(Nie)wygrana

Rozejm między Stanami Zjednoczonymi a Iranem jest kruchy – i to w sposób aż demonstracyjny. Jeszcze dobrze nie zaczął obowiązywać, a już pojawiają się oskarżenia o jego naruszanie, spory o interpretację zapisów, niejasności co do zakresu. To nie wygląda jak zakończenie wojny, a jak pauza, którą obie strony wykorzystują, żeby złapać oddech.

A mimo to Donald Trump orzekł już, że wygrał. I to bezdyskusyjnie. Czyżby?

Faktem jest, że Ameryka zrobiła wszystko to, co robi od dekad: weszła w konflikt z ogromną przewagą militarną, zdominowała przestrzeń operacyjną, była w stanie razić cele w całym Iranie, niszczyć infrastrukturę, eliminować dowódców. Na poziomie wojskowym zapewnić sobie niemal pełną kontrolę.

A mimo to USA nie były w stanie przełożyć tej przewagi na rozstrzygnięcie polityczne.

Ameryka nie wymusiła zmiany zachowania Teheranu. Nie zamknęła irańskiego programu nuklearnego. Nie rozbiła regionalnej sieci wpływów Iranu. Ba, nawet nie narzuciła warunków zakończenia konfliktu. Rozejm nie jest amerykańskim dyktatem, a efektem negocjacji, presji zewnętrznej, gry wielu aktorów. To nie Waszyngton zdecydował, kiedy i na jakich warunkach konflikt się zatrzymuje.

Ta wojna pokazała granice odstraszania. Jeśli państwo średniej wielkości jest w stanie przyjąć uderzenia, ponieść ogromne straty – i mimo to nie ulec, nie zmienić zasadniczo swojej polityki, nie wycofać się z kluczowych projektów – to znaczy, że klasyczna logika presji przestaje działać. A jeśli przestaje działać wobec Iranu, to trudno oczekiwać, że będzie działać wobec innych.

Ten konflikt przyspiesza proces, który i tak jest w toku: rozchodzenie się świata w stronę większej wielobiegunowości. Im wyraźniej widać ograniczenia USA, tym więcej aktorów jest gotowych je testować. To nie jest spektakularny „upadek” – to erozja. Ale erozja, która działa kumulatywnie.

Równocześnie warto powiedzieć jasno: to nie jest historia o irańskim triumfie. Iran zapłacił za tę wojnę bardzo wysoką cenę. Jego infrastruktura wojskowa została poważnie uszkodzona, systemy obrony powietrznej i część zdolności rakietowych – osłabione, kadra dowódcza – przetrzebiona. Straty ludzkie są poważne, gospodarka – już wcześniej licha – jeszcze bardziej nadwyrężona. To państwo wychodzi z tego konfliktu słabsze niż do niego wchodziło.

Tyle że w geopolityce można przegrać wojnę – i jednocześnie nie dać wygrać jej przeciwnikowi.

Ale dla mnie najciekawsze jest to, jak bardzo Trump przegrał na płaszczyźnie ideologicznej. I nie chodzi tylko o upadek mitu „Ameryki (znów) wielkiej”. Wojna z Iranem uwypukliła wszystkie negatywne cechy amerykańskiego prezydenta – jego nieprzewidywalność, małostkowość, złośliwość, chwiejność. A Stany to taka trochę monarchia, gdzie cechy lidera szybko stają się cechami państwa. I tak kraj, który przez dekady sprzedawał się światu jako synonim stabilności, zaczął być postrzegany jako źródło ryzyka.

I to jest zmiana dużo głębsza niż wynik jednej wojny.

Bo w polityce międzynarodowej nie chodzi tylko o siłę, ale o przewidywalność jej użycia. Sojusznicy muszą wiedzieć, czego się spodziewać. Przeciwnicy – gdzie są granice. Tymczasem w tej wojnie granice były ruchome, deklaracje sprzeczne, a eskalacja – momentami sprawiała wrażenie improwizowanej.

Na tym tle rośnie konkurent USA – Chiny. Nie dlatego, że są bardziej atrakcyjne ideologicznie, ale dlatego, że wydają się bardziej przewidywalne. A w świecie permanentnego kryzysu przewidywalność zaczyna być walutą cenniejszą niż wartości. To być może najważniejszy efekt tej wojny: przesunięcie punktu odniesienia. Już nie między demokracją a autorytaryzmem, tylko między chaosem a stabilnością.

I jeśli taki wybór zaczyna się rysować w głowach elit politycznych na świecie, to nie jest to problem Iranu. To jest problem Ameryki, która zamiast znów stać się wielka, skarleje.

