„Idioci”

„Nikt nie chce głośno powiedzieć polskiemu rolnikowi, że jest sterowany z Kremla”, pisze mi Czytelnik, przerażony tym, co wyczynia się na polsko-ukraińskiej granicy. No więc ja to powiem/napiszę; w mojej ocenie, protest rolników nie tylko jest przez rosję wykorzystywany propagandowo, ale i, w jakiejś mierze, sterowany. W przypadku tej drugiej aktywności dzieje się to poprzez mechanizm opisany przeze mnie w Alfabecie rosyjskiej agresji, czyli z wykorzystaniem agentury wpływu i użytecznych idiotów. Idioci, taki tytuł nosi rozdział, którego obszerny fragment chciałbym Wam zacytować. Zapraszam do lektury, skonfrontowania opisanego mechanizmu z rzeczywistością przygranicznego protestu i rzecz jasna do dyskusji.

24 lutego 2022 roku Rosjanie uderzyli także w Polskę. Atak przybrał postać kampanii dezinformacyjnej, prowadzonej z zamiarem zasiania paniki wśród obywateli RP. „Niebawem zabraknie paliwa i gazu LPG!”, wieszczyli rosyjscy trolle operujący w polskiej info-sferze. Przekaz odwoływał się do potocznego doświadczenia, łączącego wojnę z paliwowym deficytem. Setki tysięcy Polaków uległy presji – przed stacjami benzynowymi ustawiły się długie kolejki. Kupowanie na zapas podbiło ceny – pod koniec pierwszego dnia pełnoskalowej inwazji w Polsce były miejsca, gdzie cena popularnej „dziewięćdziesiątki piątki” skoczyła z 5,5 do 10 zł.

Dwa dni później Rosjanie użyli treści spreparowanej pod odbiorców z całego proukraińskiego uniwersum (nazywanego przez nich „kolektywnym Zachodem”). Było to zdjęcie wykonane jakoby w Siewierodoniecku[1], przedstawiające baterię ciężkiej artylerii, rozstawioną między blokami. Ilustrację uzupełniał komentarz zarzucający ukraińskiej armii, że nie liczy się z życiem własnych cywilów. Bo ignoruje ryzyko ognia kontrbateryjnego, który siłą rzeczy pokryłby również budynki mieszkalne. Tej fotografii nie zrobiono w wolnej Ukrainie, a w Doniecku, mieście kontrolowanym przez Moskali. Tym niemniej utrwalony widok nosił typowe i powtarzalne cechy wschodnioukraińskiego anturażu, a i rodzaj broni zgadzał się z zasobami sił zbrojnych Kijowa – co przydawało zdjęciu wiarygodności.

Dobrze skonstruowane profile uwiarygodniały z kolei doniesienia, które rozpalały polskie portale społecznościowe w pierwszych dniach marca 2022 roku. Mówiono w nich o gwałtach, napadach i innych zdarzeniach kryminalnych, gdzie ofiarami byli obywatele RP – zwykle młode kobiety – z przygranicznych miejscowości, a sprawcami okazywali się świeżo przybyli uchodźcy z Ukrainy. Odpowiedzialni za ferment podszywali się pod Polaków, a faktycznie byli Rosjanami, przed którymi postawiono zadanie wywołania kryzysu na polsko-ukraińskiej granicy. Za ich sprawą w Przemyślu pojawiły się „patriotyczne straże obywatelskie”, powołane przez skorych do rozróby pseudokibiców, gotowych bić każdego Ukraińca. Zdecydowane dementi i twarde działania policji pozwoliły zdusić problem w zarodku.

Co – poza rosyjskim sprawstwem – łączy te trzy sytuacje?

