Policzek

Dziś popołudniu dowiedzieliśmy się, że minister obrony narodowej skierował do prezydenta wniosek o awansowanie pułkownika Ryszarda Kuklińskiego do stopnia generała. Wśród byłych i obecnych mundurowych zawrzało. I wcale mnie to nie dziwi.

Istotnym elementem żołnierskiego etosu jest tabu zdrady. Ewentualny awans Kuklińskiego oznaczałby niebezpieczną relatywizację postaw, w myśl zasady: „żołnierz nie powinien zdradzać, a l e…”. Tymczasem armia jest tym, czym jest, właśnie dlatego, że w jej szeregach nie ma akceptacji dla wspomnianego „ale”.

Owa pryncypialność skutkuje określonymi oczekiwaniami – niektóre z nich, z perspektywy cywilów, można uznać za przesadne. Niemniej istnieją, i są przez wojskowych artykułowane. Rozmawiałem o Kuklińskim wielokrotnie, z wieloma żołnierzami. Wiele z tych rozmów kończyło się stwierdzeniem: „jeśli czuł, że służy w niewłaściwej sprawie, mógł odejść. Albo honorowo strzelić sobie w łeb. Wybrał najgorszą drogę”.

Dla tych, którzy tak myślą – a jest ich w armii większość – wyniesienie kontrowersyjnego oficera do rangi generała będzie jak policzek.

Jak premiowanie zdrady.

—–

Decyzja Antoniego Macierewicza oznacza bezpardonowe wkroczenie na obszary środowiskowego tabu, jakim w wojsku jest zdrada/fot. Marcin Ogdowski

Postaw mi kawę na buycoffee.to

(Nie)rozsądek

Sporo się ostatnio mówi o tekście Wojciecha Czuchnowskiego, dziennikarza „Gazety Wyborczej”. Na własnym blogu nawołuje on żołnierzy do nieposłuszeństwa wobec ministra obrony narodowej, Antoniego Macierewicza.

W jego ocenie, szef MON zagraża „(…) bezpieczeństwu, stabilności, porządkowi publicznemu oraz wojskowemu RP. Dał tego dowody wielokrotnie, demolując polskie służby specjalne, ujawniając ich tajne dane, podając do publicznej wiadomości nazwiska agentury w Polsce i za granicą. Jako szef tzw. zespołu smoleńskiego destabilizował państwo, opluwając prokuratorów w polskich mundurach. Nazywał ich zdrajcami i zaprzańcami. Negował patriotyzm polskich prokuratorów i urzędników państwowych, szczuł na służby które w Smoleńsku wykonywały swoje obowiązki i których oficerowie zginęli razem z polską delegacją. Poniewierał państwem polskim, negując jego demokratyczny i niepodległy charakter. Uważam, że Antoni Macierewicz nie jest godny pełnić funkcji ministra obrony narodowej. Postawienie go na tym stanowisku to policzek dla armii i dla Polski”.

Trudno nie zgodzić się z dziennikarzem GW, gdy wymienia katalog „zasług” Macierewicza. Faktem jest, że wielu żołnierzy na zawsze już będzie utożsamiać ministra ze sprawą Nangar Khel i sposobem, w jaki potraktowano oskarżonych wojskowych. Uczciwość nakazuje jednak odnotować, że wśród wielu mundurowych Macierewicz właśnie mocno zapunktował. Mam na myśli podwyżki, obietnice rozwiązania problemu korpusu szeregowych, odsyłanych z armii bez praw emerytalnych, czy dynamiczne (na tle poprzedników), działania w zakresie budowy obrony terytorialnej.

Apel Czuchnowskiego mógłby zatem spotkać się tylko z częściowym odzewem.

Ale czy naprawdę chcielibyśmy, by żołnierze zaczęli wymawiać posłuszeństwo ministrowi? Akceptacja takiego stanu rzeczy oznaczałaby, że godzimy się na upodmiotowienie armii w sporach politycznych. W skrajnej sytuacji mogłoby to doprowadzić do szerokiej autonomizacji wojska, które zaczęłoby narzucać własne (w swojej ocenie lepsze) rozwiązania społeczeństwu. Jak by to wyglądało w praktyce, już wiemy – stan wojenny wydarzył się nie tak dawno temu.

