Zmieleni

Armia rosyjska traci dziennie od tysiąca do półtora tysiąca wojskowych (zabitych, rannych, zaginionych i wziętych do niewoli). Innymi słowy, niemal wszystko, co wyrzuci z siebie „maszynka mobilizacyjna”, jest następnie „mielone” na froncie. Rosyjska propaganda zapewnia, że armia na brak ochotników nie narzeka, ale wiele wskazuje na to, że to dobra mina do złej gry.

Po pierwsze, niedawno znów, po raz szósty od rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji, podniesiono uposażenie uczestników spec-operacji. Najwyraźniej dotychczasowa oferta nie była już dość atrakcyjna.

Po drugie, w rosyjskiej infosferze mnożą się doniesienia o masowym posyłaniu na pierwszą linię niedoleczonych, wcześniej rannych i kontuzjowanych żołnierzy. Niekiedy przybiera to wręcz groteskową postać, gdy w strefę rażenia pędzeni są mężczyźni o kulach i w temblakach (co rejestrują nie tylko ukraińskie drony, ale i sami rosjanie, oburzeni takim postępowaniem).

Po trzecie wreszcie, Kreml coraz liczniej sięga po zagraniczną pomoc. Pojawienie się na froncie Koreańczyków z północy – do których wkrótce ma dołączyć kolejne 3 tys. żołnierzy Kim Dzong Una – to najbardziej spektakularny przejaw tej praktyki. A przecież nie jedyny, wszak rosja od dawna wabi gastarbeiterów z Afryki i Dalekiego Wschodu (na przykład ze Sri Lanki), oferując im lepsze pieniądze za założenie munduru niż za pracę w cywilu.

Idźmy dalej. Wojna w Ukrainie znacząco przetrzebiła rosyjskie więzienia. Dziś w gułagach osadzonych jest około 300 tys. ludzi, przed trzema laty było ich ponad 450 tys. Masowe wysyłanie więźniów na front zaczęło się w połowie 2022 roku. Kryminalistów traktowano instrumentalnie, rzucając na najgorsze odcinki – tylko bitwa o Bachmut kosztowała życie i zdrowie 40 tys. z nich. Na Kremlu niespecjalnie się tym przejmowano, hekatombę skazańców traktując wręcz jako dobry sposób na „utylizację zbędnego materiału ludzkiego”. O czym wspominam, bo Moskwa znów planuje masowy pobór za kratami, który w 2025 roku ma objąć 120 tys. osadzonych. Co poza nieludzkim wyrachowaniem dowodzi również desperacji.

Nie mniej desperacka jest inna praktyka. „Wśród nowych żołnierzy trzy czwarte to starsi mężczyźni”, skarżył się jeszcze jesienią ub.r. oficer wojsk powietrznodesantowych. Jego słowa zacytowała „Wiorstka”, opozycyjna rosyjska redakcja. Z jej ustaleń wynika, że w ostatnich miesiącach 2024 roku nasiliła się tendencja, której skutkiem było starzenie się wojska. Ten problem dotykał rosjan już wcześniej (Ukraińców też), ale czym innym jest średnia wieku poborowych oscylująca w okolicy czterdziestki, a czym innym sytuacja, gdy żołnierze mają 10 lat więcej.

„I co z tego? Są energiczni, są ojcami. Są doświadczeni”, przekonywał „Wiorstkę” jeden z rozmówców z ministerstwa obrony. Ignorując fakt, że starsi żołnierze nie radzili sobie z noszeniem ciężkich plecaków, kopaniem rowów i okopów. „Chorują. Wszyscy są chorzy. Bolą ich nogi, boli ich głowa, są powolni”, relacjonował jeden z wojskowych.

