Gdyby…

Na załączonym zdjęciu jeden z ukraińskich wozów bojowych Bradley, użytych na Zaporożu. Maszyna została trafiona rakietą w wieżę i stanęła w ogniu. Przewożeni żołnierze bezpiecznie opuścili pojazd, a kierowca wyprowadził Bradleya ze strefy rażenia i ugasił pożar.

W wyniku zdarzenia lekko ranny został jeden z wojskowych. Uszkodzony wóz przechodzi obecnie naprawy i niebawem wróci do linii.

Gdyby na miejscu Bradleya był sowiecki BWP/BMP-2, wóz stałby się wieloosobowym grobem.

Gdyby…

Gdyby rosyjski przemysł rzeczywiście pracował na trzy zmiany i dostarczał – jak przekonuje mój ulubiony rodzimy skarpetkosceptyk – „setki nowych czołgów i wozów bojowych”, widzielibyśmy ten sprzęt na froncie. A satelity rejestrujące poziom zanieczyszczeń nad regionami przemysłowymi rosji – także w miejscach koncentracji zakładów zbrojeniowych – nie notowałyby spadku emisji toksycznych substancji. No, chyba żeby przyjąć, że rosjanie wdrożyli proekologiczne patenty i tłuką czołgi masowo bez zwiększania obciążeń dla środowiska.

Może robią czołgi z drewna?

Może.

„Efekty ukraińskiego natarcia są mizerne, (a) straty ukraińskie przerażająco wysokie”, pisze wspomniany ulubieniec. Widać, że wziął sobie do serca słowa putina, według którego Ukraińcy stracili w Zaporożu setki czołgów i transporterów opancerzonych. Tylko gdzie u licha są te wszystkie wraki?

Pewien orczy propagandysta wskazał wczoraj jeden z nich. Uczynił to w filmie wzbogaconym dramatyczną muzyką i komentarzem, że taki los spotka kolejne ukraińskie wozy. Problem w tym, że filmował gamoń skutecznie zdenazyfikowany rosyjski tank, z mocno charakterystyczną klatką „antyjavelinową”…

Jeśli Was zaintrygowałem, przesłuchajcie rozmowę, którą przeprowadził ze mną serwis WarNews.pl. Poruszam tam zasygnalizowane wątki i mówię nieco więcej o tym, co dzieje się na Zaporożu.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Fot. ZSU

Sygnał(y)

Najpierw malutka retrospekcja.

Skradaliśmy się w ciszy, by podejść jak najbliżej frontowej ściany. Gdy już przy niej byliśmy, żołnierze zaczęli ostrożnie zerkać przez wybite otwory. Wtedy zrobiłem załączone zdjęcie, klnąc w duchu na czym świat stoi, bo choć był wieczór, musiałem używać aparatu w trybie „auto” bez lampy (stąd taka a nie inna jakość). Mniejsza o to, cyknąłem fotkę, przykląkłem, by zrobić następną – i nagle rozległ się sygnał incomingu. Donośny jak diabli, w końcu komórka, którą miałem w kieszeni, była chińskim „Pentagramem”, a model nazywał się „Monster” ileś tam.

„Incoming” w oryginale to dźwięk informujący o ostrzale rakietowym i jako sygnał przychodzącego połączenia był moją pamiątką z Afganistanu. Idąc z ukraińskim oddziałem na akcję, nie wyciszyłem telefonu, bo przecież w Szyrokino nie było zasięgu. Tymczasem w górnych pomieszczeniach zrujnowanego ośrodka kolonijnego „Majak” akurat był…

Zerknąłem na wyświetlacz: „Rafał”. Kolega, wówczas wzięty wojenny reporter. Tego lata 2015 roku byliśmy w Ukrainie razem, ale dzień wcześniej rozdzieliliśmy się na dwa zespoły. Rafał z kamerzystą stacjonował kilka kilometrów dalej, ja z fotoreporterem na rumowisku „Majaka”.

Skuliłem się i wyszeptałem:

– Tak?

– Co tam u Was, ciotki? – usłyszałem figlarną zaczepkę.

