Mieczyki?

Patrząc na to, czym marynarka dysponuje na lądzie, łatwo popaść w entuzjazm. Morska Jednostka Rakietowa (MJR), w skład której wchodzą dwa dywizjony bojowe, ma poważną siłę rażenia i duży potencjał odstraszania. Pojedyncza rakieta jest w stanie wyeliminować z walki każdy rosyjski okręt, a salwa całej MJR – teoretycznie – mogłaby posłać na dno istotną część Floty Bałtyckiej Federacji. Co prawda na nadbrzeżnych lotniskach nie stacjonują już typowo bojowe maszyny, ale to od biedy można uznać za skutek zmiany strategii użycia Marynarki Wojennej RP. Przejścia od zadań ofensywnych do defensywnych oraz skupienia się na zapewnieniu bezpieczeństwa żeglugi w należącym do państwa akwenie. Do tego nie trzeba samolotów myśliwskich czy wielozadaniowych, a rozpoznawczych i poszukiwawczych. Zamiast odrzutowców, wystarczą wolniejsze maszyny turbośmigłowe i helikoptery, przeznaczone do tropienia okrętów podwodnych i prowadzenia akcji ratowniczych.

Dla niezorientowanych źródłem optymizmu będzie też widok tego, co budowane bądź właśnie wyszło ze stoczni. Do zaledwie 4-letniego „Kormorana” – doskonałego niszczyciela min – za kilka(naście) miesięcy dołączą bliźniacze jednostki („Albatros” i „Mewa”), już zwodowane, aktualnie doposażane. 24 maja br. ze Stoczni Remontowej Shipbuilding S.A. – tej, która zbudowała niszczyciele – wypłynął w rejs dostawczy „Przemko” – szósty i ostatni z holowników, zamówionych przez Inspektorat Uzbrojenia w 2017 r. Od półtora roku pod naszą banderą pływa także ORP „Ślązak”, duża jednostka o rasowej sylwetce. Co więcej, kilka tygodni temu ministerstwo obrony zapowiedziało reanimację programu „Miecznik”, w ramach którego marynarze dostaną trzy nowe fregaty. Z dostępnych informacji wynika, że wiążące decyzje zostaną podjęte jeszcze w czerwcu br., a okręty trafią do służby na początku lat 30.

Za rok do kasacji

Dobry humor znika, gdy uświadomimy sobie, że MJR jest de facto bezbronna wobec środków napadu powietrznego – samolotów i rakiet; fakt, iż mówimy o pięcie Achillesowej całych sił zbrojnych, nie stanowi tu żadnego pocieszenia. Jest tylko gorzej, gdy przyjrzymy się cechom nowo pozyskanych jednostek, zaś reszcie zerkniemy w metryki, oceniając realne możliwości bojowe. „Ślązak” to okręt symbol – polskiej niekompetencji i „jakośtambędzizmu”. Budowany 18 lat (!) – w oparciu o nowatorski projekt kupiony od Niemców – miał być pierwszą z siedmiu korwet rakietowych, a skończył jako samotne i niemal bezbronne dziwadło. „Ni pies, ni wydra”, mówią marynarze. Jedyne jego rakiety to wystrzeliwane z ręcznych wyrzutni „gromy”. Na inne zabrakło pieniędzy, choć i tak mówimy o studni bez dna, która pochłonęła prawie 1,5 mld zł. Czegoś takiego nie dało się nazwać zgodnie z pierwotnym zamierzeniem, stąd określenie „korweta patrolowa”, niemające odpowiednika w międzynarodowej terminologii. Ostatnio mówi się o dozbrojeniu jednostki – metodą „gospodarczą”, w sprzęt z planowanych do wycofania małych okrętów rakietowych. Lecz i z tym może być kłopot, bo na skutek zmieniających się w trakcie budowy koncepcji, „Ślązak” został przeprojektowany, a część sekcji zalano betonem, dla utrzymania odpowiedniej wyporności wytrzebionego z oręża kadłuba.

Mimo działek na pokładzie równie bezbronne pozostają niszczyciele min. To nowoczesne okręty, bodaj najlepsze w swej klasie w całym NATO, ale przewidziane do zadań pomocniczych. Nie podejmą walki z innymi jednostkami, nie przydadzą się w szachowaniu nieprzyjacielskiego lotnictwa, będą za to zdane na jego łaskę. Nie inaczej ma się sprawa z holownikami – to już okręty wybitnie techniczne, mikrusy, w dodatku całkiem nieuzbrojone. A co z resztą floty?

– Wedle założeń z 2012 r., pozostające w służbie okręty bojowe, co do jednego, powinny zostać wycofane z końcem przyszłego roku – przypomina dr Michał Piekarski, specjalista z zakresu wojen morskich z Instytutu Spraw Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego. Mowa o jednostkach liczących po 30 i więcej lat. Choć remontowano je na bieżąco, nie przeszły znaczących modernizacji. – Dziś bardziej nadają się do muzeum niż do walki – mój rozmówca nie pozostawia złudzeń. – Zacznijmy od tych największych, fregat typu Perry, pozyskanych od Amerykanów na początku wieku. Oba zbudowane w latach 70. XX w. okręty nie dysponują już uzbrojeniem przeciwlotniczym i przeciwokrętowym. Rakiety zużyto lub wycofano, dostępne na rynku nowe są… zbyt nowoczesne. OORP „Kościuszko” i „Pułaski” mogą obecnie zwalczać okręty podwodne, w neutralizacji pozostałych zagrożeń ich dowódcy muszą liczyć na wsparcie sojuszników.

Warto w tym miejscu dodać, że Polska miała szansę na kupno dwóch jednostek tego typu, gruntownie zmodernizowanych, których przed dwoma laty pozbywała się australijska marynarka. Wewnątrz pisowskie porachunki sprawiły, że transakcję rzutem na taśmę zablokował Mateusz Morawiecki (choć Andrzej Duda leciał już w tej sprawie do Australii). Fregaty z pocałowaniem ręki wzięło Chile.

Jeszcze gorzej wygląda sytuacja w dywizjonie okrętów podwodnych.

– Po wycofaniu 50-letnich Kobbenów, został nam tylko „Orzeł”, poradziecka jednostka z teoretycznie sporym potencjałem modernizacyjnym – kontynuuje Piekarski. – Ów potencjał nie ma jednak znaczenia w obliczu uwarunkowań geopolitycznych, co skutkuje tym, że okręt nadaje się wyłącznie do podtrzymywania podstawowych nawyków u załogi. Sądząc po treści ogłaszanych przetargów, które z braku dostawców sprzętu i usług remontowych kończą się niepowodzeniem, sprawność „Orła” jest mocno ograniczona, a jego arsenał bezużyteczny. Dość powiedzieć, że okręt ma niesprawne wyrzutnie torpedowe.

Więcej o stanie technicznym „Orła” mówi list otwarty jego załogi.

Co gorsza, z MON nie płyną już sygnały o ewentualnych następcach. Program „Orka”, zgodnie z którym marynarka miała dostać trzy nowoczesne okręty, „zatonął” jeszcze w czasach Antoniego Macierewicza. Po gorszących i kompromitujących urząd zapewnieniach poprzednika – który kilkanaście razy twierdził, że „papiery na orki” lada moment zostaną podpisane – Mariusz Błaszczak nabrał wody w usta. Kilka miesięcy temu przyznał, że resort rozważa program pomostowy – nabycie używanych jednostek w Szwecji – ale ostatecznie i ten temat umarł (gwoli uczciwości, z winy Szwedów, którzy zrezygnowali z pomysłu sprzedaży „używek”).

– Korweta do zwalczania okrętów podwodnych ORP „Kaszub” przez 36 lat nie doczekała się modernizacji – wymienia dalej dr Piekarski. – Małe okręty rakietowe, choć solidnie uzbrojone w broń przeciwokrętową, kompletnie nie poradzą sobie z atakami z powietrza. Ich operacyjne wyjście w morze bez osłony przeciwlotniczej – którą dziś mogą nam zapewnić tylko sojusznicy – byłoby samobójstwem. Reszta floty to jednostki wsparcia. Ważne w wielu rodzajach misji, ale w operacji obronnej pełniące role drugo-i-trzeciorzędne.

