Pierwszy

Nie milkną echa skandalicznych słów Donalda Trumpa, który zakwestionował wkład sojuszników z NATO, sugerując, że w Afganistanie „trzymali się z tyłu”. I że Ameryka ich nie potrzebowała. Wypowiedź spotkała się z ostrymi reakcjami polityków z Wielkiej Brytanii, Włoch czy Niemiec, przeprosin oczekują weterani i rodziny poległych z kilkudziesięciu krajów. Amerykańskie służby dyplomatyczne starają się ugasić pożar. Ambasady USA, także ta w Polsce, wydają pojednawcze oświadczenia. Ale sam Trump, póki co, pokajał się jedynie przed Brytyjczykami; resztę sojuszników ignoruje. Jakby historia, o której tu wspomnę, w ogóle się nie wydarzyła…

2 czerwca 2011 roku z bazy Giro wyruszył kilkudziesięcioosobowy patrol kołowy. Polacy zmierzali ku głównej arterii, szosie Highway 1, mijając pod drodze m.in. wioskę Bahar. Tam kolumna dostała się pod ogień. Początkowo ostrzał nie był ani intensywny, ani groźny, mimo to nie można go było zignorować. Incydenty bez odpowiedzi tylko rozzuchwaliłyby talibów.

Polacy zaczęli napierać na wioskę, a ogień rebeliantów zgęstniał do tego stopnia, że niezbędne okazało się wezwanie samolotów. Dwa amerykańskie F-15 poprzestały na niskich przelotach – użycie działek czy rakiet w gęsto zamieszkałym rejonie nie wchodziło w grę. Pokaz siły nie przyniósł jednak oczekiwanych efektów – Afgańczycy się nie wycofali.

Rosomaki podjechały jak najbliżej zabudowań i wysadziły desant. Jedną z drużyn, która od razu ruszyła między domy, dowodził starszy kapral Jarosław Maćkowiak z 17. Wielkopolskiej Brygady Zmechanizowanej. Zaczęło się przeczesywanie terenu – sprawdzanie każdego domu, każdego budynku gospodarczego. Od czasu do czasu rozlegały się serie z broni maszynowej, gdy dochodziło do kontaktu z przeciwnikiem. W którymś momencie drużyna „Maćka” zatrzymała się przy końcu muru jednego z domostw. Pójście dalej oznaczało wyjście w otwartą przestrzeń. Afgański policjant i tłumacz Polaków chciał ruszyć jako pierwszy. Maćkowiak, widząc że Afgańczyk nie ma kamizelki kuloodpornej, sam zajął jego miejsce.

– Pójdę jako pierwszy – powiedział i ruszył, a za nim kolejni. I wtedy rebeliancka seria skosiła dwóch biegnących na czele Polaków.

Mimo ognia koledzy wynieśli rannych w bezpieczniejsze miejsce, w pobliże jednego z Rosomaków. Wozem dowodził starszy kapral Tomasz Byczek, który ogniem z kaemu osłaniał ewakuację rannych.

– Skupiłem się na celach, by nas nie podeszli – opowiadał mi kilka lat później. – Gdy spojrzałem w bok, medyk już „Maćka” pompował…

Maćkowiak dostał w udo, pocisk przerwał mu tętnicę. Był nieprzytomny, gdy ładowano go na pokład śmigłowca ewakuacji medycznej, zmarł w szpitalu w Ghazni.

– Gdy go zabierali, wiedziałem, że jest źle, ale nie sądziłem, że widzę chłopa ostatni raz żywego… – relacjonował kapral Byczek.

Podczas akcji w Bahar zginęło 15 talibów. Skala i intensywność potyczki wzięły się stąd, że tego dnia do wioski zjechało wielu bojowników na wesele jednego z nich.

—–

Przez Afganistan przewinęło się około 33 tysięcy polskich żołnierzy; 44 z nich wróciło w trumnach, setki z ranami i traumą. Znałem osobiście pięciu żołnierzy, weteranów Wojska Polskiego, którzy po powrocie do kraju przegrali zmagania z PTSD i popełnili samobójstwo. Nie znamy dokładnej liczby śmiertelnych ofiar stresu pourazowego, ale z całą odpowiedzialnością mogę napisać, że jest ich co najmniej kilkadziesiąt. W skali koalicji (nawet bez Amerykanów) – tysiące. I już choćby dlatego słowa Donalda Trumpa o tym, że sojusznicy w Afganistanie byli „niepotrzebni”, są nie tylko fałszywe, lecz także moralnie obrzydliwe.

