Idioci

Sporo się działo przez ostatnie dni w Ukrainie. Raszyści już po raz 2137. domykali kocioł w Bachmucie („rosyjski pierścień okrążenia coraz bliższy zatrzaśnięcia się” – donosił w sobotę mój „ulubiony” prorosyjski aktywista medialny). Naziści z moskowii rzeczywiście – znów za cenę gigantycznych strat – zdobyli trochę terenu, ale nim zdołali się nacieszyć, wyszło ukraińskie kontruderzenie. Stan na wczoraj – „druga armia świata” biła się o market ogrodniczy na obrzeżach Bachmutu. Miasto zaś wciąż się trzyma, choć sytuacja obrońców łatwa nie jest. Co istotne, rosjanie tak wściekle usiłują zdobyć miejscowość, że moje słowa (i obserwacje) sprzed kilku tygodni straciły na aktualności. Widziałem wówczas Bachmut dotknięty wojną, lecz nie – jak mówili niektórzy – kompletnie zniszczony. Obecnie poważnie zdewastowane są już nie tylko przedmieścia, ale i zasadnicza zabudowa. Jeśli Ukraińcy nie odstąpią, a ruscy dalej obsesyjnie będą dążyć do zajęcia tej nieszczęsnej mieściny, czeka ją los Siewierodoniecka.

O czym nie piszę z przyganą w stronę Ukraińców, bo dobrze rozumiem ideę uporczywej obrony, angażującej siły i środki nieprzyjaciela. Nieprzyjaciela, który wykrwawia się w tempie nieznanym jeszcze w tej wojnie. Wedle oficjalnych ukraińskich statystyk, na przestrzeni ostatnich dwóch miesięcy zginęło i zostało rannych 50 tys. rosyjskich żołnierzy – połowę tego, co w czasie pierwszych dziesięciu miesięcy inwazji (symboliczny próg 150-tysięcznych strat zostanie dziś przekroczony). W ocenie amerykańskich i brytyjskich służby wywiadowczych, w grudniu zeszłego roku straty agresorów doszły do 180 tys. zabitych i rannych, obecnie wynoszą 220 tys. – te statystki cechuje niższa dynamika przyrostu, ale w liczbach bezwzględnych i tak mówimy o koszmarnej przeróbce „armatniego mięsa”.

A nie tylko o uszczuplanie potencjału chodzi. Ukraińska dalekonośna artyleria rakietowa oraz drony wzięły się za rosyjskie zaplecze na południowym odcinku frontu. Zaatakowane zostały m.in. rosyjskie składy i miejsca dyslokacji wojsk w Mariupolu. Ponieważ mówimy o granicy zasięgu dotychczas używanych rakiet systemu Himars, pojawiły się przypuszczenia, że Ukraińcy dostali „coś z długim lontem” – na przykład amunicję GLSDB. Nie potrafię zweryfikować tej informacji, choć nie wydaje mi się prawdziwa. Do końca zeszłego roku zapasy GLSDB były szczątkowe, Amerykanie dopiero produkują pociski obiecane Ukrainie. Dlatego bardziej prawdopodobne wydają mi się drony, no i „tradycyjne” himarsy, które w połączeniu z ukraińską zuchwałością (strzelaniem pod samym nosem rosjan), przynoszą odpowiednie efekty. O czym wspominam, bo gdy kilka(naście) tygodni temu spekulowaliśmy na temat ukraińskiej kontrofensywy na południu, wydawało się, że próba rozcięcia rosyjskiego pasa biegnącego wzdłuż Morza Azowskiego nastąpi mniej więcej w jego środku, na wysokości Melitopolu. A może jednak celem będzie położony na wschodnim skraju pasa Mariupol? Miasto-widmo, lecz o gigantycznym znaczeniu propagandowym. W tym ujęciu uporczywa obrona Bachmutu to także „zmyła”/zasłona dymna. Dywaguję, wszak zaskakuje mnie ukraińska aktywność na południu.

A może to część szerszego planu wytrzebienia rosyjskiej logistyki wzdłuż całego frontu, z konieczności realizowanego fragment po fragmencie?

