Kontekst

Rosyjscy żołnierze w Ukrainie kradną. Ma to systemowy charakter – na przykład wywózki zboża z elewatorów czy drogiego sprzętu medycznego ze szpitali na okupowanych terytoriach – jak i całej masy indywidualnych aktów. Kradną, bo wojna sprzyja rozluźnieniu obyczajów, ale też kradną, bo wpisuje się to w schemat zachowań typowych dla instytucji, w jakiej funkcjonują. Rosyjska armia stała, stoi i zapewne stać będzie nieprawdopodobną korupcją. Nie dalej jak wczoraj były dowódca wojsk radiotechnicznych Sił Powietrzno-Kosmicznych Rosji gen. Andriej Koban, został skazany na pięć lat kolonii karnej o zaostrzonym rygorze. „Miał przyjąć pięć milionów rubli łapówki od kierownictwa instytutu badawczego w Niżnym Nowogrodzie w zamian za ‘pomoc’ w realizacji kontraktu obronnego. Dotyczył on prac nad sprzętem przeznaczonym do wykrywania celów aerodynamicznych i balistycznych”, czytam w depeszy poświęconej sprawie. Koban z jakichś powodów został pokazowo osądzony i skazany – najpewniej nie miał na tyle wpływowych wspólników, by zagwarantowali mu „dupochron”. Ale dziesiątki, jeśli nie setki rosyjskich dowódców, mają się dobrze mimo ewidentnych przewałów, których skala znacząco zaważyła na jakości wysłanej do Ukrainy armii.

A że ryba psuje się od głowy po ogon, własną armię okradają też pomniejsi oficerowie i zwykli żołnierze. Najczęściej „znika” paliwo, na które łatwo znaleźć kupców pośród cywilów. Ostatnio coraz częściej złodzieje biorą na cel wysyłany na remonty do Rosji uszkodzony sprzęt, ogołacając go z przydatnych „w cywilu” podzespołów. Skala procederu stała się na tyle powszechna, że dowództwo postanowiło wzmocnić ochronę składów kolejowych, którymi „technika” wywożona jest do kraju. Pojawiły się też doniesienia o nielegalnym handlu amunicją z drugą stroną konfliktu, co może się wydawać absurdalne, a z pewnością nieracjonalne (w końcu Ukraińcy tej amunicji użyją przeciwko Rosjanom). Tyle że nie ma w tym niczego nowego – do podobnych sytuacji dochodziło już w Czeczeni, podczas obu wojen; rosyjscy żołnierze „opychali” bojownikom nawet sprawne i załadowane „po korek” czołgi. Byleby mieć pieniądze na alkohol (to jedna z podstawowych motywacji), czy wykupne, rozumiane jako zdobycie zgody przełożonego/przełożonych na powrót do domu.

Ale czy z takich sytuacji można wysnuć wniosek o „całkowitym upadku rosyjskiej armii” – jak chce tego część komentatorów i ich czytelników? Byłbym bardzo ostrożny, bo po pierwsze, nie dzieje się nic, czego by rosyjska armia nie doświadczyła (a przecież dalej jakoś funkcjonuje), po drugie, występki przeciwko własności to „sól wojny”, element jej oczywistej-oczywistości. Pozostając na gruncie ukraińskim, dość przypomnieć kondycję sił zbrojnych Ukrainy latem 2014 roku. Historia elitarnej brygady pancernej, zaplanowanej do wysyłki na Donbas – która po otrzymaniu rozkazu nie mogła opuścić koszar, bo oficerowie wcześniej sprzedali cały zapas paliwa – jest tu symptomatyczna. I absolutnie niejednostkowa.

I wcale nie jest tak, że to „takie tam wschodnie konteksty”. Chcecie przykładu z polskiego podwórka? Proszę bardzo.

Tuż po powrocie do Polski V zmiany kontyngentu wojskowego w Afganistanie, w listopadzie 2009 roku, wybuchła afera związana z lipnymi patrolami. Prokuratura zajęła się wówczas kilkoma sztabowcami z bazy Warrior, którzy wedle prowadzonej przez siebie ewidencji wielokrotnie brali udział w operacjach poza bazą. Faktycznie w większości przypadków nie wystawili z niej nawet nogi. Twórcom kreatywnych raportów chodziło nie tyle o powody do chwały, co o pieniądze. Wyjaśniał mi to wówczas jeden z żołnierzy z pododdziału liniowego:

– Za każdy wyjazd należy się 50 złotych, a dodatkowo za trzy pierwsze (w danym miesiącu – dop. MO) po 250 złotych – mówił. – Całość to tak zwany minimaks. Więc jak widzisz, warto wyjechać chociaż trzy razy. I tak część panów ze sztabu, elementów logistycznych, pozostałych grup (którzy nie mają możliwości wyjazdu i nie jest konieczne, by wyjeżdżali), dopisują się na listy wyjazdowe i dorabiają, niekoniecznie wyjeżdżając.