Jako kronikarz „polskiego Afganistanu” poznałem setki żołnierzy, utrzymywałem kontakt z rodzinami wielu z nich, także z bliskimi poległych. To te relacje sprawiły, że uczestniczyłem w ich żałobie i widziałem z bliska, jak mierzą się z traumą straty. Widziałem domowe ołtarzyki, które w mieszkaniach rodziców poległych chłopaków stawały się centrum codziennego życia. Wiem, jak wielkie znaczenie dla pogodzenia się ze stratą miało przekonanie, że te śmierci miały sens – i mogę się tylko domyślać, jak bardzo bolą dziś słowa Donalda Trumpa, że w gruncie rzeczy były niepotrzebne.

—–

Nz. Polscy żołnierze w Afganistanie podczas jednej z wielu misji bojowych/fot. Adam Roik

Ten tekst, w znacznie obszerniejszej wersji, opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

Oszukany

Afganistan to była dla mnie wspaniała przygoda, „turbomęska”, jak mówił o tej misji jeden z moich mundurowych kolegów. Adrenalina, egzotyka, przyjaźń – to słowa-klucze, które dobrze oddają istotę tego doświadczenia.

Zawodowo spełniłem się po całości, budując wyjątkowy warsztat i pozycję.

To dzięki Afganowi wszedłem w świat twórców literackich.

Ale Afganistan to także wspomnienie bólu po urazie ciśnieniowym i długa relacja ze stresem pourazowym. Poczucie wyplucia, gdy wojna się skończyła, a redakcja stanęła na stanowisku „kij ci w oko, radź sobie teraz sam”. Wyrzuty sumienia wobec najbliższych, których przez lata dręczyłem swoją nieobecnością i ryzykiem, że nie wrócę. Sporo mógłbym tu jeszcze dodać, ale nie w tym rzecz. Chcę tylko napisać, że gdybym rachunek sumienia oparł wyłącznie o osobiste zyski i straty, uznałbym, że nie warto było. Że cała ta wojenna reporterka na chuj mi była potrzebna, że lepiej, bym niektórych rzeczy nigdy nie zobaczył i nie usłyszał.

Ale ja tak nie myślałem. Sądziłem, że widzę i w jakiejś mierze współtworzę historię, że jestem częścią czegoś większego. Brałem udział w odkłamywaniu fatalnej narracji o misji stabilizacyjnej, która tak naprawdę była wojną. Pisząc o tym, jak ta wojna wygląda, dawałem świadectwo wysiłków podejmowanych przez chłopców i dziewczęta w mundurach Wojska Polskiego. Oni nie stali z tyłu, jak mówi dziś Trump. Bywałem srogim recenzentem, zwłaszcza dla tych na górze, ale zawsze towarzyszyło mi przekonanie, że misja naszych żołnierzy ma sens. Bo „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”; byliśmy w Afganistanie z sojusznikami i dla sojuszników. Przekonywałem do tego swoich Czytelników, wprost pisząc, że jutro to my możemy poprosić o pomoc – i że ją dostaniemy, skoro jej udzieliliśmy, jadąc na amerykańską wojnę.

W tym upatrywałem sens Afganu, osobiste wysiłki, by ludzie w ten sposób myśleli, nadawały „większy” sens mojej pracy.

I Trump, serią wyplutych z siebie zdań, zadał temu wszystkiemu kłam. Mówiąc, że my, Polacy, nie byliśmy im, Amerykanom, potrzebni, dotknął mnie do żywego. I nawet nie chodzi o to, że bredził. Rzecz w tym, że jego „niepotrzebni” oznacza również, że w jego mniemaniu Ameryka nie ma wobec nas żadnych zobowiązań.

A przecież o te zobowiązania chodziło. Po to to wszystko było, cały ten pierdolony Afganistan.

Czuję się oszukany i czuję się źle, że oszukiwałem innych – stąd mój piątkowy wpis, i ten dzisiejszy też.