Pozostając zaś przy ukraińskich dronach – od kilku dni polują one w Doniecku i okolicy (czyli na bliskim zapleczu frontu). Atakowane są nie tylko cele wojskowe, ale i posterunki policji oraz obiekty zajmowane przez tamtejszą administrację. Nasilenie tych działań posłużyło rosyjskiej propagandzie do wysunięcia oskarżeń, że Ukraińcy „postępują niehumanitarnie”. Jak? Atakując – już nie dronami, a himarsem – załogi pogotowia i straży pożarnej, wysłane z misją ratunkową do wcześniej trafionego obiektu. Czemu miałoby służyć porażenie wartą 150 tys. dol. rakietą karetki i wozu strażackiego? Obniżeniu morale rosjan i separatystów, poprzez udowodnienie im, że „nikt nie może czuć się bezpieczny”. W tym celu Ukraińcy nagrali swój atak, a materiały zdjęciowe opublikowali w sieci. Brzmi sensownie? Użytecznych idiotów przekonuje, choć filmu nikt na oczy nie widział, a marnej jakości screeny – publikowane przez (pro)rosyjskie konta – aż biją po oczach manipulacją.

I skoro jesteśmy na gruncie oferty propagandowej dla idiotów. Oczywiście, wspaniała armia radziecka, tfu!, rosyjska, już zniszczyła pierwszego z przekazanych Ukrainie Leopardów. Co istotne, miała to być maszyna pochodząca z zasobów Wojska Polskiego, a wedle niektórych rodzimych skarpetkosceptyków, z mieszaną polsko-ukraińską załogą. Na dowód zaprezentowano zdjęcie charakterystycznej płyty nadsilnikowej, spoczywającej obok wraku jakiegoś pojazdu. „Leopard zniszczony przez Rosjan. (…) Dwa tygodnie i z tych czołgów na Ukrainie nic nie zostanie”, ekscytuje się rodzimy miłośnik ruskiego miru. Zdjęcie jest prawdziwe, tyle że zrobiono je 5 lat temu w Syrii. I przedstawia tureckiego Leoparda zniszczonego przez kurdyjskich bojowników. No ale tym bezrozumne ameby i wyrachowani manipulatorzy niespecjalnie się przejmują. Grunt, by ktoś jeszcze im uwierzył…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

„Darwiny”

Armia rosyjska, jako całość, zasłużyła na Nagrodę Darwina za 2022 rok. Niestety, instytucje wyróżnień nie dostają. Co nie zmienia faktu, że pewien rosyjski żołnierz i tak przeszedł do historii „darwinów”… Zapraszam dziś do lektury nieco lżejszego tekstu!

Gen. Jarosław Szymczyk, komendant główny polskiej policji, zyskał u podwładnych ksywkę „Bazooka”. Pochodzi ona od amerykańskiego granatnika przeciwpancernego, wprowadzonego na wyposażenie w czasie II wojny światowej. Bazooka zyskała tak wielką sławę, że w potocznym języku przyjęło się określać tym mianem wszystkie granatniki, niezależnie od kraju pochodzenia. I tak jest do dziś, choć amerykańskiej „rury” nie używa się już od ponad półwiecza. A co ją łączy z naszym inspektorem? W połowie grudnia ub.r. Szymczyk zasłynął na cały świat, odpalając w gabinecie współczesną wersję bazooki. Był to prezent przywieziony z Ukrainy, gdzie generał spotkał się z szefostwem tamtejszej policji i MSZ. Zdaniem Szymczyka, granatnik wręczono mu z informacją, że jest zużyty (nie ma głowicy bojowej) i przerobiony na głośnik; słowem – bezpieczny. Urządzenie trafiło do komendy, gdzie generał postanowił je przetestować. Zdjął blokady i nacisnął spust… Wcześniej zignorował wagę granatniko-głośnika – pusta „rura” waży 4-5 kg, podarowana była znacznie cięższa. Komendant miał szczęście, bo wystrzelony pocisk nie zdołał się uzbroić, ale gazy wylotowe i tak narobiły solidnych szkód. Kilkadziesiąt godzin później, z opatrunkiem na uchu, Szymczyk zapewniał w telewizji, że jest ofiarą zdarzenia. On, szef mundurowej formacji, teoretycznie obyty z bronią. Kpinom nie było końca, także na policyjnych forach (nie tylko polskich…). Komendant stał się memem, a co złośliwsi widzieli go jako murowanego kandydata do Nagrody Darwina (ang. Darwin Awards). Honorowej, bo na inną inspektor nie zasłużył.

