Durudżi

Woda przyszła po całonocnej ulewie. Pokonała wały, które miejscami sięgały ośmiu metrów. Kaskadowe koryto nadało jej potwornej prędkości. Zaskoczeni żołnierze nie mieli szans, by ujść z życiem. Niska zabudowa odebrała im możliwość ucieczki wyżej, na bezpieczne dachy. Zresztą, większość budynków była słabej konstrukcji – zbyt słabej, by oprzeć się rozpędzonym kamieniom, niesionym przez wodę. W kilkadziesiąt minut było po wszystkim.

Durudżi to nazwa własna jednej z górskich rzek w Gruzji. Z czasem stała się ona synonimem czegoś szalonego, bo i Durudżi bywa szalona. Jak w sierpniu 1949 roku. Kilkanaście dni temu stałem w korycie tej rzeki, patrząc ku dolinie, na miasteczko Kwareli, w którym mieszka dziś osiem tysięcy ludzi. Wartki strumień miał dwa-trzy metry szerokości, woda sięgała mi najwyżej do kolan. Słowem, nic wielkiego i budzącego grozę.

Ale tak samo było w przededniu powodzi sprzed 69 lat…

001
Tak zwany punkt krytyczny – ostatnie miejsce, gdzie można wyhamować pęd rzeki Durudżi/fot. Marcin Ogdowski

Aleko Baidoszwili, inżynier-hydrolog, wyciąga mapę, na której widać środkowy odcinek Durudżi. Palcem wskazuje tak zwany punkt krytyczny – ostatnie miejsce, w którym można wyhamować pędzącą z góry wodę. Poniżej zaznaczono trzy strefy, nadając im osobny kolor i numer. To tereny, które w czarnym scenariuszu znajdą się pod władzą żywiołu. Jego oblicze będzie się stopniowo zmieniać – na zonę pierwszą uderzy masą w 70 procentach składającą się z kamieni, w 30 procentach z wody. Zonę drugą zaatakuje falą stworzoną w równym stopniu ze skał i wody. W strefie trzeciej kamieni będzie co najwyżej 30 procent. Ujmując rzecz bardziej obrazowo – „jedynka” zostanie przede wszystkim zbombardowana skalnymi odpadami, „trójka” zaś „tylko” zalana. Im dalej, tym szkody będą mniejsze. Im szersze rozlewisko, tym niższa będzie fala – na krańcach „trójki” woda wtargnie co najwyżej do piwnic.

Oddział Armii Radzieckiej, który latem 1949 roku został zdziesiątkowany przez gwałtowną powódź, stacjonował w tej części Kwareli, którą po latach oznaczono jako zona numer jeden.

Aleko Baidoszwili pokazuje na mapie zagrożone rejony/fot. Marcin Ogdowski
Aleko Baidoszwili pokazuje na mapie zagrożone rejony/fot. Marcin Ogdowski

W czasach radzieckich nie mówiło się publicznie o takich wypadkach. Śmierć stu żołnierzy i kilkuset członków ich rodzin nie trafiła na pierwsze strony gazet. Nawet tych lokalnych, gruzińskich. Zabici byli przede wszystkim Rosjanami – zapewne obawiano się, że ich los wywoła u miejscowych nastroje dalekie od współczucia. Zdziesiątkowana po drugiej wojnie światowej gruzińska społeczność (zginął na froncie bądź umarł z głodu na tyłach niemalże co dziesiąty Gruzin), nie miała dość siły na otwarte bunty. Jednak marzenie o odzyskaniu niepodległości, utraconej najpierw na rzecz rosyjskiego cesarstwa, a później sowieckiego imperium, nie było Gruzinom obce. Moskwa wolała więc dmuchać na zimne – stąd liczne rosyjskie garnizony (i podjęta po wojnie próba rusyfikacji tego kaukaskiego narodu).

Dramat w Kwareli miał pozostać lokalną historią, ale nawet miejscowi nie znali szczegółów. Aleko Baidoszwili o jego skali dowiedział się kilka lat temu.

– Firma, która zajmuje się pogłębianiem koryta rzeki, dała w internecie ogłoszenie o sprzedaży żwiru – opowiada hydrolog. – I w odpowiedzi na nie przyszedł mail od starszej pani z Rosji. Napisała ona, że żwiru kupić nie chce, ale że zna Durudżi, bo kiedyś zabiła jej męża. Skontaktowano mnie z tą kobietą i tak zaczęła się nasza korespondencja.

Rosjanka miała szczęście – latem 1949 roku pojechała do domu na wakacje. Mąż, radziecki oficer, został w Gruzji. Przez pół roku po jego śmierci żonie wojskowego nie pozwolono przyjechać do Kwareli. „Nie macie po co tam wracać” – słyszała od armijnych władz. Wreszcie, po sześciu miesiącach, dopięła swego. Na początku 1950 roku wróciła do gruzińskiego miasteczka.

– Chciała zobaczyć miejsce, w którym zginął jej mąż – relacjonuje inżynier. – Porobiła też zdjęcia zniszczonej zony – dodaje.

Reprodukcje, które otrzymał Baidoszwili, są słabej jakości. Na jednej z nich widać samotną fasadę jakiegoś domu. Dachu i trzech pozostałych ścian już nie ma. Są za to skalne śmieci pokaźnych rozmiarów. I drzewa, które jakimś cudem nie dały się porwać wodzie – choć ich pnie są cieńsze niż ściana zdemolowanego budynku. Natura i w tym przypadku okazała się silniejsza od tego, co stworzył człowiek.