Ps. Wiem, że Trump nie jest depozytariuszem opinii większości Amerykanów. Wierzę, że nie doczeka końca kadencji i odejdzie w niesławie. Ale bardzo się boję tego, co może się wydarzyć, nim ów koniec nadejdzie…

Zdjęcie z czasów, gdy „staliśmy w tyle”/fot. Krzysiek Żuczkowski

(Nie)potrzebni

„Nigdy ich nie potrzebowaliśmy” – powiedział Donald Trump o sojusznikach w Afganistanie. To zdanie nie jest kontrowersyjne, ono jest fałszywe. I obraźliwe. Byłem w Afganistanie, wielokrotnie, stając się kronikarzem polskiej misji. Pamiętam wszystkie nazwiska tych, którzy wrócili do kraju w trumnach owiniętych biało-czerwoną flagą. I już choćby dlatego nie mogę przejść obok słów pomarańczowego pajaca obojętnie.

Afganistan był wojną Ameryki. Zaczęła się ona po 11 września 2001 roku, w odpowiedzi na atak wymierzony w Stany Zjednoczone. To na wniosek USA, po raz pierwszy w historii, NATO uruchomiło artykuł 5. To po pierwsze.

Po drugie, skala ma znaczenie. Stany Zjednoczone nie wzięły na siebie największego ciężaru dlatego, że inni nie chcieli walczyć, lecz dlatego, że mogły go wziąć. Dysponowały największą armią w NATO, największym budżetem obronnym, największą logistyką i zdolnościami, których sojusznicy po prostu nie posiadali. Dla mniejszych państw wysłanie kilkuset czy kilku tysięcy żołnierzy było wysiłkiem porównywalnym do wkładu globalnego mocarstwa.

Przez Afganistan przewinęło się około 775 tysięcy amerykańskich żołnierzy. Zginęło 2461, ponad 20 tysięcy zostało rannych. To liczby, które robią wrażenie i które trzeba powtarzać, bo bez nich każda rozmowa o „obciążeniach” jest jałowa. Amerykanie walczyli najdłużej, najintensywniej i w najtrudniejszych rejonach. Prowadzili operacje ofensywne na skalę, o jakiej mniejsze armie mogły tylko czytać w raportach.

Ale z tych liczb nie wynika, że reszta była zbędna.

Operacja ISAF nie była fasadowym dodatkiem do amerykańskiej kampanii. W szczytowym momencie uczestniczyło w niej ponad 130 tysięcy żołnierzy z 51 państw. Nie jako statyści, lecz jako kontyngenty odpowiedzialne za konkretne prowincje, konkretne bazy i konkretne odcinki. Każdy z nich działał w ramach własnych ograniczeń politycznych, prawnych i militarnych – co samo w sobie było koszmarem dla planistów – ale nikt nie był tam „turystycznie”.

To prawda, że nie wszystkie prowincje były takie same. Że nie wszędzie intensywność walk była porównywalna z Helmandem czy Kandaharem, gdzie prym wiedli Amerykanie Ale sojusznicy nie jechali do Afganistanu po to, by zastąpić USA w prowadzeniu wojny. Pojechali tam, by udźwignąć jej wspólny ciężar na tyle, na ile byli w stanie – wiedząc, że zapłacą za to cenę polityczną w kraju i realną cenę na miejscu.

Dlatego porównywanie liczb wprost – „oni tylu, my tylu” – jest intelektualnie nieuczciwe. Afganistan nie był konkursem na straty ani rankingiem zaangażowania. Był testem, czy NATO potrafi działać jako realny sojusz militarny, a nie zbiór państw chowających się za amerykańską flagą. I Sojusz ten test zdał.

—–

Jeśli ktoś chce znaleźć istotę kłamstwa zawartego w słowach „pozostawali z dala od linii frontu” (kolejny cytat z Trumpa), powinien pojechać palcem po mapie Afganistanu i zatrzymać się na jednej nazwie: Helmand Province.

To była jedna z najtrudniejszych prowincji. Rolnicze zaplecze talibów, centrum produkcji opium, teren płaski jak stół, pozbawiony naturalnych osłon, idealny do podkładania improwizowanych ładunków wybuchowych i zasadzek. Miejsce, w którym linia frontu nie była linią, lecz stanem wszechogarniającym i permanentnym.

W Helmandzie walczyli Amerykanie. I nikt tego nie kwestionuje. Ale walczyli tam również Brytyjczycy – i zapłacili za to krwawą cenę. Setki zabitych, tysiące rannych, operacje prowadzone w koszmarnych warunkach, o których w Londynie długo nie chciano mówić głośno.