Polski akcent

Nie zasłużył, bo przeżył, tymczasem Nagrody Darwina przyznawane są za wyjątkową nieroztropność, której efektem była śmierć kandydata, ewentualnie pozbawienie się zdolności do płodzenia potomstwa. Idea wyróżnienia nawiązuje do Charlesa Darwina – brytyjskiego przyrodnika, twórcy teorii ewolucji – i ma „upamiętnić osoby, które przyczyniły się do przetrwania naszego gatunku w długiej skali czasowej, eliminując własne geny z puli genów ludzkości w nadzwyczaj idiotyczny sposób”. „Darwiny” mają wyłącznie symboliczny charakter, a zwycięzców wyłania się na drodze internetowego głosowania. Nie ma statuetek, jest adnotacja na stronie WWW organizatorów. Przyznawana od 1994 r. antynagroda stała się kulturowym fenomenem, który wyszedł poza świat cyfrowy – powstają o niej książki i filmy, a określenie „zasłużyć na nagrodę Darwina”, w wielu językach jest synonimem wyjątkowo niemądrego zachowania.

Szef naszej policji na „darwina” nie zasłużył, ale to nie znaczy, że w 30-letniej historii konkursu nie ma polskiego akcentu. Jest – i to z przytupem, za sprawą pana Krzysztofa (w annałach występującego z nazwiskiem, ale tu sobie je podarujemy). Był rok 1996, nasz rodak ostro popił z kolegami. A że nie samą wódką człowiek żyje, panowie przeszli do prób męskości, okładając się po głowach kijami – w myśl zasady „kto więcej wytrzyma”. Niestety, jeden z uczestników rywalizacji wywiódł ją na wyższy poziom – uruchomił piłę łańcuchową i pozbawił się fragmentu stopy. Krzysztof poszedł dalej i… tu istnieją dwie wersje. Wedle oficjalnej, usiłował obciąć sobie piłą głowę, by udowodnić, że jest największym macho. Nieoficjalnie sprawy miały się tak: mężczyzna położył głowę i stwierdził, że żaden z kolegów nie będzie miał odwagi, by mu ją odjąć. Jeśli tak było, śmiałek jednak się znalazł, bo pogotowie znalazło martwego twardziela z rozerwaną tętnicą i „napoczętą” szyją. Ponoć jeden z uczestników rywalizacji stwierdził, że „choć za młodu Krzysiek ubierał się w bieliznę siostry, finalnie skończył jak mężczyzna”.

Trucizna z lewatywy

Nieprawdopodobne? Owszem – ale prawdziwe. Po kilku wpadkach z zakwalifikowaniem do rywalizacji miejskich legend, organizatorzy zaczęli weryfikować zgłoszenia. Z czasem stało się to dużo prostsze, bo wielu nominatów, nieświadomych zbliżającego się końca (śmierć samobójcza nie kwalifikuje się do nagrody), rejestrowało swoje poczynania. Tak było z 47-letnim Japończykiem imieniem Tedzu, który w październiku 2019 r. wyruszył na szczyt góry Fuji. Niepoprawny fan społecznościówek, mimo minusowej temperatury i odmrożonych palców, cały czas prowadził transmisję na żywo. Skupiony na telefonie, stanął nie tam, gdzie trzeba. „O nie! Ześlizguję się!”, to jego ostatnie dające się zrozumieć słowa.

Z „darwinami” jest trochę jak z noblami – duża ich część trafia do Amerykanów. Ci bowiem naprawdę są kreatywni jeśli idzie o sposoby przenoszenia się na tamten świat. Wśród nominatów znalazł się na przykład mężczyzna, który z bronią w ręku napadł na sklep z bronią, pełen uzbrojonych klientów. Albo inny obywatel USA, który spreparował list z bombą, a gdy źle zaadresowaną przesyłkę odesłano mu do domu, osobiście ją otworzył. Laureat nagrody za 1998 r., 23-letni Michael z Ohio, zmarł po tym, jak założył się z kolegami, że połknie żywcem 12-centymetrową rybę. Gdy zaczął się dusić, kumple zadzwonili po karetkę. Ekipa pojawiła się na tyle późno, że nie zdołała już odratować delikwenta. I na tyle wcześnie, by zobaczyć nadal trzepoczący ogon ryby, wystający z ust martwego śmiałka. Wymiar sprawiedliwości nie postawił kolegom ofiary żadnych zarzutów. „Jeśli mając 23 lata, założysz się z kimś, że skoczysz z mostu i rzeczywiście to zrobisz, to znaczy, że po prostu jesteś idiotą”, skwitował sprawę miejscowy szeryf.

Lecz niefrasobliwość wcale nie jest cechą młodego wieku. Pewien 58-letni alkoholik, również Michael, cierpiał na infekcję gardła, która uniemożliwiała mu popijanie. Poszedł więc na sposób i zaaplikował sobie trunek lewatywą. Rzecz w tym, że taki „wlew” działa mocniej i półtoralitrowa butelka sherry zabiła amatora trunku. Do zdarzenia doszło w 2004 r., ale „darwina” przyznano Michaelowi trzy lata później – tyle czasu zajęło ustalenie dokładnej przyczyny śmierci.

Takich problemów nie miał patolog badający ciało 28-letniego rosjanina, wyróżnionego „darwinem” za 2009 r. Sergiej, mechanik samochodowy, założył się z kilkoma koleżankami, że będzie w stanie przez pół dnia uprawiać seks. Stawką była równowartość 4,3 tys. dolarów, no i opinia. Mężczyzna ani myślał ryzykować i połknął całe opakowanie Viagry. Wyzwaniu podołał, ale tuż po miłosnych uciechach zszedł na zawał. „Zadzwoniliśmy po pogotowie, ale było już za późno”, przyznała jedna z kobiet, które wzięły udział w zakładzie.

Zderzenie z materią

Tyle historii. A kto zapisał się w najnowszej odsłonie antynagród za 2022 r.? Zestawienie otwiera rosyjski żołnierz, którego ciało znaleziono w marcu ub.r. pod Irpieniem. „Bojec” wyjął z kamizelki kuloodpornej płytę balistyczną i w to miejsce włożył Macbooka, zabranego z opuszczonego przez Ukraińców domu. Gdy trafiła go karabinowa kula, wsad na piersi okazał się niewystarczający.

Równie zabójczą beztroską wykazał się holenderski piłkarz Mourad Lamrabatte, który w maju minionego roku, na Majorce, zapragnął skoczyć z klifu do oceanu. Atletyczny 31-latek poprosił krewnych o sfilmowanie wyczynu. Wydał z siebie triumfalny okrzyk i rzucił się w otchłań. Problem w tym, że skakał z dużej wysokości – 30 m – a bezpieczne lądowanie zapewniłoby mu odbicie się od skały na odległość 10 m. Wówczas nie wpadłby na podwodne skały, o które ostatecznie się roztrzaskał. Z raportu koronera wynikało, że obrażenia skoczka-amatora przypominały skutki potrącenia przez pojazd na autostradzie.

Brutalne zderzenie z twardą materią stało się udziałem 46-letniego Włocha z miasta Cattolica. Znanego społeczności złodziejaszka, który w pewną kwietniową noc (co ciekawe, wielkanocny poniedziałek…), wziął na celownik budynek lokalnego targowiska. Zapewne zmęczony robotą i spragniony, postanowił napić się wody. Chwycił więc plastikową butelkę, będącą częścią większego stosu. Gwałtowne szarpniecie naruszyło delikatną konstrukcję i lawina butelkowanej cieczy zasypała rabusia. Na amen, o czym wiemy ze sklepowego monitoringu, przejrzanego przez miejscowych karabinierów.

Na tym tle znacznie mniej pechowo wygląda śmierć 49-letniego mieszkańca stanu Maryland, którego znaleziono w domu w towarzystwie 124 jadowitych współlokatorów – kobr, grzechotników, czarnych mamb i gigantycznego pytona. Egzotyczne węże żyły w dobrze utrzymanych terrariach, ale jeden z nich wybrał wolność. Po drodze odwdzięczając się za opiekę siedzącemu w salonie, przed telewizorem, właścicielowi. Co istotne, okoliczni mieszkańcy nie mieli pojęcia o niebezpiecznym hobby sąsiada. Źródła nie podają, czy udało się dorwać uciekiniera-zabójcę…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Pawłowi Ostojskiemu, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Piotrowi Maćkowiakowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Tomaszowi Frontczakowi, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Aleksandrowi Stępieniowi, Szymonowi Jończykowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Miko Kopczakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi i Justynie Miodowskiej.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Marcelowi ze Szczecina, Przemysławowi Sałudze, Emilowi Morawcowi oraz Marcinowi Figurskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Armia rosyjska, jako całość, zasłużyła na Nagrodę Darwina za 2022 rok. Niestety, instytucje wyróżnień nie dostają… Zniszczony i porzucone rosyjskie czołgi pod Charkowem/fot. Sztab Generalny ZSU