Zwłaszcza że kryzys wokół cieśniny Ormuz działa jak przypomnienie, że globalna gospodarka wciąż ma wąskie gardła, które można zablokować jednym konfliktem. Dla wielu państw to nie będzie argument za „większą obecnością USA”, tylko za uniezależnieniem się – od regionu, od surowców, od samej logiki tej zależności. Przyspieszenie inwestycji w energetykę jądrową i odnawialną – zwłaszcza odnawialną – nie będzie efektem ideologii, tylko kalkulacji ryzyka. Trump chcący powrotu do świata kopalin, tylko przyśpieszy proces dekarbonizacji.

I wreszcie Europa. Dla niej to kolejny sygnał, że zależność od amerykańskiej projekcji siły ma swoje granice – nie tylko polityczne, ale i praktyczne. Proces uniezależniania się – powolny, pełen napięć – dostaje właśnie kolejny argument.

To wszystko nie wydarzy się jutro. Ale będzie się wydarzać.

Dlatego ta wojna nie zapisze się w historii jako spektakularna porażka ani jako zwycięstwo. Zostanie zapamiętana jako moment, w którym coraz więcej państw zaczęło zachowywać się tak, jakby Ameryka nie była już w stanie narzucać reguł gry.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

„Teraz”

Wczoraj media obiegła wypowiedź putina, który stwierdził, że jego kraj nie chce wojny z europejskimi państwami, ale jeśli Europa jej pragnie, to rosja jest gotowa już teraz walczyć. Dokładnie tak powiedział: gotowa już teraz. Ile w tym prawdy, a ile blefu?

putin grozi – tu nie należy mieć złudzeń. On nie mówi o rosyjskiej gotowości do obrony, ale o ataku, wyprowadzonym na przykład pod pretekstem działań wyprzedzających. To typowa śpiewka ruSSkiego szantażysty, który groźbami usiłuje zdobyć atencje i posłuch u innych.

Ale czy roSSja do takiego ataku, teraz, jest zdolna? I tak, i nie.

Dlaczego nie? Bo armia rosyjska – jakkolwiek dobrze adaptuje się do warunków wojny w Ukrainie – nie przetrwałaby konfliktu z NATO, nawet jeśli zredukujemy Sojusz wyłącznie do europejskich członków. Przewaga technologiczna jest po stronie Zachodu – to temat na rozległy esej; jak wrócę do zdrowotnej formy, mogę się podjąć jego napisania. Na teraz dość stwierdzić, że już „tylko” możliwości sojuszniczego lotnictwa są na tyle duże, że rosjanie nie zdołaliby narzucić nam walki, w jakiej są dobrzy: w krótkim dystansie, z masowym użyciem taktycznych dronów i ludzkiego mięsa. W Moskwie o tym wiedzą.

Zawieszenie broni w wojnie z Ukrainą niewiele tu zmieni. Owszem, zluzuje kilkaset tysięcy ludzi, ale będą oni dramatycznie niedoposażeni. Konflikt na Wschodzie wydrenował roSSję nie tylko z bieżących zasobów sprzętu ciężkiego, ale doprowadził do sytuacji, która jeszcze kilka lat temu wydawała się niemożliwa – ruSSkie przepaliły niemal całą sprzętową „rentę po ZSRR”. A przemysł, mimo wojennej mobilizacji, okazał się niewydolny. Wojenne modernizacje i modyfikacje poszczególnych typów uzbrojenia – niektóre bardzo udane – nie zmienią faktu, że w wielu podstawowych kategoriach rosjanom brakuje broni. Ich najlepsze dywizje mają dziś 30-40 proc. przewidzianych etatem czołgów czy transporterów, braki w artylerii są jeszcze większe, a interwencyjne dostawy od Kima to co najwyżej łatanie największych dziur.

Jeśli Kreml chce po wojnie utrzymać półtoramilionową armię, nawet przy najbardziej sprzyjających wiatrach przyzwoite „usprzętowanie” tej masy zajmie kilkanaście lat. To, co mógłby wystawić dziś, rozgnietlibyśmy jak purchawkę. O tym też w Moskwie wiedzą.

Tak jak wiedzą, że Europa – jakkolwiek można mieć zastrzeżenia do dynamiki tego procesu (ja mam…) – nie stoi z założonymi rękoma i podejmuje trud remilitaryzacji. A możliwości finansowe i techniczne ma znacznie większe niż roSSja.

Więc owo „teraz” to takie putinowskie „pierdololo”, podobnie zresztą jak „jutro” czy „pojutrze”. Chyba że roSSjanie opracują jakiś rewolucyjny system broni, który w try miga obezwładni zachodnią technologię. Opracują lub – co byłoby bardziej prawdopodobne – ukradną, jak niegdyś zawinęli tajemnice broni jądrowej. Szczerze mówiąc, nie bardzo widzę tu pole do popisów, wszak przełomów na miarę „atomu” nie należy się spodziewać.