Choć pierwotne źródła dezinformujące były rosyjskie, wieści szły w świat już nie tyle za sprawą Rosjan, co Polaków, a w przypadku rzekomej fotografii z Siewierodoniecka wieloetnicznej cyfrowej społeczności. Ludzi, których można podzielić na dwie kategorie. W pierwszej umieściłbym osoby o uprzywilejowanej pozycji, dbające o rosyjski interes poprzez wywieranie wpływu na miejscową opinię publiczną i instytucje. Polityków, naukowców, aktorów, biznesmenów, dziennikarzy; wszystkich, ze zdaniem których liczą się ich rodacy. A więc i gwiazdy Internetu, funkcjonujące wyłącznie na jego niwie – blogerów, youtuberów, właścicieli lub administratorów serwisów, tematycznych stron i forów. Innymi słowy, agentów wpływu, pełniących swoje role świadomie, choć z różnych pobudek – kryminalnych (szantaż), finansowych czy ideowych. Do drugiej kategorii zaliczyłbym „użytecznych idiotów”. Włodzimierz Lenin – autor tego określenia – posługiwał się nim w odniesieniu do zachodnich dziennikarzy, którzy 100 lat temu chwalili bolszewicką rewolucję, pomijając, umyślnie lub nie, różne jej wypaczenia. Ale ów epitet pasuje także do współczesnych internautów, propagujących korzystne dla Moskwy narracje, a nierzadko czyniących to w zgodzie z własnym postrzeganiem rzeczywistości i bez świadomości wysługiwania się Rosji, ba, w sprzeczności z wyznawanymi antyrosyjskimi poglądami[2].

—–

Już wiele lat temu Kreml zdał sobie sprawę, że Rosja nie jest w stanie konkurować z Zachodem w dziedzinie klasycznej technologii wojskowej. Moskwa postawiła zatem na „przeskok generacyjny” – z tym że nie w klasycznym tego zwrotu rozumieniu. Nie skupiła się na zaprojektowaniu i wdrożeniu rewolucyjnych, kinetycznych systemów broni – bo na to nie było jej stać (w wymiarze finansowym, technicznym i intelektualnym). Sięgnęła po bieda-broń, czyli dezinformację, szerzoną za pośrednictwem mediów, instytucji kultury, przedstawicielstw dyplomatycznych, głównie jednak przy użyciu Internetu. W długofalowe kampanie dezinformacyjne zaangażowano wszystkie rosyjskie służby specjalne. Ich celem było i jest doprowadzenie do sytuacji, w której problemy „wrogich” państw – wewnętrzne i w relacjach z innymi narodami – zaczną „grać” na korzyść Rosji. Temu właśnie służy podsycanie waśni, podważanie zaufania do rządów, wiary w sens demokracji i integracji – zarówno militarnej, jak i gospodarczej.

„Wrogowie” Rosji sami to ułatwiali, nadając wolności słowa status niezbywalnego prawa i tworząc odpowiednie środowisko technologiczne. To nie Rosja wymyśliła Internet, ale to jej spece od wojny informacyjnej szybciej pojęli, jakie perspektywy stwarza globalna sieć. Dzięki niej możliwe stało się rozpowszechnianie fałszywych i spreparowanych treści, błyskawicznie, licznymi kanałami, tworząc tym samym pozór wielości źródeł. Ów pozór jest efektem nie tylko masowego charakteru działań, ale też ich rozległej automatyzacji. Żywymi ludźmi nie dałoby się obsłużyć gigantycznej liczby kont społecznościowych. Gros tych zadań przydzielono więc botom – na bieżąco udoskonalanym programom, zdolnym w coraz większym zakresie zastępować człowieka. Tak powstały całe internetowe siatki, składające się z licznych podmiotów, za którymi tylko niekiedy stoją pracownicy rosyjskich służb lub agenci wpływu. Esencją tych siatek, poza botami, pozostają wspomniani „użyteczni idioci”. To uczestnicy wymiany informacji, niekoniecznie prorosyjscy, za to pielęgnujący przydatne Moskalom resentymenty (antysemityzm, ukrainofobię, antyamerykanizm, niechęć do demokracji, świata zachodnich wartości itp.), zwolennicy teorii spiskowych lub zwyczajni atencjusze lubujący się w odzewie, jaki generują udostępniane przez nich treści[3].

