Statystyki

W raportowaniu na temat strat osobowych często mierzymy się z fałszerstwami. Strony zaangażowane w konflikt najczęściej zaniżają ubytki własne, zawyżając jednocześnie straty nieprzyjaciela. Ma to rzecz jasna wymiar propagandowy – służy przede wszystkim podtrzymaniu wyobrażenia o skuteczności, bohaterstwie czy determinacji własnej armii, wpisując się tym samym w proces budowania morale. W historii najnowszych wojen z rzadka mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której straty własne byłyby zawyżane. W ten sposób postąpili sowieci po II wojnie światowej – po pierwsze, by jeszcze bardziej podkreślić skalę poświecenia „narodów radzieckich w wojnie z faszyzmem”, po drugie, by „statystyki się zgadzały”. Rzeczywiste straty ZSRR, poniesione na skutek konfliktu z Niemcami, nie pokrywały się w pełni z rozmiarami powojennego ubytku ludności. Wedle różnych relacji, sowieckim statystykom brakowało od kilku do kilkunastu milionów ludzi. Co się z nimi stało, skoro nie zabili ich Niemcy (nie zginęli/nie urodzili się w efekcie brutalnej hitlerowskiej okupacji)? Odpowiedzią była barbarzyńska polityka Józefa Stalina z lat 30. – wielki głód, masowe prześladowania, czystka w armii. Sytuacje, o których wszyscy wiedzieli, ale nikt nie mógł mówić. A już w żadnym razie oficjalnie raportować. I w takich okolicznościach „przyklepano” nazistom co najmniej kilka milionów dodatkowych ofiar, z których jedną trzecią stanowili żołnierze.

Dlaczego o tym wspominam? Ano czynię to w reakcji na działania władz tak zwanej Donieckiej Republiki Ludowej, które ujawniły dane o swoich ofiarach. W odróżnieniu od Rosjan, którzy raportowania zaprzestali (ostatnie oficjalne informacje pochodzą z 25 marca), „donieccy” – tak to przynajmniej wygląda – nie zaniżają poniesionych strat. Z czego wnioskuję? Według stanu na 16 czerwca, w 2022 roku poległo 2128 wojskowych, a 8897 zostało rannych (te dane obejmują również okres od 1 stycznia do 23 lutego, czyli nieliczne incydenty zbrojne sprzed pełnoskalowej inwazji), co odpowiada… 55 procentom całości sił DRL. Jeszcze raz to podkreślę – ponad połowie jednej z separatystycznych „armii”. Nazwać to „pogromem”, to jakby nic nie powiedzieć – stąd moje przypuszczenie, że nie doszło do celowego fałszerstwa „w dół”. Oczywiście, mogę się mylić – rzeczywiste straty mogą być na poziomie 70-80 procent, przy których 55 wydaje się „kompromisową” wielkością (na tyle dużą, by obywatele – świadomi zniknięcia i pogrzebania iluś tam bliskich i znajomych – uznali ją za prawdziwą, na tyle małą, by nie obnażać w pełni kompromitacji i nieudolności wojska, dowództwa, w tym rosyjskiej zwierzchności). Jednak moim zdaniem, te 55 procent to na tyle dużo, że podejrzewam ruch w drugą stronę – zawyżenia statystyk. W jakim celu? Kim są rzeczywiści adresaci takich działań?