Kilka miesięcy później, w czerwcu 2010 roku, inny żołnierz pisał w jednym z komentarzy na prowadzonym przeze mnie wówczas blogu zAfganistanu.pl: „W Ghazni zdarzały się przypadki, że oficerowie wpraszali się na patrol, po czym po przejechaniu określonego odcinka musieliśmy zawracać, żeby ich odstawić do bazy, następnie już sami jechaliśmy na właściwy patrol. Wiesz teraz, o co mi chodzi? Oni za odstawienie szopki i wyjechanie dwa kilosy za bazę mieli tyle samo co żołnierze jadący na pięciogodzinny patrol, tyle samo co ci, którzy wyjeżdżają dwa razy dziennie po cztery godziny”.

Jeszcze inny „misjonarz” wspominał o tak zwanych szybkich setkach, czyli nocnych patrolach od godziny 23.00 do 00:30, za które przysługiwało zwiększenie dodatku wojennego – dwa razy po 50 złotych, bo wyjeżdżający był poza bazą zarówno podczas pierwszej, jak i drugiej doby…

Dowództwo próbowało takie praktyki eliminować, ale bywało z tym różnie – o czym donoszę nie dla stworzenia wrażenia, że polscy żołnierze są tacy sami, jak rosyjscy. Piszę, by poszerzyć Wam kontekst („kontekst jest wszystkim!”, mawiał jeden z moich dziennikarskich mentorów), co może ułatwić zrozumienie Rosjan.

—–

Nz. Rosyjski żołnierz w Ukrainie – zdjęcie najpewniej inscenizowane, udostępnione przez Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Pożegnanie

Wczoraj skończyło się moje wypowiedzenie, dziś nie jestem już członkiem zespołu redakcyjnego Interia.pl. Po 14 latach pracy. Sporo czasu zważywszy na fakt, że jestem w zawodzie od (dokładnie co do dnia!) 21 lat.

Trzy razy zabierałem się za napisanie czegoś, co byłoby rodzajem pożegnalnego listu. I dwa razy kasowałem całkiem obszerne już akapity.

Interia to historia, coś, czego nie muszę już przeżywać – ani dobrze, ani źle. I gdy to sobie uświadomiłem, uznałem, że nic nie napiszę. Potem zaś zdałem sobie sprawę, że postępując w ten sposób, utwierdzę ileś tam osób w przekonaniu, że Ogdowski to „koleś, który otrząsa się i idzie dalej – jak czołg”. Tymczasem taki ze mnie czołg, jak z koziej dupy trąba.

Muszę więc coś naskrobać.

A choćby to, że zostawiłem w Interii kawał życia i masę zdrowia. I nie chodzi tylko o skutki tych kilkunastu miesięcy spędzonych na wojnach. Lata walki z systemowym „niedasizmem” i próbami prewencyjnej cenzury też „ryły beret” i „czochrały bebechy”. Zwłaszcza w połączeniu z presją na wynik kosztem jakości, wiecznym niedoczasem i przeciążeniem obowiązkami (z nadgodzin i pracy w weekendy, symbolicznie rekompensowanych, dałoby się wykroić połówkę kolejnego etatu; tak było przez ponad 10 lat). No i jeszcze te personalne potyczki, w które czasem i ja nonszalancko się angażowałem. Niezależnie od pobudek (a zwykle chciało się ratować świat), zawsze z takim samym skutkiem – z ciałem krzyczącym na różne sposoby, że ma już dość.

Ale to nie tak, że kroczyłem jedynie drogą przez mękę. Boże broń! Mimo „szczęścia” do niefajnych ludzi i sytuacji, udało się zrobić w Interii, i dzięki Interii, wiele wartościowych rzeczy. Samemu i we współpracy z gronem świetnych osób, których – zwłaszcza przed 2015 rokiem i „dobrą zmianą” – było tam naprawdę sporo. Najważniejsza (i o niej tylko wspomnę, bo jednak nie będę się rozpisywał), to zmiana dyskursu na temat wojny w Afganistanie. To ja, mój blog i mój portal w ogromnym stopniu przyczyniliśmy się do tego, że o polskim zaangażowaniu pod Hindukuszem przestano mówić jako o misji stabilizacyjnej/pokojowej. Że zaczęto używać adekwatnego określenia „wojna”. Nikt nie zrobił wówczas więcej, a kto pamięta czasy zAfganistanu.pl, ten dobrze wie, o czym piszę.

