Wtopa

Szanowni, wiem, że zajmują Was wybory, a w kwestii ukraińskiej wczorajszy pogrom rosyjskiego lotnictwa strategicznego. Odniosę się do obu kwestii, obiecuję. Najpierw jednak temat z ubiegłego tygodnia, istotny na tyle, że nie powinien uciec Waszej uwadze. Chodzi bowiem o inną koszmarną wtopę rosjan, także związaną z ich atomową triadą. Zapraszam do lektury!

Baza w okolicach miasta Jasnyj to jeden z najpilniej strzeżonych obiektów w rosji. Tam właśnie, od 2019 roku, rozlokowane są pociski hipersoniczne Awangard, jedne z najnowszych systemów przenoszenia broni jądrowej i oczko w głowie władimira putina. Sekrety tego miejsca wyciekły do publicznego obiegu, co dla rosjan może okazać się bardzo kosztowną wpadką.

Arsenał jądrowy to kluczowy zasób federacji rosyjskiej, jej „polisa ubezpieczeniowa”, gwarantująca nie tylko bezpieczeństwo, ale i bezkarność wielu działań. Wojna w Ukrainie, dramatycznie rewidująca wyobrażenia o możliwościach rosyjskiej armii konwencjonalnej, tylko uwypukliła znaczenie „atomówek”. Wiedzą o tym na Kremlu, stąd ogromny nacisk na modernizację zarówno samej broni nuklearnej, jej nośników, jak i całej infrastruktury niezbędnej do zachowania potencjału sił strategicznych.

Współczesna rosja działa nieco inaczej niż ZSRR – prac związanych z budową czy rozbudową obiektów wojskowych nie wykonują już żołnierze. Armia korzysta z usług cywilnych wykonawców, a wyłania ich w drodze przetargów. Potrzebne do ich realizacji dane, w tym plany budowlane, schematy, informacje o wyposażeniu i położeniu (na przykład podziemnych bunkrów) oraz inne tajne i poufne informacje znalazły się w Internecie. A dostęp do nich znaleźli dziennikarze duńskiego portalu „Danwatch” i niemieckiego magazynu „Der Spiegel”.

rosjanie już kilka lat temu zdali sobie sprawę z nieszczelności systemu zamówień publicznych. Pod koniec 2020 roku duma państwowa uchwaliła ustawę zaostrzającą zasady w zakresie zamówień dla wojska i innych służb mundurowych. W ministerstwie obrony powstała zamknięta baza danych, dostępna tylko dla sprawdzonych krajowych firm. Lecz ów zabieg na niewiele się zdał, bowiem uczestnicy przetargów i tak publikowali tajne informacje – na przykład jako załączniki do własnych ofert – w ogólnodostępnych bazach. Przeglądając je, dziennikarze „Danwatch” i „Der Spiegla” odkryli dwa miliony różnych dokumentów.

Duża ich część dotyczy bazy strategicznych wojsk rakietowych w pobliżu miasta Jasnyj w obwodzie orenburskim. Kosmodrom jest jedną z jedenastu rosyjskich instalacji, z których można odpalać rakiety międzykontynentalne. Zebrana przez reporterów dokumentacja obejmowała przetargi dokonywane na rzecz obiektu, realizowane do lata 2024 roku. Dzięki niej możliwe było odtworzenie planu bazy w najdrobniejszych szczegółach, w tym układu podziemnych tuneli. Wśród ujawnionych danych są też opisy systemów bezpieczeństwa innych baz jądrowych, specyfikacje elektrycznych ogrodzeń, sensorów sejsmicznych i radioaktywnych, specjalnych drzwi odpornych na eksplozje i wielu innych elementów infrastruktury.

Ze zdobytych materiałów wynika, że całe rosyjskie bazy jądrowe zostały w ostatnich latach wyburzone i postawione od nowa. Ciekawe są okoliczności tych inwestycji. „Dokumenty ujawniają, że rosyjska armia polega również na produktach zachodnich firm na jednych z najbardziej tajnych placów budowy na świecie. Chodzi o materiały budowlane (…), szczególnym popytem cieszą się produkty firmy Knauf z miasta Iphofen w Dolnej Frankonii”, czytamy w tygodniku „Der Spiegel”. W rozmowie z dziennikarzami przedstawiciele firmy zapewnili, że współpracują tylko z niezależnymi od władz rosji podmiotami i nie mogą kontrolować tego, co dzieje się ze sprzedawanymi im materiałami.