Bałtyk to nie sadzawka

Flota przez lata nie miała dobrej prasy. Uważano ją za najmniej istotny rodzaj sił zbrojnych, co było stanowiskiem podzielanym zarówno przez wojskowe, jak i polityczne elity III RP. W efekcie doszło do znacznego uszczuplenia i technicznej degrengolady morskiego komponentu marynarki wojennej. Pokutowało przekonanie, że „Bałtyk to sadzawka”, gdzie nie ma miejsca na duże okręty, a Polska „nie jest krajem z zamorskimi interesami i ambicjami”, których istnienie uzasadniałoby posiadanie silnej floty. Na tym gruncie rodziły się koncepcje przeskoku generacyjnego – rezygnacji z klasycznych okrętów na rzecz małych, często autonomicznych jednostek obrony wybrzeża. Ich rój miałby działać skuteczniej niż ciężkie, łatwe do lokalizacji, a przez to bardziej narażone na zniszczenie fregaty czy korwety. Zwolennicy tych teorii często powoływali się na przykład floty II RP, której dowództwo w przededniu wojny odesłało najsilniejsze okręty (trzy niszczyciele) do Wielkiej Brytanii. Te zaś, które zostały, nie odegrały większej roli w kampanii wrześniowej, szybko bowiem poszły na dno.

– Inne czasy, inne techniczne uwarunkowania – przekonuje Michał Piekarski. – Współczesne fregaty to skomplikowane platformy, zdolne nie tylko do obrony samych siebie, ale także innych jednostek, całych zespołów okrętów. Obrony wielozakresowej, przed zagrożeniami z powietrza, z wody i spod wody. Wyposażone w odpowiednie sensory, mają świadomość sytuacyjną sięgającą setek kilometrów. Realnie więc służą też do zapewnienia bezpieczeństwa na brzegu i w głębi lądu, co w Polsce, z jej dziurawym parasolem, jest argumentem nie do przecenienia. Żaden mały kuter nie jest w stanie pełnić takiej roli. Ich flotyllę zdziesiątkowano by, okręt po okręcie, bez wielkich strat i angażowania znacznych sił. Tymczasem skuteczne próby obezwładnienia pojedynczej fregaty wymagałby jednoczesnego użycia kilkudziesięciu samolotów. Świadomość, że większość zostałaby utracona, to mocny argument na rzecz niewszczynania wojny.

Budowa potencjału odstraszania to nie jedyny powód przemawiający za koniecznością niezwłocznego wdrożenia programu „Miecznik”. Sojusz Północnoatlantycki opiera się o zasadę kolektywnej obrony, tymczasem polski wkład na Bałtyku jest minimalny i nieadekwatny do posiadanych zasobów.

– Powinniście mieć trzy-cztery fregaty – stwierdził przed dwoma laty adm. Clive Johnstone, dowódca sił morskich Sojuszu. Dziś wpływowi dowódcy NATO nie bawią się już w dyplomatyczne ceregiele. Tajemnicą poliszynela jest, że nagły powrót do zapomnianego programu, to rezultat sojuszniczej presji na Warszawę.

Niestety, ewentualna realizacja „Miecznika” odsunęłaby w czasie „Orkę” – na oba projekty na raz nie starczy pieniędzy.

– Szkoda – wzdycha dr Piekarski. – W czasach Siemoniaka i Macierewicza dyskusja na temat „orek” została skażona niepotrzebnymi rozważaniami na temat wyposażenia ich w pociski manewrujące. Broń koszmarnie drogą i zbyt „kosmiczną”. Jednostki podwodne są nam potrzebne do zwalczania innych okrętów, do działań rozpoznawczych i wspierających operacje wojsk specjalnych. Bałtyk nie jest kałużą, głębokość i rzeźba dna nie wykluczają skrytych podejść, na przykład w celu wysadzenia czy podjęcia grup dywersyjnych. Zwróćmy przy tym uwagę, że to samo może robić przeciwnik. Ryzyko otwartego konfliktu z Rosją jest minimalne, ale wojna hybrydowa, prowadzona pod „obcą flagą”, dajmy na to organizacji terrorystycznej, to całkiem realny scenariusz. Jedna „bezpańska” mina, jeden zatopiony przez nią statek – i już pojawiają się u armatorów wątpliwości, czy do Polski warto pływać. Czy jej marynarka wojenna jest w stanie zapewnić bezpieczeństwo żeglugi.

Bo bronić – wbrew narracji o nieistotnej sadzawce – jest i będzie czego. Szlaki morskie do poradzieckich krajów nadbałtyckich to natowskie obligo, podobnie jak bezpieczeństwo budowanej właśnie Balitc Pipe, skąd do naszej części Europy popłynie norweski gaz. Ale mamy też Gazoport, chcemy mieć ruchomą bazę przeładunkową i morskie farmy wiatraków. Nade wszystko zaś już teraz w naszych portach przeładowywanych jest 100 mln ton ładunków rocznie, co zapewnia państwu 10% budżetowych wpływów.

Pytanie, czy Polska jest w stanie sprostać budowie niezbędnych okrętów? Podwodnych konstruować nie potrafimy – to pewne. A fregaty?

– W układzie „kadłub w Polsce, reszta zagranicą”, jak najbardziej – ocenia Michał Piekarski. – Finansowo również powinniśmy podołać. Teraz potrzeba tylko politycznej woli.

Wkrótce przekonamy się, czy taka istnieje. Czy stoi za nią chęć odbudowy morskiego potencjału obronnego, czy chodzi jedynie o wywołanie przekonania, że władza troszczy się o bezpieczeństwo państwa i międzynarodowe zobowiązania. Czy pragnie mieczników czy mieczyków… propagandy.

—–

Nz. ORP „Kaszub”/fot. Michał Piekarski

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 23/2021

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Ucieczka

Kulisy akcji humanitarnej ONZ w Iraku.

Moim rozmówcą jest dr Wojciech Wilk – prezes Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej, niegdyś pracownik, obecnie ekspert Organizacji Narodów Zjednoczonych. Uczestniczył w 19 operacjach humanitarnych. Nadzoruje największy polski program pomocy dla uchodźców syryjskich, realizowany od 2012 r. przez PCPM w Libanie. Kieruje także medycznym zespołem szybkiego reagowania PCPM, działającym w ramach systemu Światowej Organizacji Zdrowia (WHO).

– Do Iraku trafiłeś w sierpniu 2003 r. jako pracownik oenzetowskiego OCHA, Biura ds. Koordynacji Pomocy Humanitarnej.

– 4 sierpnia wylądowałem w Bagdadzie. Do siedziby ONZ w dawnym hotelu Canal dotarliśmy ekspresowymi trasami, zbudowanymi w latach 70. i 80. przez Polaków z Budimeksu. U nas tak dobrych dróg było wtedy tyle, co kot napłakał – wzdychałem więc i śmiałem się na zmianę. Lecz samo miasto wydawało mi się bardzo chaotycznie.

– W hotelu Canal urzędowała przed wojną ekipa z programu „Ropa za żywność”.

– Uruchomiono go jako sposób na złagodzenie sankcji, które objęły Irak w 1990 r. Po inwazji na Kuwejt, i później, gdy Saddam jednak utrzymał się przy władzy, Bagdad wyrugowano z wolnego rynku sprzedaży ropy. Ale bez środków finansowych, uzyskiwanych z tego źródła, krajowi groziła gospodarcza zapaść, a ludziom bieda i głód. Stąd inicjatywa ONZ, którą w 1995 r. zaakceptował iracki rząd. Program polegał na tym, że Irak sprzedawał ustaloną z góry ilość ropy, za co przekazywano mu co miesiąc tzw. koszyki żywnościowe, przeznaczone dla mieszkańców. Zawierały one podstawowe produkty żywnościowe, leki i chemię gospodarczą. Dystrybucja odbywała się przez sieć sklepów i była pod kontrolą pracowników ONZ.

– „Ropa za żywność” była największym finansowo przedsięwzięciem ONZ. Jednocześnie narosła wokół programu gigantyczna korupcja.