I choćby z tego powodu postaram się pielęgnować te dobre wspomnienia. Pomaga mi w tym „półeczka chwały”, z wieloma odznaczeniami i nagrodami, zdobytymi w „interiowych czasach”. Nie bez znaczenia jest też świadomość, że Interia to już nie „moja bajka”, że nie byłbym w stanie zaakceptować linii redakcyjnej i samej idei dziennikarstwa internetowego w jej portalowym wydaniu. Czas wyleczyć siniaki i wrócić do „papierowych” korzeni, nade wszystko zaś skupić się na książkach. Odnaleźć to, co przez lata dawało paliwo i nie pozwalało skisnąć – radość Z i szacunek DLA własnej pracy. Jako takiej, a nie wybranych jej fragmentów.

Szanowni Interianie – oraz ci mniej szanowni – dzięki za wszystkie nauki i nauczki.

—–

Nz. Autor w początkach pracy w Interii.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Dudi”

Informacja o tym, że niebawem ukaże się „Dziennik dowódcy Rosomaka”, wzbudziła duże zainteresowanie Czytelników Warbooka – i mojego blogu. Co zrozumiałe, pojawiła się prośba o przybliżenie postaci Jacka. Proszę bardzo – oto fragment „Dziennika…”, tej jego części, napisanej przeze mnie, w której kreślę sylwetkę Dutkiewicza.

—–

Starszy kapral Jacek Dutkiewicz, żołnierz IX zmiany Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Afganistanie. Dowódca załogi Rosomaka w Zgrupowaniu Bojowym „Alfa” w bazie Ghazni. Służbę wojskową rozpoczął w sierpniu 2008 roku, w kraju służył w 17 Wielkopolskiej Brygadzie Zmechanizowanej. Zmarł 19 maja 2015 roku, w wyniku urazów poniesionych podczas wypadku spadochronowego. Miał 33 lata.

*          *          *

Czarnków – nieduże, urokliwie rozłożone na kilku wzgórzach miasteczko w Wielkopolsce. To tu urodził się Jacek, to tu spotykam się z jego najbliższymi – matką, siostrą i siostrzenicą.

– Lubił Czarnków, zawsze z chęcią tu wracał – mówi Stanisława Dutkiewicz, matka Jacka. – Choć usposobienia był wędrowniczego… – Kobieta uśmiecha się serdecznie.

– Miał może pięć lat, byliśmy wtedy na wycieczce w Dziwnowie – do rozmowy włącza się Magdalena, starsza o siedem lat siostra. – Jacuś był z nami i nagle znikł. Zeszłyśmy całe miasto, już zaczęło się ciemno robić, a chłopaka nie ma. Idziemy więc na milicję, pełne najczarniejszych myśli, i oto jest nasza zguba. Cała i zdrowa.

– Co się okazało? – pytam.

– Że poszedł sobie za kimś, kogo uznał za znajomego, a gdy mu się znudziło, próbował wrócić na własną rękę. Zawsze był indywidualistą.

*          *          *

– Była między wami spora różnica wieku – stwierdzam. – Jaki był jako młodszy brat?

– Oj… – Magdalena macha ręką. – Mieliśmy takie charaktery, że żadne nie chciało odpuścić. Kłóciliśmy się więc często, aż futryny latały. A potem ja poszłam do szkoły z internatem, szybko się usamodzielniłam. Nie było już tylu okazji do spięć, a i Jacek dorastał. Gdy skończył osiemnaście lat, nasze relacje przybrały partnerski wymiar. Nie był już dzieciakiem, mądrze kombinował, no i założył firmę, w której pracowaliśmy razem.

– Osiemnastolatek założył firmę? – Nawet nie próbuję ukryć zaskoczenia.

– No tak, jeszcze w szkole średniej – odpowiada siostra Jacka. – On zajął się kwestiami technicznymi, ja papierami. Były wspólne tematy, była potrzeba, byśmy się dogadywali.

*          *          *

W CV Jacka, które ostatni raz zaktualizował tuż przed śmiercią, wśród danych o doświadczeniu zawodowym znalazł się i taki wpis:

„Od 2001 roku, do momentu rozpoczęcia służby w szeregach Wojska, przedsiębiorca telekomunikacyjny (…)”.