Wracając do sedna – w ocenie duńskich i niemieckich dziennikarzy, pozyskane dane dają dobrą orientację o skali modernizacji rosyjskiej infrastruktury jądrowej. „The New Times” z kolei cytuje byłego oficera brytyjskiego wywiadu. Jego zdaniem informacje, które można pozyskać dzięki analizie plików, czynią bazę w obwodzie orenburskim narażoną na atak. „Jeżeli ktoś widzi, jak dostarczana jest woda czy jak przebiegają kable elektryczne, to może określić, gdzie znajdują się słabe punkty, w które można uderzyć”, przekonuje rozmówca amerykańskiego dziennika. Jak ocenia Tom Roset, wykładowca w Norweskim Kolegium Sztabowym (w rozmowie z „The Moscow Times”), wyciek danych może sprawić, że Rosja będzie musiała przebudować bazy. „Zmiana infrastruktury w tych obiektach kosztuje dużo pieniędzy”, podkreśla Roset.

rosyjskie ministerstwo obrony dotąd nie skomentowało sprawy.

—–

Zachęcam Was do wsparcia mojego ukraińskiego raportu, który w znaczniej mierze powstaje dzięki Wam – Waszym subskrypcjom i „kawom”.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w e-sklepie Patronite możecie nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. start rakiety Awangard/fot. mofr

Przechwycenie

Wczoraj wieczorem para dyżurna polskich F-16 przechwyciła nad Bałtykiem rosyjskiego Su-24. Poinformował o tym na konferencji prasowej minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz.

– Samolot wykonywał niebezpieczne manewry, nasza para dyżurna zlokalizowała go, przechwyciła i skutecznie odstraszyła – przekazał wicepremier. Brzmi to bardzo poważnie, wręcz groźnie, pozwólcie więc, że wyjaśnię kilka istotnych kwestii.

Do zdarzenia doszło w pobliżu granic państw nadbałtyckich, ale nad wodami międzynarodowymi. Su-24 nie naruszył przestrzeni powietrznej NATO.

Co robili tam Polacy? Cztery nasze F-16 stacjonują obecnie na Litwie, w bazie Szawle. Są tam w ramach natowskiej misji Air Policing, która ma rotacyjny charakter. Państwa nadbałtyckie nie  posiadają własnego lotnictwa myśliwskiego, stąd konieczność sojuszniczego wsparcia.

Minister KK mówił na konferencji, że polecenie przechwycenia wydało „dowództwo NATO w Europie” – jakie? Chodzi o centrum operacyjne CAOC (Combined Air Operation Centre), które znajduje się w niemieckim Uedem i odpowiada za koordynację operacji lotniczych w naszej części Europy.

Na czym w ogóle polega przechwycenie? To słowo w języku polskim „waży” znacznie więcej niż procedura, jaką opisuje. Ta zaś jest banalna. Zadaniem pary dyżurnej jest dotarcie do „intruza” i jego wizualna identyfikacja. To pierwsza część misji, o drugiej dalej.

rosjanie nad Bałtykiem latają nad wodami międzynarodowymi (zwykle w drodze z i do obwodu królewieckiego), a naruszenia przestrzeni należą do rzadkości, trwają zwykle kilka sekund i najczęściej nie są intencjonalne (ten rejon usiany jest maleńkimi wyspami, należącymi do krajów nadbałtyckich, łatwo nad nie wlecieć). Mimo to trzeba ich przechwytywać – dlaczego? Ano dlatego, że moskale od lat ignorują obowiązek składania planów lotu i poruszania się z włączonym transponderem. Wojskowe radary widzą ich maszyny, ale dla cywilnych systemów pozostają one niewidzialne. A to stwarza potencjalne zagrożenie dla ruchu lotniczego. Przechwycenie jest więc nade wszystko dalszym lotem w towarzystwie rosjan, aż do opuszczenia rejonu odpowiedzialności. W tym czasie transpondery pary dyżurnej niejako w zastępstwie wskazują lokalizację „niewidzianego” samolotu.