—–

Gigantycznym zaskoczeniem zareagowali na inwazję prorosyjscy agenci wpływu obecni w polskiej info-sferze[4]. W pierwszych kilku dobach agresji naszą przestrzeń informacyjną zdominowały ukraińskie i proukraińskie przekazy. „Prorosyjscy” zaszyli się w najgłębszych norach – jakby to oni byli celem lotniczych bomb i rakiet. Zdaje się, że zadziałała tu empatia (odruchowe pozytywne uczucie wobec napadniętych), połączona z informacyjnym przeładowaniem i konfuzją, bo przecież Moskwa do końca zapewniała – także „swoich” – że wojny nie rozpęta.

„Interes” rozkręcił się ponownie już w pierwszym tygodniu inwazji. Główne uderzenie wyprowadzono w ukraińskich uchodźców i ich przywileje, nadawane rzekomo kosztem Polaków. Ale kwestionowanie faktów dotyczyło również sytuacji na froncie. Animatorzy prokremlowskiej narracji zaprzeczali kompromitacji rosyjskiej armii, jej okrucieństwom, przy okazji cały czas przemycając crème de la crème antyukraińskiej propagandy – treści przypominające o Wołyniu i zbrodni UPA. Przy tej okazji mogliśmy przekonać się, gdzie wcześniej ulokowany był punkt ciężkości rosyjskiej dezinformacji. Już pobieżna analiza profilów społecznościowych najbardziej aktywnych trolli ujawniła, że na przestrzeni lutego i marca 2022 roku przeszli oni z pozycji pandemicznych denialistów na pozycje szukających „prawdy” o toczonym na Wschodzie konflikcie. Już sama szlachetność tej intencji uwiodła wielu niezdolnych do zakwestionowania jej szczerości „użytecznych idiotów” – i jest to jedna z ważniejszych przyczyn stałej obecności i dystrybucji prorosyjskich treści w Polsce.

—–

PRZYPISY:

[1] Wówczas tymczasowej stolicy obwodu donieckiego, realnie jego nieokupowanych terytoriów. Miasto, po długotrwałych walkach, wpadło w ręce Rosjan w czerwcu 2022 roku.

[2] W ten sposób zdefiniowałem „rosyjski głos w naszych domach” w swojej przedostatniej książce pt. Stan wyjątkowy (wydawnictwo WarBook, 2021). Odnosiłem się do rzeczywistego zjawiska, niemniej kontekst był powieściowy. Do głowy mi wtedy nie przyszło, że o agenturze wpływu i „użytecznych idiotach” będę niebawem pisał w realiach prawdziwego konfliktu…

[3] To zestawienie mocno uproszczone, niewyczerpujące całego spektrum motywacji.

[4] Ten tekst nie ma ambicji śledczych i jest zaledwie wprowadzeniem do tematu prorosyjskiej agentury wpływu oraz przejawów i skutków jej działania. Zainteresowanych poszerzeniem wiedzy odsyłam do książki Przemysława Witkowskiego Partia Rosyjska (wydawnictwo Arbitror, 2023). Środowisko dobrze portretują również Piotr Głuchowski i Katarzyna Bielecka, autorzy artykułu pt. Mroczni siewcy Putina. Sprawdzamy, komu w Polsce mieszają w głowie, który ukazał się w „Dużym Formacie” 14 sierpnia 2023 roku.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Nz. Przejście graniczne z Ukrainą/fot. własne

„Bajka”

– Niech żyją święte Niemcy! – krzyknął pułkownik Claus von Stauffenberg. Zaraz potem dosięgły go kule plutonu egzekucyjnego i niedoszły zabójca Hitlera wyzionął ducha. Scenę tę odegrano w hollywoodzkiej superprodukcji „Walkiria” (z 2008 roku), gdzie w rolę niemieckiego oficera wcielił się Tom Cruise. Ależ ściskała ona gardło…

Chcieli czy nie, producenci amerykańskiego hitu oddali hołd czołowemu zamachowcy i całemu środowisku przeciwników niemieckiego wodza. Mit „kryształowego oficera” – i kilka pomniejszych mitów, na przykład ten o „jedynym nieskazitelnym” 9. poczdamskim pułku Wehrmachtu (który po zabiciu Führera miał aresztować przywódców III Rzeszy) – został ponownie zreprodukowany. Kolejne pokolenia poznały historię dzielnych antyhitlerowskich opozycjonistów. Historię ważną dla współczesnych Niemiec, gdzie von Stauffenberg zyskał miano moralnego autorytetu, a pułk reprezentacyjny Bundeswehry kontynuuje tradycje poczdamskiej jednostki.