Wnet udzielił mi się nastrój.

– No właśnie idziemy na małą wojnę – odpowiedziałem, kątem oka dostrzegając rozbawione miny żołnierzy.

Naprawdę się uśmiechali, choć później – już po akcji – ich dowódca opierdolił mnie jak młodego rekruta. Sygnał mógł sprowokować tamtych do ostrzału, a już raz tego dnia – kilka godzin wcześniej – wpakowaliśmy się pod rusko-separski ogień (słowo harcerza, nie ja go sprowokowałem, a Ukrainiec, który zaczął okładać z granatnika okopy „watników” – a robił to z najwyższego piętra najwyższego w okolicy budynku…).

Przeprosiłem, wyłączyłem telefon w diabły, sprawa rozeszła się po kościach.

Dlaczego naszło mnie na wspominki? Branżowy internet żyje dziś wydarzeniami spod Kreminnej, których charakter i skutki przyprawiają o białą gorączkę ruskich propagandystów. Znów bowiem mamy twardy dowód, że rosyjska armia i głupota bardzo lubią chadzać pod rękę…

A było tak. Dowódca 20. Armii gen. Surab Achmedow zamierzał pogadać z żołnierzami, nim ci ruszą do boju. Na motywacyjną pogadankę spędzono więc kilkuset bojców, ale pan generał niespecjalnie się śpieszył, więc skoncentrowane wojsko czekało na niego dwie godziny. „Spicza” ostatecznie nie wygłosił, bo szybsze od generała okazały się ukraińskie pociski – z ruskich źródeł wynika, że grady i himarsy. Położyły one trupem i poharatały dwustu ludzi, puszczając przy okazji z dymem kilkadziesiąt sztuk sprzętu.

Ot, zabójcza efektywność.

Ale to nie koniec historii. Branża wnioskuje, że ruskich namierzyły ukraińskie bezzałogowce, mnie znajome ptaszki doniosły, że pierwotne rozpoznanie celu było możliwe po zlokalizowaniu źródeł nasilonych transmisji komórkowych. Żołnierze rosyjscy mają zakaz używania telefonów w strefie bezpośrednich walk (ukraińscy zresztą również), ale wspomniana jednostka nie weszła jeszcze w kontakt z wrogiem. A że była blisko…

Stał więc znudzony Sasza godzinę, z rękoma nie było co robić, to sięgnął po smartfona i zadzwonił do Wali. I pogadali sobie o tym, co kupią za zarobione na spec-operacji pieniądze. Iwan żony nie miał, ale znajoma Katia właśnie zesłała kolejne nudesy. A Pietia, poczciwy Pietia, chciał poskarżyć się matuli, że w tej Ukrainie, suka-blać, to zamiast kwiatami ich witać, walą jak najęci z czego popadnie.

I znów walnęli, skutecznie demotywując czekających na motywację żołnierzy.

Znacie nagrody Darwina, prawda? Być może pamiętacie, że zestawienie za 2022 rok otwiera rosyjski żołnierz, którego ciało znaleziono w marcu ub.r. pod Irpieniem. Bojec wyjął z kamizelki kuloodpornej płytę balistyczną i w to miejsce włożył Macbooka, skradzionego z opuszczonego przez Ukraińców domu. Gdy trafiła go karabinowa kula, wsad na piersi okazał się niewystarczający.

Mają zatem ruskie swojego pośród uhonorowanych, ale w obecnej sytuacji zasługują na więcej. Proponuję Darwina-Lux dla pana generała i nagrodę super-specjalną dla ukatrupionych nadawców sygnałów.