O jakie niebezpieczne manewry mogło chodzić ministrowi? Zapewne o sam lot „nieświecącej na radarach” maszyny. Su-24 to bombowiec, ciężka maszyna niestworzona do „fikołków”. Nie sądzę, by jej pilot uskuteczniał jakiś rodzaj pozorowanego dog-fightu (walki powietrznej).

Ale owszem, po wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie, charakter przechwyceń się zmienił – rosjanie regularnie wykonują niebezpieczne manewry w pobliżu natowskich maszyn. „Koziołkują” rosyjscy myśliwcy, najczęściej na maszynach typu Su-27. Zwykle tworząc przy tym większe zagrożenie dla siebie, wszak w ich działaniach nie ma kunsztu, jest za to sporo brawury.

I owszem, nasi latają z bojowym uzbrojeniem. Biorąc pod uwagę różnice w poziomach wyszkolenia i przewagę techniczną, w razie twardej konfrontacji te fiołki źle by się dla ruskich skończyły.

Dziękuję za lekturę, dobrego weekendu Wam życzę!

—–

Zachęcam Was do wsparcia mojego ukraińskiego raportu, który w znaczniej mierze powstaje dzięki Wam – Waszym subskrypcjom i „kawom”.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

No i polecam odwiedziny w e-sklepie Patronite, gdzie można nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. F-16 podczas misji AP/fot. Bartek Bera

Odporność

Wróćmy do rozmowy, jaką kilka tygodni temu odbyłem z prof. Michałem Wróblewskim, socjologiem i filozofem z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Wywiad dotyczył odporności społecznej, ukazał się w miesięczniku „Polska Zbrojna”, którego majowy numer wciąż jest w sprzedaży.

By zachęcić Was do lektury całości, podrzucam fragment – ciekawy także w kontekście bieżących okołowyborczych debat na temat kondycji polskiego społeczeństwa.

„(…)

Marcin Ogdowski: Wróćmy do braku zaufania wobec instytucji i tego, że nauczyliśmy się brać sprawy w swoje ręce. To taka siła w słabości…

Michał Wróblewski: Nie jesteśmy przyzwyczajeni, że państwo nas w czymś wyręczy, więc w razie kryzysu potrafimy się szybko i oddolnie zmobilizować. Owszem, to wspaniała cecha, ale tej opartej na emocjach skłonności do pojedynczych zrywów towarzyszy szybkie przepalanie entuzjazmu. Widać to w stosunku do Ukraińców. Niewydolne państwo nie zaabsorbowałoby takich tłumów uchodźców – wiedzieliśmy to i wzięliśmy ich pod własne dachy. Obsłużyliśmy transfer milionów ludzi w istotnej mierze energią nie instytucji, a społecznego entuzjazmu. Z którego dziś niewiele zostało. Zamiast tego mamy coraz bardziej negatywny stosunek do przybyszów zza wschodniej granicy, a triumfy święci kłamliwa narracja, że „tamci zabierają nam socjalne przywileje”.

Politycy również jej ulegają, zamiast wyjść z rzetelną kampanią informacyjną. Dlaczego?

Nasza klasa polityczna ma skłonność do „płynięcia z nurtem”. Nie do urabiania pewnych kwestii, a do absorbowania tego, co jest, co przynosi rzeczywistość. Łatwiej jest wejść w buty „ukrainosceptyków”, niż zrobić dużą kampanię informacyjną, odwrócić dyskurs i zmienić przekonania opinii publicznej. Ta mała podmiotowość polityków to zarazem jeden z czynników, który osłabia naszą społeczną odporność.

(…)

Jak to opisane przez nas społeczeństwo zachowałoby się w obliczu poważnego kryzysu, gdyby na przykład zagrożona była integralności państwa polskiego?