W 2025 roku nic się w tej materii nie zmieniło – młodszych ochotników wciąż rosyjskiej armii brakuje. Więc ta albo sięgnie po przymus – powszechną mobilizację, która obejmie także chronione dotąd grupy rekrutów, czyli „białych”, wielkomiejskich i prawosławnych rosjan. Albo jej dowództwo (i polityczne przywództwo kraju) zaakceptuje postępujące osłabienie. Oba scenariusze obarczone są sporym ryzykiem – wewnętrznej rewolty – wszak etniczni rosjanie chcą końca wojny, a nie wysyłki na front – lub porażki na froncie. Czego świadomość winien mieć na przykład Donald Trump. Amerykański przywódca zapewne byłby bardziej asertywny wobec putina, gdyby wiedział (zechciał wiedzieć…), jak bardzo rosjanom „się nie klei”…

Ten tekst istnieje także w rozbudowanej formie, opublikowanej na łamach portalu „Polska Zbrojna” – oto link do całości.

Szanowni, w sklepie na Patronite pojawiły się kolejne książki – powieści, które napisałem i wydałem „w czasach afgańskich”, reportaż z tamtego okresu oraz książka political/war fiction, dziejąca się w realiach pandemii i rosyjskiej agresji militarnej na Polskę. Polecam lektury – by je nabyć, przejdźcie na stronę pod tym linkiem.

Nz. Mielenie w toku (z perspektywy mielących)…/fot. Sztab Generalny ZSU

„Niezdolni”

Wczorajszy post poświęcony percepcji strat ponoszonych w Ukrainie – w którym stwierdzam, że rosjanie nadzwyczaj wstrzemięźliwie reagują na rzeź własnej armii – wymaga uzupełnienia. I niestety nie są to dobre wiadomości.

Najpierw, tytułem wprowadzenia, zacytuję Iwana Krastewa. W lipcu 2022 roku ów znakomity politolog udzielił wywiadu „Newsweekowi”. Zapytany o intencje putina, odparł: „(…) on nie jest zainteresowany terytorium, tylko ludnością. Ma obsesję demograficzną. (…) Jest przekonany, że dla przetrwania w nowym świecie rosja potrzebuje mężczyzn i kobiet Ukrainy. Bo dla niego Ukraińcy są rosjanami. Unifikacja historycznej rosji z Ukrainą i Białorusią to jego obsesja numer jeden”.

Podzielam ów pogląd z zastrzeżeniem, że nie chodzi o obsesja samego putina. Wchłonięcie Ukrainy i wynarodowienie jej ludności to dla wielu rosyjskich decydentów i przedstawicieli elit „ostatnia deska ratunku”. W przeciwnym razie rosji grozi rewolucja kulturowa, związana ze spadkiem liczby etnicznie rosyjskiej i prawosławnej ludności na rzecz muzułmanów z Kaukazu i Azji Centralnej.

A więc to również z tego powodu zaczęła się pełnoskalowa wojna. 2014 rok rozochocił rosjan – zapragnęli raz jeszcze sięgnąć do atrakcyjnego ukraińskiego i słowiańskiego rezerwuaru ludnościowego. Wówczas, po aneksji Krymu, populacja rosji wzrosła o dwa miliony osób, w większości o „pożądanych cechach kulturowych”. Rosyjskojęzyczność Ukraińców ze wschodnich obwodów i bliskość kulturowa z całą resztą dawały nadzieję na kolejny bezproblemowy zastrzyk „sił witalnych”.

„Z deszczu pod rynnę”, rosja bowiem wpakowała się w jeszcze większe kłopoty demograficzne. Paradoksalnie może to być jednym z powodów wciąż obserwowanej determinacji Kremla. W takim ujęciu skala ubytków podbija stawkę – rosyjskie elity mogą czuć się jeszcze bardziej skazane na konieczność pozyskania ukraińskiego „wsadu”, bo tylko w taki sposób można szybko powetować koszmarne wojenne straty. A taka refleksja wyklucza scenariusz rychłego zakończenia konfliktu – to pierwsza zła wiadomość.

