Szaman

Czytam, słucham – oczom i uszom nie wierzę.

Antoni Macierewicz, powołując się na fejka z rosyjskiego internetu, podchwyconego później przez tzw.: niepokorny (w czasach rządów PO-PSL) portal, uznał za fakt informacje o przekazaniu Mistrali rosyjskiej marynarce wojennej. Wykrzyczał to z sejmowej mównicy.

Przypomnijmy – pierwotnie Rosja miała nabyć te okręty od francuskiego producenta, ale sankcje nałożone na Moskwę po inwazji na Ukrainę uniemożliwiły transakcję. Francja sprzedała helikoperowce Egiptowi – i to on, wbrew ustaleniom z Francuzami, miał je odsprzedać dalej. Tym sposobem miano obejść sankcje i, co gorsza, w takich okolicznościach miała do Rosji trafić niezwykle niebezpieczna broń.

Od sensacji szefa MON odcięli się wszyscy zainteresowani, a ich oficjalne wypowiedzi wprost nosiły znamiona prośby o puknięcie się w głowę.

Lecz politycy PiS-u, włącznie z samym zainteresowanym, ani na moment nie wykazali zażenowania. Miast przyznać się do głupiej wpadki, brnęli dalej, sugerując, że za mało wiemy, by jednoznacznie ocenić sytuację. Krok dalej poszedł minister Mariusz Błaszczak, z którego wypowiedzi wynika, że Antoni Macierewicz, podnosząc larum, zapobiegł sprzedaży Mistrali do Rosji…

Dodajmy, że okręty nie zmieniły właściciela, a kilkuset egipskich marynarzy wciąż pobiera nauki od francuskich kolegów.

Ta sytuacja doskonale opisuję strategię zagospodarowywania rzeczywistości, stosowaną przez Prawo i Sprawiedliwość.

Mamy burzę wywołaną przez Macierewicza? Mamy. Okręty jak nie były rosyjskie, tak nie są? No nie są.

Na gruncie racjonalności nie ma ciągu przyczynowo-skutkowego między tymi faktami. Lecz w narracji pisowskiej jest – stan opisany w zdaniu drugim, wprost wynika z aktywności opisanej w zdaniu pierwszym.

To sytuacja podobna do tego, co dzieje się ze Smoleńskiem.

Był konflikt między pisowskim prezydentem a rządem PO-PSL? Był. Prezydent zginął w katastrofie lotniczej? Zginął!

Przypadek?

Uczyniono wiele, by na gruncie racjonalnej analizy wykluczyć hipotezę zamachu. Intelektualna uczciwość nie pozwala przyjąć jej za zasadną. Lecz w świecie ignorującym materialne, namacalne dowody, tego typu konkluzje nie mają racji bytu. Liczy się wiedza „tego, który wie”. Który za sprawą charyzmy najrozmaitszego pochodzenia, narzuca innym swoje rozumienie sytuacji.

Takiego kogoś nazywa się szamanem.

Tak, Antoni Macierewicz jest szamanem. A pisowska narracja ma wiele znamion szamanizmu. Tworzy alternatywne ciągi przyczynowo-skutkowe, które bronią się wyłącznie w jednym przypadku – gdy stoi za nimi wiara. W zamach smoleński można tylko uwierzyć, w moc sprawczą Macierewicza, który nie dopuścił do sprzedaży Mistrali, również. I tej wiary nie da się zracjonalizować. Nie wytrzymuje ona próby naukowej metody. Szukanie szerszej legitymizacji – chęć udowodnienia „niewierzącym”, że jednak mamy rację – kończy się wybuchającymi puszkami, pękającymi parówkami i pożal się boże komisją (która, na przykład, „zapomina”, że Tu-154, nim zahaczył o brzozę, szorował podwoziem po konarach innych drzew, gubiąc przy tym części).