Sądzę, że przez pierwsze miesiące mielibyśmy powtórkę z pandemii – wielkie emocjonalne poruszenie i dużą mobilizację społeczną. Ludzie by się organizowali w grupy samopomocy, wstępowali do armii, wolontariacko pomagali żołnierzom. Widzieliśmy to w Ukrainie, i teraz też widzimy, co się dzieje, gdy trzeba działać na dłuższą metę. W Ukraińcach coś się wypaliło. U nas – jeśliby państwo nie przejęło zaniedbanych wcześniej powinności, samorzutnie realizowanych przez obywateli – zapewne byłoby tak samo.

Część z nas pewnie by z kraju wyjechała…

Cóż, jesteśmy dziś społeczeństwem bardzo mobilnym i dużo zamożniejszym. Wielu z nas ma rozbudowane sieci kontraktów rodzinnych i towarzyskich za granicą. Byłoby za co i gdzie uciekać.

Coś bardziej optymistycznego?

A proszę bardzo. Są obszary polityki, gdzie mamy kontynuację i gdzie istnieje społeczny konsensus. Zbroimy się – wydając na to gigantyczne sumy – a polska opinia publiczna nie ma z tym problemów. To pozytywny przykład adaptowania się do zmian wywołanych kryzysem, w tym wypadku agresywną polityką Federacji Rosyjskiej. Co ważne, wykazujemy przy tym dużą odporność na dezinformację. Na narrację, wedle której nasze wysiłki nie mają sensu, bo Rosjanie „i tak nas nakryją czapkami”.

Przywołani cały czas próbują nas do tego przekonać.

Ale Polacy tego nie kupują. I godzą się na ekstraordynaryjne wydatki.

To efekt naszych historycznych doświadczeń – starych traum, których nie chcemy powtórzyć?

Po części tak. Ale też faktu, że jesteśmy dość zamożnym społeczeństwem, które nie musi stawać przed alternatywą: albo będzie nam lepiej, ale będziemy zagrożeni, albo będziemy biedni, za to bezpieczni. Nie czarujmy się, intensywne zbrojenia zawsze odbywają się kosztem poziomu życia, ale ten najwyraźniej nie obniżył się w sposób, który byłby dokuczliwy. I Polacy się takiej perspektywy nie boją. Coraz bardziej czujemy siłę naszej gospodarki, dobrze pokazał to dyskurs wokół CPK. Ta masa głosów mówiących o tym, że jesteśmy już silnym podmiotem, a nie państwem na dorobku. Mnóstwo Polaków wierzy, że stać nas na centralny port komunikacyjny, na elektrownie atomowe, więc pewnie stać nas też na zbrojenia.

Czy podkreślanie tej siły i podmiotowości, nie byłoby elementem zaszczepiania odporności?

Oczywiście. Zwłaszcza że to nie byłaby żadna publicystyczna figura, a dyskurs oparty na twardych danych.

Dziękuję za rozmowę”.

—–

Dr hab. Michał Wróblewski (na zdjęciu), socjolog i filozof z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, profesor tamtejszej uczelni. Pracownik Instytutu Innowacji i Technologii Ł-ITECH. Prowadzi badania w obszarze socjologii środowiskowej oraz socjologii medycyny, zdrowia i choroby/fot. Andrzej Romański

Szanowni, odwiedźcie sklep Patronite, gdzie można nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

(Nie)pamięć

Kilka tygodni temu rozmawiałem z prof. Michałem Wróblewskim, socjologiem i filozofem z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Wywiad dotyczył odporności społecznej – zjawiska, które podobnie jak liczebność czy uzbrojenie armii, współdecyduje o przetrwaniu danej wspólnoty. Rozmowa właśnie ukazała się w miesięczniku „Polska Zbrojna” – zapraszam do saloników prasowych, gdzie znajdziecie majowy numer.

Papier to nie guma – z konieczności pierwsza część rozmowy nie weszła na łamy. A że owo wprowadzenie porusza bardzo ciekawą kwestię, podrzucam je w tym wpisie, licząc, że zachęci Was do lektury całego wywiadu.