—–

Druga dotyczy możliwości mobilizacyjnych Ukrainy. Jeszcze kilka tygodni temu sądziłem, że władzom w Kijowie zabraknie zasobów do odtwarzania armii dopiero za kilka lat. Optymizm brał się z wyników przeprowadzonej niedawno obowiązkowej rejestracji rekrutów – ujawniła ona, że w kraju żyje ponad 3 mln mężczyzn w wieku poborowym, dotąd nieobjętych mobilizacją. Przy obecnej intensywności działań zbrojnych taki zasób wystarczyłby na trzy do pięciu lat, bez sięgania po drastyczny środek w postaci powoływania większej liczby kobiet oraz dzieci i starców.

Niestety coraz częściej mówi się, że z tych trzech milionów tylko niewielka część nadaje się do noszenia broni. Takie głosy płyną z ukraińskiej armii, na razie nieoficjalnie. MON je dementuje, ale zakres realizacji planu mobilizacyjnego – w wielu obwodach nieprzekraczający 20 proc., choć winien być 2-3 razy większy – zdaje się potwierdzać te opinie. Prawdopodobnie sprawnych i zdrowych mężczyzn jest w Ukrainie więcej, ale na skutek praktyk korupcyjnych liczba „niezdolnych do służby” znacząco się multiplikuje. Wzywani do komend uzupełnień poborowi masowo przedstawiają zaświadczenia, z których wynika, że cierpią na choroby uniemożliwiające służbę: gruźlicę, HIV czy wirusowe zapalenie wątroby.

Stan zdrowia da się zweryfikować, ale to wymaga czasu i mnoży koszty. No i nie rozwiązuje kwestii motywacji, wszak w ostatecznym rozrachunku i tak nie ma większego znaczenia, z jakich powodów rekrutów zabraknie – czy rzeczywiście ich nie będzie czy „tylko” nie będą chcieli walczyć. W obu przypadkach oznacza to klęskę ukraińskiej operacji obronnej.

Szczęściem w nieszczęściu, rosjanie też się zużywają. Cytowane wczoraj doniesienia „Wiorstki” o drastycznym skoku przeciętnego wieku poborowych dają nadzieję. Wszak mężczyznami w mocno średnim i starczym wieku wojny wygrać się nie da…

—–

Na dziś to tyle. Jako się rzekło, mało optymistycznie, ale przecież nie za robienie ściemy zyskuję Wasze zainteresowanie. Ufam, że i tym razem docenicie intelektualną uczciwość – piszę w istotnej mierze dzięki Wam, Waszym subskrypcjom i „kawom”. Potrzebuję ich dla dalszego funkcjonowania raportu, stąd prośba o wsparcie. Stosowne przyciski znajdziecie poniżej:

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, „Międzyrzecze. Cena przetrwania” i „(Dez)informacji” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Szkolenie ukraińskich rekrutów, zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Odtrutka

Rosyjska propaganda zachwyca się nad bizantyjskim rozmachem, z jakim Koreańczycy z północy przyjęli putina. Dostrzegam w tym typową praktykę kompensacyjną. Kremlowski zbrodniarz niespecjalnie dużo podróżuje, bo w cywilizowanym świecie grozi mu zatrzymanie. Z kolei pośród „wiernych sojuszników” – w Chinach i Iranie – nie jest już „samcem alfa”, a co najwyżej ważnym petentem. Nie ma zatem zbyt wielu okazji, by doświadczyć pompy, a tu proszę – są ogromne portrety, epickie pokazy, wielotysięczny rozentuzjazmowany tłum. W kulturze, w której przywódca uosabia państwo, takie uznanie stanowi powód do dumy.

Dla wielu rosjan jest też dowodem, że putin kroczy właściwą ścieżką – w końcu będąc „luzerem” (a rosja wraz z nim) nie byłby tak hołubiony. Co gorsza, podobnie widzi sprawy wiele osób w naszej części świata. W tej wizji – kreowanej przez rosyjską propagandę – federacja „dobrze się trzyma”, Kreml „montuje własną koalicję”, a kwestie związane z nowym porządkiem świata powoli, ale konsekwentnie idą zgodnie z putinowskim planem.