Pozostałości domu po powodzi z 1949 roku. Jedno ze zdjęć, które otrzymał Aleko Baidoszwili/fot. archiwum prywatne
Pozostałości domu po powodzi z 1949 roku. Jedno ze zdjęć, które otrzymał Aleko Baidoszwili/fot. archiwum prywatne

Aleko Baidoszwili wie o Durudżi niemal wszystko.

– Ta rzeka jest jak tsunami. Szalona i potrafi zabijać – mówi, jakby miał na myśli jakąś żywą istotę. Z jego słów da się wyczytać respekt, ale i coś jeszcze.

– Pan ją kocha? – pytam.

Inżynier uśmiecha się lekko.

– Poświęciłem jej całe swoje zawodowe życie – przyznaje. – Przez ten czas próbując ją ujarzmić – dodaje.

Ujarzmienie Durudżi to nie lada wyzwanie. Rzeka nie jest długa – mierzy zaledwie 25 kilometrów. To cztery z nich nadają jej piekielnych cech – na tym krótkim odcinku różnica poziomów wynosi bowiem aż 800 metrów. Woda wręcz spada z nieba, a jej prędkość potęguje wąskie koryto. Skalne kaniony, przez które płynie Durudżi, są niekiedy szerokie tylko na dwa metry. W takich miejscach od lustra wody do dna jest aż dwadzieścia metrów.

– Kiedy rzeka jest najgroźniejsza? – dopytuję.

– Wiosną w czasie roztopów i latem po gwałtownych ulewach – słyszę w odpowiedzi. – W 1904 roku zabrała ze sobą wysoki na pięć metrów blok skalny. Ważący dwieście czterdzieści ton kamień przepchnęła siedem kilometrów dalej. Taką ma siłę…

*          *          *

Powódź z 1949 roku dała ludziom do myślenia – mieszkańcy Kwareli nie wrócili już na tereny najbardziej dotknięte katastrofą. Ale wciąż mieszkają niebezpiecznie blisko. Dziś w zonie numer jeden żyje niemal dwa tysiące osób. Łatwo im zarzucić ryzykanctwo czy nonszalancję – rzecz jednak w tym, że od początku lat 70., aż do 1992 roku, Durudżi była systematycznie poddawana hydroregulacji. Budowano wały, poszerzano i pogłębiano koryto. Rokrocznie z dna rzeki usuwano pół miliona metrów sześciennych żwiru i kamieni. W efekcie, choć Durudżi wylewała, to już nie tak spektakularnie. Świadomość zagrożenia więc malała, a w międzyczasie przyszła kolejna katastrofa – tym razem geopolityczna.

Upadek Związku Radzieckiego dał Gruzinom własne państwo, ale przyniósł też wojnę domową, a później konflikt z Rosją. Skazał przy tym niewielki naród na samowystarczalność, co w przypadku dużych projektów infrastrukturalnych oznaczało zwykle uratę państwowych źródeł finansowania. I tak ambitny pomysł ujarzmienia Durudżi poległ w walce z rzeczywistością – zaniechano pogłębiania, a dotychczas wybudowane wały zaczęły niszczeć.

Ludzie tacy jak Aleko nie odpuszczali – świadomi narastającego ryzyka, pomocy zaczęli szukać za granicą. O nieznośnym charakterze Durudżi usłyszeli urzędnicy Banku Światowego i Unii Europejskiej. Problemem zainteresowano również ambasadę Rzeczpospolitej w Tbilisi. Kilka lat temu – dzięki wsparciu zagranicznych instytucji – zaczęto znów oczyszczać koryto rzeki i zabezpieczać jej brzegi.

Stacja pomiarowa w niższym biegu rzeki - element systemu ostrzegawczego/fot. Marcin Ogdowski
Stacja pomiarowa w niższym biegu rzeki – element systemu ostrzegawczego/fot. Marcin Ogdowski

Dwa lata temu w Kwareli pojawił się zespół z Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej. Fundacja – działająca przy wsparciu rodzimego MSZ – sfinansowała zakup zdjęć satelitarnych Durudżi, pomocnych przy tak zwanym modelowaniu hydrologicznym i hydraulicznym. Owo modelowanie – wykorzystując specjalistyczny program komputerowy – pozwala przewidzieć zachowanie rzeki przy różnych scenariuszach przyboru wody.

– Mówiąc wprost, wiemy, co i kiedy zaleje – tłumaczy Dariusz Marczyński, strażak, specjalista PCPM. Oczywiście Polacy nie zdobywali tej wiedzy dla siebie. – To dane na wagę złota, jeśli chce się uniknąć ofiar powodzi i przeprowadzić skuteczną ewakuację – dodaje Marczyński. – Przekazaliśmy je gruzińskiej Narodowej Agencji Środowiska oraz władzom samorządowym, za pośrednictwem których trafiły też do lokalnej ludności. Znacząco zwiększyliśmy świadomość ryzyka, związanego z mieszkaniem w pobliżu Durudżi, a urzędnikom w Kwareli pomogliśmy stworzyć odpowiednie procedury na wypadek katastrofy.

Co więcej, podglądający modelowanie gruzińscy inżynierowie z NAŚ, są dziś w stanie wykonać samodzielnie identyczne zadania w odniesieniu do innych gruzińskich rzek.