PS. Odnosząc się do logicznych implikacji niniejszego wpisu – tak, to co zrobiłem w Szyrokino było kretyńsko-darwińskie. Ale ja żyję, moim towarzyszom włos z głowy nie spadł, a gamoni spod Kreminnej nadal szukają po krzakach. Cóż…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

„Świeżynki”

Jest w „Szeregowcu Ryanie” scena, w której sierżant Mike Horvath (w tej roli nieodżałowany Tom Sizemore), wsypuje garść ziemi z normandzkiej plaży do metalowego zasobnika. Następnie wkłada go do torby, gdzie są już dwa identyczne pojemniki – jeden opatrzony napisem „Afryka”, drugi „Sycylia”. Króciutki kadr mający uzmysłowić widzowi, że podoficer to doświadczony żołnierz, który brał już udział w dwóch operacjach desantowych. Znałem kiedyś mundurowego kolekcjonera naturalnych artefaktów zbieranych na pamiątkę, nie sądzę zatem, by scenarzyści nadużyli wyobraźni kosztem realiów. Mogli jednak ze swą sugestią posunąć się odrobinę za daleko, bo choć faktycznie pośród żołnierzy lądujących na plaży Omaha byli weterani walk w Algierii, Tunezji i we Włoszech, miażdżącą większość wojska stanowiły „świeżynki”.

USA zmobilizowały podczas II wojny światowej kilkanaście milionów ludzi, jednocześnie przez sporą część konfliktu trzymały się od niego z daleka. Skala mobilizacji i zakres uczestnictwa sprawiały, że nie sposób oczekiwać, by wiosną 1944 roku jakiś istotnie duży odsetek armii miał doświadczenie bojowe. Niemniej kilkaset tysięcy żołnierzy już w boju było (część poza obszarem tych rozważań, bo na pacyficznym froncie), można by zatem oczekiwać, że to oni będą stanowić awangardę sojuszniczego natarcia. Bo przecież – jak sugeruje zdroworozsądkowa logika – trudne zadanie wymaga zaangażowania najlepszych ludzi. Owszem, tyle że w wojskowym planowaniu jest jak w szachach – należy mieć w perspektywie także kolejne ruchy.

Dowództwo sprzymierzonych wiedziało, że lądowanie na francuskim wybrzeżu nie będzie „bułką z masłem”. Że nawet uchwycenie przyczółków nie przesądzi o sukcesie. Zarazem planowano ów desant jako zaledwie wstęp do uderzeń w głąb Europy – wyzwolenia Francji, krajów Beneluksu, zajęcia części Niemiec. Nie można więc było na początku stracić tego, co najlepsze, ale i należało zrobić wszystko, żeby zapewnić sobie początkowe powodzenie. Jak pogodzić dwa tak różne porządki? Alianci posłali do walki oddziały doskonale wyekwipowane, zapewniając im wsparcie potęgi morskiej i lotniczej USA i Wielkiej Brytanii. Na najniższym poziomie „wplatając” w nieopierzone składy osobowe weteranów. Tymi sposobami zmniejszano ryzyko niepowodzenia, zwiększano szanse (na przeżycie) żółtodziobom, zachowując balans między możliwościami a potrzebami. Dałoby się lepiej? Być może, ale nim popłyniemy w ahistoryczne rozważania warto pamiętać, że cała trzymiesięczna operacja „Overlord” (desant w Normandii, a następnie utworzenie frontu), przyniosła aliantom straty porównywalne do niemieckich, gdy regułą jest, że to strona atakująca ma je wyższe.

Podobne dylematy musieli rozstrzygnąć ukraińscy generałowie. Przy czym w ich przypadku ograniczonej podaży doświadczonego żołnierza towarzyszą niedostatki nowoczesnego uzbrojenia (problem nieznany aliantom, działającym w realiach gigantycznej materiałowej przewagi). Dodajmy do tego brak atutu zaskoczenia i jego skutki – Zaporoże było oczywistym kierunkiem uderzenia dla obu stron, co sprawiło, że rosjanie przygotowali teren do obrony. Nie bez znaczenia jest również fakt rosyjskiej przewagi w powietrzu (kolejna różnica w odniesieniu do wydarzeń z 1944 roku, kiedy to sprzymierzeni zdominowali niebo). Właściwości ukraińskiej artylerii (donośność i precyzja) pozwoliły zniwelować niektóre z rosyjskich atutów, ale ktoś te pierwsze rubieże wroga pokonać musi. Część ustawionych przez okupantów pół minowych można zniszczyć artylerią, to samo tyczy się zlokalizowanych punktów stałego oporu, ale nawet najlepsza „podgotowka” nie znosi wszystkich ryzyk związanych z pierwszym atakiem. Nie, gdy przeciwnik zdołał „wgryźć się” w ziemię. Wykrwawić w takich uderzeniach „kwiat armii” byłoby grzechem, rozbić się o pierwsze linie obrony i zaprzepaścić szanse na strategiczny sukces (rozdarcie korytarza na Krym) – jeszcze większym błędem.

