Fikołki

Rozmowa z kpt. rez. pil. Witoldem Sokołem, o dronach, przyszłości lotnictwa załogowego oraz o miłości do MiG-a 29.

Marcin Ogdowski: Zrobił Pan na MiG-29 ponad tysiąc godzin nalotu. Poproszę o obiektywną ocenę możliwości bojowych tej maszyny.

Witold Sokół: Wedle starego porzekadła „nie jesteś tak dobry, jak o sobie myślisz, ani tak zły, jak o tobie mówią”. Idealnie pasuje to do MiG-a, który jest ofiarą własnej legendy. Tę maszynę zaprojektowano jako lekki frontowy myśliwiec, czyli samolot, który działa 150-200 km od bazy i zabezpiecza własne wojska przed środkami napadu powietrznego. Miał szybko dolecieć w rejon działań, zniszczyć samoloty zagrażające oddziałom na lądzie, wrócić, zatankować i znowu polecieć. W związku z tym nie potrzebował dobrego radaru o dużym zasięgu. Nie potrzebował uzbrojenia o średnim i dużym zasięgu. Jego walorami miały być manewrowość, łatwość obsługi i skuteczność uzbrojenia krótkiego zasięgu. Do zadań poza pierwszym kręgiem były Su-27, od walki na najdalszym dystansie MiG-i-31.

Czyli żaden dominator pola bitwy, a koń roboczy do ściśle określonych zadań.

Solidne narzędzie.

Mimo paliwożerności?

Fakt, to był problem. Na MiG-u-29 latało się krótko – godzinę, maks półtorej z dodatkowym zbiornikiem. Włączenie dopalania oznaczało, że po minucie było 400 kg paliwa mniej. A więc przewagę w manewrowaniu mogłem wykorzystywać tylko przez pięć minut, bo potem kończyło mi się paliwo…

Jak pilotom Messerschmittów z czasów bitwy o Anglię, którzy po przeskoczeniu Kanału mieli tylko chwilę na walkę z Brytyjczykami.

Dokładnie tak. A MiG ma jeszcze inną wadę – kopci i widać go z daleka. Do tego duża powierzchnia odbicia czyni go łatwym do zauważenia na radarze. W symulowanych walkach powietrznych z F-16, zachodni piloci zawsze próbowali nas zastrzelić z dużej odległości. Wiedzieli, że jak tego nie zrobią, to na bliskim dystansie ich rozszarpiemy. F-16 to taki gość z pistoletem, MiG-29 to karateka. W bliskim kontakcie nie dawał przeciwnikom szans.

Ale najpierw trzeba było „dobiec”…

Nie raz się udało, co budowało MiG-owi legendę, a ta w ostatecznym rozrachunku zrobiła mu krzywdę.

Ma Pan na myśli odwlekanie modernizacji polskich „dwudziestek dziewiątek”?

Skoro to tak dobry myśliwiec, to czego wy jeszcze chcecie? Takie podejście było. Tymczasem mówimy o samolocie, którego pełne walory bojowe wygasły już w latach dziewięćdziesiątych. W NATO zawsze znaleziono dla nas jakąś niszę. Byliśmy wsparciem, tłem, nigdy głównym graczem. Taka rola MiG-a.

Zostawmy przeszłość i wybiegnijmy w przyszłość. Technologia coraz bardziej ogranicza udział pilota, zastępując go coraz bardziej wymyślnymi systemami. To proces, na końcu którego mamy maszyny w pełni bezzałogowe. Czy to nieuchronna przyszłość lotnictwa?

Uważam, że zawsze będzie ten czynnik ludzki – konieczność pilotowania, także z elementami akrobacji, choć pewnie w coraz większym stopniu zdalnego.

To chyba już inne nawyki?

Na emeryturze zbudowałem sobie symulator, wyposażony w okulary do wirtualnej rzeczywistości. Poza tym, że nie ma przeciążeń, odczuwam lot tak, jakbym siedział w kabinie.

Ale Pan spędził mnóstwo godzin za sterami prawdziwych maszyn.

Dlatego operatorzy bezzałogowych statków powietrznych muszą mieć możliwość normalnego latania. Ci, którzy szkolą się w Dęblinie, są też klasycznymi pilotami.

Natomiast jeśli chodzi o drony FPV, trudno tu mówić o samolotach. To są latające pociski, sterowane. Swoista artyleria, nie lotnictwo.

Rozumiem, że Pańskim zdaniem małe drony nie wyeliminują konieczności posiadania „dużego” lotnictwa załogowego i bezzałogowego?

Nie, one są do innych zadań. Co więcej, nie wierzę, byśmy poszli w skrajną autonomiczność systemów uzbrojenia. Oddanie wszystkiego sztucznej inteligencji to recepta na scenariusze z filmów science-fiction.

To, jak wciąż ważne jest klasyczne lotnictwo załogowe, dobrze pokazuje ostatnia wojna Izraela z Iranem.

Owszem, choć ona udowodniła również, że samo lotnictwo to za mało. By izraelskie samoloty mogły nad Iranem operować, wcześniej należało wyeliminować irańską obronę przeciwlotniczą. W dużej mierze uczyniły to grupy dywersyjne na ziemi. Ktoś musiał zebrać dla nich dane, wskazać cele, przygotować misję. W wojskowej nomenklaturze mówi się o działaniach wielodomenowych, to jest ich dobry przykład.

C.d. rozmowy znajdziecie na portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

Kpt. rez. pil. Witold Sokół, absolwent Wyższej Oficerskiej Szkoły Lotniczej w Dęblinie (1993 rok). Służył m.in. w 1. Eskadrze Lotnictwa Taktycznego w Mińsku Mazowieckim, przez cztery lata był pilotem pokazowym samolotu MiG-29. Z latania akrobacyjnego zrezygnował w 2006 roku. Po odejściu ze służby czynnej zajął się działalnością społeczną i komentatorską. Fani awiacji znają go z prowadzenia największych w Polsce pokazów lotniczych, w tym Air Show w Radomiu. Obecnie wykładowca w Lotniczej Akademii Wojskowej.

—–

Szanowni, do spraw okołoukraińskich wrócę pojutrze. A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewick, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia – Czytelnikowi o pseudonimie Ron Irondell oraz Pawłowi.

To dzięki Wam powstają także moje książki! A skoro o nich mowa, w sklepie Patronite możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Migi z malborskiej eskadry, zdjęcie sprzed kilku lat/fot. Bartek Bera, zdjęcie pochodzi z albumu „Sięgając nieba”.

Sygnały

– Skracam czas, jaki dałem putinowi – oświadczył przedwczoraj donald trump, po czym sprecyzował, że Moskwa ma 10-12 dni na doprowadzenie do przełomu w rozmowach pokojowych z Ukrainą. – Daję mu mniej czasu, bo sądzę, że już znam odpowiedź, wiem, co się stanie – mówił amerykański prezydent. Przełom?

Przypomnijmy, 14 lipca trump postawił rosjanom ultimatum. Dał im 50 dni na dogadanie się z Ukraińcami i zagroził, że jeśli do tego nie dojdzie, wówczas USA nałożą na rosję wysokie cła, w tym cła wtórne w wysokości 100 proc. na kraje, które kupują rosyjskie surowce (chodzi m.in. o Chiny i Indie). Moskwa zupełnie się tym nie przejęła, kontynuując nie tylko działania na froncie, ale również terrorystyczne naloty rakietowo-dronowe na ukraińskie miasta.