– …która dotyczyła zarówno władz irackich, jak i współpracowników ONZ. Sprzedaż ropy na czarno, malwersacje, ustawione przetargi – sporo tego było. Program podkopał też poczucie dumy u zwykłych Irakijczyków. Spadek ich poziomu życia zaczął się wcześniej, podczas wojny iracko-irańskiej w latach 80. Ale w latach 90. negatywna tendencja utrwaliła się na dobre. Przedstawiciele kultury liczącej 4 tys. lat zostali zmuszeni do życia z paczek żywnościowych. To było ogromne upokorzenie.

– Wróćmy do hotelu. Obstawiali go amerykańscy żołnierze?

– Tak, przed budynkiem stały wozy opancerzone, a w środku oenzetowscy strażnicy. Jeszcze tego samego dnia dowiedziałem się, że na autostradzie między Bagdadem a Al-Hillą ostrzelano auto Czerwonego Krzyża. Któryś z moich przełożonych uznał, że przejazd jest czasowo niebezpieczny i że z założeniem biura terenowego ONZ w Al-Hilla trzeba poczekać. Musiałem więc znaleźć sobie robotę na miejscu. I tak trafiłem do innego pokoju niż ten, do którego mnie początkowo przydzielono.

– Canal znajdował się w zielonej strefie?

– Nie. Był na wschodnim brzegu Tygrysu, tuż przy biegnącym do rzeki kanale – stąd nazwa. Jako że cały budynek zajęły biura różnych oenzetowskich programów, spaliśmy w 8-osobowych namiotach na parkingu. Nie czułem się tam komfortowo, bo równie dobrze mógłbym spać na dachu – czego akurat robić mi nie wolno było. Co noc z miasta As-Sadra – gigantycznej dzielnicy zamieszkałej przez szyicką biedotę – dobiegały nas odgłosy strzelanin i wybuchów granatów moździerzowych. Zdarzało się, że kule i pociski lądowały na dachach, że ktoś przy tej okazji zginął lub został ranny. Nasi przełożeni o tym wiedzieli i dlatego zabronili nam sypiać na budynku. W sumie zabawne, bo przecież brezentowa płachta nie stanowiła dla nas żadnego zabezpieczenia…

– Upadek Saddama wyzwolił falę przemocy w całym Iraku.

– Podczas jednego z wyjazdów terenowych dotarłem do miejscowość Chanakin. Przed wojną, za sprawą polityki migracyjnej Saddama, napłynęła tam ludność arabska. Zwykle zubożali mieszkańcy południa kraju, z jednej strony przymusowo przesiedleni, z drugiej, zachęceni do osiedlania się przez rząd iracki, który dawał im domy i ziemię należące wcześniej do wypędzonych Kurdów. Ale ci zaczęli wracać. Aktów bezpośredniej przemocy nie odnotowano wiele. Gdy rozmawiałem z szyickimi osiedleńcami z Chanakin, raczej mówili o presji, a nie represji. Ale ta była na tyle silna, że coraz więcej Arabów opuszczało domy, zwalniając je dla Kurdów.

– Ilu osób dotyczyło to zjawisko?

– Dziesiątek tysięcy. Chanakin to przykład – kurdyjskie powroty miały miejsce w ogromnym pasie, rozciągającym się od granicy z Iranem, po Mosul w północnym Iraku. Największym punktem zapalnym okazało się miasto Kirkuk, pod którym leżą złoża ropy naftowej. I Kurdowie, i Arabowie, uznają je za swoje, a konflikt tak naprawdę trwa do dziś.

– Wypad do Chanakin był jednorazową akcją?

– Tak, w Bagdadzie skupiłem się na sytuacji osób masowo wyrzucanych z mieszkań przez właścicieli budynków. Rząd Saddama wprowadził kontrolę czynszów, de facto je zamroził, ignorując inflację. W latach 70. jeden dinar iracki wart był dwa dolary, a gdy przyjechałem do Bagdadu, za dolara trzeba było płacić 5 tys. dinarów. W sklepie czy w stołówce ceny podawano w „kawałkach” (ang. pieces). W obiegu był bowiem tylko jeden banknot, 250-dinarowy – z wizerunkiem Saddama Husajna. „Five pieces” oznaczało więc 1250 dinarów, równowartość puszki napoju. W sytuacji szalejącej inflacji zamrożenie czynszów pozbawiało właścicieli dochodów. Kiedy zatem upadł reżim Saddama, stawki za wynajem gwałtownie wzrosły. Mało kogo stać było na nowo naliczane opłaty – i tak zaczęła się fala mniej lub bardziej dobrowolnych eksmisji.

– Właściciele mieszkań odzyskali swoją własność, ale dziesiątki tysięcy rodzin, z dnia na dzień, stały się bezdomne.

– Ci ludzie szukali schronienia przede wszystkim w opuszczonych bazach armii irackiej, rozsianych wokół Bagdadu. Zjeździłem chyba wszystkie takie obiekty, chcąc ustalić, ile mieszka w nich osób. I na ile, na przykład poprzez budowę przepierzeń, da się pojedynczym rodzinom zapewnić choćby namiastkę prywatności. Upewniałem się, że dociera tam woda, sprawdzałem sytuację sanitarną. Bagdad był wtedy na skraju potężnego kryzysu epidemiologicznego. Elektrownie nie produkowały prądu, co wyłączyło z ruchu stacje przepompowni ścieków. Najgorsza sytuacja panowała w milionowym mieście As-Sadra, gdzie ścieki wartkimi strumieniami płynęły ulicami. Przy 50-stopniowym upale zaduch był koszmarny.

– Mówimy o kraju, który posiada dziesiątą część zasobów ropy naftowej na świecie…

– Zapaść wynikała z kombinacji trzech czynników. Po pierwsze, z dnia na dzień paraliżowi uległy wszelkie struktury organizujące ludziom życie. Ten stan trwał przez kilka miesięcy. Po drugie, interwencja amerykańska spowodowała gigantyczną falę grabieży. Łupiono co się tylko dało, nierzadko wraże elementy infrastruktury. Znamy to, w ograniczonym zakresie, z naszego podwórka – ileż to razy PKP musiały wstrzymywać ruch z powodu kradzieży torów przez złomiarzy. Trzecim powodem była głupia polityka Amerykanów, którzy rozwiązali dotychczasowe siły bezpieczeństwa Iraku, a osobom należącym wcześniej do partii Bass, odmówiono prawa do dalszej pracy w urzędach i instytucjach publicznych.

– W kraju Saddama Husajna każdy, kto coś znaczył, musiał być członkiem reżimowej partii.

– Otóż to. W efekcie, na przykład inżynierowie, którzy mogliby uruchomić elektrownie, puścić w ruch przepompownie, bali się przyjść do pracy.

– Dodałbym jeszcze czwarty czynnik – przestarzałą infrastrukturę, co było winą wieloletnich zaniedbań, po części też sankcji.

– Słuszna uwaga. Jak zwykle najbardziej poszkodowane były dzieci, całymi dniami przebywające w skażonym otoczeniu. Współpracowałem zatem z ludźmi z UNICEF-u, którym też zależało na jak najszybszym uruchomieniu wodociągów. I nie tylko – któregoś razu pojechaliśmy do dawnej bazy armii irackiej za północną obwodnicą Bagdadu. Tym, co od razu rzucało się w oczy, były niewielkie pojemniki wielkości puszki farby w sprayu, z charakterystyczną żółtą zawleczką. Tak wyglądały pojedyncze ładunki bomb kasetowych, masowo zrzucanych przez Amerykanów podczas wiosennych walk. Część z nich nie wybuchła i, niestety, przyciągała uwagę najmłodszych. Często kończyło się to tragicznie, ważne więc było odgrodzenie obszarów usianych bombami i skierowanie tam ekip rozminowujących.

– Tragedia stała się też udziałem pracowników ONZ. Przejdźmy do 19 sierpnia 2003 r.

