Ogień

Jutro pięćsetny dzień trzydniowej operacji specjalnej władmira putina. Dziś powszechnie nabijamy się z „geniusza geopolityki”, ale nie zmienia to faktu, że 500 dni temu poważni ludzie naprawdę sądzili, że rosjanom się uda. Dość wspomnieć gen. Marka Milley’a, najwyższego rangą amerykańskiego dowódcę. Na początku lutego 2022 roku, podczas niejawnego briefingu dla kongresmenów, ocenił on, że rosyjski pełnoskalowy atak na Ukrainę może doprowadzić do upadku Kijowa właśnie w ciągu trzech dni. Zginąć miało przy tym do czterech tysięcy rosyjskich i 15 tys. ukraińskich żołnierzy.

Jak zauważa prof. Taras Kuzio z Akademii Kijowsko-Mohylańskiej – w artykule opublikowanym w „Geopolitical Monitor” w listopadzie 2022 roku – przed inwazją większość zachodnich analityków militarnych twierdziła, że rosja pokona Ukrainę w ciągu dwóch-trzech dni. W związku z tym w środowisku podzielano opinię, że dozbrajanie zagrożonego kraju byłoby bezsensowne.

Tymczasem trzy dni minęły, a Ukraina nadal się broniła. „Pytanie nie brzmi: czy Kijów padnie, ale kiedy?”, zastanawiano się w CNN. Paski podobnej treści towarzyszyły wówczas programom wielu innych renomowanych stacji. Szacowni goście w studiach – mundurowi, cywilni specjaliści z naukowymi tytułami oraz wszelkiej maści znawcy rosji i wschodu – mieli poważne miny i kiwali smutno głowami. W tym czasie ukraińska armia kiwała rosyjską, a rosjanie przecierali oczy ze zdumienia.

Koncepcja „trzech dni” przeszła długą drogę między 2022 a 2023 rokiem, z obaw lub buńczucznych deklaracji zmieniając się w powód do wstydu. Zachód wstydzi się dziś swojej niewiary, rosja własnej słabości. Rosyjska propaganda wręcz wyparła się, że kiedykolwiek sugerowała szybkie zwycięstwo.

Obyśmy nie musieli czekać kolejnych 500 dni na definitywną rosyjską porażkę w Ukrainie.

—–

365 dni temu zamieściłem na profilu mapę pożarów w Ukrainie – załączam ją poniżej. To część globalnej, aktualizowanej na bieżąco mapy, czym zajmuje się amerykańska NASA w oparciu o obserwacje z kosmosu. Jak nietrudno się domyśleć, w przypadku Ukrainy przedstawia ona skutki samoistnych wypaleń substancji leśnej bądź celowych podpaleń niezwiązanych z wojną, ale w miażdżącej większości ilustruje ogień wywołany działaniami zbrojnymi. Dlatego rok temu na jej podstawie dało się wyznaczyć linię frontu. Czy dziś też można? Oczywiście – na najnowszym odczycie, także dołączonym do postu, widzimy wszystkie najbardziej zapalne punkty styku obu wojsk. Tam, gdzie Ukraińcy i rosjanie walczą, tam płonie przyroda i infrastruktura.

Mapa pożarów sprzed roku

Co ciekawe, duże skupisko pożarów występuje na wyzwolonych jesienią zeszłego roku obszarach obwodu chersońskiego. Nie ma tam ruskich, nie ma walk – skąd więc ów ogień? Część ognisk dotyczy terenów dotkniętych niedawną powodzią – także pod drugiej, „rosyjskiej” stronie Dniepru. To „ziemia opuszczona”, nie ma tam komu gasić, zatem zarzewia przekształcają się w poważne pożary. W marcu tego roku zjeździłem południe i centrum wyzwolonej części chersońszczyzny. To trudny teren z fatalnymi drogami, w dodatku solidnie przez wycofujących się rosjan zniszczony. Państwo funkcjonuje tam w formie szczątkowej, działania służb nakierowane są przede wszystkim na rozminowanie. Miny i niewybuchy mogą inicjować pożary, a zarazem utrudniać akcje ratownicze. Jako młody chłopak przyglądałem się gaszeniu pożaru na toruńskim poligonie artyleryjskim – odgłosy były przy tym iście frontowe i gdyby nie samoloty gaśnicze, ognia pewnie nie udałoby się opanować.

