sołedaru i tamtejszej kopalni soli…

Głównodowodzący

Biuro prezydenta Ukrainy ujawniło po południu, że Wołodymyr Zełenski znów pojawił się na froncie. Tym razem w Bachmucie, o który trwają obecnie ciężkie walki. Wizyta odbyła się dziś rano, prezydent spotkał się z żołnierzami, kilkunastu z nich wręczył odznaczenia. Do ceremonii doszło w jakimś dużym fabrycznym obiekcie (sądząc po udostępnionych fotografiach), co może być – choć nie musi – istotną wskazówką. Na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu godzin Ukraińcom udało się wyprzeć rosjan z miasta – tym samym atakujący utracili to, co z tak wielkim trudem zdobywali przez miniony miesiąc. Jedyne rosyjskie pozycje, które oparły się ukraińskim kontratakom, znajdowały się w części przemysłowej. Tak przynajmniej było jeszcze w niedzielę. Czyżby i stamtąd ruskich już wykurzono?

Oczywiście, spotkanie z żołnierzami mogło zostać zaaranżowane gdzie indziej – nie bezpośrednio pod nosem rosjan, ale kilka kilometrów od ich najdalej wysuniętych pozycji. Byłoby to zresztą zgodne z wojennym BHP. Wizyta głównodowodzącego to ważny element podtrzymywania morale, ale też nie powinna być przedsięwzięciem samobójczym. Nie rozstrzygam, jak to wyglądało w Bachmucie, ale wolałbym, by prezydentowi nie pozwalano pakować się za blisko. Front to linia styku wojsk, ale i bezpośrednie zaplecze, nieco bezpieczniejsze i dające większą gwarancję zakończonej powodzeniem ewakuacji – gdyby do takiej dojść musiało.

Pytacie mnie – jak on się tam dostaje? Nie wiem – mogę tylko spekulować, opierając się o własną znajomość Ukrainy, świadomość tamtejszych dystansów (w Polsce zwykle nie zdajemy sobie sprawy, jak rozległy jest to kraj), czy analizę treści codziennych wystąpień Zełenskiego. Te ostatnie zawsze zawierają odniesienia do bieżących wydarzeń, co sugeruje, że nie nagrywa się ich z wyprzedzeniem. Jeśli zatem wieczorem prezydent jest w Kijowie, był w nim poprzedniego wieczoru, to oznacza, że miał dobę na podróż 800 km w jedną stronę. Z przyczyn oczywistych nie lata prezydenckim odrzutowcem (choćby dlatego, że ten wymaga odpowiedniej obsługi i lotniska), pociąg to opcja zbyt czasochłonna i niebezpieczna (skład narażony jest na atak z powietrza, dywersję, na nieplanowany długotrwały postój – generujący kolejne zagrożenia – będący efektem np. braku prądu czy uszkodzenia sieci trakcyjnej). Trudno też, przy zachowaniu minimum warunków bezpieczeństwa, odbyć taką podróż skrycie. Z tego samego powodu wykluczam transport samochodowy, tym bardziej, że w Ukrainie mamy do czynienia z niskiej jakości infrastrukturą drogową.

Zostają więc śmigłowce. Niskie przeloty, niewykluczone, że podzielone na odcinki, odbywające się przy stałym, bieżącym wsparciu natowskich systemów rozpoznania lotniczego, co pozwala informować załogi (maszyny prezydenckiej i co najmniej jednej towarzyszącej) o ewentualnych zagrożeniach w czasie (niemal) rzeczywistym. Kilka godzin w jedną stronę (pod osłoną nocy; większość wizyt prezydenta ma miejsce w godzinach porannych), kilka w drugą. Zresztą, niewykluczone, że Zełenski nie wraca tego samego dnia do stolicy. Tła dla nagrań można generować komputerowo, a i miejsca, w których zatrzymuje się prezydent, wcale nie muszą odbiegać wizualnie od wnętrz znanych z budynku administracji w Kijowie. By poczynić jakieś rozstrzygnięcia w tej kwestii, musielibyśmy mieć dostęp do kalendarza Wołodymyra Zełenskiego i skonfrontować jego podróże z listą spotkań ponad wszelką wątpliwość odbytych w stolicy.

Niezależnie od tych dylematów, faktem jest, że ukraiński prezydent nie cierpi na brak odwagi. W przeciwieństwie do rosyjskich przywódców (o czym zawsze donoszę z dziką satysfakcją). Dziś dla przykładu rypła się sprawa z niedawną podróżą ministra obrony rosji, który miał osobiście zapoznać się z sytuacją na froncie. Propagandową ustawkę z siergiejem szojgu w roli głównej zdemaskowano z pomocą samych rosjan – i oficjalnych zdjęć udostępnionych przez ministerstwo obrony. Ich zawartość pozwoliła na dokładną geolokalizację miejsca, nad którym przelatywał śmigłowcem szojgu. Linie okopów, wedle opisów znajdujące się w rejonie „specjalnej operacji wojskowej” – czujnie oglądane przez ministra z okna maszyny – okazały się być umiejscowione w rejonie Armiańska na Krymie, ponad 80 km od najbliższych pozycji wojsk ukraińskich.

Jeszcze większa szopka towarzyszyła wczorajszej wizycie putina w Mińsku. Najpierw narobiły ruskie tłoku, wysyłając w powietrze kilka rządowych maszyn – każda z nich mogła przewozić głównego lokatora Kremla. Ostatecznie zaś putin wyruszył na spotkanie z Łukaszenką z Petersburga, nie z Moskwy. A nad Białorusią jego samolot otrzymał silną eskortę – wszak wiadomo, całkiem nieopodal czaiły się natowskie myśliwce…

Nabijam się rzecz jasna, choć samą wizytę traktuję już zupełnie poważnie. Ale temu poświęcę kolejny wpis.

Ps. Jak donosi „New York Times” (a za nim polskie media), moskiewscy notable „ograniczyli swoje wizyty na froncie” po tym, jak wojska ukraińskie wiosną br. ostrzelały sztab rosyjski w Izjumie. Ukraińcy ustalili wówczas, że znajdował się tam gen. walerij gierasimow. Zamierzali zabić szefa sztabu rosyjskiej armii, ale ten opuścił ostrzelany obiekt tuż przed atakiem. Atakiem, który NYT określił mianem „zamachu”. O czym wspominam, bo strasznie mnie takie nazewnictwo zirytowało. Zamachu bowiem mogą dokonać terroryści, bojówki, mafie. Atak rakietowy na rosyjskie stanowisko dowodzenia przeprowadziła regularna armia, podczas regularnych działań zbrojnych. Generałowie też na wojnach giną. Rosyjscy jakoś częściej, ale nie ma w tym terroryzmu, a zwykły (neo)sowiecki bardak.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Wołodymyr Zełenski w Bachmucie/fot. Administracja Prezydenta Ukrainy