– Rano pojechaliśmy do jednej z irackich baz na obrzeżach miasta. Coś tam się działo w centrum, więc wróciliśmy do Canalu drogami szybkiego ruchu, jadąc dokoła stolicy. Gdy dotarliśmy na miejsce, była 14. Po przedpołudniu spędzonym w upale niespecjalnie czułem głód, mimo to poszedłem do stołówki. Zamówiłem posiłek, usiadłem przy stole z twarzą skierowaną do okna. Zacząłem jeść, gdy nagle dzień zamienił się w noc. Ułamek sekundy wcześniej zobaczyłem, że cała szyba pęka, a rama i chmara odłamków lecą w moją stronę. Przez głowę przemknęła mi myśl, żeby ratować oczy. Schowałem twarz w talerzu z jedzeniem i dostałem w czaszkę masą odprysków. Sturlałem się na podłogę pełną potłuczonego szkła. Wokół było ciemno od kurzu.

– Domyśliłeś się, co zaszło?

– Ktoś krzyknął, że to bomba i żeby się kryć, bo za chwilę może nastąpić kolejny atak. Przeczołgałem się do części kuchennej stołówki, gdzie zebrało się już kilku ludzi. Z kawałkami szkła wbitymi w twarze, kończyny, próbowali jakoś dojść do siebie. Sam byłem utytłany we krwi. Szybko zorientowałem się, że mimo ran na głowie i zadrapań na ciele, nie odniosłem poważniejszych obrażeń. Że krew nie była moja. Pamiętam trochę jak przez mgłę, jak zacząłem się przedzierać przez na wpół zawalony budynek, żeby dojść do biura, złapać telefon komórkowy i zadzwonić do narzeczonej. Powiedzieć jej, że ze mną wszystko w porządku.

– Pokój, w którym pierwotnie miałeś pracować przed wyjazdem do Al-Hilli, znajdował się trzy metry od miejsca eksplozji bomby…

– I wyparował razem z częścią mojego zespołu. Pomieszczenie, które ostatecznie zajmowałem, miało jakieś 10 m długości. Tyle wynosił dystans między oknem a białą tablicą do pisania, zawieszoną na przeciwległej ścianie. Widok kawałków szkła, powbijanych w tablicę niczym noże, wiele mówił o sile wybuchu. Na moim biurku leżał laptop, przywalony panelami z sufitu, całkowicie rozwalony. Wyjąłem z szuflady najważniejsze rzeczy, czyli telefon i dokumenty, a potem wybrałem numer do Sylwii. Miałem szczęście, że dodzwoniłem się na kilka minut przed tym, jak informację o zamachu podały media.

– Napędziłeś przyszłej żonie stracha, a zarazem oszczędziłeś potwornego stresu…

– Przez wiele godzin dzwonili potem do niej nasi znajomi, pytając, co ze mną. Żyłem, ale zaczął mi się urywać film. W budynku pracował Kanadyjczyk polskiego pochodzenia. On do tej pory jest przekonany, że to ja go wtedy odnalazłem, wyniosłem z gruzów i przekazałem ratownikom medycznym. Kompletnie tego nie pamiętam…

– A pamiętasz, co działo się, gdy opuściłeś budynek?

– W środku niewiele było widać, za to na zewnątrz… (westchnienie). Tłum ludzi, z których część leżała na trawnikach ciężko ranna, umierająca lub martwa. Wśród zwłok rozpoznałem ciało szefa UNICEF-u w Iraku. Kanadyjczyk, młody facet – miał zaledwie 32 lata i dobrze się zapowiadał. Gdy wybuchła bomba, wysiadał z samochodu. Zginął na miejscu. Wśród zabitych byli ludzie z gabinetu politycznego szefa ONZ-tu w Iraku, zginął też on sam, przygnieciony gruzami…

– Sergio Vieira de Mello, Brazylijczyk, typowany na następcę ówczesnego sekretarza generalnego Kofiego Annana.

– Typowany… Na ile mogłem, włączyłem się w akcję ratunkową. Bardzo szybko pojawili się amerykańscy medycy z pobliskiego ambulatorium. Zaprowadziłem tam kolegę, który podczas wybuchu siedział przy komputerze i dostał w tył głowy ramą okienną, wepchniętą do środka przez podmuch. W ten sposób zostało wówczas poszkodowanych wiele osób.

– Ewakuowano cię śmigłowcem?

– Nie, byłem jednym z lżej rannych. Helikoptery amerykańskiego wojska zabierały tych w największej potrzebie. Ja, wraz z innymi osobami, trafiłem do szpitala polowego lądem. Tam założono mi kilka opatrunków.

– Atak na siedzibę ONZ-tu w Bagdadzie przeprowadził zamachowiec-samobójca. Algierczyk, zrekrutowany przez iracką Al-Kaidę. Wsiadł do betoniarki wypełnionej 750 kg materiału wybuchowego i podjechał pod sam budynek. Jak to w ogóle możliwe, że udało mu się zajechać tak blisko?

– Budynek organizacji znajdował się przy drodze, która prowadziła do szpitala dla upośledzonych. Był to jedyny dojazd do tej placówki i nie udało się go wyłączyć z ruchu.

– Kilkanaście dni wcześniej miał miejsce atak bombowy na ambasadę Jordanii w Bagdadzie, w kolejnych miesiącach terroryści wzięli na celownik kwatery Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca w irackiej stolicy. W biuro amerykańskiego NGO-su Care w Mosulu wystrzelono pociski RPG. To już nie były „tylko” coraz lepiej zorganizowane akcje przeciwko wojsku.

– Zgadza się. Przy czym „nasz” zamach był najbardziej spektakularny. Zginęły w nim 22 osoby, ponad 160 zostało rannych. Jeden z moich kolegów siedział w biurze z koleżanką. Ona zginęła, on wyszedł bez szwanku – efekt psychologiczny straszny.

– Kolejnego dnia wróciłeś na gruzowisko.

– Mieliśmy pomóc w uprzątnięciu terenu i ratowaniu tego, co się dało. Nim dotarliśmy na miejsce, w aucie wysłuchaliśmy przemówienia sekretarza generalnego. Kofi Annan potępiał zamach i dodał, że chyli czoła przed wszystkimi, którzy stają wobec tak dużego niebezpieczeństwa. Przede wszystkim jednak zapewniał, że ONZ nie opuści Iraku i będzie pomagać tak długo, jak będzie to potrzebne.

– Chciałeś, chcieliście, wyjeżdżać?

– Skąd! To byłaby ucieczka. Poza tym doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że sytuacja się pogarsza, że potrzeby są gigantyczne, a będą jeszcze większe. „Potrzebują nas tu, a nie na Cyprze czy w jakimś innym przyjemnym miejscu” – mówił jeden z kolegów.

– Wbrew deklaracjom góry, jeszcze tego samego dnia zaczęła się ewakuacja oenzetowskiego personelu.

– Najpierw mowa była o ograniczeniu jego liczby. W sumie nikogo nie zdziwiło, że polecenie wyjazdu dostały wszystkie osoby z projektu „Ropa za żywność”. Program i tak już się kończył. Ale dwa dni po zamachu i ja otrzymałem informację, że lada dzień polecę do Ammanu. Chciałem czy nie, kilka dni później byłem już w jordańskiej stolicy, gdzie każdy z nas musiał przejść obowiązkowe badania psychologiczne.

– To była chyba pierwsza taka sytuacja dla ONZ-tu. Podczas wojen w b. Jugosławii czy w Afryce, nawet w Sudanie Płd, organizacje niosące pomoc nie były celem bezpośredniej przemocy.

– Jeśli już zdarzały się ataki, to na konwoje, samochody czy punkty dystrybucji, ale nigdy na biura. Zamach na siedzibę ONZ uświadomił nam boleśnie, że i my jesteśmy celem, podobnie jak wojsko. Do tego celem łatwiejszym, bo nieuzbrojonym. No i atrakcyjniejszym, bo uderzenie w nas przynosi większy efekt medialny.

– Nie mogłyby was ochraniać siły pokojowe?

– To nie jest takie proste. Do wysłania sił pokojowych trzeba zgody kraju, który tę operację przyjmuje. Na palcach jednej ręki można policzyć sytuacje, kiedy wojska ONZ wysyłano bez takiego mandatu. Właściwie to była tylko wojna koreańska, oraz interwencja w Kongo w 1981 r. Przy czym misja w Kongo zakończyła się katastrofą – niebieskie berety wkrótce stały się stroną wojny domowej. Dlatego ważne jest, aby zgodę na obecność sił pokojowy wydały wszystkie zaangażowane podmioty.