A obok nich byli Duńczycy.

Państwo liczące niespełna sześć milionów mieszkańców wysłało do Helmandu kontyngent, który proporcjonalnie do swojej wielkości poniósł jedne z najwyższych strat w całej koalicji. Czterdziestu czterech poległych, kolejne setki rannych. Liczba, która w amerykańskiej statystyce może zniknąć w tabeli, ale dla Danii była narodowym wstrząsem. To nie była armia „od stabilizacji”. To byli żołnierze, którzy regularnie wychodzili w patrole i wchodzili w kontakt bojowy z przeciwnikiem.

Duńczycy nie mieli w Afganistanie żadnego interesu narodowego. Nie bronili Kopenhagi, nie zabezpieczali własnych granic, nie odpowiadali na bezpośrednie zagrożenie. Byli tam, bo tak działa sojusz. I właśnie dlatego dzisiejsze lekceważenie ich wysiłku jest tak głęboko niesprawiedliwe.

—–

Polski Afganistan nie był Helmandem. Polscy żołnierze nie operowali w najkrwawszych prowincjach, nie prowadzili działań o intensywności porównywalnej z tym, czego doświadczali Amerykanie, Brytyjczycy czy Duńczycy na południu kraju. I nikt rozsądny nigdy tego nie twierdził.

Ale z faktu, że to nie był Helmand, nie wynika, że była to misja bezpieczna, symboliczna, „na tyłach”.

Polska odpowiadała przede wszystkim za prowincję Ghazni – region niestabilny, z aktywną obecnością talibów, gdzie leżały ważne szlaki komunikacyjne. Gdzie regularnie dochodziło do ostrzałów baz, ataków na patrole z użyciem improwizowanych ładunków wybuchowych i broni maszynowej. To nie był obszar „stabilizacyjnej sielanki”, lecz przestrzeń, w której wojna miała swój codzienny, monotonnie brutalny rytm.

Przez Afganistan przewinęło się około 33 tysięcy polskich żołnierzy, zginęło 44, ponad 200 zostało rannych, a kolejnych kilkuset kontuzjowanych.

Polacy – tak jak Duńczycy – nie jechali do Afganistanu dlatego, że Taliban zagrażał naszym miastom. Jechali, bo Polska traktowała zobowiązania sojusznicze poważnie. Bo wiedziała, że wiarygodności nie buduje się deklaracjami, lecz obecnością tam, gdzie ryzyko jest realne.

Polacy, Duńczycy, Brytyjczycy, Niemcy, Francuzi, Włosi i inni pojechali do Afganistanu nie dlatego, że wierzyli w jego transformację w liberalną demokrację. Pojechali, bo rozumieli, że jeśli dziś odmówią, jutro ktoś odmówi im. To jest niewygodna prawda o sojuszach: solidarność kosztuje, czasem ceną są życia wielu osób.

—–

Słowa Donalda Trumpa to nie tylko publicystyczny skandal i kolejna prowokacja polityka, który od lat testuje granice odpowiedzialności. One są czymś znacznie groźniejszym: aktem amnezji, który – jeśli stanie się normą – podkopuje fundamenty sojuszy szybciej niż jakikolwiek przeciwnik z zewnątrz.

Bo sojusz to nie tylko zdolności wojskowe, bazy i interoperacyjność. Sojusz to także wspólna pamięć. Pamięć o tym, kto był, gdy było trudno. Kto wysłał swoich ludzi, choć nie musiał. Kto zapłacił cenę za cudzą wojnę, wierząc, że w razie potrzeby ta solidarność zadziała w drugą stronę.