Rozumiem funkcjonalność tych mitów dla samych Niemców, którzy potrzebowali i nadal potrzebują wiary, że hitlerowskie szaleństwo nie ogarnęło wszystkich, i że byli też „dobrzy Niemcy”.

Byli.

Ale 9. pułk – gdzie faktycznie służyło wielu niemieckich dysydentów – w 1940 roku brał udział w rabunku i deportacji setek tysięcy Polaków w Wielkopolsce i na Kujawach. A von Stauffenberg? Należał do NSDAP, dzielnie bił się za Hitlera, nienawidził Polaków i Żydów, do końca życia pozostając zwolennikiem Wielkich Niemiec. Wielkich kosztem na przykład Polski. Podobnie jak miażdżąca większość konspiratorów, którzy stali za nieudanym puczem z 20 lipca 1944 roku. Idealistów oburzonych ogromem niemieckich zbrodni było pośród nich niewielu, naczelnym motywem działania pozostawało uchronienie czego się da z dotychczasowych niemieckich zdobyczy. Na co miało pozwolić zawarcie separatystycznego pokoju z aliantami zachodnimi, niemożliwe przy żyjącym Hitlerze.

Za to umarł von Stauffenberg.

No więc może i był on (i jego towarzystwo) „lepszym Niemcem”, ale na pewno nie „tym dobrym”.

Jako miłośnik historii II wojny światowej, obejrzałem „Walkirię” w dniu jej polskiej premiery. I jak było do przewidzenia, wyszedłem z kina z ambiwalentnym uczuciem. Pomijam walory artystyczne dzieła („Walkiria” jest świetnie zrobiona); idzie mi o jego wymowę. Bo i chciałoby się tego von Stauffenberga lubić – a choćby i za osobistą odwagę, a na pewno za chęć zgładzenia tyrana – i nie można. Film po prawdzie nie mówi nam za wiele o samym pułkowniku, ale ja przed laty odrobiłem lekcję i wiedziałem, kto zacz. Stanęło więc na tym, że „nie no sorry, to jednak nie jest moja bajka”.

I dokładnie tak samo pomyślałem jakiś czas temu, oglądając dokument pt.: „Nawalny” (wciąż dostępny na kilku platformach). Stworzony z zamysłem utrwalenia mitu bohaterskiego opozycjonisty, który rzucił wyzwanie współczesnemu tyranowi – putinowi.

Rozumiem potrzebę reprodukcji tego mitu na potrzeby nielicznej rosyjskiej opozycji. Rozumiem osoby manifestujące tę potrzebę w Polsce i gdziekolwiek indziej na Zachodzie. Wielu z nas chce wierzyć w istnienie „dobrych ruskich”, co wynika z humanistycznego namysłu, ale i czysto pragmatycznej kalkulacji, że „kiedyś trzeba będzie z kimś tam się dogadać”.

Trzeba-nie trzeba; moim zdaniem wcale nie jest to konieczność. Izolowana i sprowadzona do roli światowego pariasa rosja też jest jakimś wyjściem. Co piszę świadom zła wyrządzanego przez to państwo, ale czemu broń boże nie towarzyszy przekonanie, że nie ma „dobrych ruskich”. Są.

Podrzucę Wam jeden przykład z „Alfabetu…”.