– W Iraku rządu nie istniał, nadzór sprawowały tymczasowe władze okupacyjne, zaś po drugiej stronie mieliśmy rozproszone formacje rebelianckie, pozbawione centralnego dowództwa. Najsilniejsza w tym gronie Al-Kaida była strukturą terrorystyczną, z zasady nieakceptującą idei narodów zjednoczonych.

– Razem z grupą współpracowników sugerowaliśmy naszym przełożonym z Genewy i Nowego Jorku zmianę sposobu myślenia. Chcieliśmy nieść pomoc nie przez struktury państwowe, ale ponadpaństwowe. W Iraku i Jemenie, w którym pracowałem później, najsilniejszy rodzaj więzi tworzą grupy plemienne. I one mogłyby być podmiotem dystrybucji pomocy humanitarnej. Niestety, pomysł nie został odpowiednio wykorzystany, w efekcie ani w Iraku, ani w Jemenie, pomoc nie była realizowana tak, jak być powinna.

– Tymczasem w Iraku działy się rzeczy straszne. W kwietniu 2004 r. rebelianci zabili w Faludży czterech pracowników firmy ochroniarskiej Blackwater. Ich spalone ciała powiesili na moście, a ujęcia z tego zdarzenia obiegły świat. Stały się też pretekstem do amerykańskiej operacji wojskowej, znanej dziś jako pierwsza bitwą o Faludżę.

– Ludzie bali się wyjść poza mury posesji, a wielu rannych, pozbawionych pomocy medycznej, umierało w domach. W mieście nie było wody, prądu – totalna katastrofa. W Faludży znajdował się jeden z największych magazynów żywności ONZ. Walki uniemożliwiły korzystanie z niego, co miało negatywne skutki także dla mieszkańców innych terenów.

– Amerykanie musieli odstąpić – opór bojowników był zbyt silny. Wrócili w listopadzie 2004 r., kiedy miała miejsce druga bitwa o Faludżę.

– Miasto ostatecznie udało się spacyfikować, ale skutki były straszne. W czasie walk niszczono z powietrza domy, gdzie chowali się rebelianci, nie przejmując się tym, że w wielu budynkach byli też cywile. Zginęło ich ponad 6 tys. Obie bitwy zmusiły praktycznie całą ludność miasta do ucieczki. Niemal 300 tys. ludzi rozproszyło się gdzieś pomiędzy Faludżą a Bagdadem. Co niepokojące, podczas bitew złamano wielokrotnie zasady prawa humanitarnego, wedle którego formacje zbrojne nie mogą zajmować takich obiektów, jak szpitale czy miejsca kultu. W Faludży Amerykanie nie mieli takich obiekcji, nie dziwi więc, że podczas pacyfikacji kolejnego miasta – Nadżafu – armia Mahdiego wykorzystała szpital jako pozycję dla snajperów.

– Obserwowałeś to z oddali, ale szaleństwo irackiej wojny dotarło również do Ammanu.

– Jeszcze w kwietniu 2004 r. miejscowym siłom bezpieczeństwa udało się zapobiec zamachowi przy użyciu cystern wypełnionych chlorem. Jedna miała wybuchnąć w okolicy ambasady amerykańskiej, druga w centrum miasta, przy siedzibie policji. Liczba ofiar byłaby wówczas koszmarna. Już po moim wyjeździe do Sudanu, w listopadzie, nastąpiła seria ataków bombowych na hotele. Jeden z samobójców wysadził się na weselu, w miejscu, w którym odbyliśmy wiele spotkań, drugi odpalił ładunek przy recepcji, w lokalu, w którym też wielokrotnie bywałem.

– Ammańska placówka ONZ mieściła się już wtedy w nowej siedzibie.

– Zbudowanej wedle zaleceń wprowadzonych po zamachu w Bagdadzie. Podstawową rzeczą w przypadku zamachu bombowego jest osłabienie fali uderzeniowej – stąd betonowy mur oraz 25-metrowy dystans między nim a ścianą budynku. Do tego okna, których ramy mocowano na specjalnych obejmach, wyposażone w folię zapobiegającą rozpryśnięciu się szyb.

– Biorąc pod uwagę urazy – twoje i kolegów – ta folia ograniczyłaby liczbę rannych w Bagdadzie.

– I wyobraź sobie, że bagdadzki dział bezpieczeństwa przygotował odpowiednią rekomendację. Lecz dokument utknął na długie tygodnie w tamtejszym pionie administracyjnym. Ostatecznie filtr nie został zamontowany, przez co wielu ludzi potraciło oczy, miało poharatane twarze i szkody na całe życie. A osoba odpowiedzialna za opóźnienie nie poniosła żadnych konsekwencji. Ba, później dostała nawet awans.

—–

Nz. Siedziba ONZ w Bagdadzie kilka godzin po wybuchu/fot. archiwum Wojciecha Wilka

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 22/2021

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Blizna

Latem 2009 r. sytuacja w Afganistanie gwałtownie się pogorszyła. Nie było dnia bez starć sił koalicji z talibskimi bojówkami. Również w polskiej strefie, w prowincji Ghazni, dochodziło do co najmniej kilku incydentów na dobę – ostrzałów baz, ataków na konwoje i patrole. Z potyczek poza murami obozowisk Polacy zwykle wychodzili bez szwanku. Duża w tym zasługa transporterów rosomak, zwanych przez Afgańczyków „zielonymi diabłami”. Ich działka siały popłoch w szeregach bojowników, a pancerz dawał schronienie załogom i przewożonym na miejsca akcji żołnierzom. Jednak Afgańczycy nie odpuszczali – z jeszcze większą zaciekłością atakowali patrole piesze, a na „diabły” zaczęli sadzić coraz większe i bardziej wymyślne miny-pułapki. Gdy 10 sierpnia w zasadzce w wiosce Usman Khel zabito por. Daniela Ambrozińskiego, informacje o intensyfikacji walk dotarły wreszcie do opinii publicznej w Polsce. Kilka dni później, podczas pogrzebu poległego oficera, dowódca wojsk lądowych gen. Waldemar Skrzypczak wygłosił emocjonalne przemówienie – za które w efekcie zapłacił głową – domagając się od polityków nazwania misji w Afganistanie „wojną” oraz adekwatnego wyposażenia wysyłanych do Azji oddziałów. „Przecież macie rosomaki” – miał wówczas powiedzieć minister obrony Bogdan Klich. Wozy, w których się nie ginie.

Konwój

W Giro stacjonowała nieco ponad setka żołnierzy, w większości spadochroniarzy. Na terenach wokół posterunku roiło się od talibów, de facto więc Polacy żyli w oblężonej twierdzy. Zaopatrzenie dostarczały helikoptery, rzadziej samoloty, które dokonywały zrzutów. Ale w Giro nie chodziło o trwanie, a o „projekcję siły” – patrole regularnie wypuszczały się do okolicznych wiosek. Za dnia paradowali w nich Polacy, nocą wracali talibowie. Tam, gdzie pierwsi bywali częściej, drudzy z czasem pojawiali się rzadziej, nie była to zatem zabawa w kotką i myszkę, a rozłożona w czasie strategia budowania stref wpływów. Kręgów bezpieczeństwa, jak mówiono w Giro, numerując poszczególne pierścienie, gdzie jeden oznaczało najbliższe okolice bazy. Ta strategia wymagała ciągłej mobilności niewielkiego garnizonu, z czym wiązała się intensywna eksploatacja używanego sprzętu. Tymczasem zaplecze logistyczne, w tym serwis rosomaków, znajdowały się w głównej polskiej bazie, „Gazowni”, ulokowanej na obrzeżach miasta Ghazni. Popularne „rośki” docierały tam na własnych kołach, w ramach powtarzanych co jakiś czas konwojów logistycznych. I właśnie taki konwój, składający się z czterech wozów, rankiem 4 września 2009 r. wyruszył do „Gazowni”.

Oddział dotarł na miejsce po pięciu godzinach, by po kolejnych trzech udać się w drogę powrotną. Tuż przed osiemnastą, trzy kilometry od celu, w drugim kręgu (sic!) doszło do eksplozji miny-pułapki.