– Jestem bardzo rozczarowany putinem – przyznał w wywiadzie z 28 lipca główny lokator Białego Domu. To pierwsze jego tak dosadne słowa krytyki pod adresem zbrodniarza z Kremla. W porównaniu z dotychczasowym „miękkim kursem” to wręcz zimnowojenna retoryka, być może zwiastująca zwrot w relacjach USA-rosja.

Nadmierny optymizm? Niekoniecznie, sygnałów bowiem jest więcej. Kilkanaście dni temu dowódca sił lądowych USA w Europie i Afryce (USAREUR-AF), gen. Christopher T. Donahue, przyznał, że NATO opracowało plan zneutralizowania Królewca. Wedle publicznych deklaracji generała, do takiej operacji doszłoby w przypadku pełnoskalowego konfliktu z rosją. Jej założenia mają być częścią nowej strategii sojuszniczej, znanej jako „Linia Odstraszania na Wschodniej Flance”.

– Już to zaplanowaliśmy i już to opracowaliśmy. Problem potencjału i dynamiki, który rosja nam stwarza… Opracowaliśmy możliwości, które pozwolą nam rozwiązać ten problem – powiedział Donahue 16 lipca, podczas inauguracyjnej konferencji LandEuro w Wiesbaden, gdzie spotkali się przedstawiciele armii państw NATO oraz przemysłu zbrojeniowego.

Generał mówił o zniszczeniu rosyjskiego potencjału wojskowego w Obwodzie Królewieckim „w niespotykanym dotąd czasie i szybciej niż kiedykolwiek wcześniej”. W odpowiedzi Moskwa użyła swojego stałego argumentu, przypominając o wysokim stopniu gotowości własnych sił nuklearnych.

Tego samego dnia Amerykanie przerzucili swoją broń atomową do Wielkiej Brytanii. Chodzi o co najmniej kilka bomb termojądrowych B61-12, które trafiły do brytyjskiej bazy w Lakenheath. B61-12 to ładunki taktyczne, ich wcześniejsze wersje składowano już na terytorium Wielkiej Brytanii. Ale w 2008 roku władze USA podjęły decyzję o wycofaniu własnych „atomówek” z Wysp. Od tej pory jedyne amerykańskie głowice nuklearne w Europie znajdowały się we wspólnym sojuszniczym zasobie, w ramach natowskiego programu Nuclear Sharing (chodzi o kilkadziesiąt sztuk). Oczywiście własne głowice posiadają również Brytyjczycy i Francuzi.

Nie zrozumcie mnie źle – Amerykanie nie sugerują, że zmiotą Królewiec z powierzchni ziemi taktycznymi atomówkami. Donahue powiedział wprost, że anihilacja obwodu odbyłaby się przy użyciu konwencjonalnych środków – i to bez konieczności zajmowania rosyjskiego terytorium. Posłanie bomb na Wyspy to po prostu sygnał, który Waszyngton wysyła Moskwie – że obecna administracja USA nadal angażuje się w zapewnienie bezpieczeństwa Europie, czego kluczowym elementem jest parasol nuklearny.

Co zrobią rosjanie w obliczu amerykańskiej wolty? Póki co ich giełda zareagowała paniką na zapowiedź wysokich ceł – 28 lipca, w ciągu godziny, akcje notowanych w Moskwie spółek spadły o 1,4 mld dol. Ale jak zareaguje putin? Zdaniem ekspertów, kluczem jest determinacja i asertywność trumpa. Za groźbami wojskowymi musi pójść także presja ekonomiczna, która pomnoży rosyjskie koszty wojny w Ukrainie oraz koszty drastycznej remilitaryzacji. Wojowanie i grożenie wojną musi się przestać rosjanom opłacać.

—–

Szanowni, gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa, w sklepie Patronite możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. ilustracyjnym amerykański samolot transportowy C-17. To na pokładzie takiej maszyny „atomówki” trafiły do Wielkiej Brytanii/fot. własne

Służba

W publicznym dyskursie co rusz pojawia się teza, wedle której niespecjalnie poczuwamy się do obowiązku obrony ojczyzny. Media eksploatują wątek gotowości do ucieczki z kraju, wyrażanej przez dużą część Polaków. „Kto nas będzie bronił!?”, „Gdy wybuchnie wojna, nie będzie komu walczyć!”, alarmistyczne tytułu pojawiają się nie tylko w tabloidach. Ale czy rzeczywiście jest tak źle? I co tak naprawdę deklarują Polacy?

W media co rusz pojawiają się sondaże dotyczące gotowości Polaków do służby i obrony kraju. Nic w tym dziwnego, zważywszy na fakt, że jesteśmy krajem przyfrontowym, mocno zaangażowanym w pomoc napadniętej przez rosjan Ukrainie. Nie czas i miejsce, by je obszerniej cytować, warto jednak posłużyć się omówieniem sondażowych trendów. W tym celu sięgnijmy po raport „Powszechna Służba Państwowa. Program budowy rezerw osobowych na rzecz bezpieczeństwa RP”, przygotowany przez Instytut Sobieskiego i Instytut Wschodniej Flanki. Autorzy opracowania zwracają uwagę, że średnio około 15% badanych wyraża gotowość aktywnej obrony ojczyzny. Po przełożeniu na liczby rzeczywiste daje to 4,5 mln dorosłych Polaków. Kolejna jedna piąta mówi, że w sytuacji kryzysowej pewnie nie poszłaby dobrowolnie na front, ale zaangażowałaby się w wolontariat; to około 6 mln dorosłych osób.

A zatem wcale nie jest tak źle z naszym poczuciem odpowiedzialności za kraj i wspólnotę. Owe 15 i 20% mogą się wydawać niewielkimi odsetkami, ale biorąc pod uwagę wielkość populacji, są to wystarczające liczby, by myśleć o tworzeniu armii zdolnej odeprzeć atak rosji i budowie zaplecza efektywnie wspierającego wysiłki wojska.

Właśnie – zaplecza. Uwarunkowania geopolityczne wymuszają na Polsce budowanie systemu powszechnej obrony, obejmującego nie tylko silną armię, ale też liczną i wydajną obronę cywilną. Na co w Polsce – sądząc po wynikach badań – jest nie tylko przyzwolenie, ale i wielka (liczona w miliony potencjalnych ochotników) gotowość.

—–

Do tego, że powszechność cywilnych postaw proobronnych jest kluczowa dla społecznej odporności, przekonuje ppłk Maciej Korowaj, emerytowany oficer wywiadu, jeden z autorów raportu pt. „Powszechna Służba Państwowa”.

– Współczesna wojna nie jest i nie będzie prowadzona wyłącznie przy użyciu sił zbrojnych – argumentuje. – A aspekt pozawojskowy automatycznie przekłada się na działanie armii. Żołnierz lepiej walczy, jeżeli wie, że jego rodzina ma zapewniony byt. Dostęp do energii elektrycznej, usług medycznych, że odpowiednie służby dbają o jej bezpieczeństwo pożarowe czy socjalne. W każdym z tych obszarów mamy już struktury, ale na czas wojny będą one wymagały drastycznej rozbudowy, dopływu ochotników. Te kadry trzeba przygotować już teraz, w czasie pokoju, i systematycznie prowadzić ich trening.

