Rozmowa

Dziś Ogdowski wyłącznie w wersji audio-wiedo.

A konkretnie – szerokie spojrzenie na wojnę w Ukrainie, od kwestii technicznych po socjologiczne i psychologiczne. Poniżej materiał na YT, który jest zapisem mojego spotkania autorskiego w Białymstoku. Zorganizowało je tamtejsze Muzeum Wojska, w ostatnią sobotę, w ramach wydarzenia pt: „Weekend z kulturą”.

Zapraszam do odsłuchu – obraz nie ma tu większego znaczenia, chyba że ktoś chciałby zobaczyć, jak macham rękoma.

Z tekstem pisanym wracam jutro.

Zdjęcie dla atencji. Siedzę tu na wraku haubicy samobieżnej 2S1 Goździk, zniszczonej w 2022 roku podczas wiosennych walk z armią rosyjską na terenie obwodu mikołajowskiego.

—–

Dziękuję za uwagę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

„Dieppe”

Spoglądam na załączoną do wpisu mapę z oznaczonymi miejscami ukraińskich ataków rakietowych, wymierzonych w składy amunicyjne i miejsca koncentracji rosyjskich wojsk. To dane za miniony tydzień, obejmujące także ostatni poniedziałek. Widać, że główny wysiłek zmierzający do „zgrillowania” sowieckiej logistyki skierowano na południe. Ukraińcy bili przede wszystkim w cele na Zaporożu i w okupowanej części obwodu chersońskiego. Co istotne, legenda nie odzwierciedla w pełni zamysłu ukraińskich planistów. W przypadku co najmniej dwóch porażonych obiektów chodziło nie tyle o zniszczenie amunicji czy siły żywej, co o puszczenie z dymem zapasów żywności. Aprowizacja to pięta achillesowa rosjan na południu Ukrainy – doniesienia o tym, że kuleje, pojawiły się już kilka tygodni temu, w ostatnich dniach przybrały postać dramatycznych relacji. Wielu wziętych do niewoli moskali wygląda na zabiedzonych i żebrze o jakikolwiek posiłek. Tradycja armii czerwonej – traktującej własnych żołnierzy jak bydło – najwyraźniej nadal obowiązuje. Gwoli uczciwości, Ukraińcy również skarżą się na nieterminowe dostawy (do oddziałów na pierwszej linii), ale czym innym jest gorąca micha podana później czy zastąpiona suchym prowiantem, czym innym zaś burczenie w pustym od kilku dni brzuchu.

No więc patrzę na tę mapę sugerującą, że zasadniczy ukraiński wysiłek wojenny koncentruje się obecnie na Zaporożu. Więc czemu u licha ataki lądowe nadal prowadzone są tam na pół gwizdka? Po prawdzie, powinna mnie zadowolić odpowiedź najbardziej oczywista – że to początek operacji kontrofensywnej ZSU i że głównie z uwagi na ograniczenia sprzętowe armii gen. Załużnego, rozkręca się ona powoli. Wojskowi mówią w takich okolicznościach o strategii „śnieżnej kuli”, której masa (objętość, średnica) rośnie stopniowo. Z zastrzeżeniem, że nie idzie tu o całkowity bezwład, a o działanie reaktywne – „wymacanie” słabszego punktu, przełamanie go, uruchomi znacznie większe rezerwy, które wejdą w wyłom i zaczną rajd. Ta „encyklopedyczna” logika to jedno; druga z opcji, o której dla zachowania rzetelności należałoby wspomnieć, zakłada, że Ukraińcom się nie powiodło. Że „odbiwszy się” od pierwszych rosyjskich pozycji, uznali dalsze działania zaczepne za niecelowe. Kontynuują je w mocno ograniczonym zakresie z przyczyn operacyjnych – by angażować rosjan na południu i zablokować przerzucanie odwodów gdzie indziej. No i propagandowych – dla podtrzymania „mitu kontrofensywy”. Z przyczyn oczywistych ta narracja jest mocno na rękę rosyjskiej propagandzie, szeroko reklamują ją też prorosyjscy aktywiści medialni w Polsce. Problem w tym, że nie sposób znaleźć przekonujących dowodów na jej poparcie. Nie są nimi w każdym razie rzekome bardzo wysokie straty Ukraińców.