– Chłopaki drzemały, ja nie mogłem zasnąć. Czytałem „Apokalipsę według pana Jana” Roberta Szmidta – opowiadał mi kilka dni później jeden z rannych wówczas żołnierzy. – I wtedy walnęło. Nie wiem, co działo się przez następne sekundy. Gdy wróciła świadomość, zobaczyłem kłębowisko ciał. I zacząłem zastanawiać się, dlaczego kolega, Waldi, leży na mnie. Ale to ja leżałem na nim.

Z Mariuszem Mazurem, dowódcą trafionego wozu, rozmawiałem przed pięcioma laty. Tak wtedy wspominał ów moment:

– Dojechaliśmy do wioski, po obu stronach były jakieś zabudowania. Dłużej opłotkami jechać się nie dało, musieliśmy więc wrócić na drogę, co zawsze wiązało się z większym ryzykiem. Maszyna już się prostowała i wtedy pod przedostatnim kołem pierdyknęło. „Mój Boże, oby urwało tylko koło!”, modliłem się w duchu. Ale siadło mi całe auto, wszystkie systemy się wyłączyły. W środku było pełno kurzu i dymu, z tyłu słyszałem czyjeś jęki. „Marcin nie żyje!”, krzyknął któryś z chłopaków. „Który?!”, spytałem, bo na desancie było dwóch Marcinów.

Mazur nie otrzymał odpowiedzi. Wydostał się z wieży rosomaka zaraz po działonowym.

– Uniosłem właz kierowcy i pytam, czy wszystko z nim w porządku. Potwierdził, więc pobiegłem na tył wozu. Jeden z kolegów już wysiadał, za nim zobaczyłem kłębowisko ciał i sprzętu. Zaczęliśmy wyciągać chłopaków.

Pod transporterem eksplodował ładunek formowany kinetycznie. Prosta, chałupnicza konstrukcja, składająca się z pojemnika na materiał wybuchowy, nakryty plastrem miedzi. Eksplozja używanej zwykle przez talibów saletry wyrzucała w górę ów kawałek stopu, a oddziaływujące nań siły formowały go w stożek. Prędkość i gęstość takiego pocisku sprawiały, że przechodził on przez podwozie niczym przez masło. Ktoś, kto znalazł się na jego drodze, nie miał szans na przeżycie. Tym kimś był Marcin Poręba, saper. Siedzących obok kolegów poraziła fala uderzeniowa.

Ewakuacja

Gdy jedni ewakuowali poszkodowanych ze zniszczonego pojazdu, reszta przygotowywała grunt pod lądowanie śmigłowca medycznego. W ruch poszły karabiny, granatniki RPG, działka rosomaków. Żołnierze przez kilka minut prowadzili ogień zaporowy, strzelając do miejsc, w których mogliby chronić się bojownicy. Helikopter tymczasem zawisł im nad głowami, po czym poleciał dalej i usiadł na lądowisku przy bazie Giro. W Afganistanie każdy patrol utrzymywał łączność z własnym „tokiem” (od ang. TOC, Tactical Operation Center – Centrum Operacji Taktycznych). W tym przypadku sytuację komplikował fakt, że konwój prowadził „tok” w Giro. Wezwanie o pomoc dotarło najpierw tam, a dopiero potem do TOC w Ghazni, gdzie stacjonowały amerykańskie śmigłowce medyczne. Centrum w Giro dostało prawidłowe namiary od dowódcy konwoju – i takie dane przekazało „tokowi” w Ghazni. Stamtąd współrzędne, w niezmienionej formie, trafiły do Amerykanów. Ci prawdopodobnie założyli, że skoro do ataku doszło tak blisko bazy, ranni zostali do niej dowiezieni. Szczęściem w nieszczęściu, szybko naprawili swój błąd, a siedem minut zwłoki nie kosztowały czyjegoś życia. Ale stan pięciu poszkodowanych i tak był poważny. Jeden z żołnierzy, ze zmiażdżoną u dołu prawą nogą, wiele tygodni później niemal ją stracił. Zawziął się, nie pozwolił na amputację. Po kilkudziesięciu operacjach kończyna wróciła do dawnej sprawności.

Gdy śmigłowiec ewakuacji medycznej zabrał rannych do szpitala w Ghazni, na niebie pojawiły się następne maszyny. Dowództwo polskiego kontyngentu wycofało z innej operacji dwa szturmowe Mi-24, które przez dwie godziny strzegły bezpieczeństwa unieruchomionego konwoju. To były bardzo niebezpieczne chwile, gdyż Polacy stali w pełni księżyca. Gdyby talibowie zorganizowali regularną zasadzkę, użyto by przeciw nim moździerzy. Kilka strzałów wystarczyłoby do zadania wojskowym kolejnych strat. Trudno powiedzieć, czy Afgańczycy mieli takie plany, czy przestraszyły ich huczące nad głowami „diabelskie rydwany”, znane im jeszcze z czasów radzieckiej interwencji. Faktem jest, że do kolejnego ataku nie doszło. A na miejscu wylądował kolejny helikopter, który przywiózł amerykańskich saperów. To oni sprawdzili grunt pod trafionym pojazdem, bez czego nie było mowy o wzięciu rosomaka na hol. Miny-pułapki często podkładano w parach, tak, by uniemożliwić kolejne ruchy uszkodzonej maszyny. „Dobić” ją w razie potrzeby. W tym przypadku pomoc saperów była niezbędna także z innego powodu – Polacy utknęli w terenie, z którego wyjazd prowadził nad przepustem. Tam również mogła kryć się mina.

Przepust okazał się czysty, wozy wróciły do bazy. Następnego dnia na lądowisku dla helikopterów w Ghazni kilkuset żołnierzy pożegnało ciało Marcina Poręby. Nastrojowi powagi towarzyszyło wyraźne poruszenie. „Zielone diabły” już wcześniej wjeżdżały na miny, co kończyło się na urwanych kołach i urazach „wytrzęsionej” załogi – czasem poważnych, nigdy śmiertelnych. Poprzedniego wieczoru nieprzyjaciel przełamał psychologiczną barierę. „Próbowali, próbowali, aż wreszcie im się udało” – podsumował wysiłki talibów jeden z moich mundurowych kolegów.

Pożegnanie ciała Marcina Poręby w bazie Ghazni/fot. Marcin Ogdowski

Saper

Marcin Poręba służbę w armii rozpoczął w 1997 r., w chwili śmierci miał 31 lat. Postanowieniem prezydenta Lecha Kaczyńskiego został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Krzyża Wojskowego i Gwiazdą Afganistanu. Minister Klich awansował go do stopnia sierżanta. I właśnie taki stopień widnieje na grobie Marcina w rodzinnym Szczecynie, wiosce w województwie lubelskim. Pochowano go tam 9 września 2009 r., przy zachowaniu wojskowego ceremoniału. W pogrzebie udział wzięli przedstawiciele władz państwowych i dowództwa armii – minister obrony, stojący na czele BBN Aleksander Szczygło oraz szef Sztabu Generalnego WP, gen. Franciszek Gągor.

– Tylu ważnych gości nasza wioseczka nigdy jeszcze nie gościła – zauważyła po latach Zofia Poręba, mama poległego sapera.

Grób Marcina Poręby w rodzinnej wiosce/fot. Marcin Ogdowski

Marcin miał trzy siostry i dwóch braci. Ze wspomnień matki wyłania się obraz wesołego i wiecznie zajętego dziecka. Gdy wyrósł z podwórka, dołączył do harcerstwa, a później do ochotniczej straży pożarnej. Wiecznie na zbiórkach i wyjazdach, z których przynosił do domu kolejne dyplomy i wyróżnienia. Udzielał się też artystycznie – był członkiem zespołu ludowego w pobliskim Gościeradowie. Przygodę z wojskiem zaczął od służby zasadniczej. Najpierw trafił do Koszalina, a potem do Szczecina, do tamtejszej jednostki przeciwlotniczej. Mimo początkowych wahań, zdecydował się na służbę nadterminową, a w 2001 r. przeniósł się do szczecińskiego pułku saperów. Latem 2003 r. wyjechał do Iraku, jako żołnierz pierwszej zmiany polskiego kontyngentu. Wcześniej ożenił się z dziewczyną, którą poznał będąc już w wojsku. Para doczekała się syna, Szymona, ale związek nie przetrwał próby czasu.