Deprawacja

Szanowni, ja celowo – tuż przed wystąpieniem władimira adolfowicza – podrzuciłem Wam solidne czytadło (do którego lektury, w poprzednim poście, nieustająco zapraszam). Bo nie, nie zamierzam poświęcać większej uwagi wynurzeniom stetryczałego macho. Sądziłem, że nie powie nic nowego, nic, co wymagałoby zarejestrowania – i tak też się stało. Nadawał putler – niczym zdarta płyta – te same farmazony, którymi od dawna rosyjska propaganda usiłuje karmić świat.

Tym niemniej jedna rzecz mnie rozbawiła – oskarżenie w naszą, zachodnią stronę, że deprawujemy dzieci (na co roSSja nigdy u siebie nie pozwoli!). I tak się zastanawiam, co może bardziej deprawować małolaty niż:

– ojciec alkoholik; rosjanie piją na umór, alkoholizm, jako zdiagnozowana choroba, jest tam dwa razy częstszy niż wynosi średnia światowa (60/1000 mieszkańców, w rosji – 120/1000). Na rosyjskim Dalekim Wschodzie wóda odpowiada za 70 proc. zgonów mężczyzn przed 35. rokiem życia. Wczesnych, ale na tyle późnych, by zasrać kilkulatkom życiowy start;

– przemoc w rodzinie, sankcjonowana prawem; tak, sankcjonowana – rosyjski mężczyzna może pobić żonę/partnerkę. Prawodawca wychodzi z założenia, że „pierwszy raz się nie liczy”. Zresztą, drugi i kolejny też niespecjalnie, bo sądy uznają, że patriarchalna relacja to element tradycji, co dla sprawcy dotkliwego pobicia oznacza co najwyżej 15 dni (dni!) aresztu. W efekcie, w rosji co 40 minut z rąk partnera ginie kobieta;

– rozbite rodziny – rosjanie rozwodzą się na potęgę (co wziąwszy pod uwagę powyższe, zupełnie nie dziwi). Przed trzema laty Eurostat podał średnią rozwodów na tysiąc mieszkańców dla kraju UE – wyniosła 3,1. W tym samym czasie w roSSji – 4,2. Dziś jedna trzecia rosyjskich dzieci wychowuje się w niepełnych rodzinach;

– skorumpowany, darwinistyczny kapitalizm – rosjanin od małego uczy się, że bez przemocy, nadużyć, łapownictwa, nie da się niczego osiągnąć. Że policja nie służy ochronie obywateli, ale ich łupieniu. Dziś, w realiach specoperacji – jeśli ma starszego brata czy ojca – dowiaduje się, że ich śmierć to sposób na wyrwanie się z biedy. Nie niezawodny, bo czasem – miast odszkodowania, białej łady czy futra z norek – można dostać worek pierogów (jak Walentyna Dorzuewna z Tuwy, za ofiarę syna, który „bohatersko zginął w Ukrainie, wykonując zadanie wyzwolenia miasta Lisiczańsk od ukraińskich nazistów”);

– bieda właśnie – i to taka, której nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Propaganda raczy nas obrazkami okazałych kwartałów Moskwy czy Petersburga, tymczasem trzy czwarte obywateli federacji mieszka na głubince, prowincji, gdzie standardem są koślawe chodniki (jeśli są), gruntowe drogi, brak ustępów, bieżącej wody, gdzie nie świadczy się usług medycznych nawet na minimalnym poziomie. Wedle oficjalny rosyjskich statystyk – na bank przekłamanych – 21 mln rosjan, 15 proc. społeczeństwa, żyje w skrajnym ubóstwie. Gwoli uczciwości dodajmy – w Polsce, jak wynika z najnowszych danych, jest to 4,2 proc. populacji;

– rasizm – i nad Wisłą mamy z tym kłopot, ale nie wyobrażam sobie, by agencja reklamowa musiała oficjalnie przepraszać za emisję spotu z udziałem czarnego mężczyzny (bo biali, „prawdziwi rosjanie”, się obrazili). A przecież mówimy o rasizmie nie tylko „potocznym”. Kogo zmobilizowano i posłano w młyn ukraińskiej wojny? Przypadkiem 70 proc. zabitych to przedstawiciele etnicznych mniejszości federacji (które stanowią mniej niż 30 proc. całości populacji)?