—–

Czyżby? Moim zdaniem, putin to największy „przegryw” w historii rosji, licząc od rodziny Romanowów, która położyła głowy przed brutalną siłą bolszewików (a wcześniej zrobiła wszystko, by rosję w tę czerwoną otchłań wepchnąć). Gdy obejmował urząd, federacja miała u południowych, europejskich granic, przychylnie nastawiony kraj i społeczeństwo połączone – jak się wówczas wydawało – nierozerwalną więzią kulturową z narodem rosyjskim. Dziś rosja toczy z Ukrainą krwawą wojnę, a Ukraińcy na pokolenia pozostaną wrogo nastawieni wobec sąsiada. Oczywiście, gdzieś tam po drodze był Krym i donbaskie republiki, są też kolejne zdobycze, ale to mikroskopijne zyski, żałosne, gdy zestawimy je z nadętą, imperialną narracją Kremla.

Jakieś inne niekwestionowane sukcesy? Wysryw użytecznych idiotów atakujących i podważających sensowność zachodnich instytucji i stylu życia – sporo tego w Polsce i naszej Europie (pośród zwykłych ludzi i elit), o czym macherzy od wojny informacyjnej mogą meldować Kremlowi z dumą. Ale i tak nie udało się rozsadzić od wewnątrz zachodniej jedności, więc to jednak sukces o ograniczonej skali.

Podobnie jak fakt, że rosja trwa jako organizm państwowy – bo trwa dzięki skuteczności putinowskiej ekipy, tyle że dzieje się to za cenę niemodernizowania gospodarki, utrzymywania złodziejsko-mafijnych form sprawowania rządów oraz postępującego zamordyzmu, w którym obywatel może trafić do więzienia na jedną czwartą swojego życia za skrytykowanie władzy i armii. Doprawdy jest to „sukces”…

Sukcesem miała się zakończyć „operacja specjalna w Ukrainie”. W wymiarze geopolitycznym chodziło o danie w pysk NATO i Zachodowi. „Nie wtrącajcie się w naszą strefę wpływów”, wprost ostrzegał Kreml. „Tak, jak zgnieciemy Ukrainę, tak możemy postąpić z krajami nadbałtyckimi czy Polską; i co nam zrobicie?”, brzmiało przesłanie do „starego” Zachodu. Ten odesłał Moskwę w diabły – putin chciał NATO spacyfikować, a dziś jego bojcy umierają od natowskiej broni, zręcznie wykorzystywanej przez ukraińskich żołnierzy. I umierać będzie ich więcej, bo dostawy sprzętu znów się rozkręcają. Jeśli uznać, że w 2014 roku putin tchnął życie w niemrawe NATO, to w 2022 zafundował mu potężny zastrzyk sił witalnych. „Staruszek” Sojusz miał się schować w mysiej dziurze, tymczasem nie tylko wspiera Ukrainę, ale rozrósł się i zbliżył do granic rosji. Wejście w struktury Szwecji i Finlandii – dotąd neutralnych – zmieniło na mocną niekorzyść sytuację strategiczną federacji u jej północnych granic i w basenie Morza Bałtyckiego. „Miałem chamie złoty róg…”, chciałoby się rzec.

A przecież to niejedyne skutki. Państwa NATO, które przez ostatnie dekady zmniejszały arsenały i cięły koszty na utrzymanie wojska, dziś nie mają już złudzeń, że była to zła polityka. Wtórnym skutkiem putinowskiej agresji będzie – już jest – remilitaryzacja Zachodu. Dynamika tego procesu może rozczarowywać, co nie zmienia faktu, że przeprowadzamy go w oparciu o środki – finansowe i technologiczne – o których Moskwa może pomarzyć. ZSRR wykończyły „gwiezdne wojny”, federację rosyjską ma szansę rozwalić wojna ukraińska.