Jacek Kurski nie bez powodu użył przed laty określenia „ciemny lud” – który „wszystko kupi”. Nie ma we mnie pogardy i poczucia wyższości, gdy cytuję tę w istocie obrzydliwą wypowiedź. Lecz, jakkolwiek cyniczna, dobrze opisuje kompetencje poznawcze i kulturowe tych, którzy wierzą w pisowskie ciągi przyczynowo-skutkowe. Szamani mieli się dobrze w społecznościach pierwotnych – triumf nauki i edukacji odebrał im role przewodników.

Nie zawsze i nie wszędzie. Myślenie magiczne, pobożnożyczeniowe, przetrwało do dziś. Sprawa wspomnianych okrętów dobrze ilustruje ów – chwilowy mam nadzieję – deficyt racjonalności. „I to jest minister!” – czytam na jednym z propisowskich forów. „Gdyby nie on, za parę miesięcy pływałby nam ruski Mistral po Bałtyku”.

Ps. A tymczasem na Bałtyku pojawiły się dwie rosyjskie korwety typu Bujan-M – jedne z najnowocześniejszych okrętów w swojej klasie. Ich portem macierzystym ma być Kaliningrad. Szamańskie zaklęcia nie stanowią dla nich żadnego zagrożenia…

—–

Prezydencki tupolew, 3 lata przed katastrofą. Zdjęcie zrobione w Bagram/fot. Marcin Ogdowski

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Eksperyment

Nie wiem, ile jeszcze Rosjanie wytrzymają – dorżnięci sankcjami i kryzysem ekonomicznym – ale załóżmy, że długo. Na tyle długo, by napięcie między Zachodem a Rosją przybrało postać zbliżoną do tego, co działo się w czasach zimnej wojny.

Załóżmy, że w Wojsku Polskim działa wysokiej rangi szpieg, zadaniowany z Moskwy.

Powiedzmy, że nie pracuje on dla pieniędzy, nie jest szantażowany, nie ma typu osobowości skazującej go na niebezpieczne aktywności. Nasz X – sam jest o tym przekonany – służy Polsce. Nie ma nic przeciwko demokracji, ale uważa, że sojusz z Zachodem jest dla Rzeczpospolitej zgubny. Bo Stany tylko udają troskę o nasze bezpieczeństwo, Unia zaś nas wykorzystuje – i oba te podmioty, w razie konfliktu z Rosją, uczynią z naszego kraju koszmarne pole bitwy. Na głowie staną, by nie przepuścić wojny dalej.

No więc X przekazuje tajne dokumenty NATO rosyjskiemu prowadzącemu. Wierzy, że tym samym miesza szyki Sojuszowi, osłabiając jego gotowość do wojny. Nie ufa Rosjanom za grosz, wie, że istnieje możliwość akcji wyprzedzających z ich strony. Mimo to podejmuje ryzyko (choć my nic nie wiemy o skuteczności jego działań).

Aż wpada. I co wtedy? Uznamy go za zdrajcę? A może – z sprawą  intencji – wybaczymy winy? No właśnie…

Związek Radziecki był obiektywnie zły. Wojsko Polskie w czasach PRL znajdowało się nie po tej stronie, co trzeba; to bezsporne fakty, które zasadniczo odróżniają sytuacje, z jakimi mamy do czynienia w przypadku Ryszarda Kuklińskiego i X. Lecz intencje tego drugiego owe różnice zacierają – a nie będzie żadnym psychologicznym nadużyciem założenie, że oficer Wojska Polskiego może w opisany wyżej sposób postrzegać nasze relacje z Zachodem. Nawet dziś, a co dopiero w realiach nowej, rozkręconej na dobre zimnej wojny.

Polecam ów myślowy eksperyment jako przyczynek do dyskusji o Ryszardzie Kuklińskim – sprowokowanej jego pośmiertnym awansem do rangi generała.