Lecz nie wszystko się Polakom tak do końca powiodło. W planach było jeszcze zbudowanie systemu ostrzegawczo-alarmowego. W praktyce polegało to na ustawieniu dwóch stacji pomiarowych – pierwszej w górnym biegu rzeki, drugiej we wspomnianym już punkcie krytycznym. Odczyty dotyczące wysokości i prędkości wody w obu miejscach pozwalały przewidzieć zachowanie rzeki z wyprzedzeniem kilku minut. Gdyby były niepokojące, odpowiedni sygnał miał uruchomić w dolinie syreny alarmowe.

Górny czujnik, zawieszony na wysokości trzynastu metrów od lustra, wydawał się być poza zasięgiem wody. I wówczas Durudżi po raz kolejny udowodniła, że jest durudżi – pewnej nocy rzeka wezbrała do tego stopnia, że piętnastometrowa fala zabrała ze sobą cenną aparaturę. Niszcząc ją po drodze.

Dziś działa tylko dolna część systemu.

– Ale nie poddajemy się – zapewnia mnie Marczyński. – Zastanawiamy się, jak bezpiecznie zamontować u góry nowy zestaw. To dla nas sprawa honoru…

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Przedszkole

Do przedszkola w Zaridzeebi trafiam w porze śniadania. Gdy wchodzę do pomieszczenia dla najmłodszych wychowanków, dwu-trzy-latków, kucharka kładzie na talerzach kromki suchego chleba, a do kubków wlewa cienką herbatę. Kręcę głową, zdumiony zastanym obrazkiem. Gruzja jawi się nam, Polakom, jako kraj świetnego jedzenia, dobrego wina i wspaniałych widoków. Istny turystyczny raj. Ale to tylko jedna z jej twarzy…

– Tak wygląda śniadanie? – pytam dyrektorkę placówki.

Szorena Adwaszwili potwierdza, lecz zaraz dodaje:

– Zupa z mięsną wkładką będzie na obiad – zapowiada. – Karmimy dzieci najlepiej jak możemy. Większość z nich nie dostanie w domu nic lepszego.

Zaridzeebi to wioska leżąca w regionie Tianeti – w gruzińskich realiach głęboka prowincja. W okolicy bieda aż piszczy, a że przedszkola w tym kraju utrzymywane są przez samorządy, trudno o lepszą aprowizację.

Ta bieda ma też inny, bardziej materialny wymiar. Budynek, w którym na co dzień przebywa dwadzieścioro siedmioro dzieci, dosłownie się zapada. Ściany pękają, dach grozi zawaleniem. Znad podłóg wyziera grzyb pożerający fundamenty przedszkola. Robert Fijołek, budowlaniec z Polski, nie ma wątpliwości:

– Maksymalnie dwa lata – na tyle szacuje czas, jaki pozostał do katastrofy. – I to optymistyczny scenariusz, bo jeśli w tym roku przyjdzie solidna zima, czapa śniegu załatwi sprawę jeszcze szybciej – inżynier nie pozostawia złudzeń. – Tak naprawdę tym dzieciakom grozi śmiertelne niebezpieczeństwo…

Poprzedni budynek przedszkola dawno temu się zawalił...
Poprzedni budynek przedszkola dawno temu się zawalił…

– Nie mamy gdzie przenieść maluchów – Szorena Adwaszwili bezradnie rozkłada ręce. – Poprzedni budynek dawno temu się zawalił – kobieta wskazuje dłonią rumowisko za oknem.

*          *          *

Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej działa w Gruzji już od kilku lat. Finansowane m.in. ze środków naszego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, współpracuje z gruzińską organizacją non-profit Civitas Georgica. Na początku listopada br. obie fundacje przygotowały raport na temat stanu technicznego 84 placówek przedszkolnych w Gruzji (eksperci pracują w 44 kolejnych, co w sumie da dziesięć procent wszystkich przedszkoli w kraju). Dotychczasowe wnioski nie napawają optymizmem – większość miejsc, do których Gruzini posyłają swoje pociechy, daleka jest od standardów gwarantujących bezpieczny pobyt. Przedszkole w Zaridzeebi to jeden ze skrajnych przykładów – zwykle jest nieco lepiej. Lecz i tak niebezpiecznie.

– Niezabezpieczone instalacje eklektyczne i rozgrzane kozy w pokojach pełnych dzieci, to tutaj standard – mówi Robert Fijołek.

– Tak, jak brak czujników dymu, gaśnic, odpowiednio zamontowanych drzwi i okien, pozwalających – w razie pożaru – na szybkie opuszczenie budynku – do rozmowy włącza się Dariusz Marczyński, emerytowany oficer straży pożarnej, również pracujący dla PCPM-u. – No i ta świadomość przedszkolanek, a właściwie jej brak… – strażak wzdycha głośno.

Rozgrzane (i niezabezpieczone!) kozy w pokojach pełnych dzieci, to tutaj standard. I często jedyne ogrzewanie...
Rozgrzane (i niezabezpieczone!) kozy w pokojach pełnych dzieci, to tutaj standard. I często jedyne ogrzewanie…

W raporcie, o którym mowa, wskazano na bezwzględną konieczność stworzenia procedur ewakuacyjnych oraz szkoleń dla nauczycieli w zakresie ochrony przeciwpożarowej. Dla przygotowujących rekomendacje specjalistów pouczająca była rozmowa z jedną z opiekunek.