Mapa pożarów z dziś

Tyle dywagacji, wróćmy do tego, co widać. A w porównaniu z odczytem z minionego roku, gdzie czerwone kropki wręcz zlewają się w wielkie plamy, mapa pożarów z 7 lipca br. przywodzi skojarzenie z wysypką. Czy to znaczy, że na froncie toczone są mniej intensywne walki? Przeczą temu dostępne statystyki – rosjanie stracili przez sześć miesięcy tego roku 130 tys. zabitych i rannych, przez 10 miesięcy pierwszego roku wojny „tylko” 100 tys. Ukraińskich strat, jakkolwiek niższych (wedle danych amerykańskich: 150-170 tys. zabitych i rannych), również dotyczy tendencja wzrostowa. Co się zatem zmieniło? Ano nie ma rosyjskiego „walca artyleryjskiego”, wypluwającego dziennie po 50-60 tys. pocisków, z których każdy mógł zainicjować poważny pożar. Armaty wciąż grzmią, ale – zwłaszcza po stronie ukraińskiej, która wykazuje tak wysoką skuteczność w uśmiercaniu rosjan – jest to ogień rzadszy, za to precyzyjniejszy. Inna sprawa, że pola bitew coraz bardziej przypominają krajobrazy spod Sommy czy Verdun – co miało spłonąć, to już spłonęło…

—–

Pozostając w temacie palenia. W ostatnich dniach sporo mówi się o amunicji kasetowej, m.in. za sprawą raportu Human Rights Watch na temat jej użycia w Ukrainie. Zdaniem przedstawicieli HRW, rosja i Ukraina powinny zrezygnować z amunicji kasetowej, a USA „nie powinny dostarczać jej żadnemu państwu”. Tymczasem – jak donoszą media – w najnowszym amerykańskim pakiecie pomocy wojskowej mają się znaleźć pociski artyleryjskie tego typu.

Amunicja kasetowa może być wystrzeliwana nie tylko z dział, ale też z wyrzutni rakietowych bądź zrzucana z samolotów. Pojedynczy pocisk lub bomba zawiera kilkadziesiąt (niekiedy kilkaset) małych ładunków, gdy detonuje, rozsiewa je na dużym obszarze. „Deszcz ognia” jest niezwykle śmiercionośny, zwłaszcza w miejscach koncentracji „siły żywej”. Niestety, amunicja kasetowa zostawia po sobie wiele niewybuchów i dlatego jest niebezpieczna dla ludności cywilnej. W 2008 roku ponad 120 państw podpisało konwencję zakazującą jej użycia.

Obie strony konfliktu na wschodzie nie przystąpiły do tego porozumienia, więc ostrzeliwały się w sposób zgodny z prawem. Problem w tym, że Ukraińcy swoje zasoby już zużyli, stąd powtarzane od kilku tygodni prośby o dostawy z arsenałów NATO. Z nieformalnych informacji wynika, że spore zapasy amunicji kasetowej przekazał już Ukrainie Polska.

—–

Skoro zaś o Polsce w tym kontekście mowa. W 2019 roku opublikowałem powieść „Międzyrzecze”, która toczy się w realiach polsko-rosyjskiej wojny. Wtedy była to czysta fantazja – pełnoskalowy konflikt z ruskimi w 2020 roku – ale mnie dość trafnie udało się określić możliwości współczesnej rosyjskiej armii. Mniejsza o to, zainteresowanych odsyłam do lektury; rzecz w tym, że jest tam następujący fragment o użyciu amunicji kasetowej:

„(…) W powietrzu przeleciały dwa F-16. Samoloty pięły się w górę, wcześniej uwolniwszy spod siebie charakterystyczne zasobniki. Las w oddali, z którego kilkanaście minut wcześniej wyruszyli do ataku Rosjanie, zapłonął od gęstej serii stosunkowo niewielkich wybuchów. Ktokolwiek i cokolwiek znalazło w nim schronienie, właśnie spotkało się ze swoim przeznaczeniem.

‘Ha! A chcieli, żebyśmy się jej pozbyli…’ – Piotr miał na myśli amunicję kasetową, uznaną przez ONZ za broń niehumanitarną, w związku z czym wycofaną z arsenałów większości armii świata. Polska – podobnie jak USA, Chiny i Rosja – odmówiła podpisania konwencji w tej sprawie. „I bardzo dobrze!” – Kucharski zdał sobie sprawę, że rzadko miał okazję chwalić przezorność polityków i dowódców. ‘Płońcie, skurwysyny!’ – patrzył na ogarnięty coraz większą pożogą las. (…)”.

I tak to mniej więcej wygląda. Koncept „piekielny ogień w zamian za agresję” mnie nie oburza. A niewybuchy się uprzątnie.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Ukraińska artyleria na froncie/fot. Sztab Generalny ZSU

Beznadzieja

Piszę dziś tekst do papieru (o rzekomym wycieku danych z Pentagonu, który w mojej ocenie jest zręczną akcją dezinformacyjną w wykonaniu Amerykanów i, być może, Ukraińców); nie planowałem zatem komentarza. Ale od rana pracuje mi we łbie historia ujawniona przed kilkunastoma godzinami – do tego stopnia, że muszę się do sprawy odnieść.

Chodzi o nagranie, które pojawiło się wczoraj wieczorem w Internecie, będące zapisem egzekucji pojmanego przez rosjan ukraińskiego żołnierza. To potworny materiał, nie podejmę się opisywać szczegółów. Dość powiedzieć, że widzimy tam zamaskowanego rosyjskiego żołnierza, który odcina nożem głowę żyjącego Ukraińca. Nagranie nie jest nowe, powstało latem zeszłego roku. W sieci pojawiło się na kontach rosyjskich, teraz szeruje je cały świat.

„Pomijam oczywiste zwyrodnienie, ale kurwa, przecież to strzał w kolano jest. Wizerunek kraju, kwestia własnych jeńców w ukraińskiej niewoli…” – odpisałem koledze, który w nocy podrzucił mi link do nagrania.

„Oni chyba mają to w dupie” – przeczytałem w odpowiedzi.

Oni, rosjanie.

Są takie sytuacje, kiedy do oczywistych wniosków dochodzi się bardzo długo, „naokoło”. Wyjaśnienia są zbyt proste, aż za adekwatne, by uznać je za właściwe. Jako ludzie mamy naturalną zdolność do komplikowania sobie procesów poznawczych i często obrażają nas „prostackie” konkluzje.

Ale czasem pukamy się w czoło, z niedowierzaniem przyjmując odpowiedzi, które były „na wyciągnięcie ręki”.

Tak właśnie mam dziś.

Kilka lat temu bardzo chciałem wierzyć, że bestialstwo to dla armii rosyjskiej zamknięty rozdział. W „Międzyrzeczu” – opowiadającym o hipotetycznej, toczonej współcześnie polsko-rosyjskiej wojnie – zawarłem taki fragment:

„Wojskowe sądy procedowały w trybie wojennym, czyniąc to z iście rosyjską brutalnością. Nie dalej jak w niedzielę – po krótkiej rozprawie – rozstrzelano dwóch żołnierzy z bliźniaczego batalionu. Jednego za dezercję, drugiego za gwałt na polskiej nastolatce. Ostatni z czynów był surowo zabroniony, o czym przypominano ludziom na każdej porannej odprawie. Podła reputacja Armii Czerwonej, której zarzucano gwałty na milionach Polek i Niemek podczas marszu na Berlin w 1945 roku, najwyraźniej ciążyła Moskwie. Polacy zręcznie tym pogrywali, zanim jeszcze wybuchła wojna. „Będą nie tylko niszczyć, ale i gwałcić!” – ostrzegały polskie gazety, a za nimi tytuły z innych krajów. Kreml za wszelką cenę postanowił udowodnić, że tak nie będzie. I zasadniczo nie było”.

To strumień myśli jednego z bohaterów powieści, rosjanina.

Dziś bym już czegoś takiego nie napisał.

Dziś wiem, że dla żołdaków putina zbrodnia pozostaje jedną z metod wojny. O ile na początku wydawało mi się, że to „wypadki przy pracy”, z różnych powodów nieumiejętnie ukrywane, o tyle teraz widzę premedytację. „Zobaczcie, co z wami zrobimy, jeśli nie zaprzestaniecie walki” – komunikują rosjanie.

A że świat to oburza, że gruntuje wizerunek barbarzyńskiej rosji, że zniechęca Ukraińców do brania jeńców? Oni, rosjanie, mają to w dupie – dziś ostatecznie to zrozumiałem. I owszem, jest w tej rosyjskiej nonszalancji poczucie bezkarności. Ale i mnóstwo beznadziei, typowej dla ludzi, którzy nie mają już nic do stracenia.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Zdjęcie, zrobione na chersońszczyźnie, ma dla mnie wymiar symboliczny. To buciory ruskiego sołdata – w naturalnym środowisku ruin i zniszczeń…

Dlaczego…

Mamy piątek wieczór, więc będzie nieco lżej (ale nie do końca…). Poniżej otwierający powieść fragment „Międzyrzecza. Ceny przetrwania”. Wydałem tę książkę w 2019 roku i do głowy mi wówczas nie przyszło, jak bardzo antycypuję przyszłość. Z tą różnicą, że u mnie wojna toczy się między rosją a Polską, nie Ukrainą. Ale ów wymyślony konflikt z dużym podobieństwem przebiega tak, jak rzeczywiste rosyjsko-ukraińskie zmagania. Polecam lekturę wpisu, z nadzieją, że skłoni Was do sięgnięcia po całą powieść.

—–

Przesmyk suwalski, 25 lipca, niedziela

– Było super, jest doskonale… – wycedził pełnym sarkazmu tonem Piotr Kucharski, przyglądając się swojej twarzy na ekranie wyłączonego smartfonu. Prowizoryczne lusterko nie dawało wyraźnego obrazu, ale to, co dostrzegł, wystarczyło, by uznać, że jego wizerunek – przystojnego mężczyzny – właśnie znacząco ucierpiał. Górna szczęka bolała go jak diabli, w ustach czuł metaliczny smak krwi. Stracił obie jedynki, prawa dwójka, dotknięta językiem, ruszała się niczym rachityczne drzewo na wietrze. Pchnął ją mocniej i syknął z bólu – ząb, w towarzystwie „sąsiada”, opadł na dolną wargę. Kucharski splunął, zostawiając na piasku krwawy ślad. Wzdrygnął się na widok resztek własnego uzębienia. W porównaniu z ranami, jakie widział kilkadziesiąt minut wcześniej, zdekompletowanie szczęki było symbolicznym uszczerbkiem. A mimo to dał się ponieść poczuciu wielkiej straty… Przez moment walczył z pokusą, by zebrać zęby i schować je do kieszeni. Gdy był dzieckiem, matka kolekcjonowała jego mleczaki. „Na pamiątkę” – mówiła. Pewnie przetrwały gdzieś na strychu w rodzinnym domu, w tej graciarni bez ładu i składu. Piotr mimowolnie się uśmiechnął. Zaraz jednak spoważniał. „Nie chcę ich” – uznał. Pomysł zabrania zębów wydał mu się ostatecznie makabryczny. No i gdzieś z tyłu głowy świtało mu, że zęby przynoszą pecha. W swoim poprzednim życiu nie był szczególnie przesądny, ale odkąd trafił na Przesmyk, a świat stał się niebezpiecznym miejscem, racjonalizm zaczął u niego przegrywać z myśleniem magicznym.

Spojrzał przed siebie. Tamten nadal był nieprzytomny. Gdy Piotr dostrzegł go po raz pierwszy – po tym, jak sam odzyskał świadomość – zaczął panicznie szukać swojego Beryla. Broń najwyraźniej przepadła, choć Kucharski dobrze pamiętał, że trzymał ją w rękach, gdy nastąpił ostatni zarejestrowany przez niego wybuch. Na szczęście wciąż miał VIS-a – dotknięcie rękojeści pistoletu przywróciło mu spokój.

Tamten zaczął się budzić. Piotr przyjrzał się jego twarzy. „Chłopiec, nie więcej niż dwadzieścia dwa lata” – ocenił. Tak jak Kucharski, i on zgubił gdzieś swój hełm, odsłaniając ogoloną na zero głowę. „Nic się u was w tej kwestii nie zmieniło” – w refleksji Piotra mnóstwo było poczucia wyższości. „Jak cięli, tak tną – do gołej skóry, jak barany”.

Młodzik sięgnął dłonią do pasa. Nic tam nie znalazł; Kucharski już wcześniej upewnił się, że tak właśnie będzie. Gwałtowny ruch sprawił za to, że skrzywił twarz w bólu. Piotr dobrze wiedział, skąd ów grymas. Przeniósł wzrok na nogi chłopaka – obie miały poważne, otwarte złamania. Pokaźne fragmenty kości przebiły się nie tylko przez mięśnie i skórę – rozdarły też solidny materiał, z którego wykonano mundurowe spodnie. Okrwawione kikuty wyglądały paskudnie i złowieszczo.

– Cierpisz, skurwysynu. – W słowach Piotra nie było ani krzty współczucia.