—–

A gdyby tak odwrócić sojusze? Zdjęcie ilustracyjne/fot. Darek Prosiński

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dyplomacja

– W miejscu takim jak to, czas odmierza się nie godzinami, ale kilometrami – mówi Swietłana Dworkina, szefowa wydziału edukacji w powiecie izjumskim na wschodzie Ukrainy. – Zimą dzieci z najdalszych wiosek, oddalonych od Małej Kamaszywachy o dwadzieścia kilka kilometrów, wstają o piątej rano, by zdążyć na zajęcia o ósmej. Takie parszywe drogi mamy w okolicy. Ale w samej szkole też nie jest dobrze. Mróz wciska się przez dziurawe okna i drzwi, dzieciaki marzną w klasach. Tak wygląda u nas edukacja w XXI wieku…

Mała Kamaszywacha to królestwo eternitu, okrywającego maleńkie szare domki, otoczone walącymi się płotami bądź ogrodzeniami wykonanymi z byle czego. Wioskę przecina potwornie dziurawa droga, która zdaje się przywodzić znikąd i donikąd prowadzić. Co jakiś czas przemyka nią zdezelowany samochód, trąbiąc na wałęsające się bezpańskie psy.

Trudno o lepszy przykład materialnej destrukcji i biedy niż wschód Ukrainy. Ów region wygląda jak postapokaliptyczne terytorium, w którym państwo już dawno przestało pełnić swoje funkcje, porzucając obywateli na pastwę losu. Paradoksalnie, wojna w tym krajobrazie niewiele zmieniła.

Szkoła w Małej Kawaszywasze. Dach z eternitu, nieocieplona zagrzybiona ściana.../fot. Paweł Krawczyk
Szkoła w Małej Kawaszywasze. Dach z eternitu, nieocieplona zagrzybiona ściana…/fot. Paweł Krawczyk

Szkoły bez bieżącej wody

Powiat izjumski, gdzie leży Mała Kamaszywacha, to część województwa charkowskiego. Za miedzą zaczyna się Donbas, a tam tocząca się od ponad dwóch lat brutalna wojna.

– W jej wyniku do obwodu charkowskiego trafiło 120 tysięcy uchodźców – wylicza Wojciech Wilk, prezes Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM). – Dwie trzecie z nich próbuje ułożyć sobie życie w Charkowie, pozostali wyjechali na wieś. Z tych ostatnich aż 30 tysięcy znalazło schronienie w powiecie izjumskim.

W tym gronie jest kilkanaście tysięcy dzieci, które mimo wojennej zawieruchy muszą kontynuować edukację. Recz w tym, że znalazły się w regionie, który nawet jak na ukraińskie standardy jest wyjątkowo ubogi.

– Brakuje nam właściwie wszystkiego – Swietłana Dworkina załamuje ręce. – Dajcie mi godzinę, to spiszę nasze potrzeby.

I tak jak w Małej Kamaszywasze, tak w przypadku innych placówek w okolicy, nie chodzi jedynie o rachityczne dachy, nieocieplone ściany czy rozpadające się okna. Szkoły w powiecie izjumskim to także zniszczone łazienki, zużyte meble, pomoce naukowe i sprzęty pamiętające jeszcze czasy świetności Związku Radzieckiego. To sale komputerowe z urządzeniami z lat 90., niepodłączone do Internetu. Niektóre z placówek pozbawione są nawet dostępu do bieżącej wody. Mimo to nie ma w nich brudu czy bałaganu, jest za to wszechobecna, kładziona warstwami, jaskrawa farba – przy użyciu której przez lata „modernizowano” wnętrza szkół.

– Jak w takich warunkach uczyć dzieci? – pytanie Dworkiny ma wymiar retoryczny.

Zimą temperatura na charkowszczyźnie dochodzi do -30 stopni. Już w listopadzie może spaść do -22 stopni. Okna ze szparami na palec oznaczają, że wewnątrz panuje niemal mróz – tym bardziej prawdopodobny, że ceny gazu, używanego do ogrzewania szkół, wzrosły na Ukrainie kilkukrotnie na przestrzeni ostatnich dwóch lat.../fot. Paweł Krawczyk
Zimą temperatura na charkowszczyźnie dochodzi do -30 stopni. Już w listopadzie może spaść do -22 stopni. Okna ze szparami na palec oznaczają, że wewnątrz panuje niemal mróz – tym bardziej prawdopodobny, że ceny gazu, używanego do ogrzewania szkół, wzrosły na Ukrainie kilkukrotnie na przestrzeni ostatnich dwóch lat…/fot. Paweł Krawczyk