– Wiedziała, że w razie pożaru ma wyprowadzić dzieci na zewnątrz – relacjonuje Zwiad Esebua z Civitas Georgica. – Ale zaraz zapytała, co ma zrobić, gdy na dworze będzie padał silny deszcz. Bo przecież nie wyjdzie z maluchami w ulewę…

*          *          *

Najnowsza historia Gruzji pełna jest dramatycznych sytuacji. Wojna domowa z lat 90., rewolucja róż z początku wieku, konflikt z Rosją sprzed dekady. A do tego dzika prywatyzacja, potężna korupcja i faktyczna kapitulacja państwa w wielu obszarach odpowiedzialności za życie obywateli. Wszystko to da się wyczytać spomiędzy słów raportu na temat stanu przedszkoli. Okazuje się bowiem, że najwięcej kłopotów sprawiają budynki najnowsze, budowane już w czasach gruzińskiej niepodległości. Te radzieckie jakoś się trzymają.

Przedszkole w Zaridzeebi oddano do użytku zaledwie pięć lat temu. I na pierwszy rzut oka nie wygląda źle. Tymczasem:

– Dach przytwierdzono bezpośrednio do krokwi, a same krokwie mają przekroje trzy-cztery razy mniejsze niż wymagane – zaczyna wyliczać Robert Fijołek. – Fundament jest za płytki i źle zabezpieczony. O jakości wykończeniówki mógłbym mówić przez wiele minut. Poza tym proszę spojrzeć na tak prozaiczną rzecz jak łazienka – nie ma w niej dziecięcej armatury. Zwykłe korzystanie z klozetu jest dla dzieci niebezpieczne.

– W Polsce sanepid by tego nie odebrał – raczej stwierdzam, niż pytam.

– Ani sanepid, ani straż pożarna, ani nadzór budowlany – mówi z przekonaniem inżynier.

Gruzińskie państwo nie ma narzędzi do przeprowadzenia takich kontroli – brakuje zarówno instytucji, jak i procedur.

Słabość państwowych struktur widać też w innych obszarach.

– Jeszcze nie zaczęła się budowa, a pieniądze na nią znikły – opowiada dyrektor Szorena Adwaszwili.

– Jak to znikły, skąd? – dopytuję.

– Z konta w banku. Ale potem znów się pojawiły, choć mniej – słyszę w odpowiedzi. – Stary budynek się zawalił, czas naglił, budowa ruszyła ostrą zimą, przy bardzo niskich temperaturach.

Dyrektor Adwaszwili do dziś pamięta robotników grzejących się przy ognisku rozpalonym w jej przyszłym gabinecie.

*          *          *

W rejonie, za który odpowiada Tamaz Mecziauri, mer Tianeti, znajduje się kilka przedszkoli. Spotkanie z przedstawicielami PCPM i CG samorządowiec zaczyna od podziękowań – za kopię raportu oraz instalację czujników dymu w podległych mu placówkach. Zapytany o przedszkole w Zaridzeebi, każe sekretarce przynieść dokumenty.

– To z czasów mojego poprzednika – zastrzega.

Tamaz Mecziauri, mer Tianeti.
Tamaz Mecziauri, mer Tianeti.

W opasłym segregatorze można znaleźć m.in. umowy gwarancyjne podpisane przez wykonawcę przedszkola. W części poświęconej dachowi mowa jest o… 25-letniej gwarancji. Żaden budowlaniec o zdrowych zmysłach nie podjąłby się takiego zobowiązania. Chyba że działałby ze świadomością, iż jest ono nic niewarte.

Szybko uzyskuję potwierdzenie tej hipotezy.

– Ta firma już nie istnieje, a jej właściciel zapadł się pod ziemię – Mecziauri uśmiecha się smutno. O kontakt z przedsiębiorcą mer zabiegał wiele miesięcy wcześniej, po tym, jak dyrektor placówki z Zaridzeebi zaczęła się uskarżać na pękające ściany. – Jeśli nie zmusimy wykonawcy do przeprowadzenia remontu, zostaje nam tylko zwrócić się o pomoc do rządu. W naszej kasie pieniędzy na rekonstrukcję budynku nie ma.

*          *          *

Dzięki uprzejmości Mili Chodoły, koordynatorki projektu z PCPM, dzień po wizycie w Zaridzeebi spotykam się z wysokiej rangi urzędniczką gruzińskiego ministerstwa edukacji. Nino Beselia, szefowa departamentu odpowiedzialnego za nauczanie przedszkolne, chętnie opowiada o standardach, jakie Gruzja zamierza wprowadzić do 2021 roku. Krótko mówiąc, będzie tak, jak w Unii Europejskiej, do której ów kraj aspiruje. Co oczywiste, w tych standardach nie ma miejsca dla placówek, którym grozi zawalenie. Czy inne, mniejsze ryzyka, dające się wyeliminować zarówno na etapie inwestycji, jak i eksploatacji budynków.

Nino Beselia i Aleksander Kalandadze; oboje zadeklarowali pomoc dla przedszkola w Zaridzeebi.
Nino Beselia i Aleksander Kalandadze; oboje zadeklarowali pomoc dla przedszkola w Zaridzeebi.