Firma „Netbase” zajmowała się dostarczaniem internetu oraz budową i obsługą stron WWW.

– Jak prosperowała? – dopytuję.

– Mam wrażenie, że Jacek się tym bawił, przynajmniej na początku – mówi Magda. – Chyba nie sądził, że to wszystko pójdzie tak daleko. Że zyskamy pozycję lokalnego lidera na rynku usług internetowych.

– Chciał to rozwijać? Miał plan, by po wojsku wrócić do tej działalności? – usiłuję ustalić.

– Nie wiem – przyznaje Magdalena Dutkiewicz. – Ale idąc do armii, firmy nie zamknął. Wydaje mi się, że przez wzgląd na mnie i mamę. Chciał, byśmy miały zajęcie i pracę.

„Netbase” istnieje do dziś, prowadzona przez siostrę i przyjaciół Jacka.

*          *          *

Ta ostatnia informacja skłania mnie do pytania o to, jaki był Jacek w relacjach towarzyskich.

– Nie otaczał się wianuszkiem niepotrzebnych ludzi – mówi jego siostra.

– Na piwo wyskoczył może trzy razy do roku – dodaje Stanisława Dutkiewicz. – Jak wracał, dzwonił wcześniej i prosił, bym wstawiała rosół – na twarzy kobiety pojawia się lekki uśmiech.

– On był trochę inny niż wszyscy – przekonuje siostra Dutkiewicza. – Miał swój własny świat i ciągle mało czasu. Tak naprawdę dopiero w wojsku stał się bardziej towarzyski.

– A dziewczyny? Miał jakąś? – pytam.

– Kiedyś wuja odbierał mnie ze szkoły z Poznania – do rozmowy włącza się Daria, córka Magdy. – Jedziemy samochodem i w pewnym momencie on mówi: „Słuchaj, czy twoim zdaniem jestem atrakcyjnym facetem?”. Myślę, że chodziła mu wtedy po głowie jakaś dziewczyna.

– „Ciekawe, mamo, czy i ja będę miał kiedyś dzieci?”, zastanawiał się w rozmowach ze mną – przyznaje pani Stanisława. – Ale nie, nie przedstawił mi żadnej dziewczyny. Bardzo lubił Baśkę, sanitariuszkę z wojska. Mówił o niej dobrze, tak ciepło. Baśka była na pogrzebie, ale nie podeszła do mnie. Nie miała tyle odwagi, rozmawiałyśmy dopiero później, przez telefon… – Najstarsza z kobiet wzdycha głośno.

*          *          *

Baśka to znajomość z armii, do której droga wiodła Jacka przez… odmowę pełnienia zasadniczej służby wojskowej.

– Powiedział, że nie pójdzie – wspomina Magda Dutkiewicz. – Bo nikt go nie będzie do niczego zmuszał i mówił mu, co ma w życiu robić. „Dudi”, jak na niego mówili, taki właśnie był. Miał mocno rozbudowane poczucie wolności i niezależności. Dlatego bardzo się zdziwiłam, gdy w końcu w tym wojsku wylądował.

– Ale służby zasadniczej nie odbył? – upewniam się.

– Napisał odwołanie do WKU, które oni odrzucili – opowiada siostra „Dudiego”. – No to sprawa trafiła na wokandę, aż po naczelny sąd administracyjny. Jacek nie poddawał się i w końcu dopiął swego.

– Wyznaczono go do służby zastępczej – wyjaśnia Stanisława Dutkiewicz. – Trafił jako informatyk do urzędu miasta w Czarnkowie.

*          *          *

W 2008 roku zniesiono przymusowy pobór – wojsko stało się formacją zawodową.

– No i pewnego dnia przyszedł do biura Jacek i mówi, że on idzie do szkoły podoficerskiej – opowiada Magdalena Dutkiewicz.

– Tłumaczył jakoś, skąd ta zmiana w nastawieniu do armii? – usiłuję rozwikłać motywy „Dudiego”.

– On nigdy nie tłumaczył swoich decyzji. – Siostra Jacka wzdycha głośno. – Podejmował je i koniec. Ale myślę sobie, że to wojsko było mu potrzebne, by poczuł się jak facet, nie dzieciak. Tak to widzę.

– Szukał swojego miejsca – dodaje matka Dutkiewicza.

– Jako chłopiec nie bawił się żołnierzykami? – pytam.

– A gdzie tam. On nawet WF-u nie cierpiał – słyszę z ust pani Stanisławy.