„W lipcu 2022 roku Aleksiej Gorinow usłyszał wyrok siedmiu lat więzienia. To wtedy po raz pierwszy orzeczono karę na podstawie przepisu penalizującego dyskredytację armii rosyjskiej. Na czym konkretnie ów czyn miał polegać? 15 marca 2022 roku, podczas posiedzenia rady dzielnicy Krasnosielskiej w Moskwie, na wniosek Gorinowa ogłoszono minutę ciszy. Tym sposobem miano upamiętnić ofiary agresji na Ukrainę, także te najmłodsze, o losie których wspominał radny. Zdaniem wnioskodawcy wysiłki społeczeństwa obywatelskiego w Rosji powinny być skupione na powstrzymaniu wojny. „Wojny” – właśnie takiego słowa w rozmowie z radną Jeleną Kotionoczkiną użył Gorinow. Członkowie rady z ramienia putinowskiej Jednej Rosji złożyli donos, prokuratura wszczęła śledztwo przeciwko Gorinowowi i Kotionoczkinej. Kobieta zbiegła za granicę, mężczyzna stanął przed sądem. Ten uznał, że Gorinow rozpowszechniał niesprawdzone informacje na temat armii, wykorzystując swoją funkcję, a czynił to z nienawiści (…)”.

No więc jest Aleksiej Gorinow „tym dobrym”.

A jego imiennik Nawalny? Zbyt wiele mam wątpliwości…

Dał się bowiem ów czołowy rosyjski dysydent poznać jako zagorzały nacjonalista i imperialista, który poparł inwazję w Gruzji, zaakceptował aneksję Krymu i twierdził, że jako prezydent federacji nie zwróciłby półwyspu Ukrainie. Co przez lata umykało jego apologetom, widzącym w Nawalnym przede wszystkim antyputinistę, pragnącego zdecydowanej rozprawy z endemiczną korupcją trawiącą rosję (której putin był i uosobieniem, i patronem).

To prawda, pod koniec życia Nawalny potępił rosyjską inwazję na Ukrainę, a w zeszłym roku opublikował 15-punktowy program polityczny, w którym m.in. postulował zwrócenie Krymu Ukrainie i rozliczenie rosyjskiej agresji. Nie wiem, na ile rzeczywista była to przemiana, faktem jest, że demonstrowana przez człowieka, który nie miał już nic do stracenia. Wiedział, że i tak go zabiją, mógł więc głosić cokolwiek, zwłaszcza treści, które cementowałyby jego legendę.

Ale i w sprawach, za które go ceniono, a o których mówił jeszcze na wolności, kryło się zagrożenie dla Polski. Nie wymyślę tu nic nowego, posłużę się więc słowami Witolda Jurasza, świetnie zorientowanego w realiach Wschodu. „Rosja pod rządami Nawalnego miałaby inny, lepszy, image. Lepszy image nacjonalistycznej Rosji to dla Polski zła, a nie dobra wiadomość (…) Rosja pod rządami Nawalnego byłaby mniej skorumpowana. Korupcja osłabia każde państwo. Lepsza słaba nacjonalistyczna Rosja niż silna nacjonalistyczna Rosja”.

Lepsze rozbite hitlerowskie Niemcy, niż Rzesza bez Hitlera, próbująca renegocjacji swojego położenia kosztem sąsiadów. To w takim ujęciu von Stauffenberg i Nawalny są dla mnie rycerzami tej samej sprawy.

Która nie jest i nie będzie „moją bajką”.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Nz. filmowy von Stauffenberg (w środku)/fot. materiały dystrybutora

Alfabet

No dobra, niech się dzieje! Skoro EMPiK odpalił już przedsprzedaż, nie ma co kryć się po kątach…

Tak wygląda okładka „Alfabetu…”, do której wykorzystaliśmy zdjęcie mojego autorstwa. Przy innej okazji opowiem o nim nieco więcej.

Premiera książki zaplanowana jest na 28 lutego. Będę wdzięczny, jeśli poniesiecie wieść w świat.