Jeśli raport przygotowany przez polskich i miejscowych specjalistów jest reprezentatywny dla wszystkich gruzińskich przedszkoli (a zdaniem przedstawicieli Civitas Georgica jest), obecnie większość z nich nie uzyskałaby wymaganej akredytacji. Patrząc zatem z tej perspektywy, trzy lata to oka mgnienie. Ale jednocześnie to zbyt dużo czasu dla dzieci z Zaridzeebi.

– Zimą dach może im spaść na głowy… – zauważam.

– A co byście wy, Polacy, zrobili w takiej sytuacji? – pyta Beselia.

– U nas taki budynek nie zostałby dopuszczony do użytkowania. A gdyby w trakcie eksploatacji doszło do sytuacji grożącej katastrofą, dzieci przeniesiono by gdzie indziej – odpowiadam zgodnie z najlepszą wiedzą (i przekonaniem).

Urzędniczka milczy przez chwilę.

– Postaram się pomóc – deklaruje.

Godzinę później, w tbiliskiej siedzibie Civitas Georgica, Aleksander Kalandadze, jeden z szefów fundacji, oznajmia:

– Poprosiłem o pomoc samorząd i już szukamy zastępczego budynku. Nikt przecież nie chce, by dzieci zginęły w przedszkolu.

Oddycham z ulgą.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Pułapki

Rimas, 6-letnia Syryjka, nie potrafi usiedzieć w miejscu – wręcz nosi ją po niewielkim pokoju. Raz rzuca się na szyję matce, potem wchodzi na plecy siedzącej na materacu babki. Odstawiona na bok, łapie w dłoń telefon, robi kilka kroków i rzuca aparatem o ścianę. Stara komórka rozpada się na kawałki.

– Rimas! – krzyczy matka. Dziewczynka posłusznie zbiera części komórki, próbuje złożyć je do kupy, by po chwili znów cisnąć plastikowym prostokątem – tym razem w podłogę.

W pułapce choroby

– Sąsiedzi nie mogli takich zachowań zaakceptować – mówi ze smutkiem Hiba, matka autystycznej Rimas. – Bali się o swoje dzieci i dlatego źle traktowali moją córkę. Musiałam się przeprowadzać z miejsca na miejsce, aż wreszcie trafiłam tu, z dala od innych.

Hiba, jeden z jej synów, oraz matka, Malak/fot. Paweł Krawczyk
Hiba, jeden z jej synów, oraz matka, Malak/fot. Paweł Krawczyk

Tu oznacza gospodarczy budynek na tyłach okazałej willi w podbejruckim Aley. Wzniesiona na wzgórzu rezydencja jest jedną z wielu takich budowli w okolicy. Aley pośród stołecznych Libańczyków już dawno zyskała status kurortu – miejsca, gdzie jest chłodniej niż w stolicy, co zwłaszcza latem ma niebagatelne znaczenie. Po 11 września 2001 roku schronienia przed dokuczliwym upałem zaczęli tu szukać również Saudyjczycy i Katarczycy. Nawet oni – zasobni mieszkańcy Bliskiego Wschodu – odczuli nieprzychylny stosunek ludzi Zachodu. Aley dawała wytchnienie i święty spokój – jak grzyby po deszczu rosły więc kolejne rezydencje. Aż nastała rewolucja w Syrii i miasteczko zapełniło się innym rodzajem tymczasowych mieszkańców – uchodźcami.

Dziś jest ich w Aley kilka tysięcy – wśród nich Hiba z rodziną.

– To idealne miejsce – mówi Syryjka. Płot oddzielający posiadłość od reszty świata sprawia, że autystyczna Rimas ma kontakt tylko z dwójką nieco starszych od niej braci. Co prawda w diagnozie wystawionej przez lekarza ze szpitala przy Uniwersytecie Amerykańskim w Bejrucie znalazło się zalecenie, by dziewczynka integrowała się z rówieśnikami. Jest tam jednak też zastrzeżenie, że należałoby to robić pod okiem doświadczonego personelu. Na co pozbawionej dosłownie wszystkiego rodziny zwyczajnie nie stać.

– Mąż jest malarzem – opowiada Hiba. – Zatrudnia się do różnych budów, ale często jest tak, że przez wiele dni nie ma żadnego zajęcia.

– Dziś pracuje? – pytam.

– Pojechał na rekrutację – odpowiada kobieta. Syryjka ma na myśli targi taniej siły roboczej – miejsce, w którym zbierają się uchodźcy, gdzie libańscy przedsiębiorcy poszukują wszelkiej maści fachowców na jedną bądź kilka dniówek. Oczywiście nielegalnej pracy.

W pułapce tradycji

Ta rodzina i tak ma sporo szczęścia. Pomieszczenia gospodarcze – niewielki pokój, kuchnia i WC – wynajmują w zamian za pracę na rzecz właściciela willi.

Imas i Mustafa, dzieci Hiby/fot. Paweł Krawczyk
Imas i Mustafa, dzieci Hiby/fot. Paweł Krawczyk

– Pielęgnujemy ogród, sprzątamy w domu – opowiada Hiba. Jej rodacy, którym przyszło mieszkać w Bejrucie i okolicy, płacą 300-400 dolarów miesięcznie za wynajem nędznych zwykle mieszkań, garaży czy zaadaptowanych piwnic. Hibie pomaga też matka, 60-letnia Malak. Nie ma tu mowy o wsparciu finansowym – zarabiająca na ulicznej sprzedaży chusteczek higienicznych kobieta sama żyje poniżej granicy ubóstwa. Chodzi o pomoc przy dzieciach, zwłaszcza absorbującej uwagę Rimas.