Zdaniem Korowaja, przykład Ukrainy dobrze pokazuje, jak ważne są obrona cywilna i działania wolontariackie. Ale pułkownik radzi też zerknąć w stronę rosji, która mimo prowadzonej wojny była w stanie poradzić sobie z katastrofalnymi powodziami na Dalekim Wschodzie w 2024 roku.

– To mógł być cios w plecy, a nie był, bo federacja ma służby i setki tysięcy przeszkolonych ludzi do reagowania kryzysowego. My też powinniśmy takie kadry mieć, zwłaszcza że to zasób przydatny nie tylko w czasie wojny.

—–

Jak taki system zbudować? Przyjrzyjmy się idei Powszechnej Służby Państwowej, postulowanej przez Instytut Sobieskiego i Instytut Wschodniej Flanki. Jak podkreśla Maciej Korowaj, obejmuje ona nie tylko obszar ściśle wojskowy, związany z budową rezerw na potrzeby armii, ale i obronę cywilną, sferę medyczno-opiekuńczą i służby działające w ramach Krajowego Systemu Ratowniczo-Gaśniczego. Ponadto certyfikowane przez państwo organizacje pozarządowe, wyspecjalizowane w działaniu kryzysowym oraz spółki kluczowe z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa (obsługujące infrastrukturę krytyczną). Wedle projektu, docelowo każdy młody człowiek po ukończeniu szkoły średniej trafiłby na trzymiesięczne szkolenie w wybranym przez siebie sektorze. Za co otrzymałby miesięczne wynagrodzenie równe aktualnej średniej krajowej (dziś byłaby to kwota około 6200 zł na rękę).

Ale pieniądze to nie wszystko. Służba – w takie czy innej formie – wiązałaby się z nabyciem kompetencji podwójnego zastosowania. Przydatnych w wojsku i w cywilu, za co armia by zapłaciła, także przy odnawianiu uprawnień czy certyfikatów.

– Każdy rodzaj szkolenia byłby związany z benefitami, na przykład z możliwością uzyskania uprawnień do kierowania specjalistycznych samochodem, licencji pilotowania bezzałogowca, szkoleniami ratowniczymi czy dodatkowymi punktami do rekrutacji na studia specjalistyczne – wymienia ppłk Korowaj.

Brzmi to sensownie? Owszem. Wpisuje się w społeczne oczekiwania? Jak najbardziej. Nad podobnymi rozwiązaniami pracuje również Sztab Generalny Wojska Polskiego. Co więcej, wiele wskazuje na to, że istnieje polityczny konsensus dla wprowadzenia w Polsce czegoś na wzór Powszechnej Służby Państwowej. Piłka leży po stronie decydentów…

—–

Szanowni, do spraw okołoukraińskich wrócę jutro. A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewick, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również mojej najhojniejszej „kawoszce” z ostatniego tygodnia – Marcie Müller-Reczek.

To dzięki Wam powstają także moje książki! A skoro o nich mowa, w sklepie Patronite możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Pełną wersję tego tekstu opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do materiału.

Nz. ćwiczenia 6 BPD na Pustyni Błędowskiej, zdjęcie ilustracyjne/fot. 6 BDP

Żołnierz

„Wodzu, będzie nam Ciebie brakowało…”, to jedna z najczęściej powtarzających się fraz w komentarzach po śmierci gen. Waldemara Skrzypczaka. Za tymi słowami zwykle stoją byli podwładni, koledzy z armii, ale nie tylko. Generał był „wodzem” także dla dziennikarzy zajmujących się tematyką wojny i wojska. Do końca swoich dni ciężko na ten tytuł i szacunek pracował.

Latem 2009 roku sytuacja w Afganistanie gwałtownie się pogorszyła. Nie było dnia bez starć sił koalicji z talibskimi bojówkami. Również w polskiej strefie, w prowincji Ghazni, dochodziło do co najmniej kilku incydentów na dobę – ostrzałów baz, ataków na konwoje i patrole. Gdy 10 sierpnia w zasadzce w wiosce Usman Khel zabito por. Daniela Ambrozińskiego, informacje o intensyfikacji walk dotarły wreszcie do opinii publicznej w Polsce. Waldemar Skrzypczak był wówczas dowódcą wojsk lądowych. Kilka dni po śmierci Ambrozińskiego, podczas jego pogrzebu, wygłosił emocjonalne przemówienie, domagając się od polityków nazwania misji w Afganistanie „wojną” oraz adekwatnego wyposażenia wysyłanych do Azji oddziałów.

– Wybuchła medialno-polityczna burza, generał w proteście złożył dymisję – wspomina Marcin Ogdowski, w 2009 roku autor bloga zAfganistanu.pl, dziś dziennikarz „Polski Zbrojnej”. – Kilka tygodni później byłem pod Hindukuszem, zwykli żołnierze bardzo wysoko oceniali ten gest. To wtedy po raz pierwszy zetknąłem się z określeniem „wódz”.

Ta historia nie tylko ugruntowała nieformalną pozycję Waldemara Skrzypczaka, miała też znacznie szersze, wymierne skutki. – Generał dopiął swego – przekonuje Ogdowski. – Odtąd nie mówiło się już o misji stabilizacyjnej, a o wojnie. Skrzypczak wywołał zainteresowanie mediów, opinia publiczna dostała rzetelne informacje. Skorzystali na tym także żołnierze, bo pokłosiem dymisji generała było uruchomienie tzw. pakietu afgańskiego, w ramach którego znacząco poprawiono wyposażenie kontyngentu.

Lekcja na całe życie

Ale troska o podwładnych objawiała się także w mniej spektakularnych gestach. – Ta historia wydarzyła się na początku lat 90. – zaczyna opowieść płk rez. Tomasz Szulejko, niegdyś rzecznik Dowództwa Wojsk Lądowych, a potem Sztabu Generalnego WP. Nasz rozmówca był wówczas świeżo upieczonym oficerem i jako dowódca plutonu miał odprowadzić kadetów Szkoły Chorążych Wojsk Pancernych na praktyki do 68 Pułku Czołgów Średnich do Budowa, po czym już samotnie wrócić do Poznania. Początkowo podróż przebiegała w miarę gładko. – Do Szczecinka dojechaliśmy pociągiem – wspomina. Później jednak zaczęły się schody. Do oddalonego o przeszło 60 km Budowa transportu już nie było. – Musieliśmy sobie radzić sami. Część drogi przejechaliśmy jakimiś busami, część przeszliśmy na własnych nogach, na koniec skróciliśmy sobie drogę, maszerując przez pole buraków – uśmiecha się Szulejko.

Już na miejscu do kadetów wyszedł szef sztabu pułku – kapitan Waldemar Skrzypczak.

– Jak się tutaj dostaliście? – zwrócił się do dowódcy plutonu.