Nim odpowiem na te pytania, warto podkreślić, że prorosyjscy separatyści w Donbasie to wojsko drugiej i trzeciej kategorii. Wyposażone zwykle w przestarzałą broń i sprzęt, źle wyszkolone, używane przez rosyjskie dowództwo jako mięso armatnie. Ci z Doniecka mocno wykrwawili się w Mariupolu, ci z Ługańska wciąż solidnie obrywają w Siewierodoniecku. Lektura pojawiających się i znikających (po interwencjach rosyjskich służb) profilów na Telegramie nie pozostawia złudzeń co do stanu i możliwości „separów”. Oraz ich dramatycznie pikującego morale. Jedno z moich źródeł twierdzi, że w kwaterze głównej NATO mówi się o separatystycznych milicjach (oraz o ochotnikach uzupełniających stany osobowe regularnych jednostek armii rosyjskiej) per bic-troops – od nazwy jednorazowych maszynek do golenia. „Jednorazowe wojsko (oddziały, żołnierze)”, których jedynym zadaniem jest pojawić się na linii frontu, zmusić obrońców do ujawnienia punktów oporu i… umrzeć. To ostatnie zresztą niekoniecznie od razu. Pisałem już o tym wcześniej, wczoraj pojawiły się „w temacie” kolejne doniesienia – „separy” mają opiekę medyczną jeszcze gorzej zorganizowaną niż Rosjanie, w związku z czym duża część zgonów następuje nie bezpośrednio w boju, a podczas niepotrzebnie wydłużonej i niefortunnie prowadzonej ewakuacji medycznej.

W Doniecku od początku inwazji trwają łapanki, których celem jest pozyskanie „ochotników”. Ale – sądząc po malejącej aktywności „poławiaczy dobrowolców” – możliwości w tym zakresie chyba się wyczerpują; rezerwuar zdolnych do wysłania na front mężczyzn nie jest przecież niewyczerpalny. Z pewnością trudno znaleźć prawdziwych ochotników, gotowych do narażania życia i zdrowia dla samozwańczej republiki (to samo dotyczy zresztą ŁNR). Co innego, gdy wojna w Donbasie miała „wygodny” pozycyjny charakter i niską intensywność – a za siedzenie w okopach można było otrzymywać przyzwoitą jak na lokalne warunki pensję. Co innego zaś, gdy front okazuje się piekłem. Denis Puszylin (premier DRL) i spółka mają tego świadomość i pewnie dlatego zdecydowali się na ujawnienie kompromitujących na pierwszy rzut oka danych o 55-procentowych stratach. „Staramy się, ale na więcej nas nie stać”, to sygnał przede wszystkim dla Moskwy, która wciąż domaga się kolejnych dostaw bic-troopsów. Sygnał, który ma dać kontrę zarzutom o nieudolność. Poza tym z perspektywy mafijnej kasty rządzącej DRL, trzeba zrównoważyć oczekiwania kremlowskiego protektora z własnymi potrzebami. Wydrenowanie republiki ze zdolnej do noszenia broni populacji niesie kilka ryzyk. Najważniejsze? Wolta w Moskwie, w wyniku której armia rosyjska wycofałaby się do domu, skazałaby DRL na łaskę Ukrainy, nie bez znaczenia jest też rola milicji w wewnątrz-donieckich stosunkach (kto ma wojsko, ten ma władzę).

Walka idzie zatem – w mojej ocenie – o zachowanie separatystycznej „armii” w skali niezbędnej dla utrzymania władzy w republice.

PS. Ukraińcy solidnie przeflancowali rosyjski garnizon na Wężowej Wyspie (wbrew twierdzeniom kremlowskiej propagandy, zgodnie z którymi wszystkie drony i rakiety udało się zestrzelić), a ich bezzałogowiec zaatakował dziś rafinerię Nowoszachtinskaja w obwodzie rostowskim (tak, tak, to już Rosja właściwa).

—–

Nz. Zdjęcie satelitarne pokazujące zniszczenia na Wężowej Wyspie/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Kunktatorstwo?

Pytacie, jakie moim zdaniem będą dalsze kroki Rosjan w Ukrainie, jak przełoży się to na sytuację międzynarodową. No to po kolei.