– Jesteśmy Arabami – tłumaczy Hiba. – U nas nie można obcej dziewczyny nawet dotknąć. A Rimas nie rozumie tych zasad. Lgnie do nieznajomych, także mężczyzn. Może nam przez to sprawić sporo kłopotów – kobieta milknie na chwilę. – Ale najbardziej boję się tego, że ktoś wykorzysta jej naiwność. Zrobi krzywdę. Drżę z tego powodu już dziś, choć wiem, że najgorzej będzie w przyszłości, jak Rimas stanie się kobietą.

– Może wówczas będziecie już w Syrii? – sugeruję pozytywne zakończenie dramatu uciekinierów.

Malak wyciąga zdjęcia zrobione dwa tygodnie temu na gruzach rodzinnego domu w Aleppo/fot. Paweł Krawczyk
Malak wyciąga zdjęcia zrobione dwa tygodnie temu na gruzach rodzinnego domu w Aleppo/fot. Paweł Krawczyk

– Gdzie? Po co? – jako pierwsza reaguje Malak i wyciąga zdjęcia zrobione dwa tygodnie temu na gruzach rodzinnego domu w Aleppo. Wykonali je pracownicy Czerwonego Półksiężyca, dokumentujący skalę zniszczeń prywatnego majątku mieszkańców miasta. – Kto to odbuduje, za co?

– Zostaniecie w Libanie? – pytam.

Hiba rozkłada ręce. Kilka miesięcy temu jej rodzinę zakwalifikowano do programu relokacji uchodźców. Syryjczycy mieli trafić do Francji. Wszystko szło dobrze póki nie trzeba było wyrobić zdjęcia do paszportu. Zgodnie z francuskimi wymogami, Hiba miała stanąć przed obiektywem bez hidżabu. Mąż nie wyraził zgody, szansa przepadła…

—–

Nz. Hiba i Rimas/fot. Paweł Krawczyk

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Strach

„Za jej życie, jego dożywocie” – tak można przetłumaczyć jedno z głównych haseł kampanii społecznej, która odbywa się właśnie w Libanie. Dotyczy ona przemilczanego w lokalnej kulturze problemu przemocy wobec kobiet. W krótkim klipie, który jest częścią akcji, młoda kobieta przeżywa atak paniki, świadoma, że mąż-gwałciciel lada chwila opuści mury więzienia.

Najmłodsze dziecko Miriam w chrześcijańskie święta bożego narodzenia skończy dwa lata/fot. Paweł Krawczyk
Najmłodsze dziecko Miriam w chrześcijańskie święta bożego narodzenia skończy dwa lata/fot. Paweł Krawczyk

Miriam nie ogląda billboardów poświęconych kampanii „Za jej życie…” – z rzadka opuszcza maleńki pokoik, w którym mieszka wraz z czterema córkami. Internet dla niej nie istnieje, z libańskiej telewizji właściwie nie korzysta. I choć jest Syryjką, dobrze zna strach przed bezwzględnymi mężczyznami. Jej oprawcy nie byli członkami rodziny, było ich wielu. Oni w więzieniu pracowali, ona trafiła tam za karę. Tylko dlatego, że dwóch braci Miriam przyłączyło się do protestów opozycji.

– Spędziłam za kratami dwa miesiące, głodna, bita, poniżana – wspomina. – Któregoś razu związali mi ręce za plecami i powiesili na sznurze. Trzymali tak dwa dni, nie zważając, że na przemian wyłam i mdlałam z bólu. Miażdżyli mi dłonie, łamali paznokcie. Do głowy przykładali jakieś druty podpięte do prądu. Przed wojną miałam bujne włosy, a teraz… – Miriam uśmiecha się smutno. Jest muzułmanką, na głowie nosi chustę, ale tuż nad czołem widać kępkę mocno przerzedzonych włosów. Skojarzenie z pacjentką po chemioterapii samo przychodzi na myśl.

To już historia, zła…

Gdy Miriam siedziała w więzieniu, wojenna zawierucha dopadła jej męża.

– Zabity, jak wielu, przez reżim – kwituje kobieta. – Wracał z pracy, policja sprawdzała dokumenty. Coś im się nie spodobało, zabrali go do aresztu. Tam po prostu zabili, a ciało spalili.

– Miał jakieś związki ze zbrojną opozycją? – dopytuję.

– A skąd – słyszę w odpowiedzi. – Był zwykłym cywilem.

Dwie córki, które wówczas miała, trafiły pod opiekę siostry Miriam.

– Wzięłam je stamtąd zaraz po wyjściu na wolność. Homs przestało być moim miastem, postanowiłam uciekać. Tak znalazłam się w Libanie.

Niewielki pokoik zajmowany przez Miriam i jej córki/fot. Paweł Krawczyk
Niewielki pokoik zajmowany przez Miriam i jej córki/fot. Paweł Krawczyk

Od tamtego czasu minęły cztery lata. Pozbawiona wszystkiego, samotna matka – w dodatku niezdolna do pracy z powodu uszkodzonych nerwów obu rąk – nie uniknęła kolejnych kłopotów.