– No, przez pole…

– To jak pan będzie wracał, dam panu mojego UAZ-a. Dowiezie pana na stację w Szczecinku – Szulejko relacjonuje rozmowę z przyszłym generałem, po czym dodaje. – Zobaczyłem wtedy człowieka empatycznego i wrażliwego. Dowódcę, który nie odgradza się od żołnierza, potrafiącego postawić się na jego miejscu. To była dla mnie lekcja na całe życie.

Moralnie ważny sygnał

Również na początku lat 90. z późniejszym „Wodzem” zetknął się Rajmund Andrzejczak, wtedy porucznik, dowódca kompanii czołgów w Giżycku. Skrzypczak był w tamtym czasie szefem sztabu 1 Warszawskiej Dywizji Zmechanizowanej, na Mazury przyjechał z inspekcją. – Odstawał od ówczesnej kadry – mówi gen. Andrzejczak. – Merytoryka nieagresywna, wysoka kultura osobista, nie budował dystansu – wymienia były szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. – Byłem pozytywnie zaskoczony, że oficer tej rangi tak po prostu chce rozmawiać ze zwykłym porucznikiem i wysłuchać go. Waldek w relacjach z podwładnymi był absolutnie nieszablonowy.

– Był geniuszem jeśli chodzi o budowanie relacji z podwładnymi niższego szczebla – potwierdza gen. Mirosław Różański, były dowódca generalny rodzajów sił zbrojnych. – Śmiało mogę użyć stwierdzenia, że szeregowi czy podoficerowie kochali go.

Tę nieszablonowość i oddanie widać było także wiele lat później. – Lubił atmosferę poligonu, błoto, zmęczenie… – mówi Edyta Żemła, była redaktor naczelna portalu „Polska Zbrojna” dzisiaj dziennikarka Onetu, która znała generała także na stopie prywatnej. – Cenił towarzystwo swoich żołnierzy. Jadał z nimi, zawsze był gotowy pomagać im w rozwiązywaniu problemów, nie tylko tych związanych ze służbą. W ten sposób budował swój autorytet. Kiedy wydawał rozkazy, nigdy nie krzyczał, nie przeklinał – podkreśla Żemła, po czym przechodzi do głośnej sprawy Nangar Khel. W 2007 roku grupa polskich żołnierzy została zatrzymana pod zarzutem umyślnego ostrzelania cywilów w Afganistanie. Wojskowi trafili do aresztu, a prokuratura postawiła im zarzuty. Z dramatu zrobiono medialno-polityczny cyrk, de facto przesądzając o winie żołnierzy na długo przed procesem. – Skrzypczak był w stałym kontakcie z ich rodzinami, jeździł do aresztu i na rozprawy sądowe – relacjonuje reporterka Onetu. – Wspierał ich przy każdej okazji, zarówno jako dowódca wojsk lądowych, jak i później, gdy był już poza armią. Powtarzał, że wierzy w ich niewinność. Ostatecznie żołnierze zostali oczyszczeni z zarzutów. – Zaangażowanie Waldka w tę sprawę to był moralnie ważny sygnał dla wojska – komentuje Rajmund Andrzejczak.

Podniesiona zasłona milczenia

Walka o dobre imię podwładnych czasem sprowadzała się do tego, by nie odbierano im zasług. By można było mówić o zadaniach i wysiłkach podejmowanych przez żołnierzy WP. Świetnie ilustruje to historia, którą przytacza Marcin Górka, dziennikarz, współautor książki „Karbala”.

– Gdyby nie generał Skrzypczak, być może nie dowiedzielibyśmy się o bohaterskiej walce polskich żołnierzy w irackiej Karbali – przekonuje Górka i opowiada o ciągu zdarzeń, zainicjowanych pechem. – Generał, wtedy dowódca 11 Dywizji Kawalerii Pancernej w Żaganiu, jechał do swojego sztabu z rodzinnego Kołobrzegu, gdzie spędził weekend. Nigdy nie miał szczęścia do samochodów (a to zalał kiedyś diesla benzyną, a to nie ustąpił pierwszeństwa tramwajowi), także i tym razem auto odmówiło posłuszeństwa dosłownie w środku puszczy. W 2005 roku telefony komórkowe nie miały zasięgu w międzyrzeckich lasach. Skrzypczak stał więc bezradnie przy zepsutym samochodzie, licząc na los, który pozwoli mu dostać się do Żagania.

W tym czasie drogą podróżował kpt. Grzegorz Kaliciak, wówczas oficer 17 Wielkopolskiej Brygady Zmechanizowanej w Międzyrzeczu. Ten sam, który podczas II zmiany polskiego kontyngentu wraz z dowodzonymi przez siebie żołnierzami stoczył w Karbali regularną bitwę z bojownikami Muktady As-Sadra. To wydarzenie nazwano później „największą bitwą Polaków po II wojnie światowej”, ale na przełomie 2004 i 2005 roku opinia publiczna nie miała o niczym pojęcia. Ogromna większość wojska zresztą też, bo politycy kazali spuścić nad Karbalą zasłonę milczenia.

– Kaliciak zabrał Skrzypczaka do Żagania – kontynuuje opowieść Górka. – W aucie wywiązała się rozmowa, bo generał właśnie szykował się do objęcia dowodzenia IV zmianą w Iraku, a Kaliciak miał świeże doświadczenia. Na pytanie „jak było?”, opowiedział dowódcy o walkach w Karbali.

Skrzypczak postanowił, że Polacy muszą dowiedzieć się o zwycięskiej bitwie. – Jakiś czas później zadzwonił do mnie, bo jako dziennikarz relacjonowałem misje poza granicami kraju, i zaprosił do Międzyrzecza – wspomina Górka. – Tam uczestnicy wydarzeń opowiedzieli o stoczonej walce. Dalszy ciąg tej historii to książka i film fabularny, którym generał Skrzypczak kibicował na każdym etapie powstawania.

Na czele na przeprawie

– Jak im pozwolimy, to wejdą nam na mury – przekonywał Skrzypczak, dowódca kontyngentu w Iraku. Te słowa padły w bazie Echo w Diwaniji. – Generał miał na myśli irackich bojowników – tłumaczy Marcin Ogdowski, w 2005 roku korespondent w Iraku. – Opowiadał nam, dziennikarzom, którzy właśnie przylecieli relacjonować poczynania Polaków, co zastaniemy na zewnątrz bazy i z czego wynika aktywność pododdziałów bojowych kontyngentu. Rzeczywiście, Skrzypczak narzucił wtedy wysokie tempo działań, a bojówka miała pełne ręce roboty. Ale nie było w tym bohaterszczyzny, parcia na wojskowy sukces kosztem podwładnych. Było asertywne, przemyślane i dotkliwe dla przeciwnika działanie. W efekcie „za Skrzypczaka” w polskiej strefie odpowiedzialności panował względny spokój. A generał przywiózł do kraju wszystkich żołnierzy, poza jednym, który zginął w wypadku.