Tymczasem sunę na północ, na spotkanie autorskie w Wolinie. Dobrego tygodnia Wam życzę!

*          *          *

– Zacznijmy od zjawiska, które zdaje się nie mieć związku z odpornością społeczną. Mam na myśli wyparcie z pamięci pandemii Covid-19. Nieodległego przecież dramatu, który Polskę kosztował ponad 200 tys. „nadmiarowych zgonów”. Mniej więcej tyle samo obywateli w twardym kinetycznym konflikcie straciła do tej pory Ukraina. Co się stało z naszymi wspomnieniami?

Wydaje mi się, że Ukraina „przykryła” doświadczenie pandemii. Płynnie przyszliśmy z jednego kryzysu w drugi, wybuch wojny na Wschodzie przekierował uwagę opinii publicznej. Ta koincydencja przypomina wydarzenia sprzed wieku – wtedy też konflikt zbrojny wyparł ze świadomości społecznej, na wiele kolejnych dekad, pandemię grypy hiszpanki. Jej niszczący przebieg został przyćmiony przez okrucieństwa I wojny światowej, śmierć milionów żołnierzy, fizyczne dewastacje, fakt, że trzeba było odbudowywać europejskie państwa i miasta.

– Więc Covid-19, jak hiszpanka, nie mógł zakorzenić się w pamięci z przyczyn od nas niezależnych. Ale chyba sami też w tym pomogliśmy?

– W moim przekonaniu nie przepracowaliśmy pamięci covidowej – zarówno na poziomie indywidualnym, jak i instytucjonalnym. Nie ma w nas dostatecznej refleksji nad tym, co się wtedy działo, na poziomie państwa brakuje odpowiedzialnej polityki pamięci. Było-minęło, zajęliśmy się innymi sprawami.

– Czy to skomasowany efekt wyparcia? A może instytucjonalne zaniechania?

Sądzę, że jedno i drugie. Wielu z nas nie chce sobie przypominać, jak wyglądały pierwsze tygodnie pandemii. Ile było wówczas strachu, niepewności, chaosu. Łatwiej o to, gdy w przestrzeni publicznej panuje „cisza”. Nie ma wystaw, pomników, ogrodów pamięci ofiar Covid-19, jakie powstają w Wielkiej Brytanii czy we Włoszech. Naturalna tendencja do wypierania nieprzyjemnych doświadczeń zostaje wzmocniona. W efekcie nikt nie zadaje niewygodnych pytań. A przecież państwo polskie nie spisało się w zarządzaniu kryzysowym w trakcie pandemii…

– Na początku byłyśmy prymusem, zwłaszcza we wprowadzaniu obostrzeń…

– …ale później było już coraz gorzej, a na końcu programu szczepień skandalicznie. Te wydarzenia stawiały w nienajlepszym świetle rządzących i moim zdaniem, to jeden z powodów, dla których nie skonstruowano polityki pamięci. Po co przypominać opinii publicznej o negatywnych rzeczach? A nuż pojawiłyby się niewygodne pytania – dlaczego nas tylu zginęło, dlaczego ochrona zdrowia tak kiepsko działała? Dlaczego nie podjęto pewnych działań prędzej? – itp., itd. No ale skoro my wypieramy, to takie pytania nie padają, co było politycznie wygodne.

– A może ta „niepamięć” to przejaw cynizmu? Covid zabrał głównie osoby starsze, w logice społecznego darwinizmu zbyteczne.

Jako społeczeństwo mamy ze starością problem, wypieramy ją, lekceważymy. Co jest pewnym paradoksem, zważywszy na konserwatywny rys naszej kultury, nastawionej na tożsamość i pamięć. No ale spójrzmy na poziom instytucjonalny – na kiepską kondycję Domów Pomocy Społecznej, na zapaść geriatrii, na brak polityki senioralnej. Na masę zaniedbań i niedobór regulacji, które przywodzą do wniosku, że państwo i społeczeństwo raczej nie myślą o potrzebach osób starszych. Co później przekłada się na sytuacje kryzysowe, w których cierpią ci najstarsi. Więc być może, gdybyśmy mieli do czynienia z innym wirusem, który atakuje inne grupy wiekowe, gdyby poczucie straty było dotkliwsze, to tego wyparcia byłoby mniej.