A to tylko jedno potencjalne zagrożenie. Armia to nie klub dyskusyjny, którego członkowie w najgorszym razie mogą sobie dać po pysku. Mundurowi mają broń i latami kształcą nawyk używania siły. Poróżnienie ich to prosta droga do niebezpiecznej anarchii w koszarach. Wyobraźmy sobie taką sytuację: oddział żandarmerii przystępuje do zatrzymania grupy niepokornych żołnierzy, którzy w proteście barykadują się w którymś z wojskowych obiektów. Przysłowiowa strzelba mogłaby w pewnym momencie wystrzelić – i co wówczas? Czy obecna sytuacja w Polsce dałaby usprawiedliwienie dla takiego stanu rzeczy? No właśnie…

Jeśli nie daj boże konflikt w Polsce będzie narastał i pisowski rząd wyprowadzi wojsko na ulice z intencją stłumienia społecznego oporu wobec własnej władzy, stanę obok Czuchnowskiego naprzeciw żołnierzom – i będę ich nawoływał do niesubordynacji. Zedrę sobie gardło, krzycząc: „wojsko z nami!”. Ale to – póki co – rozważania w wymiarze political fiction; i niech takimi zostaną. Spór w naszym kraju wciąż toczy się na płaszczyźnie politycznej, bez użycia fizycznej siły. Pełno w nim przemocy symbolicznej, kłamstw, manipulacji, ale to ciągle „tylko” polityka. Oczekiwanie, by wzięło w niej udział wojsko, uważam za – lekko mówiąc – nierozsądne.

—–

Fot. Marcin Ogdowski

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Trolle

Nie trzeba być uważnym obserwatorem, by widzieć, jak mainstreamowe redakcje – od lewa do prawa – relacjonują wojnę na Ukrainie. W tym zakresie panuje niepisana zgoda między światem mediów i polityki. Jeśli już ktokolwiek krytykuje prokijowską linię rządu Rzeczpospolitej – gazeta czy działacz opozycji – odnosi się to do konkretnych działań, nie zaś do intencji czy ogólnej zasadności. Takie zjawiska jak tendencje autonomiczne, obecne od zawsze wśród mieszkańców Donbasu, czy brutalność ukraińskiej armii, ostrzeliwującej cywilne obiekty, w polskim dyskursie medialnym właściwie nie istnieją. Wojna musi być czarno-biała – z Rosją i w pełni z nią utożsamianymi separatystami po złej stronie mocy.

Taki stan rzeczy ma dwie przyczyny. Pierwszą jest jawna, powszechna i niezależna od aktualnych wydarzeń rusofobia. Politycy i dziennikarze schlebiają jej dla własnego interesu bądź zwyczajnie ją podzielają. Druga – zresztą wzmacniająca pierwszą – bierze się z poczucia zagrożenia, wywołanego agresywnymi poczynaniami Moskwy. Co by nie mówić, ukraiński kryzys zaczął się od aneksji Krymu, a w Donbasie – mimo zaprzeczeń Kremla – rebeliantów wspierają oddziały regularnej rosyjskiej armii. W niektórych środowiskach strach, „że Polska będzie następna”, czyni z proukraińskiej narracji wręcz rację stanu.

Oczywiście, w kraju wolnego słowa nie brakuje odmiennych opinii na temat ukraińskiego konfliktu. Towarzyszy im antypatia, dla której usprawiedliwieniem ma być przede wszystkim rzeź wołyńska z 1943 roku. I tu dochodzimy do sedna problemu. Przed wybuchem wojny na wschodzie Ukraińcy cieszyli się dużo lepszą opinią wśród Polaków. Dramat napadniętego kraju winien te sympatie wzmocnić. Stało się inaczej, gdyż tego właśnie chcieli Rosjanie. Imponuje mi sprawność, z jaką ci poruszają się w obszarze nowych technologii. Nie tylko doskonale zagospodarowali potencjał użytecznych idiotów, tworzących niszowe, ale liczne strony internetowe, na których przestrzega się przed „ukraińskim rewanżyzmem”. Opłacani przez własne ministerstwo obrony rosyjscy trolle, przy pomocy nieświadomych manipulacji polskich internautów, zdominowali też fora dyskusyjne mediów głównego nurtu. Wystarczy zerknąć w komentarze pod dowolnym tekstem poświęconym Ukrainie. Zwykle jest to ściek – pełen inwektyw, niesprawiedliwych ocen i zwykłych wymysłów, przedstawiających Ukraińców w paskudnym świetle. Jednak w jego oparciu wiele osób buduje sobie alternatywny obraz wydarzeń.