– Dla Marcina syn był pierwszą miłością, zaraz potem było wojsko – wspominał poległego przyjaciela chor. Jarosław Kościelak. – Niektórzy traktują armię jako miejsce pracy, lecz nie Poręba. Pamiętam, jak jeździł na urlop w rodzinne strony. Co drugi dzień dzwonił i pytał, czy w jednostce wszystko okej. Ze Szczecyna do Szczecina jest siedemset kilometrów, a on w każdej chwili gotów był wracać.

– Chciał jechać do Afganistanu? – spytałem chorążego.

– Oczywiście. Marcin lubił wyzwania. Przed wylotem doszkalał się w saperce, jeździł na różne kursy. Naprawdę tym żył.

Poręba wyleciał pod Hindukusz wiosną 2009 r. Najpierw trafił na posterunek Karabach, a później do bazy Giro. Dowodzona przez Marcina sekcja saperska odnalazła wiele zaimprowizowanych ładunków wybuchowych, nazywanych przez żołnierzy „ajdikami”.

– Gdy wychodził sprawdzić przepust, na przód kolumny, odsłonięty, mógł liczyć na wsparcie reszty patrolu – mówił o Porębie Mariusz Mazur. – Ale to on ryzykował najwięcej. Wiele mu zawdzięczamy, był naszym aniołem stróżem.

Marcin Poręba przy znalezionym „ajdiku”/fot. Archiwum Mariusza Mazura

Dom

– Dla mnie to był trudny czas – w słowach matki Marcina groza mieszała się ze smutkiem. – Po śmierci Daniela Ambrozińskiego zaczęłam się martwić jeszcze bardziej. Któregoś razu rozmawiam z synem przez telefon i słyszę: „mamo, pamiętajcie ogrodzić moją działkę”. Mówię mu: „synku, przyjedziesz, sam ogrodzisz”. A on: „nie, zróbcie to teraz, proszę”. Jakby jakieś przeczucia miał. Parę dni później, trochę pod wpływem tej rozmowy, zaczęliśmy z młodszym synem i synową budować huśtawkę. Dla Marcina i Szymona, bo przecież jak już będzie huśtawka, to Marcin musi wrócić. Tak zaklinaliśmy rzeczywistość.

Huśtawka nie pomogła. Wieczorem 4 września 2009 r. Zofia Poręba wyszła właśnie z obrządku.

– Zobaczyłam w dole wojskowy samochód. Zaraz za naszym gospodarstwem kończy się droga, ale ja miałam nadzieję, że to nie do nas, że auto pojedzie dalej. Zatrzymało się koło domu…

Domu, z którego jeszcze kilka lat temu można było dojrzeć pobliski cmentarz. I upewnić się, że znicze na grobie Marcina nadal się palą. Dziś widok przesłaniają drzewa – wąziutki zagajnik nasadzony wzdłuż cmentarnego płotu dla lepszego wydzielenia sacrum od profanum. Wzrastające drzewa to dobra ilustracja mijającego czasu – tego, że życie toczy się dalej. Zresztą, gdzieżby indziej szukać lepszego przykładu, jak nie w Szczecynie. Miejscu-symbolu, które 2 lutego 1944 r. zostało spacyfikowane przez kilkutysięczną ekspedycję niemiecką. Okupanci zamordowali 368 osób – w tym wiele kobiet i dzieci. Spalili też szkołę i 142 gospodarstwa wraz z żywym inwentarzem. I choć nie został kamień na kamieniu, wioska się odrodziła.

Żałoba nie złamała rodziców Marcina, ale wpłynęła na ich dalsze życie. Dziś istotna jego część wiąże się z pielęgnowaniem pamięci o synu. Poręba stał się miejscowym bohaterem, jego grób regularnie odwiedzają uczniowie i harcerze. Przyjeżdżają wojskowe delegacje i weterani, na przykład w ramach motocyklowych rajdów dedykowanych poległym. Rokrocznie to co najmniej kilka różnych okazji, każda staje się pretekstem do odwiedzin w domu Porębów. A ci chętnie przyjmują gości, szczególnie kolegów, z którymi Marcin służył w Giro. Dziś można już mówić o tradycji zapoczątkowanej w pierwszą rocznicę śmierci. Wtedy na cmentarzu w Szczecynie zjawiła się większość uczestników feralnego konwoju. Tak było rok później i w kolejnych latach. Na początku września przy grobie poległego nie brakuje również kolegów ze szczecińskiego pułku. Podczas tych wizyt rodzinny dom Porębów zamienia się w małe koszary.

– Chłopcy ze Szczecina mają dalej, nocują więc dwie noce, spadochroniarze z Bielska przyjeżdżają na jedną – relacjonowała mi swego czasu pani Zofia. – Wszyscy ciągle powtarzają, że przyjeżdżają „do Marcina”.

Reporter

Ja również chciałem pojechać do Marcina, brałem bowiem udział w opisanym konwoju. Nie wszystko widziałem na własne oczy – jechałem w czwartym wozie, Marcin w pierwszym. Wybuch, który wyrwał mnie z półsnu, usłyszałem jako przytłumiony odgłos.

– Moździerz!? – krzyknął wówczas Wojtek, dowódca sekcji desantowej, a jego podwładni zaczęli poprawiać hełmy i przeładowywać broń. Pamiętam te sekundy napięcia, nim wreszcie podano przez radio, że to „jedynka” wjechała na „ajdika”. Działonowy zaklął paskudnie, a eter wypełnił się kakofonią dźwięków. Z potoku meldunków i pytań trudno było wyłapać informację o tym, co stało się z ludźmi z trafionego pojazdu. Ale niebawem wiedzieliśmy już, że jeden żołnierz zginął, a co najmniej dwóch zostało rannych. – Spokojnie. Może panikują… – uspokajał kolegów Wojtek. Miał osobisty odbiornik i słuchawkę w uchu, słyszał i rozumiał więcej niż my. – Ajdik poszedł w desant – relacjonował. – Wzywają medevac (śmigłowiec ewakuacji medycznej – dop. MO).

Bałem się okrutnie. Na kilka minut mnie sparaliżowało – jakby mi ktoś przyspawał nogi do podłogi. Później ta chwila słabości długo we mnie pracowała, wstydziłem się jej. Chcąc ją unieważnić, pakowałem się w kolejne wyjazdy, w następne wojny, a w nich w sytuacje, w których trudno już mówić o odwadze, bo trzeba powiedzieć o głupocie. Lecz nie z tego powodu unikałem uroczystości w Szczecynie. 4 września 2009 r., na odprawie przed wyjazdem konwoju, przydzielono mnie do ekipy Wojtka. Ktoś jednak uznał, że dziennikarz nie powinien znajdować się w czołowym wozie – i „mojego” rosomaka przesunięto na koniec kolumny. Jako pierwszy miał jechać „rosiek” z Marcinem Porębą na pokładzie. Moim imiennikiem, co po wszystkim nabrało dodatkowego symbolicznego wymiaru. Obwinianie się o śmierć Marcina było procesem, początkowo subtelnym, uruchomionym jeszcze 4 września. Późnym wieczorem przypadkiem natknąłem się na inwentaryzację sprzętu ze zniszczonego rosomaka i na stole, pośród innych gratów, zobaczyłem zakrwawioną kamizelkę sapera. Potem było już tylko gorzej.

W 2016 r. przyjąłem propozycję Centrum Weterana i dołączyłem do grona autorów książki poświęconej Polakom poległym w Iraku i Afganistanie. Postanowiłem, że napiszę m.in. o Marcinie[1]. Zadzwoniłem do pani Zofii.

– Ponad sześć lat czekałam na ten telefon – usłyszałem w słuchawce.

Mimo przyjaznego przyjęcia, nie byłem gotowy na rozmowę o moim poczuciu winy. Nadal też odrzucałem zaproszenia na uroczystości w Szczecynie. Pojawiłem się tam w 10. rocznicę śmierci Marcina. Godzinę rozmawiałem z panią Zofią i panem Genkiem, w pokoju pełnym pamiątek po ich synu.