Polityka… zdobywania wdzięczności

Na szczęście idzie lepsze. Ponieważ w Małej Kamaszywasze uczą się również uciekinierzy z Donbasu, szkołę zakwalifikowano do specjalnego programu. Niebawem wymienione w niej zostaną wszystkie okna. Podobne remonty przeprowadzone będą także w dziewięciu innych szkołach w powiecie. Te, i dziesięć kolejnych placówek, otrzymają też dodatkowe wyposażenie – na przykład rzutniki multimedialne. Za ów projekt odpowiada Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej oraz Fundacja Solidarności Międzynarodowej. Pieniądze pochodzą z naszego MSZ – można zatem te działania traktować jako rodzaj polityki zagranicznej.

A nawet warto myśleć o nich w ten sposób. Dlaczego? Przez ostatnich kilkanaście lat przekonywano nas, że delegowanie armii na odległe misje jest efektywnym elementem polskiej polityki zagranicznej. Wciąż nie brakuje głosów, że tak samo jak w przypadku Iraku i Afganistanu, winniśmy działać na Ukrainie. Bo przecież toczy ona wojnę z wrogą nam Rosją. To niebezpieczne myślenie, które na szczęście nie ma zbyt wielu stronników.

Jedno z już wymienionych okien. Mało efektowny, ale efektywny sposób na dyplomację/fot. Paweł Krawczyk
Jedno z już wymienionych okien. Mało efektowny, ale efektywny sposób na dyplomację/fot. Paweł Krawczyk

Ale pomagać trzeba – abstrahując od powodów natury humanitarnej, stabilizacja sytuacji na Ukrainie leży w interesie Rzeczpospolitej. Sposobem na jej osiągniecie jest – pośród szeregu innych działań – zapewnienie dobrych warunków do edukacji kolejnym rocznikom Ukraińców. Wymiana okien czy drzwi nie brzmi zbyt efektownie, póki nie uświadomimy sobie, że daje możliwość nauki niezależnie od warunków atmosferycznych. I tym samym zostawia co najmniej kilkaset ukraińskich rodzin w przekonaniu, że „to Polacy nam pomogli”. Wdzięczność, która za tym idzie, ma już konkretny wymiar w relacjach między naszymi narodami.

—–

Trudno o lepszy przykład materialnej destrukcji i biedy niż wschód Ukrainy/fot. Paweł Krawczyk

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Okupacja

Rozmawiam z Tamilą Tashevą, krymską Tatarką, współzałożycielką i koordynatorką organizacji „Krym SOS”.

– Ile osób uciekło z Krymu po przyłączeniu go do Rosji?

– Oficjalne dane mówią o 25 tysiącach osób, które wyjechały z półwyspu na skutek rosyjskiej okupacji. Nieoficjalne – nawet o 50 tysiącach uciekinierów.

– Skąd ta rozbieżność?

– Dysponujemy wyłącznie statystykami, prowadzonymi od października 2014 roku. To, co działo się wcześniej, nie było w żaden sposób odnotowywane. Ukraińskie służby graniczne pojawiły się na tak zwanej granicy dopiero jesienią 2014 roku. Poza tym nie wszystkie osoby, które wyjechały z Krymu, zostały uznane za przesiedleńców, nie wszystkie się zarejestrowały. Krymczanie z klasy średniej radzą sobie na kontynentalnej Ukrainie bez wsparcia państwa czy instytucji humanitarnych. Unikają zatem skomplikowanej procedury rejestracji. Wśród moich bliskich znajomych jest dziesięć rodzin, które wyjechały z Krymu, ale jako uchodźcy zarejestrowały się tylko dwie.

– Żeby zarysować skalę migracji – o jakiej części społeczności mówimy?

– Przed okupacją na Krymie mieszkało 2,5 mln osób (w tym 250 tys. Tatarów – dop. MO).