A to tylko niektóre składowe ruskiego miru. Zastanawiacie się nad fenomenem rosyjskiego bestialstwa w Ukrainie? Nie, nie stoją za tym „urodzeni mordercy”, „genetycznie predysponowani” do czynienia zła. Nie ma czegoś takiego w przyrodzie poza skrajnymi przypadkami osób z fizycznymi defektami mózgu. To ofiary systemowej deprawacji, wiana, jakie państwo rosyjskie wnosi w życie dzieci.

Więc towarzyszu władimirze – posprzątaj na swoim podwórku. Czego pewnie nie zrobisz, boś emanacją tego zdeprawowanego zła, w całości zeń sklejony.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Fot. domena publiczna

Dylemat

Od wczoraj Bachmut pozostaje zamknięty dla dziennikarzy oraz wolontariuszy dostarczających pomoc humanitarną pozostałym w mieście cywilom. Ewentualny wjazd wymaga teraz specjalnej przepustki, co do zasady „humanitarkę” należy zdawać w nieodległej Konstantynówce – dalszą dystrybucją zajmie się wojsko. Warunki bezpieczeństwa w mieście i wokół niego znacznie się pogorszyły, zaczął się bowiem etap walk ulicznych. Na ukraińskie tyły przenikają też grupy dywersyjne rosjan, generując dodatkowe zagrożenia. Decyzja władz nie jest niczym wyjątkowym i wprost wynika z przepisów stanu wojennego, lecz i tak dała pretekst do spekulacji. Zdaniem jednych komentatorów, Ukraińcy szykują się do kontruderzenia, inni są przekonani, że lada moment obrońcy opuszczą miejscowość. W obu przypadkach, patrząc z perspektywy wojska, lepiej zrobić to w warunkach medialnej ciszy, bez zbędnych świadków.

Jak jest w istocie, niebawem się przekonamy, choć nie sądzę, by na tym odcinku frontu Ukraińcy próbowali przejąć inicjatywę. Uczciwie mówiąc, nie mają tam dość pierwszorzutowych jednostek, a atakowanie przy użyciu obrony terytorialnej mija się z celem (nie ta jakość, w związku z czym straty byłyby ogromne, korzyści zaś wątpliwe). Rzut oka na mapę przemawia za scenariuszem wycofania się – Bachmut i okolica stały się wybrzuszeniem z trzech stron otoczonym przez rosjan. Wyjście z miasta pozwoliłoby na uniknięcie okrążenia i skrócenie linii frontu. Zapasowe pozycje w tym rejonie doniecczyzny budowane są już od dawna (niektóre zaczęto wznosić jeszcze w 2014 roku, po wyzwoleniu z rąk „separatystów” Słowiańska i Kramatorska), zatem jest się gdzie „zaczepić” i dalej wykrwawiać rosjan. Jeszcze więcej powie nam mapa fizyczna, przedstawiająca ukształtowanie terenu. Dojrzymy na niej, że Bachmut znajduje się w zagłębieniu. Otaczające miejscowość wzgórza świetnie sprawdzały się jako pozycje obronne, gorzej, gdy rosjanom – za cenę ogromnych strat – jednak udaje się je zajmować. Błogosławieństwo staje się przekleństwem, bo z góry atakujący po prostu widzą więcej, co przekłada się na wyższą skuteczność ich ognia.

Ponadto po kompromitującej porażce pod Wuhłedarem, rosjanie jeszcze bardziej wzmogli presję na Bachmut – rocznica inwazji tuż za rogiem, a COŚ zdobyć muszą. Ów polityczno-propagandowy imperatyw przełożył się na praktyczny wymiar – od soboty transporty z amunicją artyleryjską kierowane są na bachmucki odcinek frontu kosztem tego wuhłedarskiego. Ktoś w rosyjskim dowództwie najwyraźniej uznał, że dwóch srok za ogon ciągnąć się nie da.