O kulisach IV zmiany PKW Irak opowiada nam również gen. broni dr Krzysztof Król ze Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. – Stałem na czele oddziału operacyjnego Wielonarodowej Dywizji Centrum-Południe – wspomina generał i zaczyna kreślić odpowiedni kontekst. Niewesoły, wszak okazało się, że zanim IV zmiana wyruszyła do Iraku, zapadła polityczna decyzja o redukcji kontyngentu do 1700 żołnierzy. – Ograniczenia liczby wojska nikt z dowódcą zmiany nie konsultował – podkreśla Król. – Decyzja była o tyle niezrozumiała, że na misji zaczęło ginąć coraz więcej żołnierzy. Generał Skrzypczak przekonał więc ówczesnego szefa SGWP generała Czesława Piątasa o potrzebie wzmocnienia PKW Irak o dodatkowe śmigłowce bojowe Mi-24.

IV zmiana zaczęła się w lutym 2005 roku. – W opinii generała Skrzypczaka jedyną możliwością uniknięcia strat osobowych i osiągnięcia celów misji było przejęcie inicjatywy operacyjnej – relacjonuje gen. Król. – Jego umiejętności zjednywania sobie ludzi i sojuszników widoczne były na każdym niemal kroku. Rozpoczęły się częste wizyty w dowództwach irackich jednostek: 5 Dywizji i 3 Samodzielnej Brygadzie, które przyniosły wiele wspólnych, bardzo udanych operacji. Generał okazał się również skutecznym negocjatorem pomiędzy sunnitami i szyitami, pielgrzymującymi do świętego miasta Karbala przez obszar odpowiedzialności polskiej dywizji.

– Bo Skrzypczak nie bał się podejmowania trudnych decyzji – wtrąca gen. Różański. I podaje przykład z czasów swojej służby jako dowódcy 17 WBZ. – Na poligonie drawskim mieliśmy Rosomakami pokonywać przeszkodę wodną Zły Łęg. Chcieliśmy jednak, by w transporterze płynęli nie tylko kierowca i dowódca wozu, lecz także żołnierze desantu. Był problem, ponieważ wozy tego typu mieliśmy od niedawna i do pływania nie było opracowanych jeszcze odpowiednich procedur i dokumentów. Nie ukrywam, że żołnierze trochę obawiali się tego zadania – przyznaje generał.

Co wydarzyło się później? Różański zakładał kamizelkę ratunkową, gdy na przeprawie pojawił się generał Skrzypczak. – Był dowódcą naszej dywizji – wyjaśnia późniejszy szef DGRSZ. – Przedstawiłem mu, na czym polega problem. Decyzja była jedna: włożył kamizelkę i popłynął z nami. On w jednym Rosomaku, ja w kolejnym, a za nami pozostałe wozy brygady z żołnierzami na desancie. Dał przykład i rozwiał wszelkie obawy żołnierzy. Między innymi dlatego wszyscy go bardzo szanowali.

Dowódcą przeprawiającej się wówczas kompanii był Rafał Miernik, obecnie generał brygady, szef Zarządu Szkolenia SGWP. – „Miernik, to ty to wymyśliłeś!?”, zapytał Skrzypczak z udawanym wyrzutem – były dowódca kompanii opisuje spotkanie z generałem. Po czym już zupełnie poważnie dodaje: – Dla żołnierzy była to wielka nobilitacja i dowód na to, że mają dowódcę z krwi i kości. Pokazał im, że ma do nich zaufanie, a także do nowego jakby nie było sprzętu.

Wizjoner i strateg

– Zapamiętam Skrzypczaka jako charyzmatycznego dowódcę – deklaruje senator Różański. – Trudnego, bo jako profesjonalista wojsko znał od podszewki. Współpracując z nim, nie można było sobie pozwolić na półśrodki, konfabulację czy mówiąc kolokwialnie ściemnianie. Skrzypczaka nie dało się zbyć byle czym. Miał ogromną wiedzę i doświadczenie. Był najwyższej klasy specjalistą na poziomie taktycznym i operacyjnym.

Kochał zawiłości wojskowego rzemiosła. – Kiedyś zaprosił mnie do domu i zaczęliśmy rozmawiać o historii i taktyce – opowiada Edyta Żemła. – Cofnęliśmy się do czasów Układu Warszawskiego. W pewnym momencie generał wstał od stołu, sięgnął po stare mapy i rozłożył je na dywanie. Zaczął opowiadać o ruchach wojsk, taktycznych i operacyjnych zawiłościach. Oczy mu błyszczały, trochę jak dzieciakowi… Armia to było jego życie – nie ma wątpliwości dziennikarka.

W marcu 2017 roku Skrzypczak udzielił wywiadu portalowi Interia.pl. Zapytany o to, gdzie powinien pójść wysiłek organizacyjny i finansowy Wojska Polskiego, odpowiedział: „Na zbudowanie sił, które będą w stanie podjąć walkę między Bugiem a Wisłą. (…) musimy mieć siły zdolne do działań obronno-opóźniających, które będą w stanie wytrzymać pierwszy impet uderzenia przeciwnika, stworzyć warunki do obrony w głębi kraju, na przykład na Wiśle, i tym samym umożliwić oddziałom NATO podejście do rejonu operacji”. – Co konkretnie do tego trzeba? – zapytał przeprowadzający rozmowę Marcin Ogdowski. – W przypadku ataku strategicznym celem armii rosyjskiej będzie jak najszybsze osiągnięcie linii Odry. Rosjanie będą zatem dążyli do tego, by w ciągu 2–3 dni rozbić główne siły Wojska Polskiego. Mając na wschodzie trzy średnie dywizje, uzbrojone w nowoczesne wozy bojowe i inne niezbędne środki walki, a do tego operacyjne przygotowanie terenu – fortyfikacje, przeszkody, przećwiczone niszczenia kluczowych obiektów – powinniśmy dać radę efektywnie opóźnić działanie przeciwnika – przekonywał Skrzypczak.

Wtedy brzmiało to jak political fiction… Kilka lat później doszło do pełnoskalowej rosyjskiej inwazji w Ukrainie. Ryzyko wojny z Rosją wzrosło, Polska weszła na ścieżkę szybkich zbrojeń, w ramach których uruchomiono projekt „Tarcza Wschód”. Nieco wcześniej zaczęła się rozbudowa potencjału WP w międzyrzeczu Wisły i Bugu, byśmy mieli tam trzy dywizje. – Wodzu od dawna wiedział, co należy zrobić, bo był także świetnym strategiem – konkluduje wątek Ogdowski.

Pragmatyzm i klasa

– Skrzypczak był zakochany w czołgach – twierdzi Rajmund Andrzejczak, sam pancerniak. – Wdrożenie Leopardów do Wojska Polskiego to był jego wysiłek, jego zasługa. Ale to uczucie nie było dogmatyczne, Waldek dostrzegał również słabości czołgów. Widział potrzebę budowy innych zdolności, na przykład rolę śmigłowców czy bezzałogowców. Jako dowódcę cechował go pragmatyzm, nie doktrynerstwo.

Z przejawem tego pragmatyzmu zetknął się Michał Niwicz, fotoreporter „Polski Zbrojnej”. – Kiedyś, na spotkaniu z dziennikarzami w Dowództwie Wojsk Lądowych, już po zakończeniu części oficjalnej, generał rozmawiał z nami w mniej formalny sposób – opowiada Niwicz. – Padło pytanie o PKW Afganistan. Generał, nieco zniecierpliwiony, powiedział: „Ciągle przysyłają mi stamtąd grube raporty. Szczerze mówiąc, nie mam czasu tego wszystkiego czytać. Mówię im: nie piszcie raportów, tylko napiszcie, ile amunicji mam wam przysłać” – Niwicz przyznaje, że ta wypowiedź wywarła na nim duże wrażenie. – Skrzypczak był odważny i zdecydowany – dodaje fotoreporter, który pracował z generałem także w Iraku. – Niby oczywiste cechy najwyższych dowódców, a jednak nie tak często spotykane.