Już rozwala. Nowe porządki, które chciała światu narzucić Moskwa – a których początkiem miała być aneksja Ukrainy – zakładały utrwalenie surowcowego uzależnienia Zachodu. „Handlujcie z nami. Zapewnimy wam tanie paliwa, jeśli dacie sobie spokój z eksportem demokracji do naszej strefy wpływów”, tak pokrótce brzmiała rosyjska oferta. Początkowo wydawało się, że zostanie przyjęta. Że realne finansowe zyski w połączeniu ze „świętym spokojem” („a niech tam robią sobie na wschodzie, co chcą, grunt, że u nas dobrobyt i spokój”), przytłumią wyrzuty sumienia przywódców Francji, Niemiec, ale i Polski, która przecież – mimo hałaśliwej antyrosyjskiej retoryki – ani myślała o zerwaniu gospodarczych relacji z rosją. Na szczęście pryncypialność wzięła górę nad interesami (nie wszędzie, nie zawsze, nie po całości – ale co do zasady wzięła). Zainicjowane przez USA sankcje przeniosły wojnę także w obszar ekonomii (tak, Moskwa ma rację, nazywając je krokami wojennymi). Szkodzą one rosji dziś, zaszkodzą w przyszłości, bowiem Zachód podjął decyzję o definitywnej rezygnacji z rosyjskich kopalin. A rosja bez zysków z eksportu węgla, gazu i ropy nie istnieje jako samofinansujący się podmiot państwowy. Kopalin jeść się nie da, Chiny nie kupią wszystkich nadwyżek, bo energochłonność ich gospodarki przestaje rosnąć. Na przyśpieszoną reorganizację własnej Moskwa nie ma ani pieniędzy, ani know how (pamiętajmy, że mówimy o kraju, który nie potrafi zbudować przyzwoitego auta czy choćby pralki).

A tych pieniędzy nadal ubywa – idą bowiem na prowadzenie wojny, która w założeniu miała być trzydniową operacją (kilkutygodniową, jeśli uwzględnić działania policyjne), a okazuje się materiałochłonnym konfliktem, z niewiadomym terminem zakończenia. „Genialny” putin przegrał już bitwę o zajęcie całej Ukrainy, nadal nie wygrał – i nie wygra – bitwy toczonej w oparciu o zredukowane założenia, gdzie celem jest zajęcie wschodu i południa zaatakowanego kraju.

Nie wygra także dlatego, że konflikt na Wschodzie dramatycznie unaocznia, jak wielka różnica dzieli zachodnie uzbrojenie, technologię, filozofię prowadzenia wojny i taktyczne rozwiązania, od ich rosyjskich odpowiedników. Oczywiście, słabość rosji jest relatywna – bo na froncie inicjatywa wciąż należy do agresorów – ale i wyraźna, skoro skutkiem tej inicjatywy są niewielkie zdobycze terytorialne przy koszmarnych stratach.

—–

Będzie lepiej z rosyjskim wojskiem? Hmm… Zerknijmy może wstecz. ZSRR a później rosja robiły wszystko, by mit „wielkiej wojny ojczyźnianej” (WWO) zakorzenił się nie tylko w głowach zwykłych ludzi w Europie, ale też, by stał się naukowym paradygmatem. Jedynie słuszną narracją historyczną, w której bohaterscy czerwonoarmiści stanęli naprzeciw faszystowskiej hordy. I choć najpierw, zaskoczeni siłą i gwałtownością ataku, ulegli, to później niezłomni w swym uporze, pognali hitlerowców aż do Berlina. W tej opowieści nie ma miejsca na odcienie szarości; „Iwan” od początku do końca jest bohaterski. Co więcej, stoi za nim murem całe społeczeństwo, gotowe do wielu wyrzeczeń w obronie radzieckiej ojczyzny. Ta wojna jeszcze w 1941 roku została przez sowiecką propagandę usakralizowana – deklaratywnie ateistyczne państwo nazwało ją „świętą”, odwołując się do pobożności ludu i wykorzystując rozległe (nigdy niewykorzenione przez bolszewię) wpływy cerkwi prawosławnej. Stało się tak, gdyż próba zmotywowania obywateli do walki w oparciu o ideologię państwową (komunizm) okazała się nieskuteczna. Wehrmacht pruł przez sowiety niczym kolejowy ekspres. Bardzo długo najpoważniejszym wyzwaniem dla niemieckich dowódców polowych nie był radziecki opór, a milionowe rzesze jeńców, poddających się bez walki, co w „uświęconej” wersji WWO jest niemal całkiem przemilczane.

