Wysuszanie

Świąteczny dla nas długi weekend na ukraińsko-rosyjskim froncie upłynął pod znakiem wielu wydarzeń. Najgłośniejszym był atak dronów na Kreml, ale to „tylko” efektowny pokaz fajerwerków (choć symbolicznie istotny i o możliwie poważnych konsekwencjach; pisałem o tym wczoraj, więc nie będę wracał do tematu). Z wojskowego punktu widzenia, dużo istotniejsze są uderzenia w rosyjskie składy paliw – kolejne, w weekend rozszerzone także o działania dywersyjne na torach (wysadzenie pociągów-cystern na Białorusi). Widać już konsekwencję w działaniach Ukraińców, zmierzających do sparaliżowania rosyjskiej logistyki.

Mam przy tym nieodparte wrażenie deja vu. Rok temu, mniej więcej o tej samej porze, zaczęła się akcja „grillowania” rosyjskiego zaplecza amunicyjnego. W maju były to jeszcze sporadyczne ataki, ale „…między czerwcem a sierpniem zniszczyliśmy ponad setkę rosyjskich składów amunicyjnych. Szacujemy, że dzięki temu pozbawiliśmy rosjan co najmniej miliona pocisków artyleryjskich” – relacjonował mi tuż przed wrześniową kontrofensywą jeden z wyższych rangą ukraińskich wojskowych. Niszczenie bombo-składów było wiosną i latem minionego roku kluczowym zadaniem ukraińskich sił zbrojnych. To artylerią próbowali wówczas wygrać wojnę rosjanie, artyleryjskim walcem zgnieść Ukraińców i wyrzucić ich na początek z Donbasu. Strzelać, jak się wydawało, mieli czym – rosyjskie rezerwy pocisków artyleryjskich przed lutym 2022 roku szacowano na 15 mln sztuk, a możliwości produkcyjne przemysłu zbrojeniowego oceniano na poziomie 1,5 mln sztuk rocznie (milion nowych pocisków i pół miliona „odzyskanych” z głębokich, sowieckich zapasów).

Zatem kilkunastotygodniowe „himarsowanie” – jak nazwano ukraińskie ataki na rosyjskie magazyny – pozbawiło armię najeźdźców zapasów odpowiadających rocznej produkcji. A i ta – szybko wyszło na jaw – w praktyce okazała się kulawym procesem. Już jesienią ubiegłego roku moskalom zaczęło brakować artyleryjskiej amunicji, zimą ten niedobór okazał się dramatyczny. Jeśli rozważać przyczyny porażki rosyjskiej tzw. ofensywy zimowej, „amunicyjny głód” jest jednym z najistotniejszych czynników. Co istotne, nadal występujących – „druga armia świata” była w stanie nasycić artylerią tylko trzy kilkunastokilometrowe odcinki frontu, a i nawet na tym „najbardziej eksponowanym”, w Bachmucie, raportowano stały niedosyt pocisków.

Niedostateczna podaż amunicji na pierwszej linii ma jeszcze jedną przyczynę – „himarsowanie” zmusiło rosjan do odsunięcia składów amunicyjnych poza zasięg ukraińskich wyrzutni. Logistyka orków opiera się o transport kolejowy (który z braków torów nie wszędzie da się realizować) – kołowy jest u nich niedostatecznie rozwinięty, co w połączeniu z kiepską jakością i siecią dróg w Ukrainie tylko potęguje problem. 100-kilometrowa odległość między jednostkami bojowymi a bombo-składami – choć relatywnie nieduża – urasta do rangi wielkiego wyzwania. Rzecz w tym, by było ono jeszcze większe – by moskalom brakowało nie tylko ciężarówek do wożenia amunicji (prowiantu, picia i całej niezbędnej do normalnego funkcjonowania reszty), ale i paliwa do nich. Paliwa do cystern, które dowożą ropę czołgom i wozom opancerzonym. Ropa bowiem to „krew wojny”, bez niej obumrze nawet najzdrowszy organizm, a armia rosyjska szczególnie zdrowa nie jest.

I właśnie o to chodzi Ukraińcom. Na pierwszy rzut oka wyzwanie wydaje się karkołomne. Przecież w rosji – będącej naftowym potentatem – paliwa NIE MOŻE zabraknąć. Czyżby? Chciałbym zauważyć, że przed wojną federacja uchodziła za potęgę w dziedzinie produkcji zbrojeniowej, co i tak nie uchroniło jej wojska przed „amunicyjnym głodem”. Oczywiście, nawet rozwalenie wszystkich rosyjskich składów (i rafinerii!) w zasięgu ukraińskiej artylerii rakietowej, lotnictwa bezzałogowego i grup dywersyjnych nie „wysuszy” armii putina. Ale z pewnością postawi ją w jeszcze trudniejszej sytuacji.