—–

Dziękuję za uwagę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Notka

Szanowni, jeszcze książka, jeszcze mnie wessało. Akceptuję właśnie redakcyjne poprawki, uwzględniam sugestie – wszystko po to, by „Alfabet…” w ostatecznej wersji był dziełem skończonym. Wypieszczonym czy jak kto woli – wycyzelowanym. Ale to już naprawdę „kropka nad i”.

Od poniedziałku wracam do regularnego komentowania wojny w Ukrainie.

A dziś ostatnia „około-książkowa wrzutka” – notka redakcyjna, zilustrowana jednym z pomysłów na okładkę tylną „Alfabetu…” (ostatecznie druga strona oprawy będzie inna, choć również przedstawiająca mnie „na robocie”).

Oto treść rzeczonej notki:

Wojna w Ukrainie trwa już dziesięć lat, właśnie zaczął się trzeci rok jej pełnoskalowej odsłony. Konflikt pochłonął setki tysięcy ofiar, stając się jednym z najkrwawszych w najnowszych dziejach ludzkości. A toczy się tuż za progiem, u granic Rzeczpospolitej.

Ukraińcy walczą o siebie i dla siebie, ale krwawią też i dla nas. „To moja wojna”, pisze Ogdowski i do takiej wizji konfliktu stara się nas przekonać.

Raz jest to intymna relacja reportera. Innym razem twarda analiza, za którą stoi solidny warsztat i wiedza z zakresu historii, wojskowości i socjologii. W jeszcze innych fragmentach mamy do czynienia z publicystyką – opiniami autora cechującymi się nie tylko dobrym piórem, ale i racjonalną argumentacją.

Przede wszystkim jednak „Alfabet…” to solidne kompendium wiedzy na temat rosyjsko-ukraińskiej wojny.

To nie jest książka kogoś, kto obserwuje zmagania na Wschodzie z daleka i pisze, co mu się wydaje. To relacja człowieka, który brutalność wojny poznał na własnej skórze. Który zna Ukrainę i Ukraińców i któremu nieobce są też melodie grające w duszy agresora. Odtwarza je nam, samemu usiłując zrozumieć, po co Rosji i Rosjanom ta wojna.

Tę książkę koniecznie trzeba przeczytać.

Daje radę? Zachęca?

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Fot. Darek Prosiński

Wrzody

Pierwsza faza pełnoskalowej wojny w Ukrainie cechowała się wybitną manewrowością. rosjanie uderzyli z wielu kierunków, dążąc do jak najszybszej i najgłębszej penetracji terytorium przeciwnika. Celem kolumn pancernych i zmechanizowanych były duże miasta – ze stolicą włącznie – których zdobycie miało wywrzeć na Ukraińcach niszczący efekt psychologiczny. Na osiach natarć dochodziło do punktowych bojów, których intensywność często przypominała potyczki z czasów wojen światowych. Ale kilka kilometrów dalej – patrząc na boki – panował spokój. Mapy, które wtedy kreślono – by dla informacji i propagandy ilustrować postępy rosyjskich wojsk – obciążone były kardynalnym błędem. Sugerowały bowiem, że pod okupacją znalazły się wszystkie tereny, przez które przeszły rosyjskie kolumny.

Tymczasem na skutek szczupłości sił inwazyjnych, rosjanie często nie kontrolowali nawet dróg, po których wcześniej się poruszali. I którymi, co istotne, miało do wysuniętych oddziałów docierać zaopatrzenie. Nie było mowy o instalowaniu garnizonów okupacyjnych, rosyjski stan posiadania wyznaczały aktualne lokalizacje grup bojowych. Front, w odróżnieniu od pierwszo- czy drugowojennych zmagań, nie stanowił linii ciągłej – tworzyły go izolowane skupiska wojsk, będące niczym gorejące wrzody na ciele Ukrainy.

W miejscach, gdzie obie armie się stykały, walczyły ukraińskie czołgi, artyleria, klasyczne lotnictwo. Obrońcy zwykle ustępowali, więc w medialnym przekazie Kijowa na plan pierwszy wybiła się lekka piechota wyposażona w przenośne wyrzutnie przeciwpancerne, hulająca na rosyjskich „tyłach”. Zadawała ona agresorom – zwłaszcza ich logistyce – dotkliwe straty, stąd jej propagandowa atrakcyjność. Bohaterami mediów zostały także Bayraktary – i one dziesiątkowały wówczas zbite w kolumny rosyjskie oddziały.