– Jest go tyle ile jest, porozmawiajmy o konsekwencjach.

– Zapominając o tym, że były, nie uczymy się na kryzysach. Kryzys nie tylko trzeba przetrwać, ale też dostosować instytucje, które go „przeżyły” i „pamiętają”, w taki sposób, by w przyszłości działały lepiej.

– Nie działają?

*          *          *

Odpowiedź wynika już wprost z tego, co do tej pory przeczytaliście, ale wywiad niesie też kilka optymistycznych wniosków, dotyczących kondycji naszego społeczeństwa. Jako się rzekło, przeczytacie go w najnowszym numerze „Polski Zbrojnej” – zapraszam do lektury, bo warto!

—–

Szanowni, odwiedźcie sklep Patronite, gdzie można nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Kaszmir

Indyjskie uderzenie na Pakistan kosztowało Delhi pięć samolotów. Maszyny zostały zestrzelone przez pakistańskie lotnictwo i obronę powietrzną. Trzy utracone odrzutowce to MiG-i i Suchoje – a po trzech latach zmagań w Ukrainie nie najlepsze parametry i ograniczona żywotność na polu bitwy eks-sowieckich konstrukcji nie powinny zaskakiwać. Ale Pakistańczykom udało się strącić także dwa myśliwce produkcji francuskiej. Nie istnieją maszyny „niezestrzeliwalne”, niemniej Miraże i Rafale uchodziły dotąd za trudne do pokonania. Tymczasem spadły, i co istotne – rażone rakietami chińskiej produkcji.

Militarni eksperci żartują, że wyniki indyjsko-pakistańskiego starcia najbardziej martwią Francuzów. Atut niezawodności sprzętu to klucz do sukcesu na rynku zbrojeniowym, zestrzelone samoloty mogą więc przynieść francuskim firmom i państwu wymierne straty finansowo-wizerunkowe. Oczywiście, sprzęt obsługują ludzie, a ci mają różne kompetencje. Najoględniej rzecz ujmując, piloci sił powietrznych Indii nigdy nie należeli do światowej czołówki. Mógł więc zawinić czynnik ludzki, nie sprzętowy, niekoniecznie zresztą związany z umiejętnościami pilotów. Być może misja, w której użyto francuskich samolotów, była po prostu źle zaplanowana. Nie chcę tego przesądzać, za mało wiemy, tym niemniej w Paryżu, i nie tylko, musiały się zapalić czerwone lampki.

O tym, że Chińczycy zbroją się na potęgę, wiemy co najmniej od początku tego wieku. Nikt nie kwestionował imponującej ilościowej skali wzrostu potencjału ChRL, ale powszechną była sceptyczna postawa w odniesieniu do jakości chińskich systemów. Nie wiedzieliśmy, „co one potrafią”, a potoczne doświadczenie z popularną „chińszczyzną” skłaniało ku refleksji, że pewnie niewiele. Fakt, iż chińska armia i chińskie uzbrojenie nie testowały się dotąd w prawdziwej wojnie, gruntował takie postrzeganie spraw. Oczywiście, test, do którego doszło nad Kaszmirem, może być niczym przysłowiowa jaskółka, która wiosny nie czyni. Trudno w oparciu o pojedynczy incydent wyciągać generalne wnioski, ale trudno go też zignorować. Zwłaszcza w krajach, które mają z Chinami „kosę” i stoją w obliczu mniej lub bardziej odległej konfrontacji z Państwem Środka.

Do grona takich krajów należą Indie, co skłania mnie do wniosku, że konflikt indyjsko-pakistański „rozejdzie się po kościach”. Nie będzie z tego wielkiej wojny, bo Indie szykują się na większą rozgrywkę – z Chinami właśnie. O czym więcej piszę w tekście dla TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

Zachęcam Was do wsparcia mojego ukraińskiego raportu, który w znaczniej mierze powstaje dzięki Wam – Waszym subskrypcjom i „kawom”.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.