„To zapowiedź kontrofensywy” – wieszczą specjaliści komentujący ukraińskie ataki. Zgadza się. Lecz nie popadajmy w nadmierny entuzjazm („to już!, to już!”). Podobnie jak w zeszłym roku z odcinaniem orków od amunicji, tak w tym roku z paliwem – mówimy o działaniach rozpisanych na długie tygodnie…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Pożar rosyjskiej bazy paliw /fot. Telegram gubernatora okupowanego Krymu

„Kursk”

O ukraińskiej kontrofensywie mówi się nie tylko po naszej stronie frontu, ale również w rosji. Doniesienia rosyjskich mediów i cyfrowych aktywistów (także rodzimych wielbicieli ruskiego miru i użytecznych idiotów) wyczerpują całe spektrum możliwych reakcji – od lekceważenia po panikę. Tej ostatniej trudno uświadczyć w oficjalnym przekazie – o potencjalnie dramatyczne skutki ukraińskiego ataku troszczą się nieliczni rosyjscy „wyklęci” z Girkinem-Striełkowem na czele. Miażdżąca większość komentatorów dalej uprawia hurra-optymistyczną opowieść (jakby wojna nie trwała czternastu miesięcy i nie kosztowała niemal ćwierć miliona zabitych i rannych rosyjskich żołnierzy). Wspólnym elementem wielu materiałów poświęconych rychłej kontrofensywie jest odwołanie się do zmagań na łuku kurskim z lipca 1943 roku. Analogia łącząca niemiecko-sowiecką bitwę pod Kurskiem z przyszłym ukraińskim uderzeniem jest bowiem dla kremlowskiej propagandy niezwykle atrakcyjna – i to z kilku powodów.

Pierwszy jest oczywisty – „największa bitwa pancerna w dziejach” zakończyła się sowieckim zwycięstwem. Niemcy ostatecznie utraciły inicjatywę strategiczną na froncie wschodnim, armia czerwona rozpoczęła zwycięski marsz na Berlin. „Tu będzie podobnie” – sugerują kremliny. Ukraińcy uderzą, może nawet uda im się osiągnąć kilka taktycznych sukcesów, ale rosjanie uruchomią rezerwy i tak przyłożą przeciwnikowi, że ten się już nie pozbiera. Tak, w rosji nadal mnóstwo osób wierzy, że wojna w Ukrainie może skończyć się triumfalnym przemarszem „drugiej armii świata” przez kijowski Chreszczatyk.

Inna istotna atrakcyjność kurskiej analogii wynika z faktu, że atakującymi w 1943 roku byli Niemcy. A więc naziści, a taka łatka ma w rosyjskiej propagandzie niebagatelne znacznie. Jest to wręcz perwersyjna przewrotność, że kraj-agresor, wiedziony ideologią wyższości kulturowej, mający w planach eksterminację części ukraińskiego narodu, sięga po argumenty natury etycznej. Nie czas i miejsce się na to zżymać. Dość zauważyć, że ów zabieg socjotechniczny ma uzasadnić napad na sąsiada, ale wymaga stałych wzmocnień. „Kursk” nadaje się idealnie także dlatego, że w niemieckiej operacji „Cytadela” gros najważniejszych zadań powierzono elitarnym jednostkom SS, a więc „jądru nazistowskiego zła”. A nie ma nic lepszego dla propagandy moskali jak dobry pretekst, by skleić wizerunek ukraińskiego żołnierza z postacią SS-mana.

Użyteczności „Kurska” sprzyja wyposażenie ukraińskiej armii. Mimo iż zachodni sprzęt przekazany Ukraińcom pochodzi z wielu krajów (głównie tych, w czasach II wojny światowej będących w sojuszu z ZSRR…), to Leopardy 2 urastają do miana symbolu. „Znów przyjdzie nam mierzyć się z niemieckimi czołgami” – zauważają kremliny, sowiecki sentyment mieszając z poczuciem moralnej wyższości. Oczywiście wiemy, jak to się skończy. Trudno skrywany rosyjski kompleks niższości wobec wrażej technologii czerpie z historii kojące treści. „Dziadkowie” Leopardów – niemieckie Tygrysy i Pantery – nie sprostały wyzwaniu, jakie przed nimi postawiono pod Kurskiem. Nie przełamały sowieckich linii obronnych, co pozwoliłoby na oskrzydlenie znajdujących się w kurskim wybrzuszeniu oddziałów armii czerwonej. Oblały pierwszy poważny bojowy test, choć teoretycznie, jako lepsze od sowieckich odpowiedników, winny umożliwić Niemcom zwycięstwo.

„Ale było ich za mało” – uśmiechnie się jeden z drugim sowieciarzem. Tak jak Leopardów (i brytyjskich Challengerów) dzisiaj. Zgoda – w Ukrainie podaż nowoczesnych (czy w miarę nowoczesnych) zachodnich czołgów daleko odbiega od popytu. Trudno mi wyobrazić sobie, by w ciągu najbliższych kilku miesięcy Ukraińcy mieli do dyspozycji więcej niż 150-200 takich maszyn. Drugie tyle stanowić będą niemieckie wozy wcześniejszej generacji (Leopardy 1). Zatem, jak mawia klasyk, bez szału. Ale idźmy dalej tropem ulubionej przez rosjan analogii i wyciągnijmy z niej także nieprzyjemne dla nich wnioski.

Bitwa pod Prochorowką, stanowiąca część kurskich zmagań (to ona przedstawiana jest jako największe starcie pancerne w historii), po prawdzie była masakrą sowieckich czołgów, do których niemieckie załogi strzelały niczym do kaczek. Generalnie w całej serii starć na łuku kurskim z lipca i sierpnia 1943 roku, armia czerwona utraciła pięć razy więcej czołgów niż Wehrmacht i SS (ponad 6 tys., gdy straty niemieckie wedle najsurowszych szacunków nie przekroczyły 1,3 tys. maszyn). Co istotne, duża część niemieckich wozów – w przeciwieństwie do sowieckich wraków – nadawała się do remontu; wyrządzone szkody nie miały charakteru ostatecznych (gwoli rzetelności dodać należy, że wielu takich wozów nie udało się Niemcom ewakuować). O sowieckim zwycięstwie nie zadecydował kunszt dowódców i czołgistów czy wyższa jakość broni, a masa. W połowie 1943 roku przemysł zbrojeniowy ZSRR produkował miesięcznie 2,4 tys. czołgów (niemiecki cztery razy mniej); innymi słowy, było czym kompensować straty. I kim, wszak sowiecki system mobilizacyjny nie załamał się aż do końca wojny.

A dziś? „Rosyjski przemysł wyprodukuje do końca 2023 roku 1500 czołgów!” – chwali się dymtrij miedwiediew. Relatywnie – porównując skale obu wojen – to byłoby naprawdę sporo, tyle że deklaracje „wiecznie naprutego dimona” nijak się mają do rzeczywistości. Wedle wiarygodnych źródeł, rosjanie nie są w stanie wyprodukować miesięcznie więcej niż 25 czołgów. Biorąc pod uwagę okresy o najniższej (!) intensywności walk, wystarczy to zaledwie na pokrycie połowy strat. Utrzymywanie ilościowej przewagi w zakresie broni pancernej nadal pozostaje rosyjskim atutem, ale coraz częściej osiąganym rozpaczliwymi metodami. Kilka dni temu na froncie pojawiły się pierwsze ponad 60-letnie T-55, wyciągnięte z głębokich magazynów. Załogi Leopardów i Challengerów będą je rozstrzeliwać, popijając przy tym kakao i zajadając drożdżowe babki.

Nie trywializuję, nie mam w zwyczaju nie doceniać rosjan. Wiem, że poza starociami dysponują też dużo nowocześniejszymi czołgami oraz sporą ilością przyzwoitej broni przeciwpancernej, tym niemniej nie są już sowietami z 1943 roku i nigdy nimi nie będą. Nie wygenerują pancernej masy o właściwościach walca, ta ludzka również jest poza ich zasięgiem. Jesienią z sukcesem przeprowadzili mobilizację, ale kolejne miesiące udowodniły, że 350-tysięczny kontyngent w Ukrainie to kres możliwości ich logistyki. Przy takich uwarunkowaniach, na miejscu rosjan nie przywiązywałbym się więc do kurskiej analogii. A na miejscu Ukraińców wyciągnąłbym z niej jedną zasadniczą lekcję. Na klęskę Niemców większy wpływ niż sowieckie czołgi miał fakt, że armia czerwona w miesiącach poprzedzających „Cytadelę” rozbudowała linie obronne w kurskim wybrzuszeniu. Trudno w najnowszej historii wojskowości o lepszy przykład tak głęboko urzutowanej obrony – pas za pasem, pas za pasem, na których rozbijali sobie zęby Niemcy. W Ukrainie rosjanie od miesięcy skupiają się przede wszystkim na budowaniu pozycji obronnych. Im głębiej się wryją, tym trudniej będzie ich wytrzebić…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Marcinowi Pędziorowi, Michałowi Wielickiemu i Monice Rani.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich ośmiu dni: Danielowi Alankiewiczowi, Michałowi Nowakowi, Tomaszowi Pawełkowi, Bartkowi Wrońskiemu i Maciejowi Żukowskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Niemiecki Tygrys podczas walk na łuku kurskim/fot. domena publiczna

Zające

– Ludzie u nas biedni, ale o swoje walczyć potrafią – przekonuje Oleh Pilipienko, wójt gminy Szewczenkowe w regionie mikołajowskim. Gdy zaczęła się rosyjska inwazja, Oleh – oficer rezerwy armii ukraińskiej – skrzyknął wokół siebie setkę sąsiadów. Chcieli jakoś włączyć się w wojenny wysiłek, zwłaszcza że rosjanie bardzo szybko pojawili się w ich okolicy. Bić się jednak nie było czym, ochotnicy postanowili zatem zbierać informacje o ruchach wojsk najeźdźcy. – Większość zgłoszeń trafiała do mnie, ja przekazywałem je armii – Pilipienko opowiada takim tonem, jakby chodziło o przetwarzanie danych do albumu krajoznawczego. Bez patosu, bez podkreślania bohaterstwa. Ot, normalna czynność wójta czasu wojny. – Ale szybko pojawiła się pokusa, by zaszkodzić moskalom na inne sposoby. Tak powstał pomysł użycia jeżyków – mężczyzna pokazuje zespawaną z trzech zaostrzonych prętów pułapkę na opony. – Sporo tego zrobiliśmy i rozrzuciliśmy – uśmiecha się szeroko.

„Druga armia świata” – za jaką chciała uchodzić ta rosyjska – jeździ na kiepskich chińskich oponach, zbyt słabych w konfrontacji z najeżonym żelastwem. Pilipienko skromnie mówi o „kilkudziesięciu” zatrzymanych rosyjskich wozach. Musiało być ich naprawdę sporo, bo najeźdźcy szybko zorientowali się, iż mają do czynienia ze zorganizowaną operacją i zaczęli polować na sabotażystów. Pilipienko wpadł w połowie marca minionego roku, po niespełna trzech tygodniach tej, jak mówi, małej partyzantki. Kolejne trzy miesiące spędził w rosyjskiej niewoli, którą opuścił po wymianie jeńców. W międzyczasie najeźdźcy zostali pokonani przez armię ukraińską i nie zapuszczali się już na tereny gminy. Oleh, wycieńczony po obozie, nie miał szansy na służbę w wojsku, wrócił więc do przedwojennej działalności.

– Żałujesz? – mam na myśli akcję z jeżykami.

– A skąd! – Oleh kręci głową. – Grunt, że napsuliśmy im krwi.

Przygotowania do zawieszenia przewodów. Wieś Szewczenkowe/fot. Marcin Ogdowski

Dziś Oleh ma zupełnie inne zmartwienia. Gmina Szewczenkowe jest jedną z trzech najbardziej zniszczonych gromad w obwodzie mikołajowskim. Sześć z dwudziestu jeden osad zamieniono w zgliszcza, w reszcie straty nie są tak dotkliwe, ale na tyle poważne, że dezorganizują normalne życie. We wsi Szewczenkowe przed wojną mieszkało 3,2 tys. osób, dziś jest ich 2 tys.

– Do końca kwietnia spodziewamy się wzrostu populacji do czterech tysięcy osób – wylicza Pilipienko. – Wracają starzy mieszkańcy, pojawiają się ludzie z innych terenów, także spoza gminy, którzy uciekają z miejscowości przyfrontowych. Tymczasem nadal mamy poważny problem z prądem i wodą – wójt wzdycha głośno.

W zasadzie to jeden i ten sam problem. Linie wysokiego i średniego napięcia doprowadzają prąd na obszar gminy, rzecz w tym, że dostępu do sieci pozbawione są lokalne wieże ciśnień. Niedziałające pompy sprawiają, że nie ma wody w gospodarstwach domowych, nie ma jej też w obiektach i urządzeniach niezbędnych do produkcji rolnej.

– Na szczęście mamy naszych elektryków – Pilipienko prowadzi na pole, gdzie grupa mężczyzn przygotowuje do ponownego zawieszenia zniszczone przez rosjan kable.

Sasza, elektryk, wskazuje jedną z „baszt”, do których należy podpiąć prąd/fot. Marcin Ogdowski

Elektrycy pracują w Szewczenkowe oraz w pobliskim Kotlarewie. Uszkodzone elementy infrastruktury naprawią do końca kwietnia. Do tego czasu ich pensje finansowane są z grantu Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM).

Brali cokolwiek wpadło im w łapy

Niszczenie, i to na dużo większą skalę, miało również miejsce w sąsiednim obwodzie chersońskim, który na wiele miesięcy znalazł się pod okupacją. Wycofujący się rosjanie – wzorem armii czerwonej i Wehrmachtu z czasów II wojny światowej – zastosowali strategię spalonej ziemi, dewastując na opuszczanych terenach mnóstwo elementów krytycznej infrastruktury, także sieci przesyłowe (i kolejowe – jak na zdjęciu).

– Babuszki opowiadały, że Niemcy byli bardziej humanitarni – Kola, elektryk, na własnej skórze doświadczył okupacji.

– Tak źle było? – dopytuję.

Mężczyzna przytakuje.

– Ale na początku nie – zastrzega. – Na swój sposób to było nawet zabawne, jak szukali banderowców – uśmiecha się. – „Chłopcy, w pętlę czasu wpadliście?”, pytam jednego z nich. „Banderowcy? Osiemdziesiąt lat po wojnie?”. Patrzył na mnie jak na wariata.

– Mógł zastrzelić…

– Wtedy jeszcze nie strzelali. To znaczy strzelali, jak popili, na wiwat. Bezpieczne to nie było, ale dało się znieść.

– Kiedy stali się najbardziej agresywni?

– Dwa tygodnie przed wyjściem zaczęli powalać słupy – Kola, członek ekipy zajmującej się odbudową sieci energetycznych w obwodzie chersońskim, wraca do sedna rozmowy. – 9 listopada ruszyła masowa kradzież samochodów. „Nie oddasz? Kula w łeb”, grozili. Brali auta cywilne, wzięli nasze służbowe wozy. Cokolwiek wpadło im w łapy, a czym dałoby się uciekać.

Z Kolą i jego kolegami spotykam się w Tomaryne, wioseczce, którą od Nowej Kachowki dzieli zaledwie osiem kilometrów, licząc razem ze wstęgą Dniepru. Jest więc osada poza zasięgiem snajperów i moździerzy, ale wciąż w promieniu rażenia rosyjskich dział. Praca z prądem ze swej natury do bezpiecznych nie należy, a ekipa Koli ma dodatkowo pod górkę, bo elektryków przywracających prąd w wyzwolonych wioskach rosjanie traktują jako pełnoprawne cele.

– To było dla nas – Kola komentuje eksplozję pocisku artyleryjskiego kilkadziesiąt metrów od wozu z wysięgnikiem. Ów wniosek wywodzi z faktu, że ostrzał kończy się na pojedynczym wystrzale. – Chcieli nas przestraszyć.

Szczęście i okrutny los

Przestraszyli? Tego dnia ukraińscy fachowcy rozpinają kilkaset metrów kabli między świeżo postawionymi słupami. Pracują w kevlarowych hełmach i kamizelkach kuloodpornych, bacznie obserwując niebo. Tak naprawdę od artylerii bardziej boją się dronów – niewielkich aparatów, pod które rosjanie podwieszają nieduże ładunki wybuchowe.

– Wpadnie ci granat do kosza podnośnika i po tobie – mówi jeden z członków ekipy.

– Polują na nas jak na zające – Kola używa bardziej obrazowych porównań. – No ale ktoś tę robotę zrobić musi, ludzie sami sobie prądu nie dostarczą.

Odbudowa ruszyła zaraz po wyzwoleniu, biorą w niej udział liczne zastępy elektromonterów.

– My finansujemy wynagrodzenia dla trzech ekip – wyjaśnia Anna Radecka z PCPM. – Dwóch w okręgu chersońskim, jednej w mikołajowskim. Te chersońskie pracują w Tomaryne, Nowoberysławiu, w Szlachowe, Łymańcu, Inchulowce i Wielkiej Ołeksandrywce. Zajmują się głównie przywracaniem linii średniego napięcia (4/10/35 kV – dop. MO), no i bieżącymi naprawami tego, co wtórnie zniszczą rosjanie.

Brygadzie Koli jak dotąd dopisuje szczęście. Zabrakło go ekipie z Mikołajewa (finansowanej przez państwowe przedsiębiorstwo energetyczne Oblenergo), która w ostatnim dniu marca wjechała na minę. Do zdarzenia doszło w pobliżu niemal kompletnie zrujnowanej wioski Posad-Pokrowskie, gdzie przez jakiś czas przebiegała linia frontu. Dostawczy UAZ – którym poruszali się elektrycy – nie miał szans w konfrontacji z miną przeciwpancerną; zginęła cała brygada. Ile jeszcze takich „zardzewiałych śmierci” przytrafi się Ukrainie?

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Marcinowi Pędziorowi, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale i Piotrowi Pszczółkowskiemu.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich ośmiu dni: Michałowi Baszyńskiemu, Tomaszowi Szewcowi i Tomaszowi Kamińskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Członek ekipy remontowej podczas prac we wsi Tomaryne/fot. Marcin Ogdowski

Czornobajiwka

Wjazd do słynnej Czornobajiwki.

– Używacie lotniska? – spytałem chłopaków na wartowni. – Lądują tu wasze samoloty, śmigłowce? – doprecyzowałem.

– A skąd, wszystko rozjebane – wyszczerzył zęby jeden z nich.

Czornobajiwka to symbol rosyjskiego uporu i głupoty. Najeźdźcy za wszelką cenę próbowali się umocnić na lotnisku, którego potrzebowali jako hubu logistycznego. Od początku był to wysiłek próżny, wystawiony na działanie ukraińskiej artylerii.

A rosjanie i tak robili swoje, ba, w którymś momencie (w drugiej połowie marca 2022 roku) ustanowili na lotnisku dowództwo jednej ze swoich armii, co gen. Jakowa Riezancewa kosztowało życie (inny rosyjski generał, Andriej Mordwiczew, został tam ranny; wykaraskał się, choć w pierwszych doniesieniach i jego uznano za zmarłego).

Między marcem a kwietniem 2022 roku teren lotniska był mielony przez ukraińskie armaty co najmniej 17 razy. Z czasem Ukraińcy zaczęli używać także rakiet, dronów, infrastrukturę lotniska oraz zgromadzony sprzęt atakowali ukraińscy komandosi.

W sumie przeprowadzono ponad 40 mniej lub bardziej spektakularnych uderzeń, na skutek których Czornobajiwka zyskała miano „czarnej dziury”, pochłaniającej rosyjski sprzęt i żołnierzy.

Z Czornobajiwką wiąże mnie też osobiste wspomnienie. Na początku marca minionego roku, podczas kolegium w zaprzyjaźnionej redakcji, zwarłem się nieco z rosyjskolubnym redaktorem. Dla którego kwestia wojny była przesądzona, wszak „rosjanie są zbyt silni, żeby Ukraińcy mogli na cokolwiek liczyć”. Określiłem tę opinię bzdurą, opowiedziałem o spektakularnym ukraińskim ataku na Czornobajiwkę sprzed kilkunastu godzin (jak się później okazało, pierwszym z serii), wprost nazywając go „zapowiedzią dalszych losów rosyjskiej inwazji”. Mój adwersarz puknął się w czoło i uśmiechnął z politowaniem.

Kilka tygodni później ruskie zwiały z północnej Ukrainy.

Zaś Czornobajiwka na dobre zagościła w serwisach informacyjnych. Ostatni raz w postaci większej liczby newsów 10 listopada ubiegłego roku, kiedy przyległą do Chersonia miejscowość wyzwoliły oddziały armii ukraińskiej.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Widok od strony szosy M14. Zdjęcie z końca marca br. /fot. Marcin Ogdowski

Apokalipsa

Kinowy wizerunek nieumarłego zwykle budzi grozę. Zwykle też w filmowych apokalipsach to nie zombiaki okazują się najgorsze…

Odpowiedź na pytanie „kim (czym) jest zombie?”, wydaje się oczywista. Nie wszyscy jednak wiedzą, że dobrze zakorzeniona w kulturze postać nieumarłego jest z nami niespełna 100 lat. Zachód zawdzięcza zombiaka niejakiemu Williamowi Seabrookowi i jego wydanej w 1929 r. książce pt.: „Magiczna Wyspa”. Seabrook – dziennikarz, literat i podróżnik z awanturniczym zacięciem – był również alkoholikiem, zmarłym przedwcześnie po przedawkowaniu nasennych prochów. Fascynowała go śmierć i praktyki wiodące człowieka ku granicy życia. I pewnie dlatego z werwą wziął na warsztat kult voodoo, wyznawany na tytułowej wyspie – Haiti. Z lektury dowiadujemy się, że dla czcicieli voodoo zombie to osoba bez świadomości. Wcześniej uśmiercona przez kapłanów na kilka godzin bądź dni, przy użyciu odpowiedniej trucizny (np. atropiny i hioscyjaminy). Po co? Bezwolnego żywego trupa można wykorzystać do najcięższych prac, mówimy więc o niewolniczej sile roboczej. Wedle wciąż popularnych wierzeń, sposobem na uniknięcie losu zombie jest przebicie ciała zmarłej osoby kołkiem lub odrąbanie jej rąk i nóg. Dla pewności dobrze też, jeśli rodzina nieboszczyka przez kilka dni po pogrzebie przypilnuje grobu.

Grzybo-zagłada

W 1968 r. na ekrany kin wszedł film George’a Romero „Noc żywych trupów”, który dał początek innym wyobrażeniom o zombie. Zgodnie z nimi, nieumarły wstaje z grobu (bądź miejsca, gdzie dopadła go śmierć), by zaspokoić żądzę krwi – najlepiej poprzez konsumpcję świeżego ludzkiego mięsa lub mózgu. W takich okolicznościach tworzy się następnego nieumarlaka i kolejnych – głód jest w tej wizji siłą sprawczą i narzędziem ekspansji. Innymi słowy, potulnych niewolników zastąpiły oszalałe bestie – i to one, całe ich hordy, rozpalają dziś emocje wielbicieli filmów grozy. Horrorów, pastiszów, no i oczywistych komedii, wszak zombiaki nadają się nie tylko do straszenia. „The Last of Us”, głośny ostatnio serial HBO, nie ma jednak w sobie nic z groteski – fabuła jest poważna, a zabawne gagi służą wyłącznie redukcji napięcia. Redukcji niezbędnej, bo oglądamy świat po apokalipsie, odtworzony z niezwykłą, przygnębiającą dbałością o szczegóły.

Chodzi rzecz jasna o zombie-apokalipsę – motyw często obecny w popkulturze. W „The Last of Us” jest ona efektem epidemii grzyba Cordyceps. Zainfekowani ludzie zmieniają się w wiecznie głodne stwory, których głowy przypominają imponujące grzybnie. Transformacji towarzyszy utrata części indywidualnych cech – mutanci stają się ciałem zbiorowym, wyczulonym na dźwięki potencjalnych ofiar. W będącej źródłem adaptacji komputerowej grze o tym samym tytule, akcja toczy się w USA w nieodległej przyszłości (na przełomie 2033-2034 r.), w serialu mamy rok 2023. W obu przypadkach od wybuchu epidemii dzieli nas 20 lat. Te dwie dekady stanowią przestrzeń powtarzających się retrospekcji, dzięki którym poznajemy okoliczności katastrofy i historie głównych bohaterów. Zarówno w grze, jak i w filmie, jest nim Joel Miller, przemytnik, który podjął się eskorty nastoletniej Ellie Williams. W ciele odpornej na zarażenie dziewczynki tkwi źródło nadziei na zapobieżenie dalszej zagładzie. Tak przynajmniej sądzą przedstawiciele organizacji Świetlików, do których Joel wiedzie Ellie. Po drodze para wielokrotnie mierzy się z zarażonymi grzybo-humanoidami, ale i z ludźmi, którzy w realiach postapokalipsy zatracili człowieczeństwo.

Mechanizmy zombifikacji

Wydana przed 10 laty gra bardzo szybko zyskała status kultowej. Serial, którego pierwszy sezon został właśnie w całości wyemitowany, również cieszył się dużą popularnością. W Stanach każdy odcinek oglądało od 6 do 8 mln osób, światowa widownia przekraczała zwykle 20 mln. Film, niezależnie od intensywnych zabiegów promocyjnych, stał się tematem artykułów prasowych, rezonował w rozmaitych dyskusjach, także tych prowadzonych na poważnie. Czy pasożytnicze grzyby w ogóle istnieją? – to pytanie pojawiało się w wielu dysputach. Znany mykolog Paul Stamets – przy okazji wzięty biznesmen handlujący grzybami leczniczymi – poczuł się wezwany do tablicy. „Jestem fanem science-fiction, uwielbiam, gdy wplata się wątki dotyczące grzybów do fabuły. Ale bądźmy realistami. Maczużnikowate (do których należy Cordyceps – dop. MO), nie mogą zarażać ludzi” – napisał na jednym ze swoich profili społecznościowych. Dodał przy tym, że grzyby-pasożyty wcale nie są wymysłem scenarzystów. „One są wśród nas, żyjemy z nimi 24 godziny na dobę” – zapewnił. Grzyby podobne do maczużnikowatych wykorzystuje się np. w insektobójczych chemikaliach.