Ale właśnie „atomu”; fakt, iż Moskwa dysponuje bronią jądrową, daje jej spory margines bezkarności. Obrazowo rzecz ujmując, moskale mogę pójść nabroić, a jak dostaną po gębie, zwieją do domu, przekonani, że nikt im na chatę nie wjedzie, bo przecież mają głowice. I nawet jeśli tylko dziesięć procent z nich nadaje się do wystrzelenia – to wystarczy, by „narobić bydła”. Ta atomowa polisa, w połączeniu z wysokim progiem bólu – rozumianym jako nieakceptowalna u nas pogarda dla ludzkiego życia – podbijają ryzyko agresywnych działań roSSji w najbliższej przyszłości. Oni naprawdę mogą coś odwalić, zgodnie z bandycką logiką „ryj nie szklanka, a nuż się uda?”.

Ale właśnie – co „się uda”? Bo przecież nie frontalny atak na całą Europę; nie dla psa kiełbasa, nawet jeśli ten jest wściekły i nie zważa na kije. Więc zadajmy pytanie inaczej – co mogłoby się moskalom udać?

Nim odpowiem, przytoczę analogię, którą już kiedyś się posłużyłem. Zgodnie z nią, rosja jest niczym wyrośnięty łobuz, terroryzujący słabszych i mniejszych kolegów z klasy (która w tej opowieści jest tożsama z Europą; Ameryki tu nie ma). Poza zwalistą posturą i długimi ramionami bezkarność gwarantuje ancymonowi trzymany za pazuchą pistolet (u ucznia; tak wiem, to słabość analogii…). Nasz negatywny bohater nie boi się sięgać po przemoc – ba, lubi to, a na pewno w ten sposób kompensuje sobie życiowe niepowodzenia wynikłe z marnego statusu materialnego. Zwykle działa z zaskoczenia, chociaż w obliczu słabeuszy niespecjalnie się kryguje. Ciosy wyprowadza mocne, nie przejmując się skutkami. Ma też i słabości – nie jest okazem zdrowia, jada byle co, co również przekłada się na kondycję, odkrył już alkohol i bywa nietrzeźwy. Zdarzało się więc, że przegrywał bójki z mniejszymi i słabszymi chłopcami, którzy potrafili wykorzystać jego niedyspozycje. Co nadal nie zmienia faktu, że samą posturą może zrobić krzywdę, no i chwycić za tę nieszczęsną „klamkę”.

Co z takim gagatkiem mogą zrobić dzieciaki z dobrych domów, „mózgowce” świetnie radzące sobie w szkole i poza nią? Niektórzy nawet potrafią się bić i mają na tym polu jakieś sukcesy, ale są pośród nich i maluchy, które nie miałyby prawa przetrwać starcia ze szkolnym lujem. Nawet jeśli udałoby się im raz czy dwa dotkliwie go ugryźć.

Ano, w kupie siła, zwłaszcza że w tej grupie są też posiadacze „klamek”. A więc żadnych pojedynków jeden na jednego, bo w takim zestawieniu łobuz jest w stanie wygrać – nie tylko „teraz”, ale też „jutro” czy „pojutrze”. Zwłaszcza z maluchami, do walki z którymi nie musi się jakoś specjalnie przygotowywać.

Gdy putin mówi o wojnie z Europą, tak naprawdę ma na myśli europejskie „maluchy” – Litwę, Łotwę, Estonię. Samodzielnie te kraje nie podołają nawet osłabionej rosyjskiej armii – są za małe, a tamtych jest za dużo. Je rzeczywiście można pokonać „teraz”. Pod warunkiem, że nie zleci się „cała klasa” – i o tym też w Moskwie wiedzą. Nie znosi to ryzyka, że spróbują „wyłuskać małego” – pytanie, co reszta z tym fantem zrobi? Czy da gnojowi popalić, czy odpuści, nie chcąc się angażować w „nieswoje sprawy”?

To tu widzę największe zagrożenie dla przyszłości Europy. Nie brak militarnego czy finansowego potencjału jest naszą słabością, ale rozdrobnienie, które w chwili próby może się przełożyć na niezdecydowanie i brak determinacji. Tymczasem jeśli pozwolimy roSSji poszarpać naszego, to ją rozzuchwali. Pojawi się następna ofiara, i kolejna. Nim reszta oprzytomnieje, dla małych i średniaków może być za późno, a i szczęściarzom jakość życia drastycznie się pogorszy z uwagi na toksyczne sąsiedztwo.

I w Moskwie o tym wiedzą – i usilnie pracują nad tym, by rozbić naszą europejską solidarność. O czym nie raz już pisałem, i do czego pewnie nie raz jeszcze wrócę.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. „Już „tylko” możliwości sojuszniczego lotnictwa są na tyle duże, że rosjanie nie zdołaliby narzucić nam walki, w jakiej są dobrzy: w krótkim dystansie, z masowym użyciem taktycznych dronów i ludzkiego mięsa”. Nz. F-35/fot. Bartek Bera.