Jeśli idzie o front, Rosjanie mocno skoncentrowali się na próbach przełamania ukraińskiej obrony w Donbasie. Co ciekawe, czynią to w kilku miejscach jednocześnie, choć na stosunkowo małym obszarze. Celem wydaje się być uchwycenie bliźniaczych miast – Słowiańska i Kramatorska – mających istotne znaczenie symboliczne. To dwa największe ośrodki miejskie wyzwolone przez armię ukraińską w 2014 roku, co wówczas stanowiło gorzką pigułę dla Moskwy. „Słyszymy kanonadę, ale wciąż liczymy, że nasi chłopcy zatrzymają orków”, pisze mi koleżanka ze Słowiańska. Po czym ze smutkiem dodaje, że nie wszyscy żywią taką nadzieję. „Znów pojawiły się babuszki tęsknie spoglądające w przeszłość. Wiek gwarantuje im bezkarność, nawet nie kryją się z opiniami, jak to dobrze będzie, gdy nastanie Rosja”.

Poznałem takie babuszki zimą 2015 roku, właśnie w Słowiańsku. Ukrainki rosyjskiego pochodzenia, które na mój widok zaczęły lamentować.

– Lenin im nie pasuje – mojej rozmówczyni chodziło o pomnik w centrum miasta. – Że bandyta, mówią – miała na myśli lokalne władze. – A Włodzimierz Ilicz to dobry człowiek był. Gdy dowiedział się, że rozstrzelano carską rodzinę, to nie krył oburzenia.

– Ehh – westchnęła druga babuszka. – W Sojuzie ludzie pracę mieli, mieszkania za darmo dostawali, na wakacje jeździli. A ta cała Ukraina to co nam dała? Emeryturę mam taką, że jak leki kupię, to na jedzenie nie starcza. I teraz jeszcze ta wojna… – kobieta zakryła dłonią twarz.

Zdaniem stojących obok milicjantów, te łzy były elementem przedstawienia. Roboty zleconej przez separatystów i Rosjan. Nie przesądzam i tak jak wówczas, tak i dziś staram się nie oceniać. Ludzie realizują różne strategie w obliczu zagrożenia i niekoniecznie musi to być wyrachowana zdrada. Tak czy inaczej, miejmy świadomość, że na wschodzie Ukrainy nadal część ludności zachowuje prorosyjskie postawy. Wedle statystyk, na jakie powołuje się rząd w Kijowie, jest to raptem kilka procent społeczeństwa, lecz moi ukraińscy znajomi zawodowo zajmujący się socjologicznymi diagnozami, szacują, że w przypadku wschodnich obwodów może to być nawet 25 procent ludności. Oczywiście ów odsetek spada w miejscach doświadczonych rosyjskim barbarzyństwem, lecz wspomniany Słowiańsk i Kramatorsk jeszcze nie zmierzyły się z realiami frontowych miast.

Wracając do rozważań stricte militarnych – Rosjanom chyba na dobre udało się wyhamować ukraińską kontrofensywę na południu, ale wiele wskazuje na to, że obawiają się kolejnych operacji, w związku z czym wzmacniają kierunek chersoński kosztem sił zgromadzonych na podejściu do Zaporoża. Czy to oznacza rezygnację z prób zajęcia tego miasta? Tak, przy czym decyzję w tej sprawie agresorzy podjęli już jakiś czas temu, uznając, że są zbyt słabi na szturmowanie tak dużego ośrodka (wielotygodniowe boje o ponad 6-krotnie mniejszy Siewierodonieck dały Rosjanom do myślenia). Wydaje się, iż z perspektywy rosyjskiego dowództwa ważniejsze jest utrzymanie dotychczasowych zdobyczy na południe od linii dolnego Dniepru (z takimi miastami jak Chersoń, Melitpol i Berdiańsk).

I generalnie, nie spodziewam się, by nawet po ewentualnym przełamaniu w Donbasie, najeźdźcy byli w stanie kontynuować natarcie. W rosyjskiej sztuce operacyjnej istnieje tradycja pójścia za ciosem, bez oglądania się na straty, tyły i rozciągnięte linie zaopatrzeniowe. „Zrobiliśmy wyrwę!? To się w nią wlewamy, urrrrraaaaa!”. Ale mówiąc wprost, armia rosyjska w Ukrainie jest na to za słaba. Nie działa w warunkach ilościowego rozmachu rodem z czasów ZSRR, a to, co angażuje do walki, jest już zwyczajnie zmęczone – co tyczy się zarówno ludzi, jak i sprzętu (każda lufa ma określoną wytrzymałość, nie da się z niej strzelać „bez przerwy”).