– Wyjeżdża zatem niewielki odsetek…

– To prawda. Ale  ważne jest to, co dzieje się na samym półwyspie. A sprawy mają się tak, że jedni wyjeżdżają, a innych wciąż przywożą. Federacja Rosyjska prowadzi politykę wypychania ludności nielojalnej wobec okupacyjnych władz. W tym samym czasie zwozi na Krym całe zastępy urzędników, wojskowych, własny personel medyczny – i w ten sposób łamie prawo międzynarodowe, bo zmienia skład etniczny półwyspu.

– W gronie tych wypychanych są przede wszystkim Tatarzy?

– Wyjeżdżają nie tylko oni. Ale możemy powiedzieć, że połowa z uciekających to Tatarzy krymscy.

– Na czym polega rosyjska presja?

– To zależy. Do tej pory możemy mówić o trzech falach uciekinierów z Krymu. Pierwsza zaczęła się na początku okupacji, zwłaszcza po tak zwanym referendum z 16 marca 2014 roku. Wtedy, aż do końca 2014 roku, półwysep opuszczali ludzie nastawieni patriotycznie wobec Ukrainy, niechcący żyć w warunkach rosyjskiej okupacji. W tamtym czasie nie stosowano jeszcze zaostrzonych środków – ci ludzie wyjeżdżali z Krymu dobrowolnie. W 2015 roku zaczął uciekać mały i średni biznes, z powodu problemów związanych z prowadzeniem interesu w warunkach okupacji, także przymusowych wywłaszczeń i przejęć majątków. A obok nich młodzi ludzie w wieku poborowym, obawiający się wezwań do rosyjskiej armii, w której nie chcieli służyć.

– Wspomnianych biznesmenów wywłaszczano w świetle prawa, czy mówimy o bandyckich przejęciach?

– Zwykle zaczynało się od tego, że przychodzili przedstawiciele urzędu skarbowego i próbowali znaleźć jakieś formalne powody do konfiskaty majątku.

– A gdy się nie udawało?

– Pojawiała się bezpośrednia presja, zwłaszcza na biznesmenów tatarskiego pochodzenia. Na przykład wybuchały pożary w restauracjach.

– Kim byli podpalacze?

– Jeszcze przed włączeniem do Rosji, na półwyspie stworzono tak zwaną „Krymską samoobronę”. Rodzaj bojówki, finansowanej i wyposażanej w mundury i broń przez Moskwę. Po referendum dostała ona oficjalny status i dziś wykonuje brudną robotę – coś, czego nie podejmą się policjanci, robią członkowie samoobrony. Ale są oni pod całkowitą kontrolą Federacji Rosyjskiej. To sytuacja podobna do tej, jaką mamy na Donbasie – gdzie Moskwa też zaopatruje tak zwane samozwańcze grupy. Na Krymie to one stoją za porwaniami i pobiciami, samych biznesmenów i ich rodzin. Wiele ofiar nie wytrzymało takiej presji…

– A trzecia fala uciekinierów to…?

– W 2016 roku uciekają przede wszystkim krymscy Tatarzy. W kwietniu Federacja Rosyjska zakazała działalności Medżlisu, tatarskiego samorządu. Tak zaczęły się prześladowania polityczne muzułmanów, czego przykładem może być „sprawa Hizb at-Tahrir” (od nazwy radykalnej islamskiej organizacji, z którą mają być jakoby powiązani liderzy Medżlisu – dop. MO). Zatrzymano 14 osób, przeciwko czterem wszczęto już proces. Prokuratura domaga się dla nich wyroków od 7 do 17 lat.

– Co jeszcze ma obciążać muzułmanów?

– Toczy się też proces związany z wydarzeniami z lutego 2014 roku, kiedy krymscy Tatarzy i sympatycy władzy ukraińskiej protestowali przed budynkiem Rady Najwyższej Krymu. Doszło wówczas do przepychanek, zatrzymano wiele osób – obecnie z tego grona wobec czterech trwa proces sądowy.

W tych i innych sprawach formułowane są zarzuty działalności terrorystycznej. Generalnie bowiem Federacja Rosyjska stara się przedstawić społeczność tatarską na Krymie – zarówno zagranicy jak i pozostałym mieszkańcom półwyspu – jako niebezpiecznych, islamskich fundamentalistów.