Sowiecki żołnierz nie był „defaultowo” zdolny do skutecznej obrony ojczyzny. Na przeszkodzie stały niedostatki wyszkolenia, fatalne kompetencje kadry, podłej jakości uzbrojenie, ale przede wszystkim niskie morale i motywacja. Przeciętnemu czerwonoarmiście ojczyzna kojarzyła się z terrorem, wyzyskiem, biedą i powszechną nieufnością. Za coś takiego nie warto było ryzykować zdrowia i życia. Wybierał więc „Iwan” niewolę, wychodzili więc sowieccy cywile na drogę, by chlebem i solą powitać niemieckich wyzwolicieli. III Rzesza przegrała na wschodzie z dwóch zasadniczych powodów. Pierwszy wiązał się z gigantyczną pomocą sprzętową, jaką ZSRR otrzymał w ramach Lend-Lease. Wysokiej klasy amerykańskie uzbrojenie (i ciężarówki!) znacząco polepszyło wartość armii czerwonej. Drugim i ważniejszym czynnikiem było niemieckie ludobójstwo i jego skutki. Gdy hitlerowcy okazali się bardziej bezwzględni niż stalinowski reżim, obywatele sojuza nie mieli wyboru. Ich wola walki była w istocie skanalizowaną przez państwo masą indywidualnych zemst. Nawet wtedy, gdy armię czerwoną przetrzebiono z europejskiego rekruta, ten z Dalekiego Wschodu jechał na front przez poniemieckie zgliszcza. Tak nabywało się motywacji i determinacji. Ale czy kunsztu? Status zwycięzców zamykał temat, ale fachowcy dobrze wiedzieli, że sowieci walczyli wyjątkowo nieudolnie. Że ich sukcesy były efektem mobilności i, nade wszystko, masy.

Oczywiście z faktu, że rosja jest kulturowym i prawnym spadkobiercą ZSRR – a więc współczesny rosyjski żołnierz następcą „Iwana” – nie musi wynikać udolność czy nieudolność armii. 80 lat to szmat czasu, wiele mogło się zmienić. Ale czy się zmieniło? Po 2,5 roku od rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji rosyjska armia nadal jest źle dowodzona – zarówno na szczeblu strategicznym, jak i taktycznym. Wiemy, że jakość jej sprzętu jest „taka se” (i że istotna część tego, co najlepsze, została przez Ukraińców przemieniona w złom). Wiemy wreszcie, że rosyjski żołnierz ma niską motywacje do walki – dziś nade wszystko finansową. Miażdżąca większość bojców putina rekrutuje się z koszmarnie zabiedzonej prowincji, głubinki. Dla tych ludzi wojna to sposobność na poprawę losu, jakkolwiek paradoksalnie i dramatycznie to brzmi.

—–

Pozostając przy kwestii motywacji, i szerzej, morale – pozwólcie najpierw na krótką dygresję. Wojna w Donbasie zostanie w mojej pamięci jako doświadczenie, w którym alkohol odgrywał niebagatelną rolę. Dobrą (integrującą), ale i złą, jak wtedy, gdy pijany ukraiński żołnierz wygarnął w moją stronę serią, bo wziął mnie za skradającego się rosjanina. Przytomności umysłu zawdzięczam, że nie zostałem skoszony, ale znam przynajmniej jeden przypadek (później przerobiony w epicką historię, z której zniknęły i wóda, i głupota), w którym na strachu się nie skończyło. Mniejsza o to – zmagania we wschodniej Ukrainie już po drugim wyjeździe uznałem za „pijaną wojnę”. A pili jedni i drudzy, żeby nie było wątpliwości.

