Plemienność

Sejm uchwalił dziś ustawę o SAFE – mechanizmie, który otwiera Polsce dostęp do unijnego instrumentu wspólnego finansowania przemysłu obronnego i zakupów zbrojeniowych. Przeciw zagłosowali posłowie Prawa i Sprawiedliwości oraz Konfederacji. Postawa tej ostatniej mnie nie dziwi – osłabianie Polski wpisuje się w jej polityczną, prorosyjską agendę. Ale o co chodzi PiS?

Nim odpowiemy na to pytanie, podkreślmy – SAFE nie jest europejską armią, zaczątkiem jej budowy. Nie tworzy wspólnego dowództwa, nie odbiera Polsce prawa do decyzji zakupowych, nie przekazuje Brukseli kompetencji operacyjnych. To instrument finansowy i przemysłowy – mechanizm, który ma zwiększyć możliwości produkcyjne w Europie i obniżyć koszty jednostkowe sprzętu poprzez wspólne zamówienia oraz dostęp do tańszego unijno-europejskiego kapitału pożyczkowego. Dla państwa, które wydaje ponad 4 proc. PKB na obronność i stoi na pierwszej linii wschodniej flanki, to narzędzie „jak znalazł”.

—–

No więc skąd ów sprzeciw PiS?

Pierwsza odpowiedź, która pojawia się w obiegu, brzmi: suwerenność. Chodzi o obawy, że kolejne mechanizmy unijne prowadzą do „federalizacji” obronności i ograniczenia niezależności państw narodowych. Brzmi poważnie, ale w przypadku SAFE to argument-wydmuszka. Instrument ten nie tworzy wspólnego dowództwa, nie odbiera państwom prawa do samodzielnych zakupów, nie narzuca wspólnej armii ani wspólnego budżetu obronnego. To narzędzie finansowe i przemysłowe – nic więcej.

Suwerenność nie polega na samotności, lecz na zdolności do działania. Państwo, które ma dostęp do większych środków finansowych, do wspólnych projektów i do zwiększonych mocy produkcyjnych, jest bardziej – nie mniej – samodzielne w sytuacji kryzysu. Polska od lat uczestniczy w mechanizmach NATO i wspólnych programach zbrojeniowych, nie tracąc kontroli nad własnymi decyzjami. Udział w mechanizmie finansowym nie oznacza oddania decyzji o tym, co i od kogo kupujemy. Oznacza jedynie, że możemy to zrobić szybciej i taniej.

Drugi argument to nieufność wobec Unii Europejskiej jako takiej. W części prawicy każda inicjatywa wspólnotowa traktowana jest z definicji jako zagrożenie. W tej logice nawet mechanizm wzmacniający przemysł obronny staje się podejrzany tylko dlatego, że powstaje na gruncie europejskim.

Tyle że Polska od lat korzysta z instrumentów unijnych w obszarze infrastruktury, przemysłu i badań – także tych związanych z bezpieczeństwem – nie tracąc przy tym kontroli nad własną polityką obronną. NATO zapewnia ramy wojskowe i odstraszanie, ale to europejskie instrumenty finansowe i przemysłowe mogą przyspieszyć produkcję i obniżyć koszty. To nie są alternatywy, lecz elementy jednego systemu. Odrzucanie jednego z nich w imię ideologicznej nieufności osłabia całość.

Trzeci możliwy motyw to polityczna kalkulacja. SAFE to inicjatywa, którą obecna większość może przedstawiać jako sukces – dostęp do dodatkowych środków (44 mld euro niskooprocentowanych pożyczek), wzmocnienie przemysłu, większa rola Polski w europejskich projektach obronnych. Głos „przeciw” może być więc odruchem opozycyjnym, na zasadzie „wszystko, byleby nie dać rządowi punktów”. I tak bezpieczeństwo państwa staje się elementem plemiennej gry. I wówczas nie mówimy już o strategii, a o bieżącej taktyce partyjnej. Problem w tym, że w sprawach obronności prymat korzyści wyborczej bywa luksusem, na który państwa frontowe nie mogą sobie pozwolić.

Jest wreszcie argument czwarty – część środowisk prawicowych postrzega wszelką europejską integrację obronną jako konkurencję wobec relacji ze Stanami Zjednoczonymi. W tej optyce Polska powinna stawiać niemal wyłącznie na Waszyngton, a inicjatywy unijne traktować jako potencjalne osłabienie więzi transatlantyckiej. To fałszywa alternatywa. Współpraca z USA pozostaje fundamentem polskiej strategii bezpieczeństwa i nikt rozsądny tego nie kwestionuje. Budowanie zdolności przemysłowych w Europie nie jest działaniem antyamerykańskim, a propaństwowym. Silniejszy europejski przemysł obronny to większa interoperacyjność, większe możliwości produkcyjne i mniejsze uzależnienie od wąskich gardzieli dostaw. To także większa zdolność do współdziałania z USA na bardziej partnerskich zasadach, nie w służalczej relacji, w której skazujemy się na bieżące widzi mi się tego, kto akurat stoi na czele amerykańskiej administracji.

—–

W świecie, w którym za naszą wschodnią granicą trwa wojna, a rosja przestawia gospodarkę na tory wojenne, każde narzędzie przyspieszające dozbrajanie i zwiększające zdolności produkcyjne powinno być oceniane przez pryzmat skuteczności, nie tożsamości politycznej. Bo tu nie chodzi o to, kto ma rację w sporze z Brukselą ani kto zdobędzie kilka punktów w krajowej debacie. Gra toczy się o to, czy w chwili próby będziemy mieli wystarczające zasoby, by utrzymać produkcję, zapewnić dostawy i obronić własne terytorium. Czy tak trudno to zrozumieć?

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Długofalowo

„F-16 rozbił się w Radomiu. Fatalny błąd polskiego pilota w stosunkowo prostej sytuacji. Wiele mediów będzie nas przekonywać, że to wina Putina. Ale zawiniło szkolenie i słabe umiejętności pilota”, wpis tej treści ukazał się na platformie X tuż po tragicznym wypadku, w którym zginął mjr Maciej „Slab” Krakowian. Jego autorem jest Piotr Panasiuk, niegdyś polityk Konfederacji, słynący z szerzenia w Internecie prorosyjskiej i antyukraińskiej propagandy. Nie cytuję tych obrzydliwych wynurzeń bez powodu.

Panasiuk nie ma żadnych zawodowych kompetencji związanych z lotnictwem. Można by przyjąć, że ferowanie wyroków i krytykanctwo dają mu jakiś rodzaj satysfakcji, co biorąc pod uwagę motywacje wielu innych użytkowników Internetu, nie byłoby niczym nadzwyczajnym. Lecz charakter publicznej działalności tego medialnego aktywisty raczej wyklucza „zwyczajną złośliwość”. Jest bowiem Panasiuk rycerzem nie tylko prorosyjskiej i antyukraińskiej „prawdy”, ale i orędownikiem wszelkich haseł o antyzachodniej i antyeuropejskiej treści, który widzi Polskę w rosyjskiej strefie wpływów, zarówno w sferze politycznej, społecznej, jak i technologicznej (oraz wszelkich innych, których wymienienie zajęłoby zbyt wiele miejsca).

Patrząc z tej perspektywy, zacytowany wpis jawi się jako (kolejna) próba zdezawuowania kluczowej instytucji państwa polskiego – jego armii. Jeśli jeden z najlepszych polskich myśliwców ginie „w prostej sytuacji”, to co to mówi o systemie szkolenia oraz o kompetencjach innych lotników, niedelegowanych do prestiżowej roli pilota akrobacyjnego? Panasiuk sugeruje, że najlepsi polscy piloci są słabi, że całość personelu sił powietrznych jest źle wyszkolona. Próbuje też zasiać ziarno wątpliwości co do technicznych możliwości maszyn, które w Polsce cieszą się statusem kultowych – są symbolem naszych prozachodnich aspiracji, narzędziem przeskoku technologicznego, ale i źródłem finansowych wyrzeczeń, z jakimi wiązało się ich pozyskanie. Ów przekaz zmierza do tego, byśmy – jako odbiorcy – stracili zaufanie do elitarnego i jednego z najefektywniejszych komponentów Wojska Polskiego. Do idei westernizacji sił zbrojnych, a w docelowym zamiarze do armii jako takiej, na którą „nie warto wydawać pieniędzy, skoro i tak jest do niczego”. Kto na takiej refleksji – jeśli na dobre zakorzeni się w głowach znaczącej części Polaków – może skorzystać? Ano właśnie…

—–

Zostawmy Panasiuka – to tylko drobny element szerszego zjawiska. By je opisać, cofnijmy się do początku tego roku, kiedy opublikowany został raport Komisji ds. badania wpływów rosyjskich i białoruskich. O zgrozo, przeszedł on niemal bez echa, mimo iż zawiera alarmujące wnioski. Z prac Komisji wynika bowiem, że rosja – z wydatną pomocą Białorusi – prowadzi przeciwko Polsce długofalową wojnę kognitywną. Czym w ogóle jest ten rodzaj konfliktu? Najogólniej rzecz ujmując, chodzi o wpływanie na procesy myślowe, emocje i zachowania, by tym sposobem osiągnąć cele polityczne lub wojskowe. Bitwa toczy się na polu poznawczym, integrując elementy wojny informacyjnej, psychologicznej i cybernetycznej. Wykorzystuje się przy tym m.in. media społecznościowe i inne zdobycze technologii do kształtowania opinii, postaw i przekonań jednostek i grup.

„Z uwagi na nastawienie polskiego społeczeństwa, rosyjska narracja nie koncentruje się na promowaniu rosji. Opiera się natomiast na krytyce i podważaniu zaufania do instytucji i procesów demokratycznych, w tym rządu oraz NATO i Unii Europejskiej, zwiększaniu polaryzacji. Wzbudza niechęć do Ukraińców i innych narodowości, wyznań i mniejszości”, czytamy we wstępie do raportu. rosyjska wojna kognitywna ma doprowadzić do osłabienia i dezintegracji polskiego społeczeństwa (ale i Zachodu, wszak wymierzona jest także w inne kraje naszej wspólnoty).

Autorzy raportu wyodrębniają pięć wiodących schematów narracyjnych, stosowanych przez rosjan wobec Polski i Polaków. Pierwszy buduje wrażenie, że NATO i UE są opresyjne, wrogie, kolonizują swoich członków. Drugi przekonuje, że cywilizacja zachodnia upada, jest dekadencka i zdemoralizowana. Wedle trzeciego, w wojnie w Ukrainie rosja wygrywa i musi wygrać, co ma związek z czwartym schematem, takim mianowicie, że Ukraina to upadłe państwo, a Ukraińcy nie są narodem. I wreszcie piąty schemat ma nam uzmysłowić, że rosji – państwa nuklearnego, zwycięskiego w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej – nie można pokonać.

—–

Eksperci i ekspertki Komisji podkreślają, że w rosji wojna kognitywna jest oficjalnie uznanym elementem prowadzenia działań wojennych. Kreml wydaje na nią od 2 do 4 mld dolarów rocznie. Prowadzona jest w sposób konsekwentny i systematyczny, z inspiracji i przez służby oraz siły zbrojne federacji rosyjskiej, dystrybuowana w tzw. konglomeracie dezinformacyjnym (o którym szerzej w dalszej części tekstu). To nie jest tylko „zwykłe” wprowadzanie w błąd. To przede wszystkim wpływanie na opinie i postawy Polek i Polaków oraz procesy polityczne czy gospodarcze.

Jak dokładnie to działa? Rekonstruując ów mechanizm, opieram się o własne wieloletnie obserwacje (choć są one w istotnej mierze tożsame z ustaleniami komisji). Wynika z nich, że choć pierwotne źródła dezinformujące są rosyjskie, wieści idą w nasz świat już nie tyle za sprawą rosjan, co Polaków. Ludzi, których można podzielić na dwie kategorie. W pierwszej umieściłbym osoby o uprzywilejowanej pozycji, dbające o rosyjski interes poprzez wywieranie wpływu na miejscową opinię publiczną i instytucje. Polityków, naukowców, aktorów, biznesmenów, dziennikarzy; wszystkich, ze zdaniem których liczą się ich rodacy. A więc i gwiazdy Internetu, funkcjonujące wyłącznie na jego niwie – blogerów, youtuberów, właścicieli lub administratorów serwisów, tematycznych stron i forów. Innymi słowy, agentów wpływu, pełniących swoje role świadomie, choć z różnych pobudek – kryminalnych (szantaż), finansowych czy ideowych. Do drugiej kategorii zaliczyłbym „użytecznych idiotów”. Włodzimierz Lenin – autor tego określenia – posługiwał się nim w odniesieniu do zachodnich dziennikarzy, którzy 100 lat temu chwalili bolszewicką rewolucję, pomijając, umyślnie lub nie, różne jej wypaczenia. Ale ów epitet pasuje także do współczesnych internautów, propagujących korzystne dla Moskwy narracje, a nierzadko czyniących to w zgodzie z własnym postrzeganiem rzeczywistości i bez świadomości wysługiwania się rosji, ba, w sprzeczności z wyznawanymi antyrosyjskimi poglądami. (…) To uczestnicy wymiany informacji (…) pielęgnujący przydatne rosjanom resentymenty (antysemityzm, ukrainofobię, antyamerykanizm, niechęć do demokracji, świata zachodnich wartości itp.), zwolennicy teorii spiskowych lub zwyczajni atencjusze lubujący się w odzewie, jaki generują udostępniane przez nich treści.

To tylko część tekstu, który opublikowałem na łamach portalu TVP.Info – oto link do całości materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Nz. Fragment okładki jednej z moich książek. „(Dez)informacja” – wydana w 2018 roku! – traktuje o rosyjskiej wojnie kognitywnej i jej realnych, fizycznych następstwach/rys. Warbook

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Inni

Antyukraiński hejt w Polsce ma się naprawdę dobrze. Przez rok od rozpoczęcia rosyjskiej inwazji, wymierzone w Ukraińców wypowiedzi zamieszczone w naszym Internecie, zebrały pół miliarda odsłon – wynika z analizy przeprowadzonej przez Stowarzyszenie Nigdy Więcej, o której pisze dzisiejsza „Rzeczpospolita”.

Niekwestionowanym rekordzistą, a zarazem twarzą akcji szerzenia nienawiści, pozostaje poseł Konfederacji Janusz Korwin-Mikke. W ciągu ostatnich 12 miesięcy na jego Twitterze ukazało się 7,7 tys. wpisów o wydźwięku antyukraińskim, które wygenerowały 14,3 mln odsłon.

Autorzy raportu pod tytułem „Jak policzyć nienawiść? Hejterzy o Ukraińcach”, wzięli na warsztat nie tylko Twittera, ale i Facebooka. Za pomocą platformy SentiOne Listen (wykorzystującej sztuczną inteligencję do monitorowania internetu), badacze przejrzeli profile Konfederacji, jej liderów – obok Mikkego także Grzegorza Brauna i Krzysztofa Bosaka – przepuścili też narzędzie przez profile prawicowych kanałów: wRealu24, Mediów Narodowych i eMisji.tv.

Wnioski? Cytowana przez „Rzepę” Anna Tatar z Nigdy Więcej, współautorka raportu, wylicza, że w ciągu roku w polskim Internecie pojawiło się 400 tys. antyukraińskich wypowiedzi. To one dały wspomniane pół miliarda odsłon. Najpopularniejszym hasłem skarpetkosceptyków okazała się „ukrainizacja” i powiązany z nią hashtag #stopukrainizacjiPolski. Za tym „sukcesem” stoi Grzegorz Braun, który upowszechnił owo wezwanie. W wymiarze praktycznym mówimy o 11,3 tys. wzmianek oznaczonych wspomnianym z hashtagiem, mających 11,6 mln odsłon.

„Banderowcy”, „banderyzm” lub „banderyzacja” pojawiły się w 5,2 tys. wzmiankach i wygenerowały 3,4 mln odsłon. „Ukropol” – z około 700 wzmiankami i 727 tys. wyświetleniami – zajął trzecie miejsce. Ciekawa jest konsekwencja profilu eMisja.tv w używaniu określenia „Ukropolin”. „Czy powinniśmy żegnać się z naszą Rzeczpospolitą Polską, która wkrótce przeistoczy się w Ukropolin?” – martwią się redaktorzy. „Polin” to Polska, w językach jidysz i hebrajskim – słowo używane przez antysemitów w negatywnym kontekście, ilustrujące rzekome „zażydzanie” naszego kraju. Mamy tu zatem do czynienia z połataniem dwóch szowinizmów i ksenofobii – nienawiści i lęku wobec Ukraińców oraz Żydów.