—–

Amerykanie, militarnie, poradziliby sobie w Afganistanie sami. Dysponowali siłą, logistyką i determinacją wystarczającą, by prowadzić tę wojnę bez wsparcia sojuszników. Ale Afganistan nie był tylko kampanią wojskową. Był także przedsięwzięciem politycznym, wymagającym międzynarodowej legitymizacji, bez której szybko stałby się w oczach świata kolejną imperialną wyprawą Stanów Zjednoczonych, samotną interwencją supermocarstwa narzucającego swoją wolę słabszemu państwu. Obecność sojuszników nadawała tej wojnie charakter wspólnej odpowiedzi Zachodu. Waszyngton doskonale to rozumiał i błagał sojuszników o wsparcie, choćby symboliczne. Także w tym kontekście owo „niepotrzebni” jest obrzydliwym kłamstwem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Sojuszniczy patch z afgańsko-misyjnych czasów, kiedy wszystko wydawało się znacznie prostsze/fot. własne

Wizyty

Wojna od zawsze przyciągała ludzi władzy, symbolu i rozpoznawalności. Jedni przyjeżdżali, by dowodzić, inni, by podtrzymywać morale, jeszcze inni – by zaświadczyć, że świat nie odwrócił wzroku. Zmieniały się formy konfliktów i środki przekazu, lecz sama logika obecności pozostała zaskakująco trwała: wizyty w strefach konfliktów – zarówno polityków, jak i celebrytów – to elementy szerszej gry narracyjnej, prowadzonej równolegle do operacji zbrojnych. Niekiedy są równie istotne, co twarde, kinetyczne działania.

Był początek marca 2012 roku, pracowałem wówczas w Afganistanie. Kilka dni wcześniej trafiłem do bazy Warrior na południu tzw. polskiej prowincji. „Rakietowe miasteczko” leżało jakieś 60 km od głównego obozowiska naszych żołnierzy, znajdującego się w mieście Ghazni. Banalny dystans, w czasach pokoju do pokonania w godzinę, w realiach wojny już zdecydowanie nie. Highway 1 – główna droga Afganistanu, wiodąca od Kandaharu do Kabulu – naszpikowana była „ajdikami” (minami-pułapkami). A inaczej jechać się nie dało.

W Warriorze wieści rozchodziły się szybko. „Pojutrze do Ghazni przyleci prezydent Komorowski”, zdradził mi jeden z oficerów. Nadałem cynk redakcji, w odpowiedzi dostając pytanie: „Dasz radę się tam dostać i obsłużyć wizytę?”. „Spróbuję”, odparłem. Jazda „ajdisztrase” zajęła mi kilkadziesiąt godzin. Zdążyłem, ale co się przy tym najadłem strachu, to moje.

Bronisław Komorowski przyleciał do „Gazowni” – jak nazywano naszą główną bazę – z lotniska w Bagram koło Kabulu (gdzie dotarł samolotem) na pokładzie potężnego amerykańskiego Chinooka i w asyście kilku należących do US Army Apaczy. Dlaczego akurat tak, skoro polski kontyngent miał własne śmigłowce transportowe Mi-17 i szturmowe Mi-24? Chinook był większy, a delegacja spora, Apacze zaś doszły „w pakiecie” – tak mi to wtedy tłumaczono. Zapewne nie bez znaczenia był również fakt, że amerykańskie maszyny gwarantowały wyższy poziom bezpieczeństwa, przede wszystkim ich pasywne i aktywne systemy obronne. Co by bowiem nie mówić, prezydent RP wlatywał w paszę lwa. Afgańskim rebeliantom z rzadka się takie akcje udawały, jednak od czasu do czasu potrafili „zdjąć z nieba” koalicyjny helikopter. Tym razem nic takiego się nie wydarzyło…

—–

Przenieśmy się w czasie o kilkanaście lat do przodu. 20 lutego 2023 roku świat przecierał oczy ze zdumienia, po tym, jak prezydent Stanów Zjednoczonych Joe Biden objawił się w Kijowie. Było to wydarzenie bez precedensu w najnowszej historii dyplomacji. Biden przybył do stolicy państwa prowadzącego pełnoskalową wojnę obronną z rosją, bez obecności amerykańskich wojsk bojowych na miejscu, bez kontroli przestrzeni powietrznej, w warunkach realnego zagrożenia atakiem rakietowym. W przeciwieństwie do wizyt jego poprzedników w Iraku czy Afganistanie, nie był to przyjazd do strefy kontrolowanej przez USA, lecz wejście w obszar wojny, nad którą Waszyngton nie miał bezpośredniej kontroli.

rosja została poinformowana o wizycie kilka godzin wcześniej, w ramach kanałów deeskalacyjnych. Nikt Moskwy o zgodę nie pytał – szło o to, by zminimalizować ryzyko przypadkowego incydentu między mocarstwami nuklearnymi.