– Stąd posądzenie o przynależność do organizacji Hizb at-Tahrir, która od 2003 roku jest w Rosji zabroniona?

– Owszem. Choć proszę zauważyć, że na terytorium Ukrainy nie była ona objęta zakazem działalności. Tak czy inaczej, zarówno przed wojną, jak i teraz, tak na Ukrainie, jak i na Krymie, nie było żadnych akcji terrorystycznych ze strony tej organizacji. Warto też dodać, że rosyjski Memoriał uznał wszystkich zaaresztowanych w „sprawie Hizb at-Tahrir” za więźniów politycznych.

– Zatem zbrojnego oporu na Krymie nie ma?

– Nie ma. Zresztą byłoby to szaleństwem w sytuacji, kiedy półwysep to jedna wielka wojskowa baza. Jest za to opór bierny, na przykład wspólne zbieranie się w domach na modlitwy. Czy ostatnio bardzo popularne tatuowanie sobie herbu Ukrainy. Chciałabym to jednak wyraźnie podkreślić – Krymczanie, w tym Tatarzy, z własnej woli przyjęli postawę „żadnej przemocy”.

– Czy działania, mające na celu stygmatyzację Tatarów, przynoszą oczekiwane przez Rosjan skutki?

– Przed 1 września dzieci dostały dzienniczki, w których na pierwszej stronie opisano historię Krymu. Gdzie stoi, że po utworzeniu Ukrainy w 1991 roku, Tatarzy – przy wsparciu władz z Kijowa – „zagarnęli Krym”. I że dopiero w 2014 roku udało się półwysep „odzyskać dla większości Krymczan”. Dzieci są podatne na tego typu przekłamania – większość zapewne w nie uwierzy.

– Ale to może się wydarzyć w przyszłości. A co dzieje się już teraz?

– Już, za używanie na ulicy języka krymsko-tatarskiego, można zostać pobitym przez nie-tatarskich Krymczan. Mamy też bardziej drastyczne wypadki, na przykład Tatarki, która została porwana i zgwałcona przez sąsiada. Tylko z powodu własnego pochodzenia.

– Jak wygląda sytuacja humanitarna na półwyspie?

– Często o niej zapominamy, mówiąc o Krymie tylko w aspekcie politycznym. Tymczasem nawet sympatycy Federacji przyznają, że przestał działać system opieki zdrowotnej. Z powodu niedostatków paliwa nie jeżdżą karetki, brakuje leków, nawet tych podstawowych. Ceny wzrosły, pensje spadły – lekarze uciekają z publicznych szpitali i przychodni do prywatnych placówek. Tam mają lepszą sytuację, ale zwykłych Krymczan zwyczajnie nie stać na takie usługi.

Nie lepiej jest z produktami żywnościowymi. Jest ich mało, są drogie. I obiektywnie nie mogą być tańsze, skoro trafiają na półwysep z Rosji, przez Kercz, co wiąże się z wysokimi kosztami spedycji.

Mieszkańcom brakuje prądu oraz wody do picia i podlewania. Najgorsza sytuacja w tym zakresie panuje na północy półwyspu. To z jednej strony efekt odcięcia, czy – jak w przypadku energii – ograniczenia dostaw z Ukrainy, z drugiej, niewydolności Rosji. Wielkiego imperium, które nie potrafi zbudować odpowiedniej infrastruktury.

– Dziękuję za rozmowę.

*          *          *

Organizacja „Krym SOS” została założona przez aktywistów, przeciwnych rosyjskiej okupacji, jeszcze w lutym 2014 roku. Świadczy pomoc materialną i prawną uchodźcom z okupowanego terytorium. Wolontariusze z „Krym SOS” występują również na rozmaitych formach międzynarodowych, gdzie informują o sytuacji na półwyspie.

„Krym SOS” zajmuje się także wsparciem rodzin członków tak zwanej „Niebiańskiej Sotni” (osób zabitych na Majdanie). W tym zakresie współpracuje z polską Fundacją Solidarności Międzynarodowej i z Fundacją Edukacja dla Demokracji.