Pod koniec maja 2022 roku usłyszałem od jednego z ukraińskich generałów, że w pierwszym miesiącu wojny używane przez obrońców przenośne wyrzutnie przeciwpancerne odpowiadały za 50 proc. strat sprzętowych, zadanych rosyjskim wojskom pancernym. A niemal jedna piąta zniszczonych i uszkodzonych wozów została porażona z powietrza, głównie przy użyciu dronów i amunicji krążącej. W kolejnych miesiącach te proporcje uległy zmianom; gdy rozmawialiśmy, miały być następujące: za 30 proc. strat odpowiadały wyrzutnie przeciwpancerne, 30 proc. było efektem pojedynków pancernych (czołg-czołg – tu bez zmian w odniesieniu do pierwszego miesiąca inwazji), następne 30 proc. przypisywano działaniu artylerii. Pozostałe 10 proc. szło na konto lotnictwa, także bezzałogowego. Co się po drodze zmieniło?

rosjanie nauczyli się zwalczać Bayraktary. Zachowane egzemplarze dowództwo ukraińskie nie wysyłało już do misji bojowych – wykorzystywano ich walory rozpoznawcze, głównie w miejscach, gdzie nie toczyły się intensywne walki. „Wyszły” też Ukraińcom zapasy amunicji krążącej, zeszczuplały ich klasyczne siły powietrzne. Nade wszystko jednak zmienił się charakter działań wojennych, który w znacznie większym stopniu umożliwiał wykorzystanie artylerii (co tyczyło się obu stron). Wyrzuceni z północy Ukrainy i zatrzymani na południu rosjanie, w połowie kwietnia 2022 roku skoncentrowali wysiłki na Donbasie. Wojna zatraciła cechy wybitnej manewrowości, front przestał być skupiskiem ognisk i przybrał klasyczną liniową postać. Presja wzdłuż tej linii była zróżnicowana, ponieważ jednak rosjanie starali się „wymacać” słabe punkty obrony w wielu miejscach na raz, uznać można, że szli ławą. A po prawdzie to ślimaczo się toczyli. Tym niemniej uporządkowali tyły, lokując garnizony Rosgwardii w miastach będących zapleczem frontu oraz siejąc terror wśród cywilów (w czym wiodącą rolę odegrała Federalna Służba Bezpieczeństwa).

Gdy w pełni ujawniło się niepowodzenie strategii szybkich, głębokich rajdów, moskale sięgnęli do radzieckich wzorców. Wychodząc z założenia, że stworzone wcześniej (w latach 2014-21) i tworzące się na bieżąco ukraińskie linie obronne zmiażdży walec artyleryjski. Nieefektywność tej metody oraz niedostatki techniczne i technologiczne obu stron miały wiele konsekwencji. Jedną z nich był triumfalny powrót dronów na pole bitwy. Początkowo głównie jako aparatów obserwacyjnych, wspierających działania artylerii, później w coraz większym stopniu jako substytut luf i miotanych przez nie pocisków. Co istotne, o ile najpierw były to bezpilotowce stworzone na użytek wojska, o tyle w kolejnych miesiącach dominować zaczęły zaadaptowane na militarne potrzeby urządzenia cywilne. Na początku 2024 roku stanowiły one miażdżącą większość wykorzystywanych w wojnie bezzałogowców.

Co mam na myśli pisząc o nieefektywności artyleryjskiego walca? O tym przeczytacie w książce, którą właśnie kończę. A która, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, ukaże się pod koniec lutego. Do lektury „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” zapraszam już dziś.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Zdobyczny rosyjski dron Orłan, służący jako ozdoba w kwaterze ukraińskich droniarzy ze słynnej grupy „Madziara”/fot. własne