Zatem z rosyjskim przełamaniem czy bez – co w tym momencie jest równie prawdopodobnym scenariuszem; Ukraińcy mogą Rosjan w Donbasie zatrzymać, mogą też w sposób kontrolowany oddawać im skrawki terytorium – o żadnym blitzkriegu w najbliższym czasie nie ma mowy. Marsz na zachód w stronę linii Dniepru wciąż pozostaje mokrym snem sowieciarskich domorosłych strategów (jakiś czas temu napisałbym jeszcze, że także rosyjskich generałów, ale ci – wszystko na to wskazuje – coraz twardziej stąpają po ziemi). W najbliższych tygodniach armię rosyjską w Ukrainie czeka proces odbudowy zdolności bojowych. Już teraz są one mocno ograniczone, gdyż jednorazowo, w ciągu doby, dowództwo sił inwazyjnych może posłać do walki 20-30 tysięcy żołnierzy (a bywały dni, że zaledwie 10 tysięcy ludzi). Nawet przy założeniu, że Rosjanie są w stanie postawić mur artyleryjskiego ognia (a są…), to dramatycznie za mało, by przeprowadzić coś więcej niż lokalne operacje zaczepne.

Szczęśliwie dla Moskwy jest jeszcze czym uzupełniać stracony sprzęt – choć jakość wyciąganego z magazynów uzbrojenia wydaje się konsekwentnie obniżać. Nadal też istnieją „luzy mobilizacyjne”, pozwalające na zastępowanie utraconego personelu bez konieczności rozpoczęcia powszechnego, wojennego poboru. Tyle że to nic więcej jak klajstrowanie, cerowanie krótkiej kołderki. Jeśli Moskwa nadal liczy na spektakularny przełom, musi posłać na front dwa, jak nie trzy razy tyle wojska.

Chyba że…

I tu przechodzimy do części politycznej. Chyba że Kreml poprzestanie na silnej – nie od razu zabójczej, ale i tak niebezpiecznej – presji na wschodzie, przy jednoczesnym konsekwentnym rujnowaniu ukraińskiej gospodarki. Inwazja już dziś przyniosła Ukrainie likwidację niemal 20 procent miejsc pracy, za kilka tygodni może to być 40 procent. W warunkach powszechnej mobilizacji nie przekłada się to na oficjalne wskaźniki bezrobocia – siły zbrojne absorbują liczną rzeszę potencjalnych bezrobotnych – ale żołnierz zysku nie generuje (za to koszty owszem), niczego nie wytwarza, owoców jego pracy nie da się wyeksportować z korzyścią dla budżetu. Pozbawiona możliwości sprzedaży produktów rolnych Ukraina stanie wkrótce na skraju bankructwa. Zachodnia pomoc finansowa będzie niczym kroplówka – nie pozwoli temu państwu umrzeć. Tylko czy tak da się w nieskończoność?

Rosja konsekwentnie buduje warunki do wywołania kryzysu żywnościowego na świecie, do którego dojdzie, jeśli ukraińskie zapasy nie trafią na rynek. Co więcej, tworzy narrację, w myśl której to Ukraina jest winna ekonomicznym perturbacjom. A pamiętajmy, że niemal połowa globu „kupuje” rosyjską wizję konfliktu na wschodzie. To drugi i trzeci świat, z ograniczoną wpływowością na istotne procesy gospodarcze czy polityczne, niemniej w swej masie będące w jakiejś mierze przeciwwagę dla Zachodu. Wyobraźmy sobie zmowę prorosyjskich państw w obliczu głodu w północnej Afryce czy na Bliskim Wschodzie. „Ofertę” typu: „przestańcie pomagać Ukrainie, bo jeśli tego nie zrobicie, zasypiemy was milionami głodnych uchodźców”. Kunktatorskie z naszej (polskiej) czy ukraińskiej perspektywy postawy polityków z Włoch, Francji czy Niemiec biorą się właśnie z lęków przed takimi scenariuszami.