I właśnie dlatego gen. Walery Załużny nie rzucił w pierwszej kolejności do walk na Zaporożu najlepszych jednostek. Nadal – poza wybranymi elementami – trzyma je w zapasie. Uderzenie wykonały oddziały o mniejszym doświadczeniu bojowym, ze sporym odsetkiem frontowych „świeżynek”. Zachodni sprzęt, w który je (częściowo!) wyposażono, miał zwiększyć szanse powodzenia działań i przeżycia. Bradley jest dużo lepszy niż poradziecki BWP, jeśli idzie o parametry uzbrojenia i te związane z ochroną żołnierzy – dlatego ukraińska piechota ruszyła w bój korzystając z tej platformy. Ale ów wóz („taksówka” z niedużą armatą), nie powinien operować bez wsparcia cięższej broni – stąd w awangardzie także czołgi Leopard, znów jakościowo lepsze niż posowieckie odpowiedniki używane przez ZSU.

Nie znam szczegółowych planów ukraińskiego sztabu, więc nie podejmę się oceny skali powodzenia działań. W zakresie zwiększenia szans na przeżycie pierwszego rzutu sprawa jest dużo prostsza. Mamy dość materiału filmowego i zdjęciowego, by ocenić, że Bradleye i Leopardy nie są trumnami na gąsienicach (w takim stopniu, w jakim są nimi sowieckie maszyny).

„Tak czy inaczej, to marnowanie potencjału, ograniczonego w ukraińskich realiach”, mógłby rzec ktoś, komentując użycie zachodniej techniki w pierwszym natarciu. No nie, bo Ukraińcy nie mogą sobie pozwolić na tak duże straty osobowe jak rosjanie. Nie jest też tak, że Leopardy i Bradleye znalazły się na froncie kosztem wspomnianej ukraińskiej elity. Najlepsze ukraińskie brygady wciąż bazują na posowieckim sprzęcie, na jego najlepszych dostępnych modyfikacjach (pancerniacy na przykład używają naszych „Twardych”). Bo to na nim „hartowała się stal”, zdobywano bojowe doświadczenie, a doskonała znajomość możliwości sprzętu to istotna składowa elitarności. Oczywiście, w świecie bardziej dla Ukrainy łaskawym „kwiat armii” już dziś miałby na wyposażeniu niemieckie czy amerykańskie wozy oraz wielką umiejętność ich wykorzystania. W tym realnym na przeszkodzie stanął czas i harmonogram dotychczasowych dostaw. Leopardy czy Bradleye to wciąż novum, a biegłości w obsłudze – zwłaszcza w bojowym zastosowaniu – nie da się nauczyć w kilkanaście tygodni, z książek i instrukcji. Zapewne w docelowej formule dzisiejsze „świeżynki” – uczące się walczyć na zachodnich maszynach – przejmą pałeczkę elitarności, bo obok świetnego sprzętu będą miały również bojowe doświadczenie. „Ci, którzy przeżyją”, podpowiada mi w głowie złośliwy chochlik. Zgadza się. 1. Dywizja Piechoty USA, która przeszła przez rzeźnię na plaży Omaha, podczas całej kampanii w Europie straciła 21 tys. żołnierzy. Oznacza to więcej niż całkowitą wymianę pierwotnych składów osobowych. Ale oznacza też nieprzerwaną reprodukcję wiedzy – chłopcy z uzupełnień uczyli się od weteranów, ostatecznie dołączając do ich grona. Ginęły obie kategorie, ale wartość dodana rosła do tego stopnia, że 1. DP zakończyła wojnę jako jedna z najlepszych jednostek US Army. Dość napisać, że między czerwcem 1944 roku a majem 1945 roku wzięła do niewoli 100 tys. niemieckich żołnierzy.