Tamten obdarzył go spojrzeniem, w którym nienawiść mieszała się z ciekawością. „Wcale się mnie nie boi…” – to stwierdzenie rozzłościło Kucharskiego. Miał ochotę się podnieść i obdarzyć chłopaka solidnym kopniakiem w głowę. Lecz wtedy dał o sobie znać ból twarzy. Piotr jęknął i oparł głowę o ścianę dołu.

Przez chwilę pozostał w tej pozycji, zaciskając załzawione oczy.

– Gdzie jesteśmy? – tamten pytał w swoim języku, lecz Kucharski doskonale go rozumiał. Spojrzał na niego, a potem rozejrzał się. Siedzieli w jakimś dole, głębokim na półtora metra. Najpewniej był to lej, o czym świadczył stożkowy kształt wgłębienia. Pokaźnej wielkości, pewnie po lotniczej bombie, ale równie spory wyłom w ziemi mógł spowodować wielkokalibrowy pocisk artyleryjski. A przecież jedne i drugie rozorały pozycje, które jeszcze jakiś czas temu obsadzali koledzy Piotra. „Jakim cudem znalazłem się tu, z tym gościem?” – Kucharski nie miał pojęcia. „Gdzie dokładnie jest ten pierdolony dół?” – na to pytanie także nie był w stanie odpowiedzieć.

Wzniósł ramiona ku górze.

– Gdzieś – odparł, siląc się na nonszalancję.

– Nieważne gdzie, za chwilę będą tu moi towarzysze. – Łysy, jak nazwał go w myślach Piotr, położył dłonie na dnie leju. Następnie odepchnął się tak, by wygodniej oprzeć plecy o ścianę dołu. Ten ruch sprawił mu sporo bólu, co Kucharski odnotował z satysfakcją. – Daj zapalić. – Chłopak nie patrzył już na Piotra prowokująco. Skinął za to brodą na plecak, który leżał u stóp Kucharskiego. Piotr zdołał go już wcześniej przeszukać, wiedział, że jest w nim kilka paczek lucky strike’ów. Wyjął jedną, przez chwilę zastanawiając się, czy ma do czynienia z oryginalnym wyrobem. Dobrze by to świadczyło o możliwościach aprowizacyjnych armii, w której służył Łysy. Szybko uznał, że to mało prawdopodobne. Kraj, z którego pochodził młodzik – choć na poziomie propagandy gardził Zachodem – bardzo sobie cenił amerykańskie i europejskie dobra konsumpcyjne. Na oryginały jednak pozwolić sobie mogli tylko nieliczni krajanie Łysego, większości musiały wystarczyć podróbki. Czy tak było i w tym przypadku, Kucharski nie zamierzał się przekonywać. Nie palił.

Rzucił paczkę prosto w ręce mężczyzny naprzeciwko. Ten wyjął papierosa, zapalił i zaciągnął się z wyraźną przyjemnością.

– Napijemy się? – zaproponował, znów wskazując na plecak.

Piotr zaśmiał się cicho. Kilkanaście lat temu wojsko, w którym teraz służył jego wróg, poszło w kierunku głębokiej westernizacji. Obszarów nią objętych było sporo, podstawą zmiany zaś przekonanie, że odtąd liczy się każdy człowiek. Zaczęto więc dbać o wyposażenie indywidualne, co przyniosło poważną jakościową zmianę. Żołnierz, który siedział przed Kucharskim – gdyby nie specyficzny wzór kamuflażu – mógłby uchodzić za wojskowego z sojuszniczej armii. Do czasu, kiedy wyjąłby przydziałową butelkę wódki.

Wojenną rację alkoholową Piotr namierzył już wcześniej. Ba, nawet z niej skorzystał, płucząc wysokoprocentową cieczą poranione dziąsła. Teraz zrobił to samo, oddając Łysemu butelkę ze śladem świeżej krwi na szyjce. Celowo.

Młodszy z mężczyzn uśmiechnął się na ten widok. A potem posłał Kucharskiemu wyzywające spojrzenie. Nie wyczyścił szkła – po prostu odkręcił korek i nie zważając na zabrudzenie, wziął kilka głębszych łyków.

– Braterstwo krwi – powiedział i wytarł ręką usta.

Piotr zły, że nie udało mu się pognębić wroga, splunął na ziemię.

I wtedy w okolicy coś wybuchło. Kucharski skulił się na moment, oczekując kolejnej eksplozji – ta jednak nie nastąpiła. Wstał więc, mocno pochylony, wyjął pistolet i przeładował. Na moment wycelował broń w Łysego, palcem nakazując mu milczeć. A potem ostrożnie wysunął głowę ponad krawędź dołu.

Kolejna eksplozja była silniejsza, lecz nie wywołała w Piotrze niepokoju. Zdołał bowiem dostrzec saperów przeciwnika, zajętych wysadzaniem zdobycznego sprzętu. Syknął, widząc rozerwany wrak Rosomaka, którego dowódca był jego dobrym kumplem. Kucharski miał nadzieję, że „Banda Wiedźmina” przeżyła, że wóz z charakterystycznym napisem na burcie dostał się w ręce wroga bez załogi.

Kolejny wybuch, kolejny Rosomak rozpruty.

Piotr przełknął głośno ślinę. „Następne dwadzieścia pięć baniek poszło się jebać” – stwierdził ze smutkiem. Zsunął się na dno dołu.

– Musisz się poddać. – Łysy dalej znieczulał się alkoholem.

Kucharski pokręcił głową, choć nie był przekonany, że to właściwa reakcja. Bo czy dalszy opór miał sens? Sam zabił co najmniej trzech nieprzyjaciół i gdyby każdy z żołnierzy Wojska Polskiego postąpił tak samo, agresor miałby nie lada kłopot. Z drugiej strony, w boju, który niedawno się zakończył – gdy Polacy utracili już element zaskoczenia – wróg zrobił im jesień średniowiecza. Dosłownie przekopał ich stanowiska gradem stali, a przez las – który dawał schronienie Piotrowi i jego kolegom – przepchnął falę ognia, wskutek czego zginęły prawdopodobnie setki ludzi. Kucharski widział marne resztki pięknego drzewostanu, nim wrócił na dół leju.

„Czy walka z wami ma sens?” – obdarzył Łysego badawczym spojrzeniem.

Usłyszał dźwięk ciężkiego sprzętu i znów wystawił głowę. W oddali dostrzegł dwa potężne buldożery, toczące się drogą, przy której ustawiono zasadzkę. Maszyny spychały na pobocze rozbite transportery, jedna na lewą, druga na prawą stronę krajowej dwupasmówki. Tuż za nimi jechała wielka laweta. Piotr nie musiał się zastanawiać, w jakim celu. Nieprzyjaciel stracił sporo ciężkiego sprzętu, wiele ciężarówek wypełnionych wojskiem, lecz zapewne najdotkliwiej odczuł utratę supernowoczesnego czołgu. Ten przecież – wedle zapewnień propagandy – miał być niezniszczalny, a dopadł go liczący sobie kilkanaście lat pocisk z wyrzutni Spike. Wszedł od góry w wieżę i rozszarpał ją od wewnątrz – z łatwością, z jaką czynił to z czołgami starszych generacji. „Dobry żydowski szit” – Kucharski poczuł, jak ogarnia go entuzjazm.

Wiedział już, że nie należy się poddawać.

Tamtych przy drodze przybywało, Piotr założył, że za chwilę zaczną głębiej przeczesywać teren pobojowiska. Zresztą już to chyba robili, z drugiej strony trasy. Kucharski domniemywał, że tak jest – widok przesłaniał mu rozbity sprzęt. Słyszał jednak pojedyncze strzały i krótkie serie, które nie wywoływały gwałtownych reakcji żołnierzy pracujących na drodze. Pociemniało mu w oczach, uświadomił sobie, co one oznaczają. Obrócił się i wymierzył VIS-a w Łysego.

– Ale dlaczego? – spytał tamten. W jego oczach wreszcie pojawił się strach. Piotr dawno nie doświadczył tak potężnego zastrzyku satysfakcji. Zawahał się, sądząc, że ten widok mu wystarczy. Lecz zaraz znów spojrzał na nogi młodszego mężczyzny. „Wyjdziesz z tego, skurwysynu” – orzekł w duchu. „Wyjdziesz i wrócisz, a ja na to pozwolić nie mogę” – dodał. Pociągnął za spust i celnym strzałem rozłupał głowę chłopaka.

– Dlaczego? Boście tu przyszli, śmierdzące ruskie onuce – wycedził w stronę trupa. Przeskoczył do następnego dołu, potem kolejnego i jeszcze jednego. Wreszcie zaskoczony, że nie zwraca na siebie uwagi, ruszył pędem, szukając drogi między niezliczoną ilością dołów. Biegł tak przez wiele minut, na zachód. Do swoich.

—–

Szanowni, jeśli chcecie mnie wesprzeć w pisaniu kolejnych książek – będę szczerze zobowiązany. Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

– wystarczy kliknąć TUTAJ –

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to