Inna sprawa, że pod Wuhłedarem rosjanie potrzebują jeszcze co najmniej kilku dni, by otrząsnąć się po zeszłotygodniowym laniu. Ukraińcy perfekcyjnie wykorzystali tam właściwości płaskiego jak stół terenu. Zaminowali pola na podejściu do miasta, kanalizując rosyjski ruch do nielicznych dróg. I gdy kolumny wroga ruszyły, dostały się w pułapkę. Ukraińcy bowiem ostrzelali drogi specjalną amunicją RAAMS, czyli pociskami artyleryjskimi zawierającymi miny przeciwpancerne. To jeden z rodzajów „minowania narzutowego” – pojedynczy armatni pocisk przenosi dziewięć ładunków, które „uwalnia” na ostrzelanym obszarze. Remote Anti-Armor Mine System pozwala na tworzenie pól minowych nie „na zapas/na wszelki wypadek”, ale dokładnie tam, gdzie są w danym momencie potrzebne. Nie wymaga saperów, a standardowych haubic (na przykład amerykańskich M-777), strzelających z dużo bezpieczniejszego dystansu (od 4 do 18 km).

Co istotne, miny RAAMS po dobie ulegają samozniszczeniu, mówimy zatem o broni znacznie bezpieczniejszej dla cywilów, umożliwiającej zarazem szybkie wykorzystanie porażonych obszarów – na przykład dróg do przeprowadzenia kontrataku.

No i pod Wuhłedarem rosjanie zetknęli się właśnie z taką amunicją. Z dróg zjechać nie mogli – bo w polu czyhały tradycyjne miny – szosy zaś zaroiły się od niespodzianek. Oglądaliśmy to na filmach z ukraińskich dronów, które rejestrowały ruchy rosyjskich czołgów i wozów bojowych. Na jednym z materiałów widzimy trzynaście wylatujących w powietrze pojazdów. Co więcej, towarzyszy temu kompletne pogubienie i bezradność rosyjskich załóg, które zachowują się niczym ślepcy pozbawieni instynktu samozachowawczego. Mówiąc wprost, ładują się na miny tak głupio, że aż wydaje się to nieprawdopodobne.

A jednak się zdarzyło. W jednym z poprzednich postów napisałem, że winny tej masakry jest gen. Aleksiej Kim, jeden z zastępców szefa sztabu generalnego armii rosyjskiej, autor koncepcji „ofensywy zimowej”. Wedle jej założeń, rosjanie mają ponawiać ataki raz zarazem, by determinacją i presją złamać przeciwnika. Na odcinku wuhłedarskim za praktyczną realizację koncepcji wziął się niejaki Rustam Muradow, jeden z najgłupszych i najbrutalniejszych generałów federacji. To on przez kilka dni słał do walki kolejne oddziały, mając za nic fakt, że te nawet nie były w stanie rozwinąć natarcia. No ale rozkaz to rozkaz, co zresztą pozwala zrozumieć obawy niektórych rosyjskich generałów (tych mądrzejszych…) przed skutkami literalnego traktowania założeń „ofensywy zimowej”. Tego, co ich zastosowanie oznacza dla resztek kadrowej armii rosyjskiej.

Z tej perspektywy ukraiński dylemat „czy warto narażać ludzi dla dalszej obrony Bachmutu”, wydaje się być z innego świata. I w sumie taki jest…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Siarka

Dziś trochę spraw do ogarnięcia, więc nie będzie regularnego wpisu. Z przyjemnością za to donoszę, że Muzeum Historyczne w Lubinie zorganizuje wystawę moich zdjęć z Bachmutu; niebawem przekażę Wam więcej szczegółów.

Załączona do postu fotografia jest jedną z wykonanych w Bachmucie. Ów „rozstrzelany” przechodzeń wydaje mi się symboliczną ilustracją rosyjskiego bestialstwa.

A skoro o nim mowa. Popołudniu zamierzam napisać tekst „do papieru” – poświęcony ekologicznym skutkom wojny w Ukrainie. Zebrane dane są zatrważające. Weźmy przykład eksplozji pojedynczego pocisku rakietowego Grad – uwalnia się wówczas ponad 500 gramów siarki, która w reakcji z wodą (także gruntową) zamienia się w kwas siarkowy. Teren pokryty gradami jest bardziej „spalony” kwasem niż zwykłym ogniem. Do tej pory na ukraińskiej ziemi spadły setki tysięcy, jeśli nie miliony takich rakiet…

Banda putina dokonuje tam ekobójstwa na masową skalę.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -