Logika

Kończy się kolejny rok kryzysowych czasów, które pozbawiły wielu z nas przekonania, że „będzie tylko lepiej”. Z większym pesymizmem patrzymy w przyszłość, niektórzy – bardzo liczni – spodziewają się najgorszego. Na przykład wojny z rosją, której nieuchronność zaczyna być postrzegana jako coś oczywistego. Nie ma we mnie zgody na takie myślenie; pisałem o tym wielokrotnie, napiszę znów, „ku pokrzepieniu serc”. Bawcie się dziś dobrze, nie ze świadomością, że to bal na Titanicu. Bo jakkolwiek świat wokół kolorowy nie będzie, wielka katastrofa na nas, Polaków, nie czyha. Chyba że sami sobie tutaj coś skręcimy – ale to już inna historia…

W 2026 roku nie dojdzie do wojny między NATO a rosją (później też nie, ale sylwestrowa perspektywa narzuca rozważania krótkoterminowe). Nie dlatego, że „wszyscy chcą pokoju”, ani dlatego, że nie ma napięć. Nie dojdzie do niej dlatego, że taka wojna nie leży w interesie żadnej ze stron, a zwłaszcza nie leży w interesie rosji, która dziś ledwie dźwiga konflikt o znacznie mniejszej skali.

Strach przed wojną NATO–rosja bierze się z uproszczeń. Ludzie widzą eskalację języka, rosnące wydatki na zbrojenia, ćwiczenia wojskowe, rosyjskie prowokacje poniżej progu wojny, no i rzecz jasna konflikt w Ukrainie, po czym składają to w prostą narrację: skoro napięcie rośnie, to „następny krok” musi być wojną światową. Tymczasem w realnej polityce i realnej strategii wojskowej eskalacja bardzo często służy właśnie temu, by wojny uniknąć, a nie ją rozpocząć.

rosja nie ma dziś zdolności do prowadzenia wojny z NATO. Nie w sensie moralnym czy politycznym, tylko czysto wojskowym. Od 2022 roku jej armia zużywa ogromne zasoby na froncie ukraińskim, ponosi straty w sprzęcie, ludziach i kadrze dowódczej, a jej potencjał konwencjonalny jest odbudowywany wolniej, niż jest konsumowany. Wojna z NATO oznaczałaby dla Moskwy konflikt wielokrotnie większy niż ten, z którym ma problem od niemal czterech lat – i to bez żadnej realnej perspektywy zwycięstwa.

Z drugiej strony NATO nie ma żadnego interesu w inicjowaniu wojny z rosją – to taka uwaga a propos prorosyjskich aktywistów medialnych, wypisujących dyrdymały o agresywnych działaniach Sojuszu. Ten został zaprojektowany jako mechanizm odstraszania i obrony, nie jako narzędzie ofensywnej zmiany porządku w Eurazji. Wszystkie kluczowe decyzje – od wsparcia Ukrainy po rozmieszczenie sił na wschodniej flance – są podporządkowane jednej logice: utrzymać konflikt poniżej progu wojny bezpośredniej. To nie jest słabość ani brak determinacji, tylko chłodna kalkulacja kosztów i ryzyk.

Najważniejsze jest jednak coś innego: wszyscy główni gracze wiedzą, gdzie przebiega granica nieodwracalnej eskalacji. Wojna NATO–rosja nie byłaby „kolejnym etapem” obecnego kryzysu, lecz jakościowym skokiem w zupełnie inną rzeczywistość – z ryzykiem użycia broni jądrowej, załamaniem globalnej gospodarki i utratą kontroli nad przebiegiem wydarzeń. Tego typu ryzyka nie są dziś akceptowalne ani w Moskwie, ani w Waszyngtonie, ani w europejskich stolicach.

Lęk przed wojną jest zrozumiały, bo żyjemy w epoce niepewności i agresywnej komunikacji. Ale strach nie jest analizą, a historia ostatnich lat pokazuje raczej coś odwrotnego: im bliżej granicy otwartego starcia, tym więcej wysiłku wkłada się w to, by jej nie przekroczyć. Dlatego właśnie wojna NATO–rosja w 2026 roku nie jest „mało prawdopodobna”. Jest nieracjonalna, a w polityce międzynarodowej to wciąż jeden z najmocniejszych hamulców.

—–

No dobrze, ale przecież „rosja nie jest racjonalna”, twierdzi wielu z nas. To mocno brzmiący argument, ale tylko na pierwszy rzut ucha. W praktyce miesza irracjonalność narracji z irracjonalnością decyzji strategicznych. rosja może być brutalna, cyniczna, skłonna do ryzyka i obojętna na koszty społeczne, ale nie jest aktorem samobójczym. A wojna z NATO byłaby dla niej właśnie takim aktem: konfliktem, którego nie da się wygrać, kontrolować ani „sprzedać” własnemu społeczeństwu w kategoriach sukcesu.

Jeśli ktoś mówi, że Kreml działa irracjonalnie, warto zapytać: względem czego? Względem norm prawa międzynarodowego – tak. Względem zachodnich oczekiwań – często. Ale względem własnej logiki przetrwania reżimu rosja jest konsekwentna. Każda jej eskalacja od 2022 roku była eskalacją poniżej progu wojny z NATO: brutalną, kosztowną, ale starannie kalibrowaną. Groźby nuklearne? Tak. Faktyczne użycie? Nie. Incydenty na granicy Sojuszu? Nic, co byłoby casus belli. To nie przypadek, tylko dowód, że granica jest znana i pilnowana.

—–

A co, jeśli wojna w Ukrainie się skończy? Czy rosja, uwolniona od frontu, nie zwróci się wtedy przeciwko NATO? To rozumowanie zakłada, że zakończenie wojny w Ukrainie automatycznie przełoży się na odbudowę rosyjskiej siły i rozbudzenie apetytu na kolejną wojnę. Tymczasem każdy realistyczny scenariusz zakończenia konfliktu w Ukrainie oznacza dla Moskwy coś przeciwnego: państwo wyczerpane, z armią wymagającą lat odbudowy, gospodarką trwale podporządkowaną wojnie i reżimem, który po raz pierwszy od dekad będzie musiał zarządzać rozczarowaniem, a nie mobilizacją.

Co więcej, koniec wojny w Ukrainie nie obniży napięcia między rosją a NATO – on je zamrozi w nowej konfiguracji odstraszania. rosja po tej wojnie będzie słabsza militarnie, a NATO silniejsze, bardziej obecne na wschodniej flance i mniej skłonne do strategicznych złudzeń. To jest dokładnie ten układ, w którym wojny się nie zaczyna, bo ryzyko porażki jest oczywiste od pierwszego dnia.

Wreszcie najważniejsze: wojna NATO–rosja nie jest „kolejnym konfliktem”, który można przetestować i ewentualnie wygasić. To konflikt o charakterze egzystencjalnym, z bardzo krótką ścieżką eskalacji do poziomu, nad którym nikt nie ma pełnej kontroli. Rosyjskie elity – niezależnie od propagandy – doskonale to rozumieją. I właśnie dlatego, mimo całej brutalności wobec Ukrainy, nie zdecydowały się na krok, który uruchomiłby art. 5.

Ludzie boją się wojny, bo widzą chaos, przemoc i coraz ostrzejszy język. Ale język to nie strategia, a strach nie jest prognozą. Wojna NATO–rosja w 2026 roku nie jest powstrzymywana przez „dobrą wolę”. Jest powstrzymywana przez zimną świadomość, że byłaby końcem wszystkiego, co którakolwiek ze stron próbuje jeszcze kontrolować.

—–

Załóżmy jeszcze scenariusz pesymistyczny: Stany Zjednoczone ograniczają swoje zaangażowanie w Europie, wycofują część sił, przestają być „pierwszym gwarantem” bezpieczeństwa w sensie politycznym i wojskowym. Czy to automatycznie otwiera drogę do wojny NATO–rosja? Nie. Co najwyżej zmienia charakter odstraszania, ale go nie znosi.

Po pierwsze, nieobecność USA nie oznacza braku NATO. Sojusz bez Amerykanów byłby słabszy, mniej spójny i bardziej nerwowy – ale nadal dysponowałby potencjałem konwencjonalnym i nuklearnym, który czyni wojnę z nim skrajnie ryzykowną. Francja i Wielka Brytania pozostają państwami nuklearnymi. Europa jako całość ma dziś większe budżety obronne, większe siły lądowe i większą świadomość zagrożeń niż dekadę temu. To nie jest próżnia strategiczna, w którą można po prostu wejść.

Po drugie, rosja nie patrzy na Europę jak na łatwą ofiarę, nawet bez USA. Patrzy na nią jak na przestrzeń o wysokim ryzyku eskalacji i niskiej przewidywalności. Wojna z europejskim NATO – nawet „okrojonym” – oznaczałaby konflikt z wieloma państwami jednocześnie, bez jednego centrum decyzyjnego, z ogromnym ryzykiem niekontrolowanego rozszerzenia działań. Dla Kremla to nie jest scenariusz „łatwiejszy” niż wojna z USA. To scenariusz bardziej chaotyczny, a więc mniej atrakcyjny.

Po trzecie, kluczowe pytanie brzmi nie „czy rosja by mogła”, tylko czy miałaby po co. Brak USA nie daje rosji automatycznie strategicznej nagrody. Nie rozwiązuje jej problemów wewnętrznych, nie odbudowuje armii, nie zmienia bilansu demograficznego ani gospodarczego. Co więcej, próba wykorzystania „okna nieobecności” USA najpewniej wymusiłaby europejską konsolidację wojskową szybciej i ostrzej, niż życzyłby sobie Kreml. Paradoksalnie więc taki ruch przyspieszyłby dokładnie to, czego rosja od lat chce uniknąć: realną autonomię obronną Europy.

I wreszcie rzecz najważniejsza: nawet jeśli USA wycofują się częściowo, nie znikają z planszy. Amerykańska „nieobecność” w Europie oznacza zwykle zmianę formy zaangażowania, nie jego całkowite zerwanie. Wywiad, logistyka, technologie, odstraszanie nuklearne – te elementy zapewne pozostaną, bo są wpisane w interesy Waszyngtonu niezależnie od administracji.

Dlatego brak USA w tej układance nie prowadzi automatycznie do wojny. Prowadzi do bardziej niekomfortowego, mniej stabilnego, ale nadal odstraszającego porządku. A rosja, nawet jeśli bywa brutalna i cyniczna, wciąż działa w ramach logiki, w której wojna bez realnej nagrody jest błędem, nie szansą.

—–

Szanowni, to tyle w tym roku. Dziękuję, że byliście, i że jesteście. Szczególnie dziękuję swoim Subskrybentom i Kawoszom za każdą przeznaczoną na mój raport złotówkę. I proszę o więcej, wszak działamy dalej. Stosowne linki znajdziecie poniżej.

Zdrówka Wam życzę w nowym roku. Mnie moje zawiodło (ale już jest lepiej), tym bardziej więc doceniam i szczerze polecam (zdrowy styl życia).

Do zobaczenia na łączach w 2026-tym!

—–

Więc gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Swoboda

Kilka dni temu rosja formalnie „podkręciła” doktrynę jądrową, a dziś zaatakowała Dnipro nieuzbrojonym pociskiem rakietowym przeznaczonym do przenoszenia głowic nuklearnych. Atomowy szantaż Moskwy wszedł na wyższy poziom. Dlaczego?

Najpierw odrobina nieodległej historii. W 2022 roku Kreml rozważał sięgnięcie po broń jądrową, przerażony ukraińskimi zwycięstwami z lata i jesieni. Tamę postawiły Chiny, grożąc odcięciem rosji od ekonomicznej kroplówki, oraz Stany Zjednoczone, zapowiadając bolesny odwet. Byłoby nim zniszczenie kluczowych elementów rosyjskich sił inwazyjnych w Ukrainie i posłanie na dno floty czarnomorskiej – przy użyciu konwencjonalnych środków bojowych.

Po takim ciosie rosja miałaby dwa wyjścia. Pierwszym byłaby zbrojna odpowiedź i ryzyko dalszej eskalacji do poziomu niewygrywalnej wojny jądrowej z USA włącznie. Drugą reakcją mogłoby być nic-nierobienie, szkodliwe dla międzynarodowego statusu federacji, nade wszystko zaś niosące wewnętrzne zagrożenie dla putinowskiego reżimu, któremu rosjanie nie wybaczyliby takiego upokorzenia (siebie i swojego kraju). W obliczu tak zdefiniowanych alternatyw lepiej było po broń A nie sięgać (i próbować pokonać Ukraińców na inne sposoby).

Jak wygląda sytuacja dziś?

Nic nie wskazuje na to, by Pekin przewartościował wstrzemięźliwe podejście do kwestii atomowej eskalacji. Co więcej, na przestrzeni dwóch minionych lat stan rosyjskiej gospodarki uległ istotnemu pogorszeniu, a znaczenie chińskiej kroplówki wzrosło. Mają więc Chińczycy dużo większe możliwości nacisku na rosjan i ich powściągania.

Co zaś się tyczy amerykańskiej tamy – tak jak jesienią 2022 roku, tak i obecnie potencjał USA pozwalałby na zadanie rosji dotkliwego ciosu bez sięgania po broń jądrową. Teraz byłoby to nawet łatwiejsze, zważywszy na postępującą degradację techniczną rosyjskiej armii. Dość zauważyć, że „po drodze” utraciła ona wiele najcenniejszych aktywów, w tym sporo systemów przeciwlotniczych S-400.

Niestety, sfera ściśle militarna to jedno, obszar polityki drugie – a tu mamy istotne zmiany. Groźby Waszyngtonu inaczej brzmiały jesienią 2022 roku, inaczej brzmiałyby dziś. I nie chodzi tylko o obnażoną w międzyczasie zachowawczą politykę Joe Bidena, co o fakt, że obecny prezydent kończy kadencję i jego sprawstwo jest mocno ograniczone. Na Kremlu wiedzą o tym doskonale, ów stan zawieszenia supermocarstwa postrzegając jako słabość. Co więcej, antycypacje dotyczące polityki przyszłego amerykańskiego prezydenta dają „kremlinom” nadzieje na bardziej ugodowe relacje z USA, oczywiście kosztem Ukrainy.

Konkludując, Moskwa nadal NIE MA wolnej ręki jeśli idzie o potencjalne użycie broni jądrowej wobec Kijowa, ale – tak przynajmniej postrzegają to na Kremlu – zwiększa się jej swoboda w zakresie atomowego szantażu. Bo z dużym prawdopodobieństwem Stany nawet nie pogrożą rosji, nie dojdzie więc do retorycznej „napinki mięśni”, z której ktoś (czytaj: słabsza federacja) musiałby się wycofać jako pokonany. Można więc grać va banque, z nadzieją, że Ukraińcy i świat się przestraszą.

—–

Na dziś to tyle. Wybaczcie krótką formę, ale mam za sobą kilka bardzo aktywnych dni, część w męczącej podróży. Muszę więc złapać odrobinę oddechu.

Dziękuję za lekturę i udostępnienia. Z wdzięcznością przyjmę „kawy” i subskrypcje, bo to dzięki nim możliwe jest moje pisanie.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Osoby zainteresowane nabyciem książki pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych moich wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

Nz. Pocisk, który spadł na Dnipro, miał zostać wystrzelony z okolic Astrachania.

Obawy

Dziś chciałbym napisać o „Wojnie nuklearnej”, niedawno wydanej książce Annie Jacobsen. Autorka to zasłużona, nagrodzona m.in. Pulitzerem, amerykańska dziennikarka; absolutny top tamtejszego świata mediów. Jej rozmówcy zaś – politycy, wojskowi i naukowcy, głównie z USA, ale też z innych krajów – to osoby z pnia establishmentu. Co podkreślam, by uzmysłowić Wam, że „Wojna…” ilustruje obawy ludzi, którzy mają „insajderskie” spojrzenie na kwestie użycia broni jądrowej. A wysłuchał ich ktoś o solidnym warsztacie i sprawdzonej rzetelności.

Czytelnicy nie muszą się obawiać – nie zamierzam ze szczegółami opisywać zawartości książki. Istotę oddaje podtytuł: „Możliwy scenariusz”; jest to więc quasi-relacja z pierwszych kilkudziesięciu minut po wystrzeleniu pocisku nuklearnego. W oparciu o informacje rozmówców i dostępne dokumenty autorka rekonstruuje proces decyzyjny, skutkujący wejściem USA i federacji rosyjskiej w jądrową konfrontację, oraz przybliża technologiczne/techniczne właściwości arsenałów. Nade wszystko jednak opisuje – czyniąc to z przerażającą skrupulatnością – fizyczne, biologiczne i chemiczne skutki atomowych eksplozji. Skóra cierpnie i ma cierpnąć. „Poza uderzeniem asteroidy jest tylko jeden scenariusz, który może położyć kres naszej cywilizacji w zaledwie kilka godzin: wojna nuklearna”, czytamy we wstępie. I to jest zasadnicze przesłanie książki.

Z przesłań cząstkowych wynika m.in. że eksplozja tylko jednej głowicy jądrowej – umieszczonej w kosmosie, 500 km nad terytorium USA – wywołałaby koszmarny blackout na obszarze całego kraju. Że uderzenie pocisku międzykontynentalnego o odpowiedniej mocy zniszczyłoby Waszyngton; nihil novi, podobnie jak świadomość, że taki atak mógłby mieć efekt dekapitacyjny, bo zginęłaby większość przedstawicieli amerykańskich władz. Rzecz w tym, że odpowiednimi możliwościami – zarówno „kosmicznymi”, jak i „międzykontynentalnymi” – już dziś dysponuje Korea Północna. I że Stany – choć posiadają rozmaite systemy obronne – mogłyby sobie nawet z takim pojedynczym zagrożeniem nie poradzić. A stąd prosta droga do zagłady.

Inna cząstkowa konkluzja jest bowiem taka, że w odpowiedzi USA unicestwiłyby Koreę. Tyle że część amerykańskich rakiet musiałby lecieć nad rosją. Jak zinterpretowaliby ów akt rosjanie? Idźmy dalej – putinowska propaganda chwali się możliwościami arsenału nuklearnego, kładąc nacisk na jego niezawodność. Tymczasem system Tundra – składający się z satelitów wczesnego ostrzegania – jest dalece niedoskonały. Niedowidzący, na poły ślepy; mniejsza o szczegóły techniczne, dość napisać, że odpalenie kilkudziesięciu rakiet na Koreę mógłby zinterpretować jako start kilkuset pocisków. Zamiar ograniczonej riposty urósłby wówczas do intencji przeprowadzenia ataku totalnego, którego celem nie mógłby być nikt inny poza rosją. Jak zareagowałyby rosyjskie władze?

Na okoliczność takich pomyłek jeszcze podczas zimnej wojny Amerykanie i sowieci ustanowili gorące linie. By w razie potrzeby szybko nawiązać kontakt i wyprowadzić drugą stronę z błędu. Ale by taka procedura zadziałała, linie muszą być czynne. Po wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie relacje między USA a rosją zepsuły się na tyle, że rosjanie miesiącami ignorowali amerykańskie prośby o kontakty na najwyższych szczeblach – to po pierwsze. Po drugie, skuteczność gorącej linii opiera się na bazowym, minimalnym zaufaniu; jedni muszą uwierzyć drugim, że ci w nich nie wystrzelili/nie wystrzelą. A jeśli po tamtej stronie słuchawki znajduje się paranoik lub co gorsza, cały sztab ludzi do cna nieufnych?

Tymczasem głównodowodzący – w obu przypadkach – ma zaledwie 6 minut na podjęcie decyzji, czy i w jaki sposób wyprowadzić nuklearny cios.

„6 minut” – Jacobsen podkreśla to kilka razy. Z jej książki wyziewa wręcz strach, że tego czasu jest tak mało. A presja tak gigantyczna. Istota tego lęku sprowadza się do wątpliwości czy po drugiej stronie będzie z kim rozmawiać, czy w ogóle uda się nawiązać kontakt. Jeśli się nie uda, albo tamci nie uwierzą, zacznie się armagedon. Bo raz wysłanych pocisków cofnąć nie sposób. I nie mają one opcji samozniszczenia, bo możliwość zdalnego przerwania lotu niesie ryzyko wrogiego przejęcia. Część rakiet uda się zestrzelić, ale w sekwencji: „rosjanie myślą, że lecą na nich setki pocisków, wysyłają więc cały swój aktywny tysiąc, na co Amerykanie wystrzeliwują własny tysiąc”, w przestrzeni mamy taką ilość amunicji, że nawet po przerzedzeniu jej przez OPL to, co doleci, wywoła potworne zniszczenia. Jakie? Jacobsen kreśli ponury scenariusz – by poznać jego szczegóły, odsyłam do lektury. Na użytek tego tekstu napiszę, że autorka nie wierzy w opcję ograniczonej wojny atomowej. W jej ocenie, cechy arsenału jądrowego i dyspozycje decydentów przesądzą o nieodwracalnej eskalacji, której skutkiem będzie totalna wojna nuklearna.

I jako się rzekło na wstępie: opowieść Jacobsen zostawia z przekonaniem, że w ten sposób myśli istotna część amerykańskiego establishmentu. Nie trzeba nam książki, by znaleźć potwierdzenie tej tezy – wystarczy posłuchać Joe Bidena i przedstawicieli jego administracji. Przeanalizować pod tym kątem politykę USA wobec napadniętej przez rosję Ukrainy. Bez trudu usłyszymy i dostrzeżemy amerykańską wstrzemięźliwość, której źródłem jest przekonanie o konieczności uniknięcia eskalacji. Niedoprowadzenia do sytuacji, w której wojna nabierze cech konfliktu nuklearnego.

Moim zdaniem, ten strach nasilił się po puczu prigożyna, który z całą mocną obnażył słabość systemu władzy w rosji. To wtedy Amerykanie się przestraszyli, że pod drugiej stronie gorącej linii może nie być komu podnieść słuchawki. Albo będzie to zbój i paranoik, przy którym putin uchodzi za racjonalnego gościa. To w popuczowej refleksji odnajdziemy powody dyskretnej początkowo wolty Stanów Zjednoczonych w odniesieniu do idei wspierania Ukrainy. Przejścia z pozycji „jesteśmy z wami aż do ostatecznego zwycięstwa”, na stanowisko „pomożemy wam zachować niepodległość i integralność”. „Kroplówka” materiałowo-techniczna i zakazy dotyczące używania zaawansowanych systemów broni na terenie rosji to praktyczne skutki takiego podejścia.

Jest nim również sceptycyzm, z jakim przyjęto na Zachodzie „plan zwycięstwa” Wołodymyra Zełenskiego. NATO, zwłaszcza USA, ma wszelkie środki i narzędzia, by zaakceptować i wdrożyć ukraiński plan zwycięstwa. Gospodarczo i militarnie góruje nad rosją po wielokroć – poza jednym aspektem, gdzie siły są wyrównane. Albo mogą takie być, ale sprawdzić to można na jeden sposób – wszczynając wojnę. Jądrową. Bo o arsenał jądrowy rosji chodzi. I jego percepcję na Zachodzie, o której pisze Annie Jacobsen. Póki ta przesiąknięta lękiem percepcja się nie zmieni, póty USA nie pomogą Ukrainie bardziej niż do tej pory – o czym więcej piszę w felietonie dla „Polski Zbrojnej”, który znajdziecie pod tym linkiem.

—–

Na dziś to wszystko. Dziękuję za lekturę i udostępnienia. Pamiętajcie proszę, że piszę głównie dzięki Wam – i jak kania dżdżu potrzebuję Waszych subskrypcji i „kaw”. Kapie ostatnio; symbolicznie i nie na tyle, bym ze spokojem planował kolejne działania. Pomożecie? Stosowne przyciski znajdziecie poniżej:

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Okładka „Wojny…”/fot. własne

Spopielenie

Lęk przed atomową zagładą towarzyszy ludzkości od niemal ośmiu dekad. Apogeum powszechnego strachu miało miejsce w latach 80., ale i dziś da się zauważyć wzmożone napięcia wywoływane przede wszystkim szantażami Moskwy. Kreml regularnie grozi światu „niekontrolowaną eskalacją” jako skutkiem zachodniej pomocy dla Ukrainy. Ile w tym blefu, który ma przykryć słabość i niekompetencje rosyjskiej armii, a ile realnego ryzyka? Spróbujmy to ocenić w oparciu o dostępne informacje.

Gdy kończyła się zimna wojna, w arsenałach jądrowych USA i ZSRR znajdowało się 55 tys. głowic (plus kilkaset ładunków u sojuszników obu stron). Co najmniej jedna trzecia z nich była w pełni gotowa do użycia; taka masa amunicji, w połączeniu z niedoskonałością ówczesnych systemów przeciwlotniczych, w razie wybuchu konfliktu oznaczała kilkanaście tysięcy skutecznie porażonych celów. Po kilka tysięcy eksplozji jądrowych na szeroko rozumianym terytorium przeciwnika. Co istotne, następujących w krótki interwale czasowym.

Nie było to zagrożenie nowe: drastyczny wzrost liczby głowic nastąpił w latach 60. Już wtedy wielkość nuklearnych potencjałów dawała gwarancję wzajemnego zniszczenia (ang. mutual assured destruction, MAD), czego pozytywnym efektem była redukcja ryzyka wymiany atomowych ciosów. Ryzyka, ale nie związanych z nim obawy – podkreślę dla porządku.

Po 1991 roku, mimo poważnego zmniejszenia arsenałów, doktryna MAD („szalona” w języku oryginału, co nadaje jej dodatkowego znaczenia), wciąż miała się dobrze. Nadal zakładano, że najlepszym sposobem na zachowanie pokoju jest wzajemne odstraszanie.

A czy dziś takie rozumowanie ma jeszcze sens?

—–

Oficjalnie rosja dysponuje niemal 6 tys. głowic jądrowych, spośród których jedna czwarta jest gotowa do użycia (a większość pozostałych przeznaczona do utylizacji). USA mają nieco mniejszy arsenał, z podobną liczbą „aktywnych” ładunków. Te trzy tysiące głowic to dość, by obawiać się wzajemnego zniszczenia (a są jeszcze ładunki sojuszników).

Wiedzmy jednak, że na Ziemi wykonano dotąd… ponad dwa tysiące prób jądrowych. Większość przeprowadziły Stany Zjednoczone i Związek Radziecki; od 1992 roku Waszyngton i Moskwa utrzymują moratorium na dalsze testy. W latach 2006-2016 doszło do pięciu podziemnych prób w Korei Północnej – i były to ostatnie zarejestrowane eksplozje.

Tak czy inaczej, potoczne, apokaliptyczne wyobrażenia o skutkach tysięcy eksplozji nie są do końca realistyczne. Jak widać, planeta ma się nieźle mimo tylu wybuchów (trapiący ją klimatyczny kryzys nie ma z nimi związku). Oczywiście, jednoczesna detonacja setek ładunków to „inna historia”, ale wcale nie musi do niej dojść.

—–

Kilka dni temu Moskwa planowała zafundować światu pokazówkę i kolejny akt atomowego szantażu. Z poligonu w Plesiecku miała wystartować rakieta balistyczna Sarmat, cud rosyjskiej inżynierii, przeznaczony do przenoszenia ładunków jądrowych na dystanse międzykontynentalne. Skończyło się na blamażu, pocisk bowiem eksplodował w silosie, podczas wypełniania zbiorników paliwem. Nie był uzbrojony, doszło więc „tylko” do poważnych zniszczeń poligonowej infrastruktury, dobrze uchwyconych przez obiektywy satelitów.

RS-28 Sarmat to ulubieniec propagandy i osobiście władimira putina, wielokrotnie opiewany jako „ostateczny argument na Amerykanów”. Wedle samych rosjan, unikalne właściwości pozwalają mu „wykiwać” satelitarne czujniki podczerwieni (podstawowe narzędzie do wykrywania pocisków balistycznych), dają sposobność przelotu na orbicie szczątkowej (czyli szybkiego osiągnięcia celów w USA), ma też Sarmat mieć niezwykle skuteczny system aktywnej obrony. Innymi słowy, to „anałoga w miru niet” (niemający odpowiednika w świecie), z zastrzeżeniem że… niespecjalnie „chce mu się” latać. Dość napisać, że z pięciu ostatnich próbnych wystrzeleń, aż cztery zakończyły się niepowodzeniem.

A mowa o systemie oficjalnie przyjętym do uzbrojenia!

—–

Kłopoty Sarmata ilustrują niemoce w dziedzinie zaawansowanych technologii, a jego pośpieszne wdrożenie prymat propagandy nad realnymi działaniami. Bolączki rosyjskiej armii i przemysłu, które – w połączeniu z innymi słabościami i niekompetencjami – bezlitośnie i po całości obnażyła wojna w Ukrainie. Jej kompromitujący rosjan przebieg rodzi wątpliwości co do kondycji sił strategicznych federacji; one wszak, jak wojska konwencjonalne, również mogą być niczym potiomkinowska wioska.

Jest całkiem możliwe, że spośród półtora tysiąca głowic, część do niczego się nie nadaje. Tak było z wieloma rosyjskimi czołgami, samolotami czy systemami przeciwlotniczymi, które „na papierze” uchodziły za nowe lub zmodernizowane, a już z pewnością za sprawne. A potem okazywało się, że to złom niebezpieczny głównie dla użytkowników.

Te same wątpliwości można odnieść do rakiet-nośników (rosjanie mają ich kilkaset) i samolotów bombowych. Jeśli idzie o te ostatnie – połowa flotylli (maszyny Tu-95) była przez ostatnie 2,5 roku nadmiernie eksploatowana. W efekcie ledwie jedna trzecia bombowców tego typu (kilkanaście sztuk) nadaje się obecnie do długotrwałych lotów bojowych. Niewiadomą pozostaje kondycja okrętów podwodnych przeznaczonych do nuklearnych uderzeń, tak zwanych „boomerów”. Ogłaszane z pompą kolejne modernizacje i budowy nowych oceanicznych jednostek mogą niepokoić, ale przypomnijmy sobie, że wedle tych samych rosyjskich źródeł, zatopiony w 2022 roku flagowy krążownik „Moskwa” także przeszedł gruntowny remont i unowocześnienie.

—–

Do czego zmierzam? Ano do tego, że realne rosyjskie możliwości mogą być mniejsze, niż się zakłada. Że w ewentualnym ataku Moskwa mogłaby użyć nie półtora tysiąca, a „tylko” kilkuset głowic. To wciąż dużo, ale sowieckie symulacje z czasów zimnej wojny przewidywały konieczność porażenia od 300 do 1300 celów, przy czym jako cel rozumiano obiekty wojskowe i miasta (a po prawdzie to przede wszystkim miasta i dotyczyło to zamiarów obydwu stron). Dopiero wówczas – sądzono – udałoby się zrealizować scenariusz unicestwienia przeciwnika.

Dodajmy do tego wiedzę wyniesioną z konfliktu w Ukrainie oraz jego skutki. Najbardziej zaawansowane rosyjskie systemy przeciwlotnicze i przeciwrakietowe znacząco ustępują zachodnim odpowiednikom. A część zestawów – trafiona przez Ukraińców – fizycznie przestała istnieć. Tarcza rosji jest więc wybrakowana, a rosyjscy wojskowi dobrze wiedzą, że wiele z wysłanych na wroga rakiet nie osiągnęłoby celu. I tak z „dużych” kilkuset mogłoby się zrobić „małe” kilkaset skutecznych porażeń, co dla zaatakowanych byłoby wielką katastrofą, ale nie końcem ich świata.

A odpowiedź byłaby miażdżąca. I łatwa do przeprowadzenia, bo rosja to Moskwa, Petersburg i kilkanaście innych dużych miast, a reszta kraju w wymiarze kulturowym się nie liczy.

Tymczasem utrata centrów cywilizacyjnych, bez wcześniejszego zadania wrogowi nokautującego ciosu, podważa sensowność nuklearnej eskalacji. I czyni ją bardzo mało prawdopodobną.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, „Międzyrzecze. Cena przetrwania” i „(Dez)informacji” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Jedna z ponad tysiąca amerykańskich prób jądrowych – eksplozja bomby „Baker” w lipcu 1946 roku na atolu Bikini/fot. Departament Obrony USA/domena publiczna

Tekst pierwotnie ukazał się w portalu Interia.pl

Zarządzanie

Zmagania w Ukrainie – jakkolwiek konwencjonalne – ugruntowały znaczenie jądrowego straszaka jako polisy ubezpieczeniowej. Kremlowskie groźby użycia broni „A” zostawiają bowiem cień niepewności co do determinacji rosjan, technicznie zdolnych do wyprowadzenia atomowego ciosu nie tylko w Ukrainę, ale i we wspierających ją członków NATO.

Gdyby nie ta niepewność (istota wspomnianej polisy), współpraca Sojuszu Północnoatlantyckiego z Ukrainą najpewniej wyglądałaby inaczej. W najgorszym dla Moskwy scenariuszu doszłoby do otwartej konfrontacji zbrojnej z Zachodem, która – zważywszy na różnice konwencjonalnych potencjałów – zakończyłaby się klęską rosji. W wersji light brak ryzyka atomowej eskalacji mógłby skłonić zachodnich przywódców do przekazania Kijowowi znacznie większej ilości i szerszego asortymentu broni ciężkiej, lotniczej, rakietowej, co oznaczałoby kolejne problemy armii inwazyjnej, a najpewniej również jej zagładę.

Tego rodzaju kalkulacje czyniono w wielu rządowych gabinetach, a dla bandyckich reżimów stało się jasne, że jedynie własny „atom” zapewnia właściwy poziom bezpieczeństwa.

—–

Myślenie w kategoriach atomowego zabezpieczenia nieobce jest też Polakom. W pierwszej połowie lat 90. prezydent Lech Wałęsa kilkukrotnie sugerował konieczność kupna ograniczonej liczby ładunków jądrowych. Taką operację można było wtedy przeprowadzić w Ukrainie – niejawnie, choć legalnie – bądź zupełnie nielegalnie w rosji. Wywiad wojskowy dysponował wówczas wszystkimi aktywami, które umożliwiłyby sukces takiej misji.

Wbrew późniejszym zaprzeczeniom i próbom obrócenia sprawy w dowcip, ów pomysł był na poważnie rozważany w gronie najwyższych dowódców Wojska Polskiego. Czy próbowano go zrealizować? Żyją w tym kraju osoby mogące opowiedzieć na ten temat kilka ciekawych historii. Rozmawiałem z nimi, przygotowując się do napisania powieści „Międzyrzecze. Cena przetrwania”; efekty tych spotkań wpłynęły na ostateczny kształt tej książki – do lektury której niezmiennie zapraszam.

Tak czy inaczej, w dochodzeniu wszczętym wiosną 2002 roku po śmiertelnym wypadku generała Aleksandra Lebiedzia, pojawił się wątek „udziału obcych służb”. Czy był to przejaw rosyjskiej paranoi, czy może śledczym udało się wpaść na jakiś trop? Faktem jest, że generał interesował się losem walizkowych ładunków jądrowych – skonstruowanych jeszcze w czasach ZSRR – a jego publiczne wypowiedzi na temat kilkunastu zaginionych sztuk naraziły go na reprymendę prezydenta Borysa Jelcyna. Nie dowiemy się, czy Lebiedź wiedział (mówił) za dużo – i dlatego zginął w katastrofie śmigłowca. Wspomniane wyżej osoby – byli oficerowie naszych służb specjalnych – zapewniały mnie, że polskie próby pozyskania „atomu” na Wschodzie były obiecujące, ale zostały brutalnie przerwane przez Amerykanów. Brutalnie, gdyż Waszyngton posunąć się miał do szantażu – „jeśli nie spasujecie, nie ma mowy o członkostwie w NATO”.

Było tak czy nie, przywołana opowieść znakomicie ilustruje nietrudną do zweryfikowania politykę USA. Stanom zależy mianowicie, by „atomowy klub” pozostał jak najmniejszy, co obejmuje również sojuszników Ameryki. Chodzi o „zarządzanie eskalacją”. W największym skrócie: im mniej posiadaczy głowic, tym mniejsze ryzyko, że ktoś ich użyje. Im mniej w tym gronie sojuszników, tym niższe prawdopodobieństwo, że USA – zobligowane przez alianse – zmuszone będą wejść w wojnę, w której już sięgnięto po broń jądrową. Czyli znaleźć się w sytuacji bliższej czarnemu scenariuszowi niekontrolowanej eskalacji.

—–

Miejmy świadomość tych uwarunkowań, zastanawiając się nad kwestią udziału Polski w programie „Nuclear Sharing”. Nawet jeśli do niego przystąpimy – użyczymy miejsc do składowania ładunków, a nasi piloci będą uczyć się zrzucania bomb jądrowych – dysponentami głowic pozostaną Amerykanie. A ci – patrz wyżej…

A więc tylko własne? Tyleż pociągająca, co nierealistyczna wizja, nie dysponujemy bowiem zapleczem technicznym i naukowym, by samodzielnie pozyskać wszelkie niezbędne komponenty. Kupno (skoro już kiedyś była taka opcja)? Nie istnieje „sklep z atomówkami”, a wydarzenia z lat 90. toczyły się w specyficznym kontekście posowieckiej zawieruchy. No i jest jeszcze kwestia politycznego klimatu – od wrogów nie kupimy, a sojusznicy nam nie sprzedadzą; nie mamy co liczyć na przymykanie oka, jakie towarzyszyło transferowi technologii nuklearnych z Francji do Izraela.

Załóżmy jednak, że przejdziemy etap amerykańskich obstrukcji, których celem byłoby uniemożliwienie nam zdobycia broni „A” – i co dalej? Czy mamy własne, odpowiednio efektywne środki przenoszenia ładunków jądrowych? Najmniejsze głowice da się umieścić w odpowiednio zmodyfikowanych pociskach artyleryjskich – i temu zdaniu pewnie byśmy podołali. Tyle że w ten sposób zyskalibyśmy sposobność do porażenia przeciwnika w wymiarze taktycznym, zabicia kilkuset, może kilku tysięcy ludzi, dajmy na to zlikwidowania brygady w jej pasie natarcia.

Bolesne? Owszem, ale ten efekt można uzyskać środkami konwencjonalnymi, no i na „ruskich” – z ich ogromną tolerancją na straty – mógłby się okazać niewystarczający.

Rzeczywista moc odstraszania zawiera się w możliwości uderzenia w ważne cele znajdujące się na głębokich tyłach przeciwnika. W strategicznym arsenale jądrowym. „Polskie kły” – pociski manewrujące JASSM – w odpowiedniej konfiguracji mogą polecieć nawet 1000 km. Wyposażone w głowice jądrowe, stałyby się bronią wybitnie groźną. Ale bez zgody Waszyngtonu nie moglibyśmy ich przezbroić, a prawdopodobnie również użyć (mogłyby nie wystartować/nie dolecieć do celu za sprawą „zaszytych” właściwości). A Amerykanie – patrz wyżej…

—–

Tylko czy naprawdę tych „atomówek” potrzebujemy?

Nie sądzę, by zarówno dla rosji, jak i dla USA, los Polski i krajów nadbałtyckich stanowił wystarczający pretekst do ryzykowania globalnej zagłady. Trochę to paradoksalne, ale możliwości obu stron – gwarantujące wzajemne zniszczenie – i jednoczesna nieistotność Rzeczpospolitej, dają nam więcej niż własne głowice.

Idźmy głębiej – rosjanie nie mogą mieć pewności, czy taktyczny wybuch jądrowy złamałby wolę oporu Polaków. Równie dobrze mógłby zwiększyć determinację obrońców. No więc jeśli nie pojedynczy, to kilka-kilkanaście-kilkadziesiąt? Do zrobienia, tylko po co zajmować zdewastowany i skażony kraj? A po co atakować, jeśli nie można zająć?

No i są jeszcze skutki ewentualnego załamania się polskiej operacji obronnej – armia rosyjska u granic Niemiec. Niechciany, zimnowojenny scenariusz, o promobilizacyjnym dla USA i zachodnich mocarstw atomowych charakterze. Możemy powątpiewać w wolę sojuszników, ale rosyjscy generałowie nie mogą sobie na to pozwolić; muszą założyć zdecydowaną ripostę.

No więc czy naprawdę tych „atomówek” potrzebujemy?

Na pewno potrzebujemy atomowego parasola, ale ten musi być skuteczny. Pozostając na gruncie realnych rozważań – winien to być parasol amerykański czy szerzej amerykańsko-brytyjsko-francuski. W jego ramach moglibyśmy być członkami programu „Nuclear Sharing” – bo to w razie potrzeby mogłoby oznaczać ułatwiony dostęp do niektórych narzędzi nuklearnego odstraszania.

Ale właśnie – mogłoby; rosjanie mówią wprost, że ten, kto spróbuje wtargnąć do rosji, stanie się celem nuklearnego odwetu. Tymczasem dziś nie mamy pełnej jasności, czy mocarstwa atomowe NATO zastosują tę samą regułę nie tyle w odniesieniu do własnych terytoriów (to akurat deklarują wprost), co sojuszników. Konkretnie zdefiniowanych. Pełnej jasności nie mają też rosjanie, ale – moim zdaniem – moc odstraszania parasola byłaby większa, gdyby Moskwie wprost powiedzieć, że próbując przenieść wojnę do krajów nadbałtyckich i Polski (Rumunii czy Finlandii), z miejsca naraża się na ryzyko atomowej riposty. Także w wykonaniu samych Polaków, korzystających z zasobów „Nuclear Sharing”. W takich okolicznościach mało prawdopodobny scenariusz konfliktu rosja-NATO – obejmujący ryzyko atomowej eskalacji – stałby się jeszcze mniej prawdopodobny.

Piłka po stronie zarządzających eskalacją.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Zdjęcie trochę majówkowe, a trochę a propos – siedzę oto w kabinie Tu-160, bombowca strategicznego, przeznaczonego m.in. do przenoszenia głowic nuklearnych. Ukraina też te maszyny miała, ale w ramach porozumień z rosją i Zachodem pozbyła się zarówno nośników, jak i atomowych głowic. Fotografia wykonana w Połtawie, gdzie niegdyś stacjonował pułk bombowy ZSRR/fot. z archiwum autora