W tym kontekście pozwolę sobie na dygresję – jeden z prokremlowskich propagandystów „odkleił się” do tego stopnia, że napisał kilka dni temu o zniszczeniu na Zaporożu całej czterotysięcznej ukraińskiej brygady („rannych i jeńców nie było”). „Szarża banzai” nie została zarejestrowana przez żadną rosyjską kamerę, ale kto by się przejmował brakiem dowodów? Ciekawe, że doniesienia na ten temat zbiegły się czasowo z walkami o wieś Piatichatki, którą ZSU wyzwoliły trzy dni temu (dwa dni temu podając to do wiadomości publicznej). W tych bojach polec miało kilkuset Osetyńców walczących w szeregach armii rosyjskiej (przy minimalnych stratach własnych Ukraińców). Resztki osetyńskiego batalionu uciekły z osady, ale na tyłach dopadli je rosjanie i rozstrzelali – oficjalnie jako przebranych w rosyjskie mundury ukraińskich sabotażystów. Łącznie mówimy o 400 poległych i zamordowanych Osetyńcach. Znając realia rządzące rosyjską propagandą (która lubi przypisywać własne straty przeciwnikowi i mnożyć je na przykład przez dodanie zera), łatwo ustalić, skąd wzięło się wspomniane cztery tysiące Ukraińców. Dla porządku dodajmy, że Osetia Południowa – de facto znajdująca się pod kontrolą rosji część Gruzji – liczy sobie 70 tys. mieszkańców. 400 trupów to więcej niż umiera tam ludzi przez pół roku. Oto więc kolejny przykład, że w wojnie rosjan ginie nieproporcjonalnie dużo przedstawicieli zniewolonych przez nich ludów.

Wróćmy do zasadniczego wątku – wyjaśnienie o „rozkręcającej się” kontrofensywie mnie nie zadowala (oczywiście, mogę się w tym niezadowoleniu srogo mylić), dla twierdzenia o jej niepowodzeniu nie znajduję dowodów. Istnieją jeszcze trzy wytłumaczenia ograniczonego ukraińskiego zaangażowania na południu. O jednym już kilkakrotnie wspominałem we wcześniejszych tekstach – zakłada ono, że zasadnicze uderzenie wyjdzie gdzie indziej, a aktywność na froncie zaporoskim ma jedynie odwracać uwagę. Coraz mniej w to wierzę i nie mam narzędzi, by tę hipotezę w tej chwili zweryfikować. Nad następnym scenariuszem pochylę się w oddzielnym wpisie, wymaga bowiem rozległego wprowadzenia, także w postaci historycznej analogii (z niemiecką ofensywą w Ardenach z 1944/45 roku). Dziś napiszę jednie, że mam na myśli rosyjskie uderzenie, które miałoby nastąpić na północnym odcinku frontu. W tej koncepcji odparcie kolejnej ofensywy wroga stało się priorytetem ukraińskiego dowództwa, ważniejszym niż własne działania zaczepne na południu. Sygnalizuję sceptyczny stosunek, po lekturę szczegółów zapraszam jutro (najdalej pojutrze).

Ostatnia opcja również wymaga historycznego wprowadzenia. Rajd na Dieppe z 19 sierpnia 1942 roku to nieco kulawa analogia, ale lepszej nie znajduję. Dlaczego kulawa? Wspomniana operacja zakończyła się gigantycznymi stratami aliantów – Kanadyjczyków i Brytyjczyków, w niewielkim stopniu Amerykanów – nieproporcjonalnie dużymi do tych poniesionych przez Niemców (ponad cztery tysiące zabitych i wziętych do niewoli z jednej strony, około 600 poległych i rannych z drugiej). Nie sądzę, by taki był finał działań Ukraińców, jednak zamysły alianckiego dowództwa – zwłaszcza premiera Winstona Churchilla – mogą być w istotnym stopniu tożsame z intencjami ukraińskich sztabowców.

Ale po kolei. Dieppe to francuskie miasto portowe, po przegranej przez Francję kampanii z wiosny 1940 roku okupowane przez wojska III Rzeszy. W sierpniu 1942 roku w pobliżu miejscowości wylądował aliancki desant. Jego celem było czasowe zajęcie Dieppe i okolicznych osad, zniszczenie miejscowego garnizonu oraz elementów wojskowej infrastruktury. Po wykonaniu zadania kanadyjscy i brytyjscy żołnierze mieli wrócić na łodzie i do Wielkiej Brytanii. Nie czas i miejsce, by skupiać się na dokładnym przebiegu tej jednodniowej kampanii – dość napisać, że alianci natknęli się na bardzo silny niemiecki opór, a techniczne problemy związane z transportem i lądowaniem oddziałów desantowych tylko spotęgowały trudności. Większości taktycznych zamiarów zrealizować się nie udało, Niemcy od początku panowali nad polem bitwy. Do tego stopnia, że wielu alianckich żołnierzy zaraz po wylądowaniu znajdowało się w tak niekorzystnej sytuacji, że jedynym sensownym wyjściem było poddanie się. Ale – jakkolwiek dowództwo nie spodziewało się tak wielkich kosztów – zasadnicze cele operacji zostały osiągnięte.