– Widziałam rzeczy, które wciąż napawają mnie lękiem – mówi wymijająco, gdy pytam ją o szczegóły. Chodzi o związek z Libańczykiem, którego owocem stały się dwie kolejne córki – dziś trzy i dwuletnia. – To już historia, zła, nie chcę o tym opowiadać – kobieta spuszcza głowę. – Był czas, że mieszkałyśmy na ulicy – dodaje po chwili i zaczyna płakać.

Hulud musi odpocząć

– Kto wam teraz pomaga? – pytam, gdy Miriam jest już spokojniejsza.

Na twarzy mojej rozmówczyni znów pojawia się ów smutny uśmiech.

– Hulud – mówi i kładzie rękę na ramieniu najstarszej, trzynastoletniej córki. – To ona jest dziś głową naszej rodziny.

– Co robisz? – zwracam się do dziewczynki.

– Pracuję w fabryce słodyczy – odpowiada młoda Syryjka. – Sprzątam, przenoszę pakunki z towarem. To takie pięcio, dziesięcio i piętnastokilogramowe pudła.

– Ciężka praca – stwierdzam.

Dziewczyna kiwa głową.

– Wciąż bolą mnie ręce i plecy, często tak mocno, że nie mogę spać – przyznaje trzynastolatka.

– Hulud od trzech dni nie pracuje – do rozmowy wraca Miriam. – Musi odpocząć.

Hulud – trzynastoletnia głowa rodziny/fot. Paweł Krawczyk
Hulud – trzynastoletnia głowa rodziny/fot. Paweł Krawczyk

Kilka tygodni temu rodziną zainteresowało się Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. Miriam i jej córki przez trzy miesiące otrzymają po 147 dolarów, przez dwa kolejne po sto. To pieniądze przekazane organizacji przez polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych oraz pochodzące z prywatnych wpłat na rzecz PCPM. I choć trudno taką pomoc przecenić, stanowi jedynie kroplę w morzu potrzeb.

Jedni grożą, drudzy ostrzegają

– Macie długi – raczej stwierdzam niż pytam.

Miriam przytakuje.

– 500 dolarów u sąsiadki, 150 w sklepie, w którym kupuję przede wszystkim pieluchy i jedzenie – wylicza. Dwuletnia dziewczynka, którą trzyma na rękach, na chwilę otwiera oczy. Spojrzenie ma skupione, lecz za moment jej wzrok mętnieje, staje się nieobecny. Gdy zsuwa się kocyk przykrywający dziecko, dostrzegam niezdrowy kolor skóry dziewczynki. Jej o rok starsza siostra nie wygląda lepiej. Staje się dla mnie jasne, że obie są niedożywione.

„Spojrzenie ma skupione, lecz za moment jej wzrok mętnieje”/fot. Paweł Krawczyk
„Spojrzenie ma skupione, lecz za moment jej wzrok mętnieje”/fot. Paweł Krawczyk

– Może czas wracać do Syrii? – pytam nieśmiało. Prezydent Assad od jakiegoś czasu deklaruje odbudowę państwa i społeczeństwa. Chciałbym wierzyć, że to nie są puste hasła.

Miriam gwałtownie kręci głową. W jej oczach widzę strach podobny do tego, który można dostrzec u bohaterki spotu „Za jej życie…”.

– Ludzie z Homs, z którymi mamy kontakt, mówią, że matka nie ma tam po co wracać – głos Hulud brzmi nad wyraz rzeczowo. – Jedni grożą, drudzy ostrzegają, że nas tam zarżną…

PS. Obaj bracia Miriam już nie żyją. Jednego zabił Daesz, drugiego syryjskie wojsko.

—–

Zimą, w nocy, temperatury w Bejrucie spadają w okolice zera. Miriam i jej córki potrzebują pieniędzy na zakup opału i jedzenia. Wystarczy drobna wpłata na konto PCPM:

61 1140 1010 0000 5228 6800 1003

Tytuł wpłaty: Wsparcie dla uchodźców syryjskich (Miriam i Hulub)

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dyplomacja

– W miejscu takim jak to, czas odmierza się nie godzinami, ale kilometrami – mówi Swietłana Dworkina, szefowa wydziału edukacji w powiecie izjumskim na wschodzie Ukrainy. – Zimą dzieci z najdalszych wiosek, oddalonych od Małej Kamaszywachy o dwadzieścia kilka kilometrów, wstają o piątej rano, by zdążyć na zajęcia o ósmej. Takie parszywe drogi mamy w okolicy. Ale w samej szkole też nie jest dobrze. Mróz wciska się przez dziurawe okna i drzwi, dzieciaki marzną w klasach. Tak wygląda u nas edukacja w XXI wieku…

Mała Kamaszywacha to królestwo eternitu, okrywającego maleńkie szare domki, otoczone walącymi się płotami bądź ogrodzeniami wykonanymi z byle czego. Wioskę przecina potwornie dziurawa droga, która zdaje się przywodzić znikąd i donikąd prowadzić. Co jakiś czas przemyka nią zdezelowany samochód, trąbiąc na wałęsające się bezpańskie psy.

Trudno o lepszy przykład materialnej destrukcji i biedy niż wschód Ukrainy. Ów region wygląda jak postapokaliptyczne terytorium, w którym państwo już dawno przestało pełnić swoje funkcje, porzucając obywateli na pastwę losu. Paradoksalnie, wojna w tym krajobrazie niewiele zmieniła.