– Zwiewał z zajęć sportowych. – Magda uśmiecha się szeroko. – Gdy kończył służbę zastępczą, był jak taki pulpecik. Dziewięćdziesiąt kilo ważył. Potem, znów bez żadnych wyjaśnień, zabrał się za swoją kondycję i w krótkim czasie zleciał do siedemdziesięciu kilo. Ludzie pytali mnie, czy mój brat ma raka – bo jakoś ostatnio zmarniał. A on już przygotowywał się do egzaminów wstępnych do szkoły podoficerskiej.

– Czyli wojsko to wymysł już dorosłego Jacka – konkluduję.

– No tak – potwierdza matka „Dudiego”. – Za młodu to tylko kable, przewody, CB, tego typu rzeczy. Elektronika. Po podstawówce nie zastanawiał się długo i zdał do technikum elektronicznego. U nas, w Czarnkowie.

– Powiedz, co robił przed technikum – Magdalena zwraca się do matki.

Patrzę z zaciekawieniem na starszą spośród kobiet.

– Przez trzy lata chodził do szkoły muzycznej – mówi pani Stanisława. – Ale nie skończył jej, bo nauczycielka dała mu czwórkę z gry na fortepianie. Co gorsza, kazała mu poprawić na piątkę, no i Jacek się zawziął. Powiedział, że więcej do szkoły muzycznej nie pójdzie. I nie poszedł…

– Dobrze grał na tym fortepianie? – i ja uśmiecham się serdecznie.

– Jakoś mu tam szło, w końcu pianino w domu miał. – Magda macha ręką z udanym lekceważeniem.

– Słuch miał perfekcyjny – zapewnia matka zmarłego. – Ale ruszał się… – Kobieta zawiesza głos. – Mówię mu kiedyś: „Jacek, masz dobry głos do śpiewania, słuch muzyczny, wyczucie rytmu, grasz; naucz się chłopie tańczyć. A on nic tylko łokciami jak kaczuszka. Od bioder w dół sztywny zupełnie.

*          *          *

W wojsku za to „Dudi” wolał być w ciągłym ruchu. W sierpniu 2009 roku ukończył Szkołę Podoficerską Wojsk Lądowych w Zegrzu (specjalność: łączność i informatyka – obsługa stacji zasilania i ładowania akumulatorów). Stamtąd trafił do 17 Wielkopolskiej Brygady Zmechanizowanej, do batalionu dowodzenia w Międzyrzeczu. Został dowódcą stacji zasilania i…

– Posadzili go za biurkiem, męczył się strasznie – mówi Magdalena. – Bardzo szybko zaczął kombinować, jak by tu się przenieść do innej jednostki.

W sukurs Dutkiewiczowi przyszły rozkazy z Dowództwa Operacyjnego – 17 WBZ została wyznaczona do misji w Afganistanie, a Jacek na kurs dowódcy załogi Rosomaka. Nowoczesny transporter opancerzony, w dodatku w wersji bojowej, spełniał oczekiwania kaprala. Ponad półroczna służba w Afganistanie – od kwietnia do października 2011 roku – tylko utwierdziła go w przekonaniu, że jego miejsce jest w jednostce liniowej. Złożył wniosek o przeniesienie i w listopadzie 2012 roku został dowódcą sekcji w drużynie wsparcia plutonu zmechanizowanego. Siedem miesięcy później dowództwo 17 WBZ wyznaczyło „Dudiego” na stanowisko dowódcy drużyny rozpoznawczej, w plutonie rozpoznawczym.

– No i to mu pasowało – mówi siostra Jacka. – Naprawdę stawał na rzęsach, by swoich chłopaków czegoś nauczyć. Sam załatwiał jakieś schroniska w górach, organizował marsze, letnie, zimowe. Biegał z nimi po lasach, brodził w rzekach – wszystko po godzinach. Ci żołnierze do dzisiaj mówią, że był dla nich wzorem.

„Dudi” się spełniał, ale nie był ślepo zapatrzony w wojsko; miał świadomość jego słabości i krytyczne nastawienie. W 2012 roku – w jednym z wysłanych do mnie maili – pisał:

„(…) Konieczne jest odejście od starokomunistycznego sposobu myślenia, w którym byli szweje i wielka kadra. W którym najlepiej sprawdzał się żołnierz głupi, czy nawet tępy, bo takim łatwo było manipulować. (…) Podstawą transformacji Wojska Polskiego musi być nie tylko zmiana sprzętu, wyposażenia żołnierzy (…). To ważne, ale przede wszystkim zmienić trzeba mentalność dowódców. A że ich mentalności zmienić się nie da, zostaje tylko jedno: zmiana dowódców”.