I jest jeszcze jedna istotna kwestia – realny wymiar ukraińskich strat. Czy rzeczywiście są one tak duże, jak sugerują (pro)rosyjskie źródła? Bzdura – nad którą pochylę się w kolejnym wpisie.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. ukraińskie rezerwy/fot. Sztab Generalny ZSU

Bradleye

Trudno dziś napisać cokolwiek istotnego i nowego o sytuacji na Zaporożu. Wynika to z dwóch powodów – ponownego zacieśnienia przez ZSU blokady informacyjnej oraz ukraińskiej pauzy operacyjnej (chwilowego zawieszenia działań), o której w jakiejś mierze zadecydowała także pogoda; na deszcze przede wszystkim narzekali rosjanie, ale i Ukraińcom nie były one na rękę. Z nielicznych dostępnych informacji wynika, że faza względnego spokoju – jaki nastąpił po odparciu wczorajszych kontrataków rosjan – właśnie się skończyła i Ukraińcy wznowili natarcie. Znów – jak przed kilkoma dniami – na zasadzie „śnieżnej kuli”, czyli stopniowo wprowadzając do boju kolejne oddziały.

Sądząc po tonach moskiewskiej propagandy (jakże innych niż hurraoptymistyczne doniesienia sprzed weekendu…), rosjanie „dzielnie się bronią”. Powinienem już przyzwyczaić się do emocjonalnej labilności ruskich propagandystów i do ich logiczno-retorycznych fikołków, które wykonują za każdym razem, gdy idzie źle. Ale – przyznam Wam – ciągle mam wrażenie jakiejś nierzeczywistości, gdy czytam o „bohaterskiej obronie” ruSS-armii, świadom, że w lutym 2022 roku weszła ona do walki z zamiarem pokonania Ukrainy w trzy dni. „Daj spokój, przecież nie od dziś wiesz, jacy to są szmaciarze…”, kwituje moje dylematy dobry kolega.

Mniejsza o nie, wracajmy do sedna. Wczorajszy wieczór przyniósł wieści o śmierci gen. Siergieja Goriaczowa, szefa sztabu 35. Armii. Co ciekawe, jako pierwsi informacje podali rosjanie. Nie wiemy, w jakich dokładnie okolicznościach poległ rosyjski dowódca. Po serii generalskich dekapitacji z początkowych miesięcy inwazji, wyżsi rangą moskale już tak chętnie nie zapuszczają się na pierwszą linię, można więc uznać, że nie była to śmierć w walce. Rosyjskie źródła twierdzą, że Goriaczow zginął w wyniku „ataku rakietowego”, co z dużym prawdopodobieństwem oznacza porażenie kwatery. Jeśli było to dowództwo 35. Armii, zabitych i rannych wyższych rangą oficerów musi być więcej – jak na razie brakuje jednak wiarygodnych doniesień na ten temat.

Jak w ogóle możliwy jest atak na taką kwaterę? Siedziba sztabu armii to w końcu nie byle jaki element łańcuchu dowodzenia, w tym konkretnym przypadku mówimy o strukturze, której podlega 50 tys. rosyjskich żołnierzy stacjonujących na okupowanych terenach obwodu donieckiego i zaporoskiego. „Czy Ukraina ma tak skuteczną agenturę, która wie, gdzie oni (sztabowcy – dop. MO) siedzą?” – pyta mnie jedna z Czytelniczek. Być może, choć bardziej prawdopodobny wydaje mi się scenariusz wykorzystania „urobku” natowskiego SIGINT-u, wywiadu technologicznego, zbierającego sygnały elektromagnetyczne m.in. przy użyciu środków satelitarnych i lotniczych. Dowództwo armii musi emitować masę specyficznych transmisji, jest w końcu „głową” „rozsiewającą” rozkazy do podległych jednostek. Logika nakazuje, a technologia umożliwia, by takie sygnały na różne sposoby maskować, czego albo zabrakło, albo rosyjskie zabiegi okazały się niewystarczające. Tak czy inaczej, obiecujący rzekomo generał (na przestrzeni dwóch ostatnich lat szybko chłop awansował…) już nie zdoła się wykazać.