Szkoła w Małej Kawaszywasze. Dach z eternitu, nieocieplona zagrzybiona ściana.../fot. Paweł Krawczyk
Szkoła w Małej Kawaszywasze. Dach z eternitu, nieocieplona zagrzybiona ściana…/fot. Paweł Krawczyk

Szkoły bez bieżącej wody

Powiat izjumski, gdzie leży Mała Kamaszywacha, to część województwa charkowskiego. Za miedzą zaczyna się Donbas, a tam tocząca się od ponad dwóch lat brutalna wojna.

– W jej wyniku do obwodu charkowskiego trafiło 120 tysięcy uchodźców – wylicza Wojciech Wilk, prezes Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM). – Dwie trzecie z nich próbuje ułożyć sobie życie w Charkowie, pozostali wyjechali na wieś. Z tych ostatnich aż 30 tysięcy znalazło schronienie w powiecie izjumskim.

W tym gronie jest kilkanaście tysięcy dzieci, które mimo wojennej zawieruchy muszą kontynuować edukację. Recz w tym, że znalazły się w regionie, który nawet jak na ukraińskie standardy jest wyjątkowo ubogi.

– Brakuje nam właściwie wszystkiego – Swietłana Dworkina załamuje ręce. – Dajcie mi godzinę, to spiszę nasze potrzeby.

I tak jak w Małej Kamaszywasze, tak w przypadku innych placówek w okolicy, nie chodzi jedynie o rachityczne dachy, nieocieplone ściany czy rozpadające się okna. Szkoły w powiecie izjumskim to także zniszczone łazienki, zużyte meble, pomoce naukowe i sprzęty pamiętające jeszcze czasy świetności Związku Radzieckiego. To sale komputerowe z urządzeniami z lat 90., niepodłączone do Internetu. Niektóre z placówek pozbawione są nawet dostępu do bieżącej wody. Mimo to nie ma w nich brudu czy bałaganu, jest za to wszechobecna, kładziona warstwami, jaskrawa farba – przy użyciu której przez lata „modernizowano” wnętrza szkół.

– Jak w takich warunkach uczyć dzieci? – pytanie Dworkiny ma wymiar retoryczny.

Zimą temperatura na charkowszczyźnie dochodzi do -30 stopni. Już w listopadzie może spaść do -22 stopni. Okna ze szparami na palec oznaczają, że wewnątrz panuje niemal mróz – tym bardziej prawdopodobny, że ceny gazu, używanego do ogrzewania szkół, wzrosły na Ukrainie kilkukrotnie na przestrzeni ostatnich dwóch lat.../fot. Paweł Krawczyk
Zimą temperatura na charkowszczyźnie dochodzi do -30 stopni. Już w listopadzie może spaść do -22 stopni. Okna ze szparami na palec oznaczają, że wewnątrz panuje niemal mróz – tym bardziej prawdopodobny, że ceny gazu, używanego do ogrzewania szkół, wzrosły na Ukrainie kilkukrotnie na przestrzeni ostatnich dwóch lat…/fot. Paweł Krawczyk

Polityka… zdobywania wdzięczności

Na szczęście idzie lepsze. Ponieważ w Małej Kamaszywasze uczą się również uciekinierzy z Donbasu, szkołę zakwalifikowano do specjalnego programu. Niebawem wymienione w niej zostaną wszystkie okna. Podobne remonty przeprowadzone będą także w dziewięciu innych szkołach w powiecie. Te, i dziesięć kolejnych placówek, otrzymają też dodatkowe wyposażenie – na przykład rzutniki multimedialne. Za ów projekt odpowiada Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej oraz Fundacja Solidarności Międzynarodowej. Pieniądze pochodzą z naszego MSZ – można zatem te działania traktować jako rodzaj polityki zagranicznej.

A nawet warto myśleć o nich w ten sposób. Dlaczego? Przez ostatnich kilkanaście lat przekonywano nas, że delegowanie armii na odległe misje jest efektywnym elementem polskiej polityki zagranicznej. Wciąż nie brakuje głosów, że tak samo jak w przypadku Iraku i Afganistanu, winniśmy działać na Ukrainie. Bo przecież toczy ona wojnę z wrogą nam Rosją. To niebezpieczne myślenie, które na szczęście nie ma zbyt wielu stronników.

Jedno z już wymienionych okien. Mało efektowny, ale efektywny sposób na dyplomację/fot. Paweł Krawczyk
Jedno z już wymienionych okien. Mało efektowny, ale efektywny sposób na dyplomację/fot. Paweł Krawczyk

Ale pomagać trzeba – abstrahując od powodów natury humanitarnej, stabilizacja sytuacji na Ukrainie leży w interesie Rzeczpospolitej. Sposobem na jej osiągniecie jest – pośród szeregu innych działań – zapewnienie dobrych warunków do edukacji kolejnym rocznikom Ukraińców. Wymiana okien czy drzwi nie brzmi zbyt efektownie, póki nie uświadomimy sobie, że daje możliwość nauki niezależnie od warunków atmosferycznych. I tym samym zostawia co najmniej kilkaset ukraińskich rodzin w przekonaniu, że „to Polacy nam pomogli”. Wdzięczność, która za tym idzie, ma już konkretny wymiar w relacjach między naszymi narodami.

—–

Trudno o lepszy przykład materialnej destrukcji i biedy niż wschód Ukrainy/fot. Paweł Krawczyk

Postaw mi kawę na buycoffee.to