Waldemar Skrzypczak wyróżniał się też klasą. Bogusław Politowski z „Polski Zbrojnej” przytacza historię z 2005 roku. Żagań witał wówczas żołnierzy, którzy powrócili z IV zmiany w Iraku. – Uroczystość z pompą, bo na trybunie pojawił się ówczesny minister obrony Jerzy Szmajdziński – prezentuje kontekst Politowski. – Narrator rozpoczął ceremonię i nagle stop. Dowódca kontyngentu generał Skrzypczak zaprasza na trybunę kilku swoich podkomendnych. Tego nie było w scenariuszu. On jednak nie chciał stać sam wśród notabli. Pokazał, że kontyngent to nie tylko dowódca, lecz także jego podwładni, którzy narażali się, by wykonać zadanie.

A to nie koniec tej opowieści. – Po oficjalnej części Skrzypczak nie poszedł na salony – kontynuuje Politowski. – Zaprosił ministra i razem zeszli do żołnierzy, by kolejny raz uścisnąć ich dłonie. „Skierujcie kamery i mikrofony na moich ludzi, to oni są tutaj bohaterami, nie ja”, zachęcał dziennikarzy generał. Cały on.

Tomasz Szulejko ma w głowie inną scenę, z sierpnia 2009 roku, gdy Skrzypczak podał się do dymisji. Na następcę wyznaczono gen. Tadeusza Buka, a nasz rozmówca miał zostać jego rzecznikiem. – Na korytarzu Cytadeli wpadłem na odchodzącego dowódcę – wspomina Szulejko. – Zaczęliśmy rozmawiać, głośno zastanawiałem się, czy poradzę sobie z obowiązkami, które mnie czekają. Wtedy generał Skrzypczak położył mi rękę na ramieniu i powiedział: „Pomóż Tadeuszowi. Będzie miał teraz trudno” – opowiada Szulejko. – Generał do końca zachował klasę. Sam miał wówczas problemy, a jednak nadal myślał o innych…

Blizna i apolityczność

– Skrzypczak piął się po szczeblach wojskowej kariery, a jednocześnie pozostawał odporny na blichtr, który nierzadko towarzyszy zawodowym zaszczytom – zauważa Edyta Żemła. – Niezależnie od tego, na jakim stanowisku był, trzymał dystans do polityków – dodaje Rajmund Andrzejczak.

Relacje z ludźmi ze szczytów władzy zasługują na dodatkową uwagę. U źródeł tej wstrzemięźliwości leżały wydarzenia z wczesnych lat służby generała. W czasie stanu wojennego, jako młody oficer, został skierowany do Gdańska. 16 grudnia 1981 roku znajdował się w jednym z czołgów, które wjechały do tamtejszej stoczni, wprost przed bramę główną. Nigdy się tego nie wypierał, mówił o tym wprost, nie kryjąc, że to rodzaj blizny, skutkujący wszak pewnym zobowiązaniem. – Wielokrotnie mówiłem kolegom-generałom: „Nie wolno powtórzyć sytuacji z 1981 roku. Jeśli ktokolwiek chciałby użyć wojska w taki sposób, to macie powiedzieć ‘nie’ i zostać w koszarach” – opowiadał w wywiadzie dla tygodnika „Przegląd” w 2020 roku.

– Obsesyjnie podkreślał konieczność zachowania przez wojsko apolityczności – wspomina Marcin Ogdowski. – W wywiadzie, który dał mi w 2017 roku, podzielił kadrę na dwie grupy. W pierwszej, zdecydowanie większej, umieścił ludzi wierzących, że armia to miejsce stworzone dla nich. Żołnierzy ambitnych, zdolnych, gotowych do wysiłku i poświęceń – w zamian za zawodową satysfakcję. Mających własne poglądy, ale jednocześnie wierzących w apolityczność wojska. W drugiej osadził karierowiczów, bez wiedzy, bez kompetencji, biegających po salonach i zabiegających o względy polityków. Ludzi, dla których armia to tylko miejsce pracy – dobre, jak każde inne – traktowane jako narzędzie do łatwej kariery. Ubolewał, że takie osoby noszą mundury.

Rodzaj testamentu

A mimo to, będąc już w stanie spoczynku, Skrzypczak zdecydował się na pójście w politykę. Został doradcą szefa MON-u Tomasza Siemoniaka, później objął tekę wiceministra. Skąd ta wolta? Nie ma wątpliwości, że generałowi wciąż chodziło o to samo – o dobro armii i służących w niej żołnierzy. Chciał, już z innej pozycji, dołożyć swoją cegiełkę do modernizacji wojska i przemysłu obronnego.

– Dla Skrzypczaka to żołnierze w polu byli najważniejsi, stąd bezkompromisowe zabieganie o finansowanie, wyposażenie i zasoby dla wojska – przekonuje gen. Krzysztof Król.

– Nie bał się pan bezkompromisowości generała? – pytamy Tomasza Siemoniaka. – Cenię ludzi, którzy mówią, co myślą – zapewnia obecny minister-koordynator służb specjalnych. – Skrzypczak miał wiele pożądanych cech, z miejsca przypadł mi do gustu – minister wraca do początków współpracy w 2011 roku. – W wojsku cieszył się wielkim autorytetem. Świetny w strategii, ale wiedział też, czym jest natarcie batalionu. Znał potrzeby wojska z poziomu zwykłego żołnierza, armii jako całości i państwa jako systemu obronnego. Ktoś taki był niezbędny do planowania modernizacji.

To Skrzypczak namówił Siemoniaka, by budowę niszczycieli min zlecić prywatnej stoczni. Wtedy to był przełom w myśleniu o relacjach MON – zbrojeniówka. Program okazał się sukcesem – niebawem ostatnie dwa z sześciu zamówionych okrętów wejdą do służby.

– My, wojskowi, nie chcemy czołgów ze złota. Chcemy sensownej modernizacji armii i przemysłu, tego, by wcale niemałe pieniądze na obronność były wydawane racjonalnie. Nie „bo się należy”, ale „bo warto” – tłumaczył Skrzypczak w 2017 roku w wywiadzie dla Interia.pl.

Wówczas był już na emeryturze, ale nadal pozostawał głęboko zaangażowany w sprawy modernizacji. – Wszedł w temat produkcji amunicji, bardzo mu zależało na tym, by nasza zbrojeniówka miała jak najwięcej kompetencji. Krytykował jej słabości, ale robił to z czystych, dobrych intencji – podkreśla gen. Andrzejczak. – Dla nas, generałów, to jego zaangażowanie w sprawy przemysłu, budowania własnych zdolności, to powinien być rodzaj testamentu, dziedzictwa po Waldku.