Tyle „tytani”. Na drugim biegunie mamy „szare myszki”, robiące ogony oglądalności, które jednak w swej masie składają się na pokaźną całość. Wśród nich jest mój „ulubieniec” – prorosyjski aktywista medialny, relacjonujący wojnę z rzekomo badawczej perspektywy. Przypadkiem zupełnie w sposób zgodny z linią propagandową Kremla, choć – gwoli uczciwości – czasem pozwala sobie na krytyczne uwagi. Te jednak nie podobają się czytelnikom, traktującym facebookowy profil rzeczonego jako strefę skarpetkosceptycznego komfortu.

Nie podam linku i nazwiska, gdyż nie zamierzam człowiekowi podbijać zasięgów, lecz klnę się na własną rzetelność – typ istnieje i ciężko pracuje.

Stosując przy tym ciekawą technikę – ograniczania możliwości komentowania postów. Co czyni selektywnie i po czasie, najpierw bowiem wpuszcza kilka osób, które „ubogacają” wpisy swoimi opiniami. W praktyce przybiera to postać forum, na którym wyrażane są wszelkiej maści antyukraińskie i prorosyjskie treści – od obrzydliwych bluzgów, przez propagandowe kłamstwa, po niestworzone teorie spiskowe. I tak dla przykładu, pod postem omawiającym sytuację w Bachmucie czytamy:

„Oni są straceni, a Zełeński zachowuje się jak Hitler” – przekonuje komentujący X.

Pod wpisem o śmierć Dmitrija Kotsybajły, żołnierza armii ukraińskiej:

„Denazyfikacja postępuje” – stwierdza Y

„Żadne śmierci mnie nie cieszą. Ale… Jednego bandyty mniej” – dodaje Z.

Pod tekstem o potędze (a jakże!) rosyjskiej artylerii dyskusja powędrowała w stronę polityki:

„Rosja nie straszy bronią atomową. Wręcz przeciwnie. Pan Władimir Putin, prezydent Federacji Rosyjskiej, oświadczył publicznie, że Rosja nie użyje pierwsza broni jądrowej. I dodał, że jeżeli jakieś państwo użyje broni jądrowej przeciw Rosji, to z tego państwa nie zostanie kamień na kamieniu. Ukraina kupuje broń od państw ‘Kolektywnego Zachodu’. Rosja też ma prawo kupować broń! Bo w istocie to nie jest wojna Rosji przeciw Ukrainie. To jest wojna Rosji przeciw światowemu Hegemonowi. (…) Hegemon będzie walczył do ostatniego Ukraińca. (…) Ameryka ma swoje bazy wojskowe w 80 państwach, a Rosja?” – pyta retorycznie inny czytelnik. Biedna ta rosja, prawda? (wybaczcie zapis z wielkiej, ale tak to wygląda w oryginale).

Ciekawy (hahaha) wątek pojawia się w komentarzach pod krótkim artykułem o ukraińskim lotnictwie:

„Miejmy świadomość, że Ukraina dostaje sprzęt lotniczy z Europy, nasze MiG-29 z Mińska Mazowieckiego już zostały zestrzelone” – donosi jeden z najaktywniejszych komentatorów.

Pod serią zdjęć ze zagładzonej podczas walk Marijanki czytamy:

„Politycy Ukrainy nie chcą Pokoju i Spokoju, bo mają darmową reklamę dla Polityki Ukrainy i darmowe wsparcie, i nie obchodzi ich, że narażają swoje państwo i społeczeństwo na śmierć i tułaczkę pośród wojennych zgliszczy” – martwi się pewna pani.

„Jako Słowianie daliśmy się rozpracować dokładnie tak samo, jak plamiona indiańskie napuszczane jedne na drugie za paciorki i wodę ognistą” – złości się pewien pan.

I tak dalej, i temu podobne. I tak przez cały miniony rok. Większość komentujących to Polacy, posługujący się językiem polskim. Niby takim samym jak mój, a jakbym czytał ludzi z równoległej rzeczywistości…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -