Zona

– Czy strażacy wiedzieli o radiacji? – Siergiej, były inżynier z Czarnobyla, powtarza zadane mu pytanie. Wzdycha uśmiechając się przy tym smutno. – Oni po prostu robili swoje. Zobaczyli pożar, więc zaczęli gasić…

W nocy z 25 na 26 kwietnia 1986 roku w elektrowni jądrowej w Czarnobylu przeprowadzano test systemów bezpieczeństwa reaktora numer cztery. Wady konstrukcyjne oraz błędy proceduralne spowodowały przegrzanie urządzenia i wybuch wodoru. Doszło do pożaru oraz rozprzestrzenienia substancji promieniotwórczych na niespotykaną dotąd skalę.

Nonszalanckie podejście do życia

Jako pierwsza na miejscu dramatu zjawiła się ekipa z zakładowej straży.

Wasylij, strażak z Czarnobyla. W przededniu obchodów 30. rocznicy katastrofy przyjechał do Prypeci, opuszczonego miasta, zamieszkałego niegdyś przez pracowników elektrowni.
Wasylij, strażak z Czarnobyla. W przededniu obchodów 30. rocznicy katastrofy przyjechał do Prypeci, opuszczonego miasta, zamieszkałego niegdyś przez pracowników elektrowni.

– Chłopcy myśleli, że to płonie instalacja elektryczna – opowiada Wasilij, też strażak, który feralnej nocy nie miał dyżuru. – Straszny los ich spotkał… – mężczyzna przeciera oko potężną dłonią. Ludzie, o których mówi – pożarnicy i inni pracownicy siłowni – mają dziś w Sławutyczu swój pomnik. Dwa murki, na jakich odwzorowano trzydzieści paszportowych fotografii. Pod każdym wizerunkiem umieszczono imię, nazwisko, datę urodzenia i śmierci. Te ostatnie dzielą od siebie tygodnie – w sierpniu 1986 roku nikt z upamiętnionej trzydziestki już nie żył.

– Dwóch zmarło od poparzeń, reszta dostała dawki trzy i pół razy wyższe od uważanych za śmiertelne – wyjaśnia Siergiej.

Nie były to jedyne ofiary choroby popromiennej. W rozmowach z pracownikami elektrowni przewija się wątek tak zwanych partyzantów – żołnierzy Armii Radzieckiej. Ale wbrew potocznym wyobrażeniom nie chodzi o nastoletnich poborowych, których w wojsku w tamtym czasie służyły miliony. Wśród władz panowało przekonanie, że młodzi będą później masowo przenosić choroby genetyczne – sięgnięto więc do rezerw. Po mężczyzn po trzydziestce, mających już potomstwo, lub samotnych, „nie rokujących” na rozmnażanie. I to ich wysłano do najbardziej śmiercionośnych prac przy usuwaniu skutków awarii. Początkowo nawet bez minimalnych środków ochrony przed promieniowaniem.

Nie ma zgodnych statystyk na temat strat z powodu nonszalanckiego podejścia do życia ratowników. ONZ nie dostrzegła problemu, z kolei sami likwidatorzy – jak nazwano sześćsettysięczną masę uczestników akcji – od lat mówią o rosnącej liczbie zgonów, sięgającej obecnie kilkunastu procent populacji.

Odczyt dezymetryczny w pociągu jadącym do Czarnobyla.
Odczyt dozymetryczny w pociągu jadącym do Czarnobyla.

Wszystko było rozkradzione

Dziś Związku Radziecko już nie ma. „Dziedzictwem” Czarnobylu podzieliły się przede wszystkim Ukraina – gdzie znajduje się elektrownia – oraz Białoruś, której znaczne tereny uległy skażeniu. Latami wokół Zony – zamkniętego terenu, z którego tuż po katastrofie wysiedlono całą ludność – narastały mity. Ich ucieleśnieniem stała się gra komputerowa S.T.A.L.K.E.R, gdzie w postapokaliptycznym otoczeniu elektrowni grupa śmiałków zmaga się z wszelkiej maści anomaliami i mutantami. Tymczasem w rzeczywistości niedziałająca już siłownia wciąż pozostaje miejscem pracy dla pięciu tysięcy ludzi, zaś okoliczna Prypeć – opuszczone miasteczko pracowników jądrowego kombinatu – stała się celem wycieczek. Początkowo nielegalnych, dziś już – kiedy poziom promieniowania znacząco spadł – organizowanych za zgodą ukraińskich władz przez tamtejsze biura podróży.

Prypeć to dziś cel zupełnie legalnych wycieczek. Niektórych nie przekonują argumenty o niewysokim poziomie promieniowania…
Prypeć to dziś cel zupełnie legalnych wycieczek. Niektórych turystów nie przekonują argumenty o niewysokim poziomie promieniowania…

W przededniu trzydziestej rocznicy katastrofy wybrałem się w taki sposób do Zony. Już w pociągu moją uwagę zwróciła grupa reporterów z jednej z włoskich telewizji. Szef ekipy nie rozstawał się z dozymetrem, mierząc poziom promieniowania w różnych częściach wagonu. A gdy skład wjechał na szczelnie obudowany peron przyzakładowej stacji, i on, i jego ekipa założyli specjalne, dwuwarstwowe skafandry. Wyglądali przezabawnie, zwłaszcza trzy godziny później, w Prypeci, w zestawieniu z ukraińskimi turystkami, paradującymi w króciutkich spódniczkach. W takim towarzystwie Japonka nosząca na ustach maseczkę, zdawała się być przykładem zwyczajnej zapobiegliwości.

Kolory

Dziś – zgodnie z zapowiedzią – oddaję łamy blogu laureatowi konkursu. Poniżej recenzja „Uwikłanych”, autorstwa Błażeja Bierczyńskiego. Zapraszam do lektury!

A korzystając z okazji – najlepszego w nowym roku! I niech się dzieje – na blogu w każdym razie będzie się działo.

United Colors of War

Kilka lat temu Marcin Ogdowski przenosił czytelników swojego bloga, a następnie książki, w realia polskiego kontyngentu wojskowego w Afganistanie. Powstały wówczas „Alfabet polskiej misji” ukazywał służbę naszych żołnierzy – kwestie kulturowe, społeczne, wojskowe – w pełnym jej spektrum. Podobnie jest z „Uwikłanymi” – powieścią, której akcja toczy się w trakcie wojny we wschodniej Ukrainie i którą można by określić „Alfabetem konfliktu pisanym cyrylicą”.

Trafniejszym porównaniem dla książki Marcina Ogdowskiego jest jednak, według mnie, odniesienie do kolorów. Sprzyja temu choćby symbolika barw: pomarańczowa rewolucja, niebiesko-żółta flagi Ukrainy, biały konwój, zielone ludziki czy wreszcie generalizujący biało-czarny system podziału na dobrych i złych, który w prosty sposób oczyszcza umysły z wątpliwości i ułatwia spokojne zasypianie w samozadowoleniu swojej słuszności. Ogdowski nie pozwala tak łatwo zamknąć oczu i nie chodzi tu jedynie o umiejętnie prowadzoną narrację i akcję w powieści.

Aby skuteczniej „uwikłać” w lekturę, autor zmniejsza dystans między czytelnikiem a książkowymi wydarzeniami umieszczając jako głównych bohaterów naszych rodaków. Czwórka różnych postaci, każda po innej stronie frontu, a jeśli po tej samej, to z inną bronią – „palną” lub „słowną”. Żołnierz, ochroniarz i dwójka dziennikarzy – wszyscy to weterani afgańskiej misji. Nie powiem, bym mógł się z nimi szczególnie identyfikować. Niekoniecznie wzbudzali także moją wyraźną sympatię, ale na pewno byli dla mnie prawdziwi. Poza tym, nie po to powstali „Uwikłani”, by rozpościerać romantyczną wizję i bym przeczytawszy książkę zapragnął ruszyć na krucjatę po jednej lub po drugiej ze stron niczym „błędny rycerz”. Przedstawiona wojna jest brudna i brutalna, ale nie chodzi tu jedynie o śmieć i zniszczenie, trupy i pożogę, ale o całokształt tę wojnę nakręcający. Umieranie i zabijanie jest proste – w przeciwieństwie do mechanizmów, które za nimi stoją.

Konflikt na Ukrainie jest ukazany nie jako wojna setek tysięcy ludzi, a jako setki tysięcy prywatnych wojen. Tak powstaje pełna paleta wojennych barw. Postaci są wielowymiarowe, nie ma podziału na ostateczne dobro i absolutne zło, na białe i czarne, bo nawet monochromy szarości nie są jedynymi kolorami. Choćby dlatego, że wojna nie jest samoistnym bytem, a opiera się na politycznych grach, układach, zależnościach, wielkich ideach i prywatach. Walka toczy się o pieniądze, wpływy, niespełnione ambicje, żale, dla zemsty i z wielu innych powodów, a w tym całym szaleństwie – także o normalne życie przy wybuchających bombach. Wojna, ściśle powiązana z polityką wewnętrzna i zagraniczną oraz historią, to również spektrum reakcji i opinii, także medialnych – w redakcjach lokalnych, polskich, zachodnich. Konflikt na Ukrainie doskonale ten „teatr rozmaitości” obrazuje, a co autor zaznacza opierając fabułę wokół zbrodni dokonanej przez stosujących nazistowską symbolikę ochotników z batalionu „Burza”. Jednostka nawiązuje do analogicznej autentycznej formacji „Azow”, z której przedstawicielami dziennikarz miał okazję spotkać się podczas swojego pobytu na Ukrainie. A to tylko zwiększa wartość powieści.

Jak na reportera przystało, Marcin Ogdowski nie ocenia, nie podsuwa gotowej odpowiedzi, nie agituje ani nie opowiada się po żadnej ze stron. Słowem przekazuje obraz – ocenę wydarzeń, orientację polityczną wobec nich czy osąd dotyczący bohaterów pozostawia czytelnikowi. Nie ma też w „Uwikłanych” zbędnego epatowania brutalnością – krótkie, trafne sformułowania wystarczają. Analogicznie do zasady, że bardziej przeraża czy fascynuje to, czego nie widać, tak tutaj wstrząsa i oddziałuje na wyobraźnię to, o czym nie przeczytamy wypracowania, ale co jest precyzyjnie zrelacjonowane bez zbędnych słów.

Tytuł „Uwikłani” odbieram jako dwuznaczny. Uwikłani w wielką politykę mocarstw i jej mini-wersję (prowadzoną przez lokalnych polityków, watażków i gangsterów) są główni bohaterowie czy inne książkowe postacie. Ale uwikłani jesteśmy także i my – jako ludzie, którzy codziennie obcują z mediami różnych opcji i na podstawie ich doniesień wyrabiają swoje zdanie o sytuacji u sąsiadów. My również bierzemy udział w tej grze i wojnie na „prawdziwsze fakty”. Tym bardziej warto wziąć pod uwagę głos Marcina Ogdowskiego, któremu udało się stworzyć bezstronną panoramę ukraińskiego konfliktu – paletę wojennych barw, gdzie domniemana biel zaskakująco płynnie potrafi przejść w czerń.

—–

Fot. Kacper Mastelarz

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Zabijanie

„Nasza religia jest lepsza. Nasza nie nakazuje nam zabijać”. „Nasza”, znaczy chrześcijańska, czy precyzyjniej – katolicka.  Oto opinie, które zalewają media społecznościowe w reakcji na zamachy w Paryżu.

Brzmią one żałośnie i dowodzą, lekko mówiąc, ograniczenia intelektualnego.

Każda religia – jak wszystko, co wymyślił człowiek – może zostać użyta tak w dobrym, jak i w złym celu. Można nią głosić pokój i szerzyć wojnę. W przypadku tej ostatniej, religia często okazuje się wręcz niezbędna.

Byśmy mogli się zabijać bez większych szkód psychicznych, stworzyliśmy rozmaite konstrukty – zarówno w sferze abstrakcji, jak i w warstwie materialnej. Mamy zatem coś takiego, jak rycerski/żołnierski etos, czy idee (i instytucje) państwa narodowego. I w oparciu o te wymysły (w socjologicznym tego słowa znaczeniu) potrafimy się tłuc aż wióry lecą.

Ale to wystarcza tylko do „normalnego” zabijania. Gdy w grę zaczyna wchodzić bestialstwo – palenie ludzi w piecach, czy strzelanie do niewinnych uczestników koncertu rockowego – potrzebujemy silniejszych uzasadnień. Historia ludzkości pokazuje, że najprościej znaleźć je w religii. Dehumanizacja innych nie będzie skuteczną praktyką, jeśli nie nadamy jej wymiaru metafizycznego, transcendentnego. Jeśli nie powiemy sobie, że „bóg jest z nami” (i wybaczy nam wszelkie łajdactwo).

Zanim zatem do reszty zatracimy się w islamofobii, warto zdać sobie sprawę, że dzisiaj „oni”, wczoraj „my”. Dość przypomnieć Holocaust, zorganizowany przez awangardę chrześcijańskiej cywilizacji. Dla którego „zwykli Niemcy” szukali usprawiedliwienia w „przyrodzonej”/”nadanej z woli boga” wyższości aryjczyków i karłowatości Żydów.

Zatem to nie z przewag „naszej” religii wynika kulturowa wyższość Zachodu, w tym jego technologiczna i organizacyjna sprawność. Jest ona konsekwencją desakralizacji, sfalsyfikowania durnych religijnych dogmatów, wypchnięcia religii w sferę prywatną. Jej społecznej marginalizacji.

Swoją drogą, nie mielibyśmy tego bez Francji – i Wielkiej Rewolucji, co ma dziś wymiar wielce symboliczny.

Wracając do sedna. Zapewne wskażecie mi Stalina i jego „ateistyczne” imperium – jako kontrargument. Kula w płot. Sowiecki system, gdy stanął nad przepaścią – po niemieckiej agresji na ZSRR – szybko odwołał się do religijnej retoryki. Wbrew stereotypowym (u nas) wyobrażeniom, bóg w sposób całkowicie legalny był „obecny” wśród żołnierzy Armii Czerwonej. Bez niego nie dałoby się usprawiedliwić masowego mordowania – swoich i wrogów.

I owszem – bardzo chciałbym napisać, że ateizm wyzwoli nas od bestialstwa. Ale wcale tak nie myślę. Społeczeństwa zlaicyzowane są mniej skłonne do przemocy, lecz natury nie przeskoczymy. Jeśli nie bóg, to znajdzie się inny pretekst. Bo nade wszystko lubimy się zabijać…

—–

Zdjęcie ilustracyjne/fot. Marcin Ogdowski

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Karbala”

Obawiałem się premiery „Karbali”, zwłaszcza po lekturze artykułów, w których twórcy opowiadali o kłopotach finansowych związanych z produkcją. „Zmarnują potencjał niczym ‘Misja Afganistan’” – myślałem o serialu, który okazał się tak durny w warstwie fabularnej, i tak kiepski w wymiarze scenograficznym, że zgrzytałem zębami oglądając każdy jego odcinek. „Karbalski City Hall na Żeraniu, zaledwie kilkanaście dni zdjęciowych na Bliskim Wschodzie!? – chyba szykuje się koszmarek” – przewidywałem. I na szczęście nie miałem racji.

W warstwie realizatorskiej otrzymujemy bowiem bardzo sprawnie nakręcony film. Nie ma w nim sztuczności i drętwoty, którą znamy z „Demonów wojny według Goi”. Jest dynamicznie, jest głośno, jest – co najważniejsze – realistycznie. Tak naprawdę, poza dwoma momentami, w których widać, że zabrakło pieniędzy na bardziej spektakularne ujęcia, w tym zakresie możemy porównywać „Karbalę” do „Helikoptera w ogniu”. Plan nie jest co prawda tak rozległy, nie ma efektownej katastrofy śmigłowca, ale w wąskich kadrach dzieje się naprawdę sporo. Śmigają kule, wybuchają granaty, słychać rozkazy i komunikaty wymieniane przez radio.

To nie jest (para)dokument

Ten realizm to duża zasługa aktorów – wyrazów ich twarzy, gestów, ruchów. Choć trzeba jasno powiedzieć – mimo znakomitej roli Bartłomieja Topy, w „Karbali” liczy się przede wszystkim bohater zbiorowy. Nieco łajzowaty wojskowy, wysłany w byle czym i z byle czym na misję stabilizacyjną, która okazała się prawdziwą wojną. Ten rozdźwięk między planami sztabowców, a realiami jest w filmie kilka razy świetnie rozgrywany. Na przykład doskonałą sekwencją, w której żołnierze na własną rękę dopancerzają samochody. I skoro o sprzęcie mowa – czapki z głów, panowie konsultanci. W „Karbali” naprawdę zadbano o detal. Nie tylko wozy, ale ekwipunek żołnierzy jest taki, jak przed 11 laty.

Dbałość tyczy się również scenografii – makieta City Hall’u rzeczywiście wygląda jak żywcem wyjęty fragment irackiego miasta. Twórcy „Karbali” uniknęli błędu swoich kolegów z „Misji Afganistan”, którzy korygując obraz filtrami, zafundowali widzom nienaturalną barwę otoczenia. Niektórych może drażnić powszechnie w filmie używany język angielski – w dodatku w nieco topornym wydaniu. Ale to język tej misji i tak właśnie posługiwali się nim (zresztą, wciąż się posługują), polscy żołnierze. Nieco więc paradoksalnie jest to element, który tylko urealnia fabułę.

Lecz warto mieć świadomość, że „Karbala” nie jest (para)dokumentem. Że nie ma w tym filmie relacji jeden do jednego. Historia sanitariusza oskarżonego o tchórzostwo owszem, miała miejsce, ale kiedy indziej. Z kolei porwanie polskich żołnierzy to wymysł scenarzystów. Ale trudno mieć im to za złe, gdyż te wątki nadają nerw akcji, malują też pełniejszy obraz tego, co działo się w Iraku. Reżyser i producenci wzięli na warsztat wydarzenie z początków misji – po bitwie o City Hall nasi żołnierze byli nad Eufratem i Tygrysem jeszcze ponad cztery lata.

Zło wykluło się już wtedy

Film, który właśnie dziś ma swoją premierę, ukazuje się w wyjątkowym okresie – gdy europejskie plaże szturmują setki tysięcy głównie arabskich uchodźców. „Karbala”, w której Polacy koncertowo rozprawiają się z islamskimi bojownikami, może zatem zostać wykorzystana w antymuzułmańskiej histerii, jaka ogarnęła część naszego społeczeństwa. W istocie będzie to jednak zabieg karkołomny. W filmie oglądamy scenę rozmowy dwóch oficerów – polskiego i bułgarskiego – którzy ze smutkiem przyznają, że ich oddziały są w Iraku na wezwanie Wielkiego Brata. Kolejnego Wielkiego Brata. I nie ma w tym innych powodów i większego sensu – może poza jednostkowymi motywacjami żołnierzy, dla których zagraniczna misja to sposób na nieco większe pieniądze.

Dziś wiemy już, że Amerykanie oszukali cały świat, wmawiając mu, jak wielkim zagrożeniem jest reżim Saddama Husajna. Mamy świadomość, że ta wojna nie była potrzeba. Warto być dumnym z naszych żołnierzy, ale to nie może przekreślić faktu, że polityczna decyzja o ich wysłaniu na Bliski Wschód była błędem. Błędem, który teraz mści się na całej Europie. Szyicka rewolta, której częścią były ataki na karbalski City Hall, została zdławiona. Lecz uruchomionych wówczas procesów nie dało się zatrzymać. Zachodni okupanci musieli zaakceptować dominację szyickiej większości nad sunnicką mniejszością. Aż w końcu ta druga stała się rozsadnikiem, w którym narodziło się Państwo Islamskie – zło, przed którym uciekają dziś mieszkańcy Iraku i Syrii.

—–

Polski patrol na ulicach Hamzy, Irak, jesień 2005/fot. Marcin Ogdowski

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Uwikłani”

– Daniłow zmarł. Dzwoniła właśnie ta lekarka – Wadim patrzył w wyświetlacz smartfona z miną zgnębionego chłopca. – Dowieźli go do szpitala, ale stracił za dużo krwi… – medyk oparł się o burtę terenowego nissana.

– Przykro mi – Domański podszedł do lekarza i położył mu dłoń na ramieniu. – Sam widzisz, jedni mają dziś szczęście, inni nie – dodał.

Mimo iż w okolicy spadły dziesiątki rakiet, żaden „dobrowolec” nie został choćby draśnięty – ani odłamkiem, ani upadającym drzewem, ściętym przez eksplozję. A las nawet nie zdążył się zapalić, bo zaraz po ostrzale – jakby na zamówienie – przyszła kolejna ulewa, dając w bonusie chwilowe wytchnienie od trzydziestostopniowego upału.

– Tak – Wadim schował telefon do kieszeni. – Dobrze, że tu nic się nie stało…

I ledwie padły te słowa, gdy zza pleców dobiegł Domańskiego czyjś głos.

– Wadim! – krzyczał zdyszany mężczyzna. – Wadim! Dowódca chce, żebyś coś zobaczył!

Posłańcem okazał się kolejny nastolatek w mundurze – spocony, ale też blady jak ściana. Jego wygląd zaniepokoił Michała.

– Co się stało? – zapytał.

– Chodźcie – chłopak z trudem przełknął ślinę. – Przed chwilą to znaleźliśmy.

– To? – Wadim sięgał po plecak, który wcześniej odłożył na pakę.

– Zostaw – młodzieniec z woskową twarzą pokręcił głową. – Nie będzie potrzebny…

Ruszyli, przemierzając około trzystu metrów, aż doszli do maleńkiej polany, na której stało już kilkunastu mężczyzn w mundurach. Dwóch nad czymś kucało, jeden, nieco dalej, klęczał z pochyloną głową i głośno wymiotował.

„Co tam, kurwa, jest!?” – Domański poczuł, że serce zaczyna mu bić coraz szybciej.

– Straszne… – minął ich właśnie jeden z Ukraińców, w oczach którego Michał zobaczył łzy. Przyśpieszył kroku, wyprzedzając Wadima, i zatrzymał się dopiero przy świeżo rozgrzebanym dole, nad którym unosiły się roje much i obrzydliwa słodkawa woń.

– Boże – szepnął na widok ludzkich szczątków. Jedna z rakiet musiała uderzyć w skraj płytkiego grobu, odsłaniając jego makabryczną zawartość.

– Mundury i oznaczenia mają nasze, ukraińskie – dowódca kompanii był jednym z kucających mężczyzn. – Ciała zaczęły już nabrzmiewać. Myślę, że leżą tu jakiś tydzień. Wadim, mam rację? – kapitan zwrócił się do lekarza.

Ten kiwnął głową.

– Chyba jest ich tu więcej, a grób ciągnie się w tamtą stronę – oficer odchylił lewą rękę. Do tej chwili brzmiał mocno, bez emocji, teraz jednak zamilkł i schował twarz w dłoni. Gdy kilka sekund później podniósł głowę, spojrzał na Michała.

– Oni nie zginęli w walce – wysyczał, a kolejny z żołnierzy uciekł w bok, walcząc z torsjami.

– Nie – wydusił z siebie ochrypłym głosem Domański.

Z obu widocznych ciał, częściowo jeszcze zasypanych ziemią, jedno leżało na brzuchu. Zabity miał dziurę w potylicy, ściągnięte za plecy ramiona i dłonie spętane drutem kolczastym.

*         *         *

 W lesie, w pobliżu wyludnionej wioski w obwodzie donieckim, oddział rządowej armii odnajduje masowy grób. A w nim trzydzieści dwa ciała bestialsko zamordowanych żołnierzy ukraińskich. Rząd w Kijowie obarcza winą separatystów i Rosję, których oddziały zostały wyparte z tego obszaru kilka dni wcześniej. Świat się oburza, a w Polsce sposób, w jaki potraktowano ofiary – pętając im dłonie drutem i strzelając w potylicę – przywołuje wspomnienia o mordzie katyńskim…

Tymczasem wspierani przez Moskwę rebelianci odpierają zarzuty i… odbijają utracone tereny. Na jaw wychodzą też informacje, które burzą dotychczasowy obraz wydarzeń.

Kto zatem stoi za zbrodnią?

Jakie były jej okoliczności?

Komu zależy na tym, by ich nie ujawniać?

Odpowiedzi poznacie późną zimą, w mojej najnowszej powieści pt.: „Uwikłani”. Główni bohaterowie to czwórka Polaków, zaplątanych w ukraiński konflikt po obu stronach barykady. Ich też łączy pewna tajemnica jeszcze z czasów polskiej misji wojennej w Afganistanie…

Powyższy fragment pochodzi z pierwszych stron przygotowywanej właśnie książki – wrzucam tytułem zachęty do przyszłej lektury.

—–
Zdjęcie ma charakter ilustracyjny. Wschodnia Ukraina, lipiec 2015/fot. Darek Prosiński

Postaw mi kawę na buycoffee.to