Gwoli rzetelności dodać należy, że namierzenie i w konsekwencji atak rakietowy (przeprowadzony zapewne przy użyciu himarsów), wcale nie musiały dotyczyć sztabu 35. Armii. Goriaczow mógł przebywać w którymś z podległych dowództw (dywizji, pułku), mógł być w miejscu zakwaterowania lub gdziekolwiek indziej, gdzie ciągnął się za nim elektromagnetyczny ślad. Współczesna technika ułatwia życie, ale bywa i powodem śmierci; przejście na gołębie pewnie by rosjan uchroniło przed możliwościami SIGINT-u.

Z kronikarskiego obowiązku – rosyjscy niezależni dziennikarze ustalili dotąd nazwiska czterech zabitych podczas inwazji generałów ruSS-armi, brytyjski wywiad mówi o ośmiu, Amerykanie o dziesięciu. Wedle trudnych do zweryfikowania szacunków Ukraińców, rosja straciła do tej pory 20 najwyższych rangą wojskowych.

Niech mnie ktoś poprawi, jeśli się mylę, ale ZSU nie odnotowały dotąd żadnych tego typu strat bojowych.

Skoro o stratach mowa. Z braku innych sukcesów rosyjscy propagandyści nadal zaciekle eksploatują wątek zniszczonych na Zaporożu bradleyów. W tym celu powołują się nawet na znienawidzoną CNN, która podała, że armia ukraińska utraciła w ostatnich dniach 16 tego typu wozów, co stanowi 15 proc. ze 110 dotychczas otrzymanych maszyn. Skromnie przy tym przemilczają wspomniani Z-blogerzy, że armia rosyjska po wejściu do Ukrainy zubożała o co najmniej 1,7 tys. pojazdów tego typu – a mam na myśli wyłącznie maszyny, których zniszczenie zostało udokumentowane zdjęciowo lub filmowo. Realne rosyjskie straty w kategorii „bojowe wozy piechoty” są co najmniej o jedną trzecią większe. Ale własne to własne, po kiego grzyba drążyć? No i przede wszystkim fetysz nie ten… Bawi mnie nieustająco ów rosyjski (a wcześniej sowiecki) kompleks niższości wobec Zachodu i jego technologicznych wytworów. Ta usilna potrzeba wykazania, że dorównujemy, ba, mamy lepsze…

Nie zmienia to faktu, że ukraińskie straty są jak najbardziej realne. Szczęśliwie w ciągu najbliższych kilkunastu godzin Biały Dom ogłosi nowy pakiet pomocy dla Ukrainy – tym razem w wysokości 325 mln dol. W jego ramach przekazanych zostanie co najmniej 18 bradleyów oraz nieznana liczba wozów bojowych Stryker (a poza tym zapas pocisków rakietowych ziemia-powietrze i amunicji do himarsów). Bieżące ubytki zostaną zatem powetowane, a przecież to nie koniec amerykańskich dostaw.

Na dziś to tyle. Jutro chciałbym m.in. odpowiedzieć na wątpliwości Czytelnika, który zastanawia się, dlaczego Ukraińcy wyposażyli w najlepszy swój sprzęt niedoświadczone jednostki – i rzucili je do walki.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Bradleye gdzieś w Ukrainie/fot. ZSU

Doświadczenie

„Ruskie kontratakują…”, napisał do mnie przed południem jeden z Czytelników. Wypowiedź była nieco bardziej rozbudowana – cytuję tylko jej esencję – a zwieńczyła ją „smutna buźka”. Postanowiłem tę wiadomość upublicznić, bo ilustruje problem, do którego chciałbym się dziś odnieść. Chodzi o rozbuchane oczekiwania, które wprost przekładają się na percepcję wydarzeń na Zaporożu. Gorączkowy entuzjazm przychylnej Ukrainie opinii publicznej, bazujący na nierealistycznych wyobrażeniach – i z tego powodu łatwy do wygaszenia. Podatny na transformację w ponuractwo i pesymizm, które z kolei sprzyjają zdystansowaniu się od „ukraińskich problemów”. A ten dystans to „amunicja politycznego rażenia”, wszak w ostatecznym rozrachunku dalsze wsparcie dla Ukrainy wymaga zgody zachodnich społeczeństw. USA czy Wielka Brytania to nie rosja, której władze mają w dupie wolę narodu.