Jakie? Należy je rozdzielić na dwa obszary: wiedzy i korzyści politycznych. Zacznijmy od tych drugich – w połowie 1942 roku sowieci mocno naciskali na Zachód, by otworzył drugi front w Europie. Co ciekawe, Stalina wspierał w tym pomyśle prezydent USA Franklin Roosevelt, naiwnie zakładając, że już wówczas siły amerykańsko-brytyjskie byłby w stanie przeprowadzić udaną operację desantową w kontynentalnej Europie. Twardo stąpający po ziemi Churchill nie miał co do tego złudzeń i ostatecznie postawił na swoim. Dieppe było desantem „na próbę”, który z jednej strony unaocznił wszystkie słabości aliantów, z drugiej pozwalał na użycie argumentu „nie, jeszcze nie jesteśmy gotowi”. W zgodnej ocenie wielu historyków, operacje „Jubilee” była aktem natury politycznej, nie militarnej.

Zarazem pozwoliła zebrać mnóstwo informacji, wykorzystanych następnie przy planowaniu i realizacji kolejnych operacji desantowych (w Afryce, na Sycylii, w Normandii). Dla aliantów stało się oczywiste, że muszą sobie zapewnić przewagę w powietrzu, że konieczne jest uprzednie obezwładnienie możliwie największej liczby stanowisk obronnych przeciwnika, że do działań desantowych należy stworzyć wyspecjalizowane jednostki, że wymagają one potężnego wsparcia artylerii, czy wreszcie, że nie samo zdobycie przyczółku jest najtrudniejsze, lecz jego utrzymanie. Konkretna wiedza (wtedy w wielu zagadnieniach nowa!), poszerzona o rozpoznanie Niemców, ich taktyk, procedur alarmowych, jakości i bitności poszczególnych jednostek i żołnierza jako takiego. W sierpniu 1942 roku Brytyjczycy byli na wojnie trzeci rok, Amerykanie zaledwie kilka miesięcy. Za nimi były już pierwsze sukcesy, ale co do zasady dopiero uczyli się być stroną atakującą, aktywną, podobnie zresztą jak Niemcy uczyli się być w defensywie.

ZSU mają na koncie spektakularne zwycięstwo na charkowszczyźnie, żmudną, lecz i tak zakończoną sukcesem operację chersońską; pokazały już, że potrafią nie tylko się bronić, ale i wygrywać. Tyle że skala obecnych wyzwań jest zupełnie inna. Pisałem już o tym nie raz, wspomnę więc tylko, że rosjanie dobrze się do obrony Zaporoża przygotowali, słusznie zakładając, że w ostatecznym rozrachunku utrzymanie tych terenów to ich „być albo nie być” na Krymie. W dobie zwiadu satelitarnego każdy centymetr ziemi na Zaporożu został dokładnie obejrzany – dzięki NATO Ukraińcy mają dostęp do tych informacji. Lecz z tak pozyskanych danych nie da się wywieść wszystkich niezbędnych wniosków. Widać umocnienia, ale nie sposób „do spodu” ocenić ich jakości, widać żołnierzy, lecz nie wiadomo, co sobą prezentują. Z podsłuchanych transmisji można wyczytać sporo informacji, ale mnóstwo tych najniezbędniejszych pojawi się w eterze dopiero w odpowiednich warunkach. Chcemy wiedzieć, jak dowodzeni są, jak walczą rosjanie – musimy ich do tej walki skłonić.

Ufam, że rozumiecie już intencję – Zaporoże to taki „atak na próbę”. Jednocześnie w jakimś zakresie czytelny sygnał wysyłany w stronę tych, którzy oczekują od Ukrainy szybkich, zdecydowanych rozstrzygnięć – niektórych rządów, opinii publicznych, mediów.

Moim zdaniem, armia ukraińska jest dużo silniejsza niż 24 lutego 2022 roku, ale nadal niegotowa do zadania nokautującego ciosu. Zwłaszcza że rosjanie też nie stoją w miejscu i jakkolwiek lata świetlne dzielą ich od jakości „drugiej armii świata”, nie są już tym samym nieporadnym wojskiem rozgromionym pod Kijowem czy motłochem rozpędzonym na charkowszczyźnie.