A Moskwie w to graj. A Moskwa – w obliczu niemożności blitzkriegu – przeciągnie wojnę do zimy, licząc, że embarga na kopaliny odbiją się rykoszetem po zachodnich Europejczykach. „Zmarzną im dupy, to przestaną pomagać Kijowowi”, kalkuluje Putin.

I jest tylko jeden sposób, by mu pokrzyżować szyki, uratować Ukrainę przed zagładą, świat przed głodem, a środkowo-wschodnią Europę przed egzystencjalnym zagrożeniem. Należy dozbroić ukraińską armię. Dać jej wszystko, co pozwoli wyrzucić agresora i na dekady odebrać mu możliwości do przeprowadzania kolejnych bandyckich inwazji.

Wszystko i szybko.

—–

Nz. Ukraińscy artylerzyści prowadzący ogień z amerykańskiej haubicy. Tych haubic powinno być na froncie 3-4 razy więcej…/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Paradoksy

„Próba utrzymania pozycji w Donbasie za wszelką cenę oznacza duże prawdopodobieństwo unicestwienia zasadniczej części ukraińskiej armii. Armia rosyjska ma obecnie przewagę 1:7 i nie jest możliwe jej powstrzymanie, niezależnie od pomocy militarnej ze strony Zachodu” – pisze uczestnik popularnej grupy dyskusyjnej na Facebooku. Te słowa to fragment wypowiedzi Andrei Margellettiego, doradcy szefa włoskiego MON, dla dziennika „La Stampa”. Po tym cytacie wspomniany internauta przedstawia własny wniosek: „jednym słowem ODWRÓT”, pisze o działaniach, jakie winni teraz podjąć obrońcy. Domorośli stratedzy zwykle są zabawni, ale tu nie chodzi o pojedynczy incydent – opinię wywiedzioną z wypowiedzi średnio zorientowanego polityka. Sporo ostatnio w medialnym i społecznościowym obiegu podobnych konkluzji, formułowanych zarówno przez zwykłych zjadaczy chleba, jak i osoby mające realny wpływ na procesy polityczne czy wojskowe. Nie sposób tego ignorować, bo defetyzm jest jak wirus – z małych ognisk infekcji zrobią się większe, aż skończy się na ogólnoustrojowym zakażeniu. Ostatnia rzecz, jakiej potrzebują Ukraińcy, to zachodnie opinie publiczne przekonane o bezsensowności stawiania oporu Rosji.

Rozmyślania o źródłach tego defetyzmu zostawiam na inną okoliczność. Dla czystości intencji dodam tylko, że za takimi postawami niekoniecznie musi stać rosyjska akcja dezinformacyjna. Że gros osób, werbalizując „dobre rady”, zwyczajnie lęka się o losy Ukrainy. Łatwo sobie wyobrazić skutki dramatycznej dysproporcji sił i trudno wówczas powstrzymać się przed myślą, że „trzeba ratować, co się da i przenieść obronę w bardziej dogodne miejsce”. Albo „w ogóle się poddać, skoro wynik i tak jest przesądzony”. Ostatecznie, „szkoda ludzi, których ofiara i tak zostanie zmarnowana”.