Medialno-polityczny, a częściowo też i fachowy dyskurs wokół zachodnich dostaw sprzętu wojskowego oraz spodziewanej ukraińskiej kontrofensywy, cechował się w ostatnich miesiącach brakiem umiaru. Za mało było wypowiedzi, w których dominowałby realizm. Niewprawiony czytelnik/słuchacz/widz nabrał przekonania, że „teraz Ukraińcy mają tyle, że muszą dać radę”. W szybkim tempie zadać rosjanom druzgocące straty i zakończyć wojnę. W tej percepcji niemieckie czołgi czy amerykańskie bojowe wozy piechoty urosły do rangi wunderwaffe, której samo pojawienie się na froncie zmusi moskali do ucieczki. Szczegółami mało kto się przejmował, zapominając/nie mając pojęcia, że użytkownik takiego sprzętu musi go poznać, zgrać jego wykorzystanie z innymi elementami zgrupowania bojowego. Nauczenie załogi Leoparda 2 poruszania się czołgiem, celnego strzelania z armaty, to ledwie początek. Czołg nie jest wyspą, działa w ramach kompanii z kilkunastoma innymi maszynami. Kompania jest częścią batalionu, batalion idzie do boju wespół z saperami, artylerią, lotnictwem, pododdziałowi pancernemu towarzyszą zwykle jednostki zmechanizowanej piechoty itp., itd. Innymi słowy, walka to współdziałanie i cały szereg zmiennych, pośród których charakterystyki używanego sprzętu tworzą tylko część wartości. Dajmy Ukraińcom w poniedziałek tysiąc nowoczesnych czołgów i oczekujmy, że we wtorek ruszą nimi do walki. Do środy dwie trzecie maszyn zostanie zniszczona, przy zyskach niewartych nawet dziesiątej części poniesionych strat.

Pozwólcie na małą dygresję. Kilkanaście lat temu – podczas firmowej imprezy integracyjnej – zostałem dowódcą oddziału paintballowców. „Marcin!”, gardłowali ludzie, wybór szefa był bowiem skutkiem głosowania. Miałem za sobą kilka wojennych wyjazdów, opinię fachowca od wojny i wojskowości – kto więc jak nie ja. Sam tak sądziłem, przekonany, że będę niczym płk Hal Moore podczas bitwy w dolinie Ia Đrăng (a właściwie to jego filmowy odpowiednik, doskonale zagrany przez Mela Gibsona w „Byliśmy żołnierzami”). Że zerknę na pole bitwy i już będę wiedział, co robić. A tu jeb – centralnie między oczy. Zaczęła się rozgrywka, ja tymczasem nie miałem pojęcia, co dalej. Jak „ułożyć” ludzi, by przeciwnik nie wdarł się w chroniony rejon. W efekcie, najpierw każdy walczył na własną rękę, a gdy nieco mnie otrzeźwiło, kazałem oddziałowi wycofać się do budynku. I co z tego, że wypatrzyłem świetną miejscówkę, z której napieprzałem po atakujących z nielichą skutecznością, gdy nie zorganizowałem stanowiska obronnego właściwie chroniącego flanki i tył? Wciry dostaliśmy takie że ho-ho, a ja zostałem z refleksją, że nawet najlepsza „szpryca” (a nasze karabinki były nowiusieńkie, biły daleko i celnie), to za mało, żeby wygrać. Są ludzie, którzy mają naturalny instynkt walki, ale co do zasady najważniejsze jest doświadczenie. Umiejętność współpracy, także w warunkach nieustannie zmieniającej się sytuacji. Braku tych cech nie unieważnią największa odwaga i determinacja. W którymś momencie, podczas pamiętnej „bitwy”, dwóch moich ludzi wybiegło na wprost atakujących. Darli pyski, ładując z karabinków jak szaleni. Później jeden z nich przyznał: „chciałem sprintem dopaść do ich budynku z flagą”. Chłopcy szybciutko wyłapali kilkanaście kulek i na tym skończyła się ich szarża. Mnie przypominała ona słynne japońskie ataki banzai – tyleż odważne, co głupie i nieefektywne.