Brzmi przekonująco? Pewnie niektórzy – kierując się złą wolą czy intelektualną przekorą – zarzucą mi „racjonalizację ukraińskiej klęski na Zaporożu”. Dla takich osób mam znamienną statystykę – pięć miesięcy „zimowej” ofensywy rosjan dało im 80 km kwadratowych terenu, za cenę stu tysięcy zabitych i rannych. Dwa i pół tygodnia ukraińskiej ograniczonej presji na południu pozwoliło wyzwolić 120 km kwadratowych, co kosztowało ZSU kilkuset zabitych i rannych. Nie taki był cel operacji i nie jestem „fetyszystą terenowym”, niemniej te liczby mówią nam dużo o możliwościach obu armii. O takich klęskach moskale mogą jak na razie co najwyżej pomarzyć…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Rys. Uawarinfographics

Rozmach

Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce…

A może jednak nie tak dawno i nie w tak odległej – idzie bowiem o całkiem bieżącą rosyjską narrację propagandową, uskutecznianą nie tylko przez moskali, ale i naszych skarpetkosceptyków. Tworzy ona świat równoległy, w którym niemal wszystko jest na opak lub przynajmniej w istotny sposób różne od tego, co w rzeczywistości. Świat, w którym armia neosowiecka toczy bohaterskie i zwycięskie boje, na razie w obronie, ale niebawem jak nic wykona woltę i przyleje z flanki. Ciekaw jestem, ile w tym dyletanctwa, naiwności i głupoty, ile zaś nikczemnej woli, by brać udział w kremlowskiej dezinformacji? Polityczna hucpa wokół pomysłu zbadania rosyjskich wpływów nie zmienia faktu, że problem istnieje. Że moskale mają u nas nie tylko „twardą” agenturę, ale też spore grono agentów wpływu i rzesze użytecznych idiotów, kolportujących korzystne dla Moskwy treści. Info-sferę już dawno należało poddać weryfikacji, której celem byłoby wyrugowanie prorosyjskich narracji, godzących w polską rację stanu i łamiących praworządność (dość przypomnieć, że popieranie wojny napastniczej jest w Polsce zakazane). No ale władza i służby mają, zdaje się, poważniejsze zmartwienia…

Dość narzekania, przejdźmy do sedna. „Rosyjskie śmigłowce Ka-52 zatrzymały wielką ukraińską kontrofensywę na Zaporożu”, pisze rodzimy wielbiciel ruskiego miru. Zapewniając, że istnieje na ten temat mnóstwo materiałów fotograficznych i filmowych, co jak rozumiem, ma uwiarygodnić przekaz. No więc pogrzebałem od rana pośród tych materiałów, wsparłem się także wiedzą analityków na bieżąco dokumentujących straty obu stron. Nim do tego przejdę, dwie techniczne uwagi. Po pierwsze, z dotychczasowych doświadczeń wynika, że ogólnodostępne filmy i zdjęcia ilustrują mniej więcej dwie trzecie realnie poniesionych strat. Po drugie, historia wojskowości pokazuje, że przy porównywalnym potencjale technicznym zaangażowanych w konflikt armii, strona atakująca ponosi zwykle straty dwu-trzykrotnie większe niż obrońcy.

Przez pierwsze dwa i pół tygodnia czerwca atakujący Ukraińcy stracili na Zaporożu 18 czołgów – tyle samo, ile rosjanie. Mamy tu więc relację strat 1 : 1, nie zaś 3 : 1. Co więcej, większość rosyjskich czołgów (14 sztuk) została zniszczona, połowa ukraińskich wozów mimo trafienia nadawała się do remontu (co niemal na pewno oznacza, że załoga ocalała). Nacierające ZSU po stronie strat zanotować musiały 27 bojowych wozów piechoty, w większości amerykańskich Bradleyów. Lecz tylko jedna trzecia z nich została całkowicie zniszczona – reszta to wozy porzucone na skutek uszkodzenia (najczęściej wywołanego najechaniem na minę). Nie wiem, ile z nich zostało potem odzyskanych i odesłanych na tyły do remontu; na pewno żadna z maszyn nie dostała się w ręce rosjan. Ci zaś w tej kategorii sprzętu utracili 19 wozów, z czego 16 bezpowrotnie (wypalone wraki). Relacja strat – 1,5 : 1 znów daleka jest od typowych norm; przy takim „nakładzie” rosjan, Ukraińcy powinni pozbyć się 38-57 bewupów.