– Tak widocznie musiało być – orzekli zgodnie. Bałem się tej rozmowy, a podczas niej poznałem ludzi, którzy potraktowali mnie jak bliską osobę. Niemal jak syna. – Jesteś Marcin, to nie przypadek – stwierdziła pani Zofia. A twarz miała przy tym tak pogodną, że z miejsca się popłakałem. Potrzebowałem 10 lat, by zakończyć tamten konwój, ale wreszcie się udało. Rana pokryła się blizną.

– Usiądź z nami – usłyszałem tuż przed wyjazdem do domu. Usiadłem więc między Zosią i Genkiem, ściskając mocno ich spracowane dłonie. Na ławeczce przygotowanej przed laty dla mojego imiennika.

Autor tekstu i rodzice Marcina Poręby/fot. Archiwum Marcina Ogdowskiego

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 21/2021

[1] Książka nosi tytuł „W naszej pamięci. Irak, Afganistan 2003-2014” (Warszawa 2016, wyd. Centrum Weterana Działań Poza Granicami Państwa). Część zawartych w tekście wypowiedzi pochodzi z rozdziału pt.: „Marcin Poręba”, bądź jest efektem rozmów prowadzonych przeze mnie podczas zbierania materiału.

—–

Dziękuję za lekturę! Jeśli uważacie, że warto, udostępniajcie ten tekst, proszę. Zachęcam Was też do wspierania blogu – piszę bowiem głównie dzięki Waszym subskrypcjom i „kawom”. Stosowne przyciski znajdziecie poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Apartheid

Izraelczycy i Palestyńczycy zawiesili broń, co jest bardzo dobrą wiadomością. I co skłania do podsumowań ostatniej fali przemocy na Bliskim Wschodzie (pisałem o niej na swoim profilu na FB, oto odnośniki: 1, 2, 3). Chciałbym zatem zwrócić uwagę, że w reakcjach na nią – w Polsce i wielu innych krajach Zachodu z Francją na czele – często podnoszono argument apartheidu. Żydowskich prześladowań na Arabach widzianych jako źródło kryzysu.

Wydaje się oczywiste, że państwo Izrael – w trosce o swój byt – zbudowało cały system oparty o symboliczną i fizyczną przemoc wobec nie-Żydów. Ale ja nie o tym.

Otóż zarzuty apartheidu formułowano zwykle z wysokiego moralnego C, nie szczędząc oburzenia, pytając „jak tak można?” i przyrównując Żydów do największych historycznych zbrodniarzy. Część moich znajomych i obserwujących na FB również przyłączyła się do tego chóru. I jakoś nikt nie dostrzegł (a na pewno nie wyartykułował) fałszywej nuty stojącej za krytyką Izraela. Krytyką, na tle której toczyła się – i nadal toczy – największa we współczesnej historii akcja prowadzona w reżimie apartheidu. Której beneficjentem, pośród innych krajów Zachodu, jest również Polska.

Do tej pory wyprodukowano 1,5 miliarda szczepionek na Covid-19. Tylko pół procenta (!) z nich trafiło do najbiedniejszych krajów świata. Miażdżącą większość preparatów zgarnęła Europa i Północna Ameryka. Tymczasem nie widzę w Polsce dyskusji o konieczności podzielenia się szczepionkami z biedniejszymi. Zaś nasze rządy pozostają głuche na apele WHO. Kraje zachodniej strefy cywilizacyjnej przyjęły strategię „przede wszystkim liczą się nasi”. I konsekwentnie się jej trzymają.

Tak samo kalkuluje Jerozolima w kontekście relacji z Arabami. A warto w tym miejscu wspomnieć, że w konflikcie izraelsko-palestyńskim, od 1987 r. (pierwszej intifady), zginęło 17 tys. osób. Dziennie, w tzw.: drugim i trzecim świecie, z powodu kowidu umiera kilka razy więcej ludzi. Dziś, gdy dysponujemy już środkiem zaradczym, większość tych zgonów należy przypisać konsekwencjom braku szczepionek. Czyli szczepionkowemu apartheidowi.

Na co zwracam uwagę moralistom, którzy ani myśleli (ani myślą) zrezygnować ze swojej uprzywilejowanej pozycji.

—–

Nz. Obóz dla sudańskich uchodźców w Ugandzie. W takich miejscach wyszczepialność dzieci wynosi niemal 100 proc. Nie ma tam klimatu dla antyszczepionkowców. Dla rodziców jest bowiem oczywiste, że szczepionki to kwestia życia i śmierci. W Bidi Bidi, gdzie zrobiłem to zdjęcie, także szczepionki na COVID-19 są na wagę złota…/fot. Marcin Ogdowski

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Pojednanie?

Dziś przypada 77. rocznica zakończenia bitwy o Monte Cassino. Przy tej okazji, kilka lat temu, pisałem o sąsiedzie z kamienicy, w której mieszkałem jako dziecko i młodzieniec. W czasie II wojny światowej został on, jak wielu torunian, wcielony do Wehrmachtu i jak co najmniej kilkuset innych rodaków, trafił na Monte Cassino. Brał udział w walkach, strzelał do swoich, bo musiał – i nie chodziło jedynie o los rodziny, będącej „w zastawie” (której, gdyby zdezerterował, groziło zesłanie do obozu). Kto raz znalazł się w potrzasku bitwy, ten dobrze wie, że nade wszystko działa tam zasada „ja albo on”. Wzajemne mordowanie na okołoklasztornych wzgórzach miało charakter przemysłowy, a o życiu i śmierci decydowały ułamki sekund, szczęście i refleks. Na dopytywanie się, kto jest kim, zwykle nie było czasu. A skoro „tamci” strzelali, „ci” nie mieli wyjścia. W efekcie, Polacy leżą zarówno na polskim, jak i na niemieckim cmentarzu w pobliżu miejsca bitwy. Są pośród nich dwaj rodzeni bracia – jeden spoczywa u Niemców, drugi u Polaków. Nie da się wykluczyć, że strzelali do siebie…

Wracając do sedna – jakiś czas po publikacji postu skontaktowała się ze mną dawna sąsiadka i dopowiedziała historię naszego gospodarza. Okazało się – rzecz zdawać by się mogło nieprawdopodobna – że mieszkał drzwi w drzwi z innym weteranem bojów o klasztor, z tymże ten drugi walczył w korpusie Andersa. Z dzieciństwa pamiętam, że panowie nie darzyli się szczególną sympatią. Że owszem, zachowywali się wobec siebie grzecznie, ale o żadnej typowej dla tamtych czasów fraternizacji mowy nie było. Zdaniem mojej rozmówczyni, winna była wojna. Zadawniony uraz, choć po powrocie do domu ani jeden, ani drugi nie mieli lekko, o co dbała specyficznie pryncypialna komuna (ja, naiwny, sądziłem, że chodziło o zazdrość; „andersowiec” miał bowiem jedyny w kamienicy samochód – najpierw piękną warszawę, a później dużego fiata, którymi jeździł na taksówce. Niech mi zatem duch pana-stróża wybaczy te małostkowe podejrzenia).

Ale – i właśnie o tym opowiedziała mi sąsiadka – każdego roku 18 maja panowie szli razem pod gołębnik i siadali na pieńkach, w miejscu niedostępnym z okien kamienicy. Wyciągali małą butelkę wódki (Babcia mówiła na taką „kwatyrka” – chodzi o odpowiednik dzisiejszej „małpki”) i rozpijali ją z gwinta. Milczeli, każdy zajęty swoimi myślami. A jednak byli razem – i tak przez kilkadziesiąt lat. Po wszystkim znów wracali do chłodnej uprzejmości, zdawkowego „dzień dobry” i bieżących spraw załatwianych przez żony.

Czy było to pojednanie? Nie mam pojęcia. Na pewno obydwaj robili coś, co zwyczajnie mi imponuje. I co warte jest tego, by o tym wspominać.

—–

Nz. Szturm na klasztor/fot. Domena publiczna

Postaw mi kawę na buycoffee.to