Taki jest efekt prowadzonej przez Rosjan wojny informacyjnej. Oczywiście, możemy rzecz zignorować, uznać, że taki stan nie ma żadnego wpływu na obronność. Lecz będzie to błąd. Labilność postaw naszych obywateli jest naszą słabością – której musimy przeciwdziałać. To nie zewnętrzne podmioty winny mieć wpływ na kształtowanie poglądów Polaków. A że dziś kształtują się one w dużej mierze w Internecie, powołanie brygady trolli staje się wyzwaniem chwili.

Od woli naszych polityków zależy, czy nadamy jej defensywny czy ofensywny charakter. Czy jej „żołnierze” skupią się wyłącznie na neutralizowaniu obecności rosyjskich trolli na polskich stronach, czy – w ramach retorsji – zaatakują również rosyjskojęzyczny Internet. Brzmi to niezwykle wojowniczo, ale w praktyce sprowadza się do uczestniczenia w dyskusjach na każdym intelektualnym poziomie, rozpowszechnianiu informacji i dezinformacji korzystnych dla Polski, ale i promowaniu pozytywnego wizerunku naszego kraju. I owszem, walka bez karabinu może się wydać niezbyt pociągająca, a jej „specjalsi” raczej nie staną się idolami młodzieży. Rzecz jednak w tym, że słowem i obrazem (zdjęciem, memem, filmikiem) można dziś zaszkodzić przeciwnikowi bardziej niż klasyczną bronią.

—–

Klawiatura to też narzędzie wojny/fot. Marcin Ogdowski

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Demiurg?

Po każdej spektakularnej tragedii pojawiają się spiskowe teorie, mające wyjaśnić jej „prawdziwe” podłoże. Zwykle opierają się one na prostej argumentacji: „zawinił, kto skorzystał”. Dziś, za sprawą internetu, nawet najbardziej absurdalne opinie rozchodzą się dużo szybciej niż kiedyś. Paryż już doczekał się swoich „niewygodnych wyjaśnień”.

Pomijam najbardziej oczywiste „spiski żydowsko-syjonistyczne”. Najciekawsze i najmocniejsze wydają się teorie, w myśl których wybuchy i strzelaniny we francuskiej stolicy to element planu Władimira Putina.

Herbata z polonem

Za takim scenariuszem ma przemawiać bezwzględność rosyjskiego prezydenta, dla którego nie liczą się cywilne ofiary. Jej przykłady ma dostarczać najnowsza historia Rosji. We wrześniu 1999 roku w Moskwie, Wołgodońsku i dagestańskim Bujnaksku doszło do serii ataków bombowych. Zamachowcy wysadzili w powietrze cztery bloki mieszkalne, pod których gruzami zginęło prawie trzysta osób. Czterystu niewinnych ludzi odniosło wówczas rany. Winą natychmiast obarczono Czeczenów. Wątpliwości co do sprawców pojawiły się od razu, lecz dopiero kilka lat później zbiegły na Zachód agent przyznał, że za zamachami stała Federalna Służba Bezpieczeństwa. Jej akcja dała Kremlowi pretekst do interwencji w Czeczenii. Maleńka republika, która kilka lat wcześniej z powodzeniem odparła pierwszą rosyjską inwazję, została wtedy brutalnie spacyfikowana.

Kulisy te operacji ujawnił podpułkownik FSB Aleksander Litwinienko, który zresztą drogo za to zapłacił. Zmarł w Londynie po wypiciu herbaty skażonej silnie radioaktywnym izotopem polonu 210.

Putin demiurg?

Lecz jako się rzekło – to tylko ilustracja „rosyjskiego cynizmu i bezwzględności”. Co miałaby zyskać Rosja, inspirując islamskich fundamentalistów? Pierwsza z teorii jest z gruntu „oczywista” – w interesie rosyjskim jest „rozedrganie” krajów Unii Europejskiej. Zachód w stanie „wojny z terroryzmem” nie będzie miał ani siły, ani ochoty na konfrontację z Rosją. Druga zakłada, że „paryski 11 września” wywoła twardą reakcję NATO, zmuszając Sojusz do lądowej interwencji w Syrii. Kreml nie ma dość sił, by samodzielnie poradzić sobie z islamskimi fanatykami – dlatego chce wciągnąć w tę wojnę Francję i jej sojuszników. Teoria trzecia jest najbardziej złożona. Zgodnie z nią, „zraniony” Zachód z wdzięcznością przyjmie zwiększenie intensywności działań armii rosyjskiej w Syrii – co ma przynieść koniec Państwu Islamskiemu. W zamian zaś da Władmirowi Putinowi wolną rękę na Ukrainie – gdzie konflikt został zamrożony w fazie niezbyt korzystnej dla Rosjan.

W każdym z tych scenariuszy prezydent Federacji miał się zgodzić na uśmiercenie własnych obywateli, którzy zginęli w niedawnej katastrofie lotniczej nad Synajem – do czego również przyznało się ISIS. W pierwszym przypadku zamach na Airbusa byłby zasłoną dymną („nas też zaatakowali”), w ramach dwóch kolejnych teorii miałby służyć zwiększeniu determinacji samych Rosjan.

Putin demiurg? Co o tym sądzicie?

—–

Konflikt na Ukrainie został zamrożony w fazie niezbyt korzystnej dla Rosjan. Czy rosyjscy wojskowi wrócą jeszcze na wschodnio-ukraiński front? Nz. Rosjanin wracający na przepustkę do domu, dworzec w Doniecku, kwiecień 2015/fot. Darek Prosiński

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Rewizja

Wszystko na to wskazuje, że wysadzony nad Synajem rosyjski samolot pasażerski i serię ataków w Paryżu łączy wspólny mianownik – tożsamość zamachowców. Tym samym Państwo Islamskie (ISIS) może doprowadzić do zmiany relacji na linii Unia Europejska-Stany Zjednoczone-Rosja.

Prawdopodobny bowiem jest scenariusz twardej reakcji na paryskie zamachy. Dotychczasowa strategia ograniczonych nalotów bombowych nie sprawdziła się. Aby działania zbrojne przyniosły wymierny skutek w postaci zniszczenia ISIS, muszą przekształcić się w operację lądową.

I tu zaczynają się schody.

W tej chwili Rosja i Zachód prowadzą oddzielne kampanie lotnicze – co poza powodami natury politycznej, wynika również z odmienności celów. Moskwa gra na zachowanie przy władzy Baszara Assada, który dla Europy i Stanów Zjednoczonych jest, póki co, solą w oku. W efekcie rosyjskie maszyny bombardują pozycje wszystkich przeciwników syryjskiego prezydenta, w niewielkim tylko stopniu skupiając się na Państwie Islamskim. Temu ostatniemu dostaje się głównie od samolotów i dronów koalicjantów skupionych wokół USA. Jeśli Zachód zdecyduje się na zmianę charakteru i intensyfikację działań, musi wziąć pod uwagę nie tylko obecność Rosjan, ale też ich strategiczne cele.

To oznacza ciągłe konsultacje polityczne, zapewne również „zgniłe kompromisy” (zachowanie Assada w zamian za wspólny front przeciw ISIS?), a w wymiarze praktycznym – współdziałanie wojsk NATO z armią rosyjską. Bo nawet nie wchodzenie sobie w paradę musi oznaczać chociażby wzajemne informowanie się o bieżących działaniach.

Ta współpraca z pewnością nie spodoba się Ukrainie, będzie bowiem oznaczać koniec polityki izolowania Rosji. Z czasem może nawet doprowadzić do zniesienia zachodnich sankcji, co byłoby formą nagrody za współpracę w Syrii.

Ów scenariusz będzie też nie na rękę polskim władzom, które staną przed trudnym zadaniem – koniecznością przekonania sojuszników, że mimo taktycznych korzyści uzyskiwanych w Syrii i Iraku, w wymiarze strategicznym Rosję wciąż należy traktować jako zagrożenie dla wschodniej flanki NATO. Nowego ministra spraw zagranicznych czeka więc nie lada wyzwanie.

—–

Fot. Marcin Ogdowski

Postaw mi kawę na buycoffee.to