Każdy chciał być Skrzypczakiem

Wybuch pełnoskalowej wojny w Ukrainie ujawnił jeszcze jedno oblicze Waldemara Skrzypczaka – wziętego komentatora. Na początku marca 2022 roku, gdy wszyscy zastanawiali się nie czy, lecz kiedy Rosjanie wezmą Kijów, generał wiedział już, że Putin tej bitwy nie wygra. I generalnie, że Ukrainy nie pokona. Był pierwszym ekspertem, który mówił o tym głośno. Ze skrawków dostępnych informacji wywnioskował to, czego inni nie potrafili dojrzeć. Dał tu o sobie znać jego kunszt dowódcy i analityka.

Później, komentując bieżące wydarzenia na Wschodzie, nie zawsze miał rację, ale zawsze jego publiczne wypowiedzi doprowadzały do szału kremlowską propagandę. Za słowami Skrzypczaka stał bowiem jego wielki autorytet. – Jeszcze kilka tygodni temu pozostawał na służbie, nie odpuszczał sobie – zwraca uwagę gen. Andrzejczak. – Komentował wojnę w Ukrainie, wszędzie go było pełno. Jego stan był już poważny, ale to Waldek, on był przeciwpancerny.

Mimo tej hardości Skrzypczak do końca pozostał życzliwy w kontaktach z dziennikarzami. – Nigdy nas nie atakował, nie miał pretensji za to, co napisaliśmy. Wiedział, na czym polega nasza praca – mówi Edyta Żemła. „OK, wskazaliście na problem, a teraz trzeba zastanowić się, w jaki sposób go rozwiązać” – reporterka Onetu opisuje najczęstszą reakcję generała.

O życzliwości Skrzypczaka mówi też Agnieszka Drążkiewicz z Informacyjnej Agencji Radiowej, która zawodowe kontakty ze zmarłym oficerem miała przez niemal 20 lat. – Ostatni raz rozmawialiśmy 23 czerwca o 9.18, tak pokazuje mi historia połączeń z numerem „Wodzu”. Zadzwoniłam nieco poirytowana, bo wcześniej dzwoniłam już kilka razy, a Waldek nie odbierał. W końcu odebrał i powiedział: „Aga, przepraszam, ale jestem w szpitalu na Szaserów… Wiesz, gorzej znów ze mną…” – dziennikarka nie kryje emocji. – W dniu jego śmierci, rano przy kawie, pomyślałam: „ciekawe, co u Wodza? Odezwę się do niego, bo przecież obiecywał, że i tym razem da radę, będzie walczył i wyjdzie z tego…”.

Nie wyszedł, choroba nowotworowa okazała się przeciwnikiem nie do pokonania.

– Chyba każdy oficer w tej armii, także ja, chciał być generałem Skrzypczakiem, takim najbardziej żołnierskim żołnierzem – zdradza Rajmund Andrzejczak.

A gen. Krzysztof Król dodaje: Waldemar Skrzypczak to dla mnie wzór oficera flagowego, eksperta, profesjonalisty i lidera. To on w zasadniczy sposób wpłynął na mnie jako oficera i generała Wojska Polskiego.

– Wielka strata – podsumowuje rozmowę gen. Andrzejczak. – I szkoda, że Waldek nie doczekał nominacji generalskiej syna…

Marcin Ogdowski

współpraca: Łukasz Zalesiński, Bogusław Politowski, Marcin Górka, Michał Niwicz, Magdalena Miernicka, Maciej Chilczuk

—–

Nz. Gen. Skrzypczak (drugi od prawej, z profilu) w Iraku. Zrobiłem to zdjęcie tuż przed swoim odlotem z Diwaniji, wiosną 2005 roku/fot. własne

Ten tekst opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do oryginalnego materiału.

Pobudka

„Niemcy się zbroją”, donoszą rodzime media, jedne w tonie alarmistycznym, podbijając kwestię zagrożenia dla Polski, inne z ulgą, podkreślając potencjał gospodarczy i ludnościowy RFN. W obu perspektywach Niemcy są niczym budzący się olbrzym. Czy znów będzie zbójem? A może wybierze rolę obrońcy zachodniej wspólnoty?

W dniu zjednoczenia Niemiec Bundeswehra liczyła 585 tys. żołnierzy – ponad trzy razy więcej niż obecnie. Dysponowała silnym lotnictwem i potężnymi wojskami pancernymi. Ale wraz z końcem zimnej wojny niemieckie siły zbrojne zaczęto poddawać redukcjom, zmieniono też ich charakter. Zwłaszcza po 2001 roku Bundeswehrę zaczęto przekształcać w formację w większym stopniu ekspedycyjną, lekko uzbrojoną. I cały czas obcinano jej budżet.

Kilka lat później stało się to przedmiotem międzynarodowych kontrowersji, prezydent donald trump mówił wprost: „Niemcy są nieuczciwe w swoim finansowym wkładzie w NATO, bo przeznaczają tylko jeden procent PKB na obronność, a powinni przeznaczać dwa. A nawet te dwa to mało. (…) Oszukują nas na miliardy dolarów już od lat”.

trump nie był i nie jest wzorem powściągliwości, ale wtedy – podczas swojej pierwszej prezydentury – miał sporo racji. W świecie dyplomacji problem niemieckiej armii definiowano jako „jazda na gapę”. „Niemcy czerpią z dywidendy pokoju”, mówiono w NATO, oczekując od Berlina większego wkładu we wspólne wysiłki obronne. Wspomniane 2% PKB ustalono jako wymóg w 2014 roku, po rosyjskiej agresji na Krym i wschodnią Ukrainę. Działania Moskwy – jakkolwiek nie zagroziły bezpośrednio żadnemu z krajów Sojuszu – zinterpretowano jako powrót na ścieżkę zimnowojennej konfrontacji. „NATO musi się obudzić i ponownie uzbroić” – zadeklarowano na szczycie państw członkowskich w Walii.

Niemcy otworzyły jedno oko – wydatki zaczęły rosnąć, lecz masę pieniędzy przeznaczano na zakup nowego sprzętu – samolotów Eurofighter, wielozadaniowych okrętów MKS-180 czy śmigłowców NH-90. Koszty tych programów były na tyle wysokie, że Bundeswehra na kilka lat zrezygnowała z nabywania części zamiennych, niezbędnych do utrzymania już posiadanego wyposażenia. „Armia jest w złym stanie” – alarmował w 2017 roku Jochen Both, emerytowany niemiecki generał. „Czy dalibyśmy radę obronić własny kraj i sojuszników? Oczywiście, że nie. W przypadku rosyjskiego ataku, bez ogromnego wsparcia Amerykanów, nie przetrwalibyśmy” – przekonywał w magazynowym wydaniu „Bilda”.

A potem nadszedł rok 2022 i rosyjska pełnoskalowa inwazja na Ukrainę. Niemcy nie od razu, powoli, zaczęły otwierać drugie oko. Nie działo się to bez społecznej presji, którą dobrze ilustrują sondaże. Jak podają autorzy Barometru Polsko-Niemieckiego, reprezentatywnego badania postaw obywateli obu krajów, w 2024 roku aż 60% Niemców (i 68% Polaków), postrzegało rosję jako zagrożenie militarne dla swojego kraju. Władze w Berlinie musiały reagować, zwłaszcza że w publicznej debacie często podnoszono argument kiepskiej kondycji Bundeswehry. I wyliczano, jak bardzo jest mniejsza i słabsza.