Wracając do sedna. Z tym 1:7 „samobója” strzelili sobie sami Ukraińcy (a konkretnie jeden z prezydenckich doradców). Nie wiem, z jakiego powodu dane dotyczące małego odcinka frontu, „rozciągnął” na obszar całego Donbasu. Z danych amerykańskiego wywiadu wynika, że w Ukrainie znajduje się w tej chwili 110 batalionowych grup bojowych (BGB) armii rosyjskiej. Licząc „po pełnych stanach”, to jakieś 100 tys. żołnierzy. Realnie jest ich więcej (około 150 tys.), jeśli uwzględnimy formacje niezaangażowane w walkę. 80 proc. tych sił skupionych jest na donbaskim teatrze działań, co daje nam 80 tys. (lub jak kto woli 120 tys.) wojskowych. Zakładając prawdziwość relacji 1:7, wyszłoby nam, że naprzeciw tej masy wojska stoi nieco ponad 11 tys. obrońców (17 tys. z tyłami). To absurd i parafrazując „klasyka” – niemożliwa-niemożliwość. Gdyby front na wschodzie Ukrainy trzymały tak skromne siły, Rosjanie już dawno paradowaliby w Kijowie. I Lwowie.

Ale to wcale nie znaczy, że proporcja jeden do siedmiu jest wymysłem.

Nim wyjaśnię o co chodzi, pozwolę sobie zauważyć, że pozornych paradoksów dotyczących wojskowych statystyk jest w tej wojnie więcej. Bo spójrzmy na dane wyjściowe, sprzed 24 lutego, z których wynikało, że Rosja dysponuje niemal 900-tysięczną armią, Ukraina zaś miała pod bronią ćwierć miliona wojskowych. W teorii to przewaga wystarczająca do pokonania przeciwnika, ale… Ale do „operacji specjalnej” Kreml delegował 200 tys. ludzi, co z kolei oznacza dominację obrońców. Tym większą, że już w pierwszym tygodniu wojny powołali pod broń kolejne 100 tys. osób. A mimo to na głównych kierunkach natarcia to Rosjanie mieli przewagę. Dziś też tak jest, choć Ukraina powiększyła liczebność sił zbrojnych do… 700 tys. (a niebawem może to być nawet milion ludzi). Zatem niemal zrównała się z Rosją, a niewykluczone, że ją prześcignie.

Rosyjskie dowództwo – po utracie 30 tys. ludzi (zabitych, rannych, wziętych do niewoli i zaginionych) – ma obecnie mniej żołnierzy niż przed trzema miesiącami. Składy osobowe wykrwawionych jednostek zostały częściowo uzupełnione, ale zwykle do poziomu 70-kilku-80-kilku proc. A przecież wojska u nich mnogo… Otóż nie. Pisałem już o tym, więc jedynie krótko przypomnę: Rosja to gigantyczny kraj, a jej przywództwo przekonane jest o konieczności ochrony rozległych granic. Przede wszystkim na zachodzie (przed NATO) i na Dalekim Wschodzie (przed Chinami) oraz na Kaukazie, skąd w każdej chwili może wyjść kolejna rebelia. Powierzchnia Rosji i jej położenie wymuszają posiadanie licznych jednostek obrony przeciwlotniczej, sił powietrznych i marynarki. A budżet nie jest z gumy, zaś społeczeństwo w koszmarnym demograficznym kryzysie. W efekcie wojska lądowe to ćwierć miliona ludzi, a z ekspedycyjną „nóżką” armii – oddziałami powietrznodesantowymi – nieco ponad 300 tys. I w obrębie tego rezerwuaru mogą się poruszać generałowie dowodzący „operacją specjalną” (300-tysięczna Rosgwardia to wojsko II i III kategorii, siły strategiczne/jądrowe nie mają w Ukrainie zastosowania, flota i lotnictwo nie działają na lądzie), mając z tyłu głowy wspomnianą wcześniej konieczność ochrony granic (dlatego na przykład 30-tysięczny korpus stacjonujący w obwodzie kaliningradzkim wydaje się być nie do ruszenia).