Przyjrzyjmy się takim gagatkom. Grzyb Ophiocordyceps unilateralis pasożytujący na mrówce Camponotus leonardi. Przejmuje ją i steruje jej zachowaniami tak, by móc się dalej rozmnażać. W Polsce występuje gatunek pokrewny Ophiocordyceps ditmarii, który za cel obiera skrzydlate błonkówki. Schemat przejęcia jest ten sam – zainfekowany owad skupia się na rozsianiu zarodników pasożyta na jak największym obszarze. Dodajmy do tego przywrę Leucochloridium macrostomum, która umiejscawia się w czułkach ślimaka z rodzaju bursztynka. Jej ubarwienie i ruchy wabią ptaki, które nieatrakcyjnego dotąd mięczaka uznają za smakowity kąsek. W przewodzie pokarmowym ptaka przywra dojrzewa i może się rozmnażać, zamykając cykl. Natura zatem ma przetestowane mechanizmy zombifikacji żywych istot, co daje nieograniczone pole wyobraźni, ale jest też źródłem lęku. Jak zauważa wspomniany Stamets, takie produkcje jak „The Last of Us” wykorzystują mykofobię – strach przed grzybami. Patrząc zaś szerzej – zombie eksploatują także inne trwogi związane ze śmiercią i umieraniem, jak choćby strach przed pogrzebaniem żywcem czy egzystencjalną niepewność co do losów po fizycznym zgonie.

Prawdziwy żart

Przerabianie strachu w rozrywkę jest zabiegiem starym jak ludzkość. Poza oswajaniem lęków może mieć też inne pozytywne cechy. Za przykład niech posłuży wydany w 2015 r. przez Simona Monka „Twórczy przewodnik po zombie-apokalipsie”. „Przygotuj się na moment, gdy świat opanują mordercze umarlaki, a dostęp do zasobów zostanie ograniczony”, zachęca czytelników autor. I przekonuje, że aby przeżyć, trzeba mieć odpowiednie kompetencje. „Dzięki przewodnikowi dowiesz się, jak podłączyć przewód do zacisku śrubowego, posługiwać się lutownicą, piłą, wiertarką i dłutem. Nauczysz się podstaw elektroniki w najlepszy ze sposobów: poprzez własnoręczne wykonywanie urządzeń i systemów do generowania prądu, do monitorowania otoczenia i ostrzegania przed intruzami, a także do komunikowania się z przyjaciółmi. Znajdziesz tu szereg projektów, które mają umożliwić przetrwanie czasu apokalipsy, ale okażą się przydatne również w czasie pokoju” – tak Monk zdradza rzeczywiste intencje stojące za napisaniem książki. Tym samym tropem idzie amerykańskie Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorób. „Przygotuj zestaw ratunkowy”, radzą pracownicy tej poważnej instytucji i rozpisują jego zawartość. Jest w nim m.in. apteczka, która niekoniecznie przyda się, „gdy dopadnie cię zombie, ale możesz wykorzystać ją do leczenia mniejszych ran i skaleczeń, będących skutkiem tornada czy huraganu”.

12 lat temu Dowództwo Strategiczne USA stworzyło CONPLAN 888, który po ujawnieniu przez „Foreign Policy Magazine” okrzyknięto „planem na okoliczność inwazji zombie”. Dokument – dostępny dziś na stronie US Strategic Commandszczegółowo analizuje różne rodzaje nieumarlaków (wyodrębnia osiem ich rodzajów), zagrożeń, jakie ze sobą niosą i sposobów na obronę przed nimi. Ale jego sensacyjny status okazał się humbugiem. Plan powstał podczas ćwiczeń w przygotowywaniu tego typu dokumentów. Stworzono go w oparciu o taką samą metodologię, jak w przypadku innych rządowych opracowań, nie jest więc żartem, ale sposobem na uniknięcie międzynarodowego skandalu. „Nie chcieliśmy, by w razie wycieku opinia publiczna wzięła CONPLAN 888 za prawdziwy plan wojny z innymi krajami. Zamiast konkretnego narodu wybraliśmy zombie, bo są neutralnym, powszechnie akceptowalnym wrogiem ludzkości” – tłumaczyli przedstawiciele USSC. „Nie ich boję się najbardziej…” – przyznaje tymczasem Joel Miller w jednym z dialogów. Szybko odgadujemy, o co chodzi bohaterowi „The Last of Us”. To element wspólny wielu produkcji poświęconych zombiakom – otóż najgorsze okazują się nie hordy zmarlaków, ale żywi ludzie, bez skrupułów walczący o przetrwanie. To zombiak w każdym z nas przeraża nas najbardziej…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Andrzejowi Kardasiowi, Jakubowi Wojtakajtisowi, Magdalenie Kaczmarek, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi i Przemkowi Piotrowskiemu. A także: Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi i Justynie Miodowskiej.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich ośmiu dni: Annie Ursulenko, Pawłowi Grzegorczykowi, Karolowi Woźniakowi i Kubie Swierczowi.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Serialowi Joel Miller i Ellie Williams, główni bohaterowie „The Last of Us”/fot. HBO