—–

Ciekawy z naszej perspektywy był polski wątek tej debaty, w ramach którego omawiano imponującą skalę zbrojeń podejmowanych nad Wisłą. Ze zdziwieniem i nutą zażenowania komentując, że o połowę mniejsza i znacznie uboższa Polska buduję armię, która pokonałaby Bundeswehrę.

Oczywiście, nikt u nas o wyprawianiu się na Niemcy nie myślał, co nie zmienia faktu, że w wielu kategoriach uzbrojenia, zwłaszcza w ostatnim roku, uzyskaliśmy nad Niemcami istotną przewagę (dotyczy to na przykład czołgów czy samobieżnych systemów artyleryjskich). Ale to wkrótce się zmieni – tak przynajmniej wynika z zapowiedzi władz w Berlinie. Już w 2024 roku budżet niemieckiego MON wyniósł 52 mld euro, zaś uwzględniając blisko 20 mld euro ze specjalnego funduszu na uzbrojenie Bundeswehry wydatki na obronność przekroczyły próg 72 mld euro. A mają być tylko wyższe. Uchwalona jeszcze w czasie poprzednich rządów likwidacja tzw. hamulca budżetowego daje kanclerzowi Friedrichowi Merzowi niemal wolną rękę w wydatkach na zbrojenia. Kraje NATO zgodziły się niedawno podnieść próg rekomendowanych wydatków do 5% PKB. Niemcy aż tak ambitnych planów nie mają – chcą na razie poprzestać na 3,5%. Lecz i tak oznacza to ponad 150 mld euro rocznie – znacznie więcej niż wydaje putinowska rosja.

Co za te pieniądze chcą zbudować i kupić Niemcy? Berlin zamierza zwiększyć liczności Bundeswehry z obecnych około 171 tys. żołnierzy do docelowo 260 tys. Do końca dekady powiększyć też rezerwuar dostępnych rezerwistów o 400 tys. Minister obrony Niemiec Boris Pistorius planuje zamówić niemal tysiąc czołgów Leopard 2 oraz. 2,5 tys. transporterów opancerzonych GTK Boxer. Rząd rozważa również zakup dodatkowych 15 myśliwców F-35, zwiększając flotyllę tych maszyn do 50.

F-35 w niemieckiej strategii przewidziane są do obsługi programu Nuclear Sharing – to nośniki bomb nuklearnych, oddanych do dyspozycji NATO przez Amerykanów. Przewidziane są także duże zakupy m.in. dronów, systemów walki radio-elektronicznej oraz remonty i rozbudowa zaniedbanej w ostatnich dekadach infrastruktury logistyczno-szkoleniowej.

—–

Czy ta ewidentna remilitaryzacja stanowi zagrożenie dla Polski? Sprawdźmy najpierw, ja to widzą zwykli Polacy i Niemcy. W tym celu posłużmy się cytowanymi już badaniami Barometru Polsko-Niemieckiego. Wynika z nich, że obywatele Polski i Niemiec są zgodni w ocenach stanu wzajemnych relacji – dwie trzecie badanych po obu stronach granicy twierdzi, że jest dobry (co piąty ankietowany uważa, że stosunki są złe). Osoby uznające relacje za dobre podzielają także opinię, że wynikają one przede wszystkim z łączących nasze kraje interesów gospodarczych oraz z bezpośrednich kontaktów obu społeczeństw. Idźmy dalej – nieco ponad połowa Polaków (51%) uważa, że wzmocnienie niemieckiej armii zwiększy także bezpieczeństwo Polski (odmiennego zdania jest 25% naszych rodaków). W Niemczech z kolei przekonanych o tym, że silniejsza Bundeswehra wzmocni także bezpieczeństwo sojuszników, w tym polskie, jest prawie dwie trzecie badanych (65%).

Skąd się biorą takie przekonania? I w Polsce, i w Niemczech dojrzewa świadomość, że Europa musi w znacznie większym stopniu liczyć na siebie. Stany Zjednoczone nie są już „pewniakiem” jeśli idzie o gwarancje bezpieczeństwa i koniec prezydentury trumpa zapewne tego nie zmieni. Zresztą nawet gdyby USA wróciły na ścieżkę bliskich relacji transatlantyckich, warto mieć z tyłu głowy, że to nie jest „na zawsze”. A gdy ceną jest bezpieczeństwo całych narodowych wspólnot, ryzyko trzeba minimalizować ile się da. Taki stan rzeczy oznacza, że Niemcy – bardzo liczne i bardzo bogate – muszą w większym stopniu niż inne kraje Europy, wypełnić lukę po Amerykanach.

W kontekście niwelowania zagrożeń ze strony rosji, owo wypełnianie luki ma wymiar dosłowny. Z natowskich gier sztabowych wynika, że do skutecznej obrony państw nadbałtyckich trzeba 10 sojuszniczych brygad ciężkich. Dodatkowych 40-50 tysięcy żołnierzy ponad siły, którymi dysponują Litwa, Łotwa i Estonia. Do tej pory sądzono, że większość tego kontyngentu – ekwiwalent siedmiu brygad – wystawią w razie narastającej eskalacji Amerykanie. Resztę „dozbiera” Europa. W warunkach, jakie tworzy donald trump, trzeba mieć plan B.

I Berlin zdaje się ów plan wdrażać w życie – nie bez powodu rozrost Bundeswehry, liczbowy, sprzętowy i organizacyjny, tożsamy jest z potencjałem siedmiu brygad. Dla Polski to dobra wiadomość, bo nasze wojsko się „nie rozdwoi”. Ma i będzie mieć „za krótką kołderkę”, by ekspediować do państw nadbałtyckich silny kontyngent, zachowując jednocześnie zdolność do ochrony własnej granicy z rosją, Białorusią i nie daj boże pokonaną przez rosjan Ukrainą. Niemcy taki komfort będą miały, bo poza większymi możliwościami, nade wszystko mają bufor w postaci Rzeczypospolitej, ich kraj nie jest bezpośrednio zagrożony rosyjskim uderzeniem.

W tym kontekście warto zwrócić uwagę na kolejną korzyść dla Polski – o ile nasz kraj jest dla Niemców potencjalną strefą zgniotu, o tyle RFN jest dla nas głębią strategiczną. Miejscem, gdzie będziemy mogli odtwarzać zdolności naszej armii, gdyby rzeczywiście doszło do wojny „na całego” z rosją. Niezbędnym warunkiem dla tego odtwarzania będą nie tylko rozkręcone niemieckie zdolności w zakresie produkcji wojennej, ale też cała infrastruktura logistyczno-szkoleniowa Bundeswehry. To oczywiście bardzo pesymistyczny i mało prawdopodobny scenariusz, ale właśnie na taki szykują się i Niemcy, i Polska, rozbudowując własne potencjały militarne.

—–

Szanowni, do spraw okołoukraińskich wracam po weekendzie. A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewick, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni – Kasi Byłow i Wiktorowi Łanosze.

To dzięki Wam powstają także moje książki! A skoro o nich mowa, w sklepie Patronite możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Pełną wersję tego tekstu opublikowałem w portalu TVP Info – oto link do materiału.