Pozorne „bogactwo” tyczy się także sprzętu – najeźdźcy wytracili dotąd 30 proc. najnowszych czołgów, ale traktowane na poważnie zagrożenie ze strony NATO każe im trzymać w rezerwie istotną część maszyn najmłodszych roczników. Mówi się o połowie wszystkich najnowszych tanków, jakie znajdowały się na stanie armii rosyjskiej w lutym 2022 roku. Utrata większości możliwych do użycia „nówek” skutkuje przywracaniem do służby 50-letnich czołgów T-62. Można się w tym miejscu zastanowić, czy rosyjskie kalkulacje mają sens (bo przecież NATO nie uderzy…), ale „kozła nie przekonasz, Kreml swoje wie”. A generałowie są zdania, że choć załogi T-62 w starciu z regularnymi oddziałami armii ukraińskiej nie będą miały wielkich szans, to po oddziałach obrony terytorialnej, szczególnie w masowym ataku, przejadą jak po polu kapusty.

Wróćmy jednak do zestawień osobowych. W podobnej sytuacji, jak siły zbrojne Federacji Rosyjskiej, znajduje się ukraińska armia. Północna, wschodnia i południowa granica kraju to „strefa czerwona” – teren obecnego, przeszłego i potencjalnie przyszłego frontu. Mimo wygranej w bitwie o Kijów, stolica wciąż musi być chroniona na wypadek kolejnego rosyjskiego ataku; to samo tyczy się Charkowa i okolic. Mimo wymyków Aleksandra Łukaszenki, nadal istnieje możliwość rosyjskiego, a nawet rosyjsko-białoruskiego natarcia w kierunku zachodnich obwodów kraju. Nie da się wykluczyć ryzyka ataku na Odessę – z morza, czy w ramach operacji powietrzno-desantowej. Podejmowanie transportów broni i amunicji z Zachodu to skomplikowana, angażująca duże siły i środki operacja wojskowa. Zagrożenie dywersją dotyczy całości kraju, obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa także nie może się koncentrować w jednym miejscu (choć uczciwie trzeba zauważyć, że jej priorytetem pozostaje bezpieczeństwo stolicy). No i są jeszcze jednostki rezerwy, w trakcie formowania, szkolenia, w odpoczynku; to w tej chwili większość ukraińskich sił zbrojnych. Front to tylko jeden z kilku teatrów działań – nie znam dokładnych danych, ale w oparciu o szczątkowe informacje sądzę, że angażujący około 100 tys. ukraińskich żołnierzy jednocześnie. Innymi słowy, mniej więcej tyle samo, ilu Rosjan.

Ale nie ma tu równowagi, bo agresorzy dysponują większą ilością ciężkiego sprzętu oraz wspiera ich liczniejsze lotnictwo. To jednak za mało, by prowadzić zdecydowanie zwycięską kampanię. Obie strony są zbyt silne, by je pokonać i zbyt słabe, by zwyciężyć. Klasyczny pat, z którego istnieją dwa wyjścia. Pierwsze, czyli zbudowanie kilkukrotnej przewagi w wymiarze strategicznym. Rosyjskie luzy mobilizacyjne to w tej chwili jakieś 50-70 tys. przyzwoitego wojska – co nie starczyłoby nawet na podwojenie sił inwazyjnych. Ukraińcy mogliby swoje siły w Donbasie potroić, ale tym samym wystawiliby na ryzyko inne części kraju. No i, obawiam się, wciąż byłby kłopot z odpowiednim wyekwipowaniem tak licznych oddziałów; ta wojna brutalnie rewiduje ilościowe paradygmaty dotyczące wojska, pokazuje, że liczy się jakość, nie masa. Oba dowództwa – i rosyjskie, i ukraińskie – działają w warunkach „gospodarki niedoboru”, gdzie przedmiotem trudnej do osiągnięcia równowagi są nie tylko zasoby ludzkie, sprzętowe, ale i informacja. Wyobraźmy sobie, że Ukraińcy podejmują ryzyko i 25-tysięczny kontyngent w dużej mierze elitarnych jednostek strzegących Kijowa posyłają na wschód. W tym czasie Rosjanie, angażując 20-30-tysięczne siły zgromadzone w Białorusi (które wciąż tam są) przypuszczają atak na stolicę. Co, gdyby im się udało? Kijów to nie cała Ukraina, lecz o losach wojen często decydowały sukcesy niekoniecznie efektywne z operacyjnego punktu widzenia, ale o dramatycznej „mocy symbolicznej”.

Oczywiście, takich manewrów nie da się przeprowadzić z dnia na dzień, ale efekt zaskoczenia w działaniach o dużym rozmachu zwykle rozciąga się na wiele dni. Gdyby jedna strona wiedziała, co planuje druga, można by uniknąć tego szachowania. No ale to sytuacja mało realna – generałowie nie umawiają się na „ustawki”. Pozostaje więc wyjście numer dwa, czyli próby zbudowania lokalnych przewag – a choćby i siedem do jednego – z nadzieją, że uda się w takich miejscach rozerwać obronę przeciwnika. Rosjanie „badają” w ten sposób front od początku bitwy o Donbas – ostatnio w okolicach Siewierodoniecka. Działają w oparciu o dwa porządki – propagandowy i czysto wojskowy, operacyjny. Stąd ich determinacja, by zdobyć miasto (bo jakąś zdobyczą w końcu muszą się pochwalić), ale też przede wszystkim, by zniszczyć zgromadzone tam ukraińskie siły. Czy dopną swego? Pod Izjumem im nie wyszło, wcześniej zaprzestali presji na Charków. W worku między Siewierodonieckiem a Popasną nadal nie odpuszczają, ale…

Ale dziś pojawiło się sporo informacji o tym, że Rosjanie przerzucają większe siły na południowy odcinek frontu, w okolice Zaporoża i Chersonia. Kosztem Donbasu.

—–

Nz. Ukraińska artyleria/fot. Siły Zbrojne Ukrainy.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Defetyzm

Mój boże, ludzie! NIE DOSZŁO do żadnego załamania się frontu w Donbasie. W wolnej chwili napiszę o tym więcej, obiecuję.

Reaguję „na szybko”, bo już kilka osób napisało do mnie z prośbą o wyjaśnienie sytuacji/rozwianie niepokoju. W polskich mediach ukazało się wczoraj kilka tekstów o defetystycznej wymowie. Jeden bardziej niemądry od drugiego. A że zgodne z narracją rosyjskiej propagandy? Trudno – grunt, że klikbajtowe.

W Donbasie nie jest kolorowo. Siewierodonieck jest stracony. Ale to absolutnie o niczym nie przesądza. Ukraińcy stosują klasyczne zasady wojny manewrowej. Poza kilkoma punktami przeznaczonymi do obrony uporczywej, na większości obszaru walk są bardzo elastyczni. Jak muszą, oddają teren, jak mogą – odzyskują. Istotą jednak NIE JEST stan posiadania, a konsekwentne, stałe wykrwawianie Rosjan. W obronie, w ataku, w odwrocie. Jeśli ten ostatni przyjmie postać chaotycznej ucieczki, wówczas będziemy mieli do czynienia z poważnym kryzysem. Jak na razie NIC takiego się nie dzieje.

Dzieje się za to na tyłach – i to jest najważniejsze – gdzie Ukraińcy zbierają rezerwy, które wejdą do walki za kilka tygodni, mając do dyspozycji m.in. zachodnie uzbrojenie. Przeciwko któremu Rosjanie wystawią 50-letnie czołgi T-62, które właśnie dotarły na front w miejsce utraconych maszyn…

—–

Nz. Skoro dziś Dzień Matki – oto Matka Ziemia i skutki poddania jej tzw.: denazyfikacji. Lata całe miną, dekady, nim uda się zaleczyć zadane przez Rosjan rany…/fot. VillageUkraine, zdjęcie wykonano w okolicach miasta Izjum

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to