Z Tamilą Tashevą spotkałem się w Kijowie. Za zorganizowanie wywiadu dziękuję Fundacji Solidarności Międzynarodowej.

—–

Nz. Tamila Tasheva/fot. Paweł Krawczyk

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Potencjały

Szczyt NATO za nami, warto więc pokusić się o kilka uwag. Lecz nie zamierzam płynąć z nurtem zachwytów na temat organizacyjnego sukcesu, jakim było przeprowadzenie sojuszniczych obrad bez zaliczenia wpadki. Kraje o potencjale Polski – zwłaszcza zaś jej aspiracjach – winny takie imprezy robić na pograniczu rutyny. Po prostu. Samo zachwyt jest w tym przypadku przejawem prowincjonalności.

Reprymenda, jakiej Barack Obama udzielił polskiemu prezydentowi i władzom RP, to kwestia na odrębny wpis. W tym chciałbym się skupić na najważniejszym z naszej perspektywy ustaleniu szczytu, dotyczącym dyslokacji sił Sojuszu. Przedstawiciele rządu i prezydenta każą nam widzieć w tym niemal globalny przełom, coś, co zmieni dysproporcję sił w naszej części Europy. Tymczasem jest to bzdura – niebezpieczna, bo tworząca iluzję niemal bezwzględnego bezpieczeństwa.

Zrównoważenie

Cztery bataliony, które mają trafić do Polski i państw nadbałtyckich, są kroplą w morzu potrzeb – jeśliby rozpatrywać zagrożenie ze strony Rosji w taki sposób, że należy jak najszybciej dążyć do zrównoważenia potencjału. Z amerykańskich symulacji wynika, że do skutecznej obrony Pentagon musiałby przerzucić na terytorium Litwy, Łotwy i Estonii 10 ciężkich brygad – czyli 40 tysięcy żołnierzy. Trzy bataliony, które tam trafią, to 13-krotnie mniejsza siła.

Konflikt o „Pribałtykę” wiązałby się też z koniecznością zabezpieczenia Polski, w tym słynnego już przesmyku suwalskiego. Opierając się o dostępne informacje na temat planów ewentualnościowych, do tego celu niezbędne byłoby dyslokowanie co najmniej pięciu natowskich dywizji, rozwiniętych do stanów bojowych. To ponad 80 tysięcy ludzi. Batalion US Army, który w myśl ustaleń warszawskiego szczytu ma przebywać w Polsce, liczyć będzie nieco ponad tysiąc żołnierzy – 80-krotnie mniej od potrzeb, które stoją za hasłem „zrównoważenie potencjału”.

Va banque

Zatem nie ma mowy o żadnym wyrównaniu szans. Zwłaszcza, że wciąż nie wiemy, jak na weekendowe obrady zareagują Rosjanie. Z Moskwy słychać rozmaite głosy, także pomruki, w myśl których decyzje podjęte w Warszawie to niemal „wypowiedzenie wojny”. Jeśli górę weźmie retoryka wojenna, odpowiedzią będzie wzmocnienie i tak niemałych rosyjskich sił w obwodzie kaliningradzkim, na Białorusi i generalnie na zachodnich rubieżach Rosji.

Powiedzmy więc sobie jasno – „efekt batalionów” nie wynika z ich realnej siły. Ta – w porównaniu z potencjałem przeciwnika – jest symboliczna. Póki jednak działa amerykański straszak – zakładający, że Rosjanie nie uderzą na kraj, w którym stacjonują Amerykanie – póty nawet tak symboliczna obecność ma praktyczny wymiar.

Lecz jeśli Rosjanie zdecydują się zagrać va banque, kraje nadbałtyckie i zapewne część Polski nie unikną okupacji. Siły zbrojne tych państw, wspomniane bataliony, dodatkowa brygada gdzieś w Europie oraz szpica razem wzięte, nie zatrzymają rosyjskiej armii.

Głęboko wierzę, że byłaby to okupacja czasowa – że NATO wywiązałoby się ze swoich zobowiązań. Co dla Rosji – jak już napisałem w poprzednim wpisie – oznaczałoby klęskę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to