Choć zabezpieczenie prezydenta nie polegało na widocznej obecności wojska, Amerykanie zagonili do roboty masę ludzi i sprzętu. Satelity, samoloty rozpoznawcze (które operowały wzdłuż polsko-ukraińskiej granicy), najlepsze oddziały specjalne. Te ostatnie, wraz z maszynami typu V-22 Osprey, rozlokowano na jednym z lotnisk w Polsce, utrzymując w stanie najwyższej gotowości. Samą ich obecność – niewidoczną dla opinii publicznej i nigdy oficjalnie niepotwierdzoną – można uznać za symbol tego, jak niestandardowa była to operacja. A Joe Biden zaskoczył wówczas nie tylko polityczną zuchwałością, ale i osobistą odwagą.

Błyszczy nią, niezwykle często, prezydent Wołodymyr Zełenski, co kilkanaście dni temu przybrało spektakularną postać. Prezydent Ukrainy znów odwiedził żołnierzy w strefie walk, tym razem w Kupiańsku. Niespełna dwa kilometry od rosyjskich pozycji nagrał wystąpienie, w którym odniósł się do kłamliwych kremlowskich zapewnień o zdobyciu miasta. Zagrał na nosie całemu rosyjskiemu aparatowi propagandowemu – budującemu wokół Kupiańska narrację o kolejnej wielkiej, zwycięskiej bitwie – ale i swojemu głównemu adwersarzowi. Putin, jak wiemy, niespecjalnie grzeszy odwagą – po wybuchu pełnoskalowej wojny długo nie wychodził z bunkra, a jak już zdecydował się pojechać na front, to zwizytował go zdalnie, z bezpiecznej odległości 40 kilometrów.

Znajdą się tacy, którzy powiedzą, że tego typu „wygłupy” nie przystojną politykowi, głowie państwa na wojnie. Czyżby? Zełenski w Kupiańsku – spokojnie nagrywający swój „spicz” – to nie tylko komunikat skierowany do Putina i oszukujących szefa rosyjskich generałów. To także przesłanie do Donalda Trumpa, w stylu: „może i nie mam najmocniejszych kart, lecz gotowy jestem zaryzykować własne życie”. Tak również (obok szeregu innych działań!), po trosze chłopięcym zuchwalstwem, buduje się morale współobywateli. Kto nie wierzy, niech zerknie w ukraińską przestrzeń informacyjną i doniesienia z połowy grudnia. Prezydencki gest był tam odbierany jako symbol niezłomności i nieustępliwości całej Ukrainy. Jednoczył i dawał powody do dumy. A na takiej bazie pojawia się skłonność do kolejnych wyrzeczeń. I w tym właśnie zawiera się podstawowa funkcja takich wizyt – są konsolidujące.

Podróż Joe Bidena była gestem solidarności z walczącym krajem, wyrażonym w imieniu całej zachodniej wspólnoty. W ten sam wzorzec (choć oczywiście skala oddziaływania była tu inna), wpisuje się wizyta Bronisława Komorowskiego u polskich wojskowych w Ghazni – miała ona podtrzymać morale, potwierdzić sens misji, pokazać więzi między państwem a armią. Adresatem byli przede wszystkim żołnierze, ale i wyborcy w kraju, a warunki podwyższonego ryzyka podbijały wagę tej deklaracji.

—–

Współczesny sznyt takich wizyt ukształtował się w XX wieku, wraz z nastaniem wojen masowych i rozwojem mediów. Przywódcy państw odwiedzający własnych żołnierzy na froncie mieli ucieleśniać ciągłość władzy i sens poświęcenia. W czasie II wojny światowej Winston Churchill pojawiał się w bombardowanym Londynie, świadomie ryzykując, by pokazać, że rząd dzieli los obywateli. Ten gest, powielany później w różnych konfiguracjach, stał się archetypem politycznej odwagi – choć z czasem coraz częściej był też starannie reżyserowanym elementem przekazu.