Solidnie oberwały ZSU jeśli idzie o transportery opancerzone, przede wszystkim amerykańskie wozy typu MRAP. Spłonęło ich 25 sztuk, kilkanaście kolejnych zostało uszkodzonych. W tym zakresie brakuje udokumentowanych rosyjskich strat, co nie dziwi, wszak to Ukraińcy byli stroną aktywną i to ich piechotę należało podrzucić do miejsc, z których wyprowadzano ataki. W przypadku rosjan mieliśmy do czynienia przede wszystkim ze statyczną obroną wcześniej przygotowanych linii obronnych – mobilność nie była cechą ich oddziałów, nie licząc przemieszczających się na tyłach rezerw oraz nielicznych jednostek, które przeszły do kontrataku.

Co istotne, większość skasowanych MRAP-ów to zasługa śmigłowców szturmowych Ka-52. Latały one wzdłuż linii frontu, na granicy zasięgu własnych pocisków przeciwpancernych, z odległości 9-10 km rażąc ukraińskie kolumny. Szczwana taktyka, wykorzystująca fakt, że ręczne zestawy przeciwlotnicze mają zasięg o połowę krótszy. Tym niemniej bezkarność rosyjskich pilotów nie trwała długo – Ukraińcy podciągnęli „cięższą” OPL i w ciągu zaledwie sześciu dni (od 12 czerwca począwszy) na ziemię spadło sześć Ka-52. To bez dwóch zdań dobry śmigłowiec, perła w koronie rosyjskiej awiacji. Dzięki zachodniej awionice i zachodnim podzespołom wykorzystywanym w jego precyzyjnej amunicji, mający potencjał, by krzyżować Ukraińcom szyki. Nim zaczęła się inwazja, armia rosyjska miała około 120 takich maszyn, ponad jedna czwarta została już zgruzowana. Dla porządku dodajmy, że pojedynczy Ka-52 wart jest 16 mln dol., strata sześciu to niemal równiutkie 100 baniek. Za tę sumę można by kupić około… tysiąca MRAP-ów (używanych, takich, jakie dostają ZSU).

Jeśli zatem Ka-52 cokolwiek zatrzymały, to efektywność tego przedsięwzięcia jest, delikatnie mówiąc, średniawa. Z pewnością nie zatrzymały ukraińskiej presji, bo walki na Zaporożu trwają. Ale u licha, jakby na te zmagania nie patrzeć, wciąż nie ma w nich rozmachu kontrofensywy, zwłaszcza „wielkiej”. Straty, o których mowa powyżej, tylko potwierdzają doniesienia o ograniczonym charakterze działań. Ze strzępów informacji można wywnioskować, że w walkach wzięły udział elementy sześciu ukraińskich brygad, ale za każdym razem były to wydzielone, najwyżej kilkusetosobowe kontyngenty (kompanie, bataliony). Generał Załużny wciąż oszczędza swoją „żelazną pięść” – elitarne odwodowe jednostki, z których część właśnie się z Zaporoża wyniosła (a może nigdy ich tam nie było?). Czyżby miejsce, w którym się objawią, będzie prawdziwym celem ofensywy? A może nadal jest nim Zaporoże, tylko to, co do tej pory oglądaliśmy (i oglądamy), to ledwie początek rozpisanych na wiele miesięcy działań? Postaram się na te pytania odpowiedzieć w jutrzejszym wpisie.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Michałowi Strzelcowi, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jakubowi Dziegińskiemu, Radosławowi Dębcowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Mateuszowi Borysewiczowi i Marcinowi Pędziorowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich ośmiu dni: Dominikowi Mytkosiowi, Maksymowi Kammererowi, Jakubowi Kojderowi, Czytelniczce Agnieszce, Andrzejowi Sztukowskiemu, Bogusławowi Węgrzynowi i Zbigniewowi Cichańskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Tony

Myślałem, że mam to na lepszym zdjęciu, ale jest jak jest i musi wystarczyć.

Wykonałem tę fotografię jesienią 2010 roku w Afganistanie. Widać na niej Rosomaka wypełnionego skrzynkami zdobycznej talibskiej amunicji – całe 400 kilogramów, zgodnie z procedurą przeznaczonych do zniszczenia. Co też kilkadziesiąt minut później nastąpiło, w towarzystwie solidnego jebnięcia i okazałego grzybka. Nigdy wcześniej nie widziałem eksplozji niemal półtonowej „bomby” („śmieci” obłożono jeszcze ładunkami inicjującymi) i jakkolwiek miało to miejsce w bezpiecznych warunkach – nie w czasie sytuacji bojowej – było naprawdę mocnym przeżyciem. Zwłaszcza bombardowanie kamieniami i grudkami zeschniętego piachu.