Po 2016 roku nie miałem już okazji przebywać u separatystów, ale po ukraińskiej stronie alkoholowe realia zaczęły się zmieniać. Wódkę wciąż traktowano jako wentyl bezpieczeństwa – sposób na odreagowanie stresu – troszcząc się przy tym, by pijane wojsko nie pchało się na pierwszą linię. Znałem to dobrze z czasów polskiej misji wojskowej w Afganistanie, gdzie „tankowanie” było na porządku dziennym mimo formalnej prohibicji. Gdzie jednak dbano o to, by napruty czy skacowany żołnierz nie miał okazji wyruszyć w pole. Rzecz jasna zdarzały się kompromitujące armię wpadki, ale co do zasady tolerancji dla „pijanych patroli” nie było.

Ukraińcy poszli tym tropem i o ile wiem – a piszę to w oparciu o wiele źródeł – nadal udaje im się utrzymać „alkoholową dyscyplinę” (co nie zmienia faktu, że żołnierze przyswajają rozmaite używki). A rosjanom? Alkohol – wedle relacji ocaleńców (mieszkańców wyzwolonych rejonów Ukrainy oraz osób, którym udało się uciec z okupowanych terenów) – jest jednym z najważniejszych powodów rosyjskiego bestialstwa wobec cywilów. Wielu gwałcicieli i zabójców dokonywało przestępstw właśnie „pod wpływem”. Mając w pamięci szokujące relacje moich przodków na temat sowieckich żołnierzy, którzy szli przez Polskę do Niemiec między 1944 a 1945 rokiem, mógłbym napisać: „na wschodzie bez zmian”.

Kilka dni temu obraz uzupełniły doniesienia niezależnych rosyjskich mediów – „Nowej Gazety” (NG) i Wiorstki. Według obliczeń dziennikarzy NG, tylko między styczniem a październikiem 2023 roku do sądów trafiło co najmniej 135 spraw dotyczących zabójstw popełnionych przez rosyjskiej wojsko na terytoriach okupowanych. A mowa o zdarzeniach, w których żołnierz zabił żołnierza. Wojsko często próbuje zatuszować takie incydenty i uznać zamordowanych za ofiary walk. Nie wiadomo, jak często się to udaje.

W 83 proc. opublikowanych wyroków skazujących za morderstwo pojawiła się wzmianka dotycząca alkoholu – wylicza z kolei Wiorstka. Sami oskarżeni byli pijani w 76 proc. przypadków. Odsetek ten jest wyższy niż średnia rosyjska w 2023 roku 67 proc. morderstw w rosji zostało popełnionych przez osoby pod wpływem alkoholu. Zdaniem dziennikarzy Wiorstki, to efekt tego, że na froncie żołnierze i oficerowie masowo piją alkohol, za co prawie nigdy nie są karani.

Takie są realia „drugiej armii świata”. Taka hard power stoi za putinem. Więc nawet gdyby był genialnym geo-strategiem, miałby problem z realizacją swoich wizji. Wszak „z gówna bicza nie ukręcisz”. No ale nie jest genialny, a jego kraj nie trzyma się dobrze. I nic nie idzie mu zgodnie z planem. Wiem, że trochę się powtarzam, ale opowieść o wojnie w Ukrainie znów potrzebuje takiej odtrutki.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także ostatnia książka.

A skoro o niej mowa – gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Screen jednego z propagandowych przekazów. W sposób niezamierzony ciekawie wyszło, bo obaj zbrodniarze jadą niemieckim mercedesem. Zachód „be!”, ale zachodnie samochody to chętnie „przytulimy”. Żałosne typki…