W epoce wojen ekspedycyjnych, takich jak Wietnam, Irak czy Afganistan, wizyty przywódców w strefach działań bojowych nabrały bardziej zinstytucjonalizowanego charakteru. Prezydenci USA, premierzy i ministrowie obrony przylatywali do baz wojskowych, lądowali nocą, w tajemnicy, by po kilku godzinach odlecieć z powrotem. Ryzyko istniało, lecz było ono zarządzane – państwo wysyłające kontrolowało przestrzeń powietrzną, dysponowało własnymi wojskami, systemami obrony i zapleczem logistycznym. Były to wizyty „u swoich”, odbywane w ramach znanej, przewidywalnej architektury bezpieczeństwa. Ich głównym adresatem była opinia publiczna w kraju: stanowiły sygnał, że władza panuje nad sytuacją, że żołnierze nie zostali zapomniani, że wojna – jakkolwiek kosztowna – ma sens.

Równolegle do polityków na wojnach zaczęli pojawiać się artyści i celebryci. Podczas wojny w Wietnamie amerykańscy muzycy i aktorzy przyjeżdżali zarówno po to, by występować dla żołnierzy, jak i po to, by dokumentować grozę konfliktu. Koncerty organizowane dla armii miały podnosić morale, tworzyć iluzję normalności w nienormalnych warunkach. Jednocześnie kultura masowa stała się nośnikiem sprzeciwu wobec wojny – obrazy, piosenki i relacje artystów miały często większy wpływ na nastroje społeczne niż oficjalne komunikaty rządu. Już wtedy ujawniła się różnica między obecnością władzy a obecnością symbolu: polityk reprezentował decyzję, artysta – emocję.

Po zakończeniu zimnej wojny i wraz z rozwojem globalnych mediów wizyty celebrytów w strefach konfliktów zaczęły pełnić coraz wyraźniej funkcję humanitarną i komunikacyjną. O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Przylot prezydenta Bronisława Komorowskiego do Ghazni, marzec 2012 roku/fot. własne

Piątka

21 grudnia 2011 roku Rawza, maleńka wioska tuż przy głównej drodze Afganistanu Highway 1, stała się miejscem największego dramatu w historii misji zagranicznych Wojska Polskiego.

Tego dnia, w eksplozji miny-pułapki, zginęło pięciu polskich żołnierzy. Najmłodszy z nich miał 22,  najstarszy 33 lata. Jechali jednym wozem – pojazdem M-ATV, popularnym „mrapem”. Nie brali udziału w operacji bojowej, ochraniali pracowników PRT (Provincial Reconstruction Team), zespołu odbudowy prowincji; cywilno-wojskowej struktury zajmującej się projektami pomocowymi.

Szokujące meldunki medyków

Nic nie zapowiadało nadchodzącej tragedii. Konwój czterech mrapów dotarł do wioski bez problemów, sama wizyta przebiegła sprawnie. Gdy się zakończyła, specjaliści i ochraniający ich żołnierze wrócili do pojazdów. Kolumna ruszyła i wówczas nastąpiła eksplozja co najmniej kilkudziesięciokilogramowego IED. Plac spowiły tumany kurzu, kamienie i odłamki tłukły w pancerze wozów. Minę „wyłapał” czwarty w kolumnie „mrap”. Medycy, którzy dotarli do wraku jako pierwsi, podali dramatyczną ocenę stanu załogi…

Tysiące kilometrów dalej, w Warszawie, rozdzwoniły się telefony. Jeden z nich na biurku ówczesnego ppłk. Mirosława Ochyry, rzecznika Dowództwa Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych. „Skontaktował się ze mną oficer z dyżurnej służby operacyjnej”, opowiada Ochyra. „Pierwszy komunikat mówił o trzech zabitych i kilku rannych; takie informacje spłynęły od zaatakowanych do centrum dowodzenia w Afganistanie. Zaraz potem zadzwonił do mnie dowódca operacyjny, wtedy był nim gen. Edward Gruszka. »Przyjdź, mamy poważną sprawę«, powiedział krótko. Już u szefa dowiedziałem się, że wszyscy polegli byli z tej samej 20 Bartoszyckiej Brygady Zmechanizowanej”, wspomina.

Szczęściem w nieszczęściu nie doszło też do eskalacji napięcia po ataku. Zaraz po wybuchu trzy pozostałe wozy zajęły pozycje obronne, a niebawem do Polaków dołączył patrol ANA (Afghan National, czyli armii afgańskiej). Wkrótce na miejsce dotarły też polskie Rosomaki. W Afganistanie eksplozja IED zwykle była wstępem do kolejnych działań. Napady często miały postać zasadzek kombinowanych, w trakcie których używano również broni ręcznej, a niekiedy moździerzy i dział bezodrzutowych. W tym przypadku prawdopodobnie wiadomość o zbliżającym się wsparciu odstraszyła napastników. Zaczęła się ewakuacja – zabitych i żywych. Ciała poległych zabrały śmigłowce i wozy ewakuacji medycznej, a reszta patrolu, osłaniana przez Rosomaki, wróciła do Ghazni.

Najsmutniejsza wigilia w życiu

Gdy zdziesiątkowany patrol dotarł do bazy, jego uczestnicy uformowali pieszą kolumnę za WEM-em wiozącym ciało Piotra Ciesielskiego, dowódcy, odprowadzając je do dyżurnego punktu medycznego. „Potem były oficjalne pożegnania i wigilia… najsmutniejsza w życiu”, przyznaje Przemysław Kapuściński, w 2011 roku specjalista w PRT.

A jeszcze potem były pogrzeby w Polsce. Wszyscy polegli zostali pośmiertnie awansowani. Spoczęli w swoich rodzinnych miejscowościach. Pogrzeb mł. chor. Piotra Ciesielskiego odbył się w Ostródzie. Sierż. Marcin Szczurowski został pochowany w Morągu, sierż. Krystian Banach w Pieckach koło Mrągowa, sierż. Marek Tomala w Borowie koło Annopola, a sierż. Łukasz Krawiec w Jelnie koło Nowej Sarzyny.

Ale to wcale nie był koniec tej historii. W połowie listopada 2012 roku, w prowincji Ghazni, w starciu z sojuszniczymi siłami specjalnymi został zabity Hafiz Sardar. Jego śmierć stanowiła zwieńczenie kilkumiesięcznej operacji wywiadowczej, rozpoczętej po zamachu w Rawzie. „Zabity talibski dowódca odpowiedzialny był m.in. za organizację i przeprowadzenie (…) ataku na patrol z 21 grudnia 2011 roku, w wyniku którego zginęło pięciu polskich żołnierzy”, podano w komunikacie Dowództwa Operacyjnego RSZ. „Sardar był nierozważny”, mówi Mirosław Ochyra. „Po takich atakach ich organizatorzy zwykle uciekali z Afganistanu, on został. Kilka razy wymknął się komandosom, ale ci ostatecznie go dopadli”.

Rozmiar tragedii nie przeszedł w Polsce bez echa. „Mam wrażenie, że po 21 grudnia Polacy zaczęli trochę inaczej myśleć o naszym udziale w misjach zagranicznych”, dzieli się swoim spostrzeżeniem Przemysław Kapuściński. „Zaczęło to bardziej przypominać postawę charakterystyczną dla Amerykanów, ujętą w haśle »szacunek i wsparcie«”. Społecznym nastrojom poszli w sukurs politycy, „szacunkowi i wsparciu” nadając zinstytucjonalizowanej formy. By uczcić zabitych, w 2015 roku ustanowiono 21 grudnia Dniem Pamięci o Poległych na Misjach. „Cieszy mnie to upamiętnienie”, przyznaje Kapuściński. „Chłopaki na to zasłużyły”, dodaje. „To nie byli zwykli wojskowi”, napisała w swojej książce „Jej Afganistan…” Magdalena Pilor, która w 2011 roku również pracowała w PRT. „To byli przyjaciele, koledzy. Mieli rodziny, marzenia, mieliśmy wspólny cel – wrócić”.

Piątce z czwartego wozu się nie udało…

Rozszerzoną wersję tego reportażu opublikowałem w „Polsce Zbrojnej” – oto link do tego materiału.

—–

PS. Doniesienie o ataku pojawiło się w depeszy Reutersa już kilkanaście minut po fakcie. Do dziś nie wiadomo, skąd agencja miała tak szybko informację o wydarzeniach z 21 grudnia 2011 roku. Jest to o tyle istotne, że depeszę zilustrowano wykonanym na miejscu zdjęciem, przedstawiającym zniszczonego „mrapa”. Agencja zasłoniła się niejawnością źródeł, podkreślając, że dane pochodziły od współpracowników na miejscu, ale nie od dziennikarzy.

Nz. Świąteczny stół upamiętniający poległych, przygotowany w Ghazni, podczas wigilii w 2011 roku, trzy dni po tragedii/fot. archiwum blogu zAfganistanu.pl