Ale ja nie o tym. Wczoraj branżowy internet emocjonował się zdarzeniem z poddonieckiej Marjinki, gdzie rosjanie użyli do ataku na ukraińskie linie wypełnionego materiałem wybuchowym czołgu. Czołgu-pułapki – należałoby napisać, wedle rosyjskich źródeł zdalnie sterowanego. Wedle tych samych przekazów, wybuch stareńkiego T-54/55 zniszczył wiele ukraińskich wozów i zabił mnóstwo żołnierzy ZSU – czego nijak nie widać na udostępnionym materiale filmowym. Widać na nim bowiem, że czołg najpierw najeżdża na minę, która go unieruchamia, po czym zostaje „dobity” strzałem z ukraińskiej wyrzutni RPG. Granat inicjuje potężną eksplozję, która rzeczywiście mogłaby mieć potworną siłę niszczącą – tyle że następuje z dala od pozycji Ukraińców. Gadki o ich stratach można więc włożyć między bajki.

Tak jak nie chce mi się wierzyć w zapewnienia rosjan, że użyli 6 ton materiałów wybuchowych. Bo gdzie u licha oni je wepchnęli? Spójrzcie na załączone zdjęcie – 400 kg „towaru” zmusza żołnierzy do jazdy z nogami u góry. Skrzynek było tyle, że zajmowały mniej więcej jedną trzecią wysokości przedziału desantowego Rosomaka. Gdyby wyrzucić ludzi (piechocińców, którzy zabezpieczali saperów) i wypełnić „rośka” po sufit, weszłoby tam pewnie półtorej tony trofiejnej amunicji. Kolejne pół w pozostałej części wozu. Rosomak to duże, wysokie bydlę, nie sądzę, by kubatura jego wolnej przestrzeni była mniejsza od tej w niziutkim czołgu typu T.

No ale moskale wszystko muszą mieć duże, wielkie, największe. Nawet bieda-broń. Tak, bieda; tego typu rozwiązanie to nic innego jak przejaw desperacji. Mój „ulubieniec” – rusko-mirski aktywista medialny – napisze zapewne o „kreatywności i pomysłowości”. I w gruncie rzeczy będzie mieć rację – to specyficzny kunszt, godny terrorystów, którzy z braku innych środków sięgają po samochody-pułapki. Terroryści z moskowii są w lepszej sytuacji – mogą wypchać czołg. Większy, lepiej radzący sobie w trudnym terenie. Tylko że to wciąż ta sama metoda.

Komuś najwyraźniej brakuje sprawnej amunicji artyleryjskiej, dział, ludzi do ich obsługi, załóg czołgów, piechoty, która wspierałaby atak prawilnie użytych tanków – bóg wie, czego jeszcze, co w arsenale normalnych armii daje ekwiwalent pojazdu-pułapki. I uwaga – to w gruncie rzeczy ważniejsze niż dywagacje na temat masy ładunku i okoliczności zmuszających do sięgania po takie rozwiązanie – ruskie się chwalą. Ich mil-blogerzy bez cienia przypału reklamują działania spod Marjinki. Więc może te 6 ton to pokrętny sposób na odróżnienie się od „tradycyjnych” terrorystów – na zasadzie, „ale my możemy więcej”?

No możecie. I szybko wam poszło. Ta transformacja z drugiej armii świata, przez armię trzeciego świata, po bandę przygłupich terrorystów. Amen.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Sojusznicy

Przedpołudnie w Kijowie upłynęło pod znakiem kolejnego rosyjskiego ataku powietrznego. Nie był on zmasowany – moskale użyli zaledwie kilkunastu rakiet – ale sięgnęli wyłącznie po swoje „rodowe srebra”. Na ukraińską stolicę poleciały hipersoniczne kindżały oraz wystrzelone z morza kalibry. Ze wstępnych informacji wynika, że obrona przeciwlotnicza strąciła po sześć sztuk obu typów pocisków. Gdy piszę te słowa nie jest jasne, czy doszło do bezpośredniego porażenia jakichś elementów infrastruktury miasta – doniesienia o wybuchach i pożarach mogą odnosić się do wtórnych skutków zestrzelenia rakiet.