Jeden z gamoni, proruskich aktywistów medialnych z Twittera, właśnie „atakami banzai” nazywa ukraińskie szturmy w Zaporożu. Bredzi jak potłuczony, tym niemniej faktem jest, że armia ukraińska, doskonała w obronie, uczy się właśnie w przyśpieszonym trybie, jak być skuteczną w ataku. A że uczy się nie na paintballu, a na prawdziwej wojnie, ludzie przy tym naprawdę giną i płonie prawdziwy sprzęt.

Sprzęt tak czy inaczej znacząco lepszy od rosyjskiego. Kilka dni temu (pro)kremlowskie źródła epatowały zdjęciami uszkodzonych wozów ZSU (jedną z takich fotografii załączam do tekstu). „Supertechnika NATO nie wytrzymała w konfrontacji z rosyjską bronią”, komentowano. Tak, widoczny na zdjęciu Leopard został unieruchomiony, tak, podobny los spotkał Bradleye. Nastąpiło to na skutek wjechania na pole minowe, przy jednoczesnym rosyjskim ostrzale artyleryjskim. Natężenie bodźców wywołało zamieszanie pośród niedoświadczonych i niezgranych żołnierzy (wiadomo, z jakiej byli brygady – niedawno sformowanej). Ale proszę spojrzeć na Leoparda – nie wziął udziału w igrzyskach latającej wieży, co jest losem sporej części porażonych rosyjskich czołgów. Tylko jeden z bewupów został solidnie pokiereszowany, reszta – mimo wyłapania miny – ocaliła załogi i desant; otwarte wrota i brak ciał w okolicy sugerują udaną ewakuację (którą zresztą widać na ujawnionym później przez Ukraińców materiale filmowym). Gdyby na miejscu Bradleyów znalazły się sowieckie BWP-1/2, najpewniej nie byłoby czego zbierać. Warto, byście mieli świadomość, że nawet w ofensywie armia ukraińska ponosi mniejsze straty niż rosyjska. Ale sumę czynników wynikłych z posiadania lepszego sprzętu musi uzupełnić efekt zdobytego doświadczenia – dopiero wtedy będziemy mogli mówić o istotnej jakościowej różnicy.

Zatem cierpliwości, zwłaszcza że ofensywa dopiero się zaczyna.

I jak każde tego rodzaju działanie, przetkana jest pauzami operacyjnymi. Nie sposób nieustannie dociskać, atakujący również potrzebują czasu na przegrupowanie, podciągnięcie zaopatrzenia, odpoczynek. Dla drugiej strony to doskonały moment na wyprowadzenie kontruderzenia. Tym bardziej, że przeciwnikowi trudniej się bronić na dopiero co zajętym terenie. rosjanom można zarzucić wiele, ale nie brakuje im znajomości podstaw sztuki operacyjnej. Więc kontratakują, gdzie mogą – jak na razie z mizernym efektem.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Michałowi Strzelcowi, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Mateuszowi Borysewiczowi, Marcinowi Pędziorowi, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale i Jakubowi Dziegińskiemu.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Tomaszowi Jakubowskiemu, Bartoszowi Sokołowskiemu, Konradowi Rutkowskiemu, Arkadiuszowi Wiśniewskiemu, Michałowi Nowackiemu, Czytelnikowi posługującemu się nickiem KK, Czytelnikowi Pawłowi, Andrzejowi Panufnikowi, Tomaszowi Włochowi, Wiktorowi Migaszewskiemu, Katarzynie Milewskiej i Michałowi Baszyńskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!