Atak zbiegł się z wizytą w Kijowie delegacji z krajów Afryki. Na jej czele stoi prezydent RPA Cyril Ramaphosa, któremu towarzyszą politycy z Zambii, Senegalu, Ugandy, Egiptu i Komorów. Dyplomaci przyjechali do Ukrainy w ramach „misji pokojowej”, jutro część z nich uda się do Petersburga na rozmowy z putinem. Kremlowski satrapa tymczasem przygotował dla przyszłych gości „małą niespodziankę” – dzisiejszy nalot nie jest bowiem, tak sądzę, przypadkowy. Intencją Moskwy było pokazanie afrykańskim delegatom, że choć rosja nie zajęła Kijowa fizycznie, to i tak sprawuje nad nim siłową kontrolę, spycha Ukraińców do defensywy i skutecznie ich terroryzuje. Nie bez powodu użyto kindżałów – po wydarzeniach z poprzedniego miesiąca wiemy już (wie też putler), że Ukraińcy potrafią je zestrzeliwać, ale szanse, że jednak osiągną wyznaczone cele pozostają wyższe niż w przypadku tradycyjnych pocisków manewrujących.

Oczywiście w obliczu skuteczności kijowskiej OPL, ów zabieg mógł okazać się kontrpoduktywny – i Afrykańczycy wyjadą ze stolicy z przekonaniem, że jakby się rosyjski prezydent nie napinał, to i tak dysponuje ograniczonymi możliwościami. Złudzeń wielkich na „kopernikański przewrót” w głowach delegatów nie mam, mowa wszak o ludziach, którzy przyjechali do Kijowa promować prorosyjskie rozwiązania („pokój za zaanektowane ziemie”). Bardziej niż przejrzenia na oczy (zdania sobie sprawy z niemocy rosji), spodziewam się utwierdzenia Ramaphosa i spółki w przekonaniu, że putin gotowy jest prowadzić wojnę najdłużej jak się da.

Wspominam o tej perspektywie nie bez powodu. 11 lipca w Wilnie zacznie się dwudniowy szczyt NATO, podczas którego ogłoszone zostaną ramy dalszej współpracy Sojuszu z Ukrainą. Natychmiastowe przyjęcie nie wchodzi w grę – to zostało już jasno powiedziane przez wielu czołowych zachodnich polityków. Ale nie ma też mowy po porzuceniu Ukrainy. Nie będę Was zanudzał szczegółami prowadzonych negocjacji (tego, co o nich wiadomo z przecieków) – dość napisać, że Kijów ma otrzymać jasną deklarację o przyszłym członkostwie. Co istotne, z pominięciem Planu Działań na rzecz Członkostwa (MAP) – żmudnej procedury, w ramach której kolejne kryteria związane z obronnością (i nie tylko) są oceniane pod kątem natowskich standardów. Ukraina otrzyma ofertę szybkiej ścieżki, jak Finlandia, która znalazła się w Sojuszu po niespełna roku, uznano bowiem, że „na wejście” spełnia wymogi. Macedonia Północna, która jest w NATO od trzech lat, wdrażanie MAP-u zaczęła w… 2002 roku. Polska, przypomnijmy, przystąpiła do Partnerstwa dla Pokoju (co dla krajów naszej części Europy oznaczało wejście do natowskiej „poczekalni”), w 1994 roku, pełnoprawnym członkiem Sojuszu stając się pięć lat później. Niezależnie od tego ułatwienia, Ukraina nie może liczyć na członkostwo, jeśli na jej terenie będą prowadzone działania zbrojne. I tu jest pies pogrzebany, gdyż putin – świadom tego wymogu – może przeciągać konflikt aż po swój grób. Co niekoniecznie musi wyglądać tak jak dzisiaj – rosja może nawet wycofać się z części zajętych obszarów, ale na przykład dalej prowadzić aktywną kampanię rakietową. Może nie zawrzeć formalnego porozumienia pokojowego (z Japonią nie zawarła go od 1945 roku; przykład obu Korei, które podpisały zaledwie rozejm, też jest pouczający). Pytanie, czym ma być ów „koniec wojny”, nadal pozostaje otwarte i zapewne długo jeszcze będzie oznaczać co innego dla różnych członków NATO. Sojuszu, dodajmy, opartego o mechanizm jednomyślności przy podejmowaniu decyzji.

Przykład Węgier i Turcji – ich obstrukcji wynikłych po części z prorosyjskości – nie napawa szczególnym optymizmem. Nie trzeba wyobraźni, by założyć, że Budapeszt i Ankara nie zgodzą się na członkostwo Ukrainy. Z drugiej strony mamy szereg doświadczeń, z których wynika, że ancymonów da się skutecznie pacyfikować. Ostatnio USA wstrzymały sprzedaż himarsów na Węgry, co jest reakcją na blokowanie przez rząd Orbana członkostwa Szwecji w NATO. Nieoficjalnie wiadomo, że gulaszowy autokrata otrzymał jasny sygnał, że to nie musi być jedyna sankcja, sprawa więc właściwie jest już załatwiona. Turcja, która potrzebuje amerykańskich technologii wojskowych jak powietrza, już raz w tym roku ugięła się pod presją administracji Joe Bidena (zgadzając się na członkostwo Finlandii). Nadal blokuje Szwecję, lecz nie potrwa to długo. Rządzony przez Erdogana kraj od lat pozostaje natowskim pariasem, jednak dopiero w ostatnim czasie staje przed perspektywą realnych skutków swoich poczynań. W potocznym dyskursie podkreśla się, że Turcja „wkłada” do NATO drugą co do wielkości armię – tyle że realnie nie jest to istotna wartość. Zaletą Turcji przez dekady było jej położenie, status „miękkiego podbrzusza” ZSRR, a potem rosji. Ukraina wprost granicząca z federacją wnosi tu znacznie więcej, a armię ma obecnie porównywalną, za to znacznie bardziej bitną i doświadczoną. Nikt nikogo z NATO do tej pory nie wyrzucał (ba, brakuje mechanizmów – te istniejące pozwalają jedynie na dobrowolne opuszczenie Sojuszu), ale coraz głośniejsze dyskusje wśród zachodnich elit na temat relegowania obstruktorów muszą być dla Ankary alarmujące.

Perspektywa kłócących się sojuszników nie napawa optymizmem, lecz spójrzmy też na inne ustalenia wykuwające się przed wileńskim szczytem. Ukraina ma uzyskać gwarancje stałej i znaczącej pomocy militarnej. Formalne zobowiązanie będzie podobne do tego, jakie łączy Izrael i Stany Zjednoczone – tyle że wielostronne i o znaczenie większej wartości. Pomoc wojskowa USA dla państwa żydowskiego zwykle nie przekracza 10 mld dol. w skali roku, w bieżącym roku podatkowym Waszyngton przeznaczy na wsparcie Kijowa 47 mld dol., w przyszłym (zaczynającym się w październiku) ma to być 60 mld. Co najmniej drugie tyle uzbiera się od reszty sojuszników, co w perspektywie coraz poważniejszych kłopotów ekonomicznych rosji może doprowadzić do sytuacji, w której to Moskwie, nie Kijowowi, jako pierwszej zabraknie pieniędzy na finansowanie wojny. Izraelsko-amerykańskie porozumienie odnawiane jest co 10 lat, gwarancje dla Ukrainy odświeżano by częściej, na tyle jednak rzadko, by nie gnębić Ukraińców widmem „wyschniętego źródła”.

Oczywiście do tego dochodzi wsparcie wywiadowcze, szkoleniowe i logistyczne, na przykład w obszarze opieki nad rannymi i rekonwalescentami. Wszystko to ma doprowadzić do sytuacji, w której rosyjska klęska w Ukrainie będzie na tyle dotkliwa, że znacząco zredukuje ryzyko przeciągania konfliktu przez Moskwę.

Na tapecie są też inne rozwiązania, jak choćby wysłanie do Ukrainy natowskich oddziałów (jako wojsk pokojowych, choć bez oglądania się na ONZ) i uznanie przestrzeni powietrznej kraju za no-fly-zone. Miałoby to nastąpić po jednostronnym ogłoszeniu przez Kijów zakończenia działań bojowych i mogłoby stanowić remedium na rosyjskie próby „zamrożenia” wojny. Nie wiem, czy ów pomysł – forsowany przez państwa wschodniej flanki – zyska szerszą akceptację, ale moim zdaniem to właściwa droga. Wkrótce przekonany się, kto jeszcze tak myśli.

Na dziś to tyle – przede mną nocna podróż do Białegostoku, gdzie jutro o 16.00 spotykam się z Czytelnikami. Zainteresowanych zapraszam do Książnicy Podlaskiej im. Łukasza Górnickiego (Filia nr 5 przy ul. Pułaskiego 96). Dla osób spoza Białegostoku mam dobrą wiadomość – organizator, Muzeum Wojska, udostępni nagranie spotkania na swoim kanale na YouTubie. Do zobaczenia osobiście lub na łączach.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Za jakiś czas podobne zdjęcie zilustruje powitanie ukraińskich żołnierzy w NATO; mimo dostrzeganych na horyzoncie przeciwności, jestem tego pewien/fot. Jared Saathoff, Wisconsin National Guard Public Affairs