Zające

– Ludzie u nas biedni, ale o swoje walczyć potrafią – przekonuje Oleh Pilipienko, wójt gminy Szewczenkowe w regionie mikołajowskim. Gdy zaczęła się rosyjska inwazja, Oleh – oficer rezerwy armii ukraińskiej – skrzyknął wokół siebie setkę sąsiadów. Chcieli jakoś włączyć się w wojenny wysiłek, zwłaszcza że rosjanie bardzo szybko pojawili się w ich okolicy. Bić się jednak nie było czym, ochotnicy postanowili zatem zbierać informacje o ruchach wojsk najeźdźcy. – Większość zgłoszeń trafiała do mnie, ja przekazywałem je armii – Pilipienko opowiada takim tonem, jakby chodziło o przetwarzanie danych do albumu krajoznawczego. Bez patosu, bez podkreślania bohaterstwa. Ot, normalna czynność wójta czasu wojny. – Ale szybko pojawiła się pokusa, by zaszkodzić moskalom na inne sposoby. Tak powstał pomysł użycia jeżyków – mężczyzna pokazuje zespawaną z trzech zaostrzonych prętów pułapkę na opony. – Sporo tego zrobiliśmy i rozrzuciliśmy – uśmiecha się szeroko.

„Druga armia świata” – za jaką chciała uchodzić ta rosyjska – jeździ na kiepskich chińskich oponach, zbyt słabych w konfrontacji z najeżonym żelastwem. Pilipienko skromnie mówi o „kilkudziesięciu” zatrzymanych rosyjskich wozach. Musiało być ich naprawdę sporo, bo najeźdźcy szybko zorientowali się, iż mają do czynienia ze zorganizowaną operacją i zaczęli polować na sabotażystów. Pilipienko wpadł w połowie marca minionego roku, po niespełna trzech tygodniach tej, jak mówi, małej partyzantki. Kolejne trzy miesiące spędził w rosyjskiej niewoli, którą opuścił po wymianie jeńców. W międzyczasie najeźdźcy zostali pokonani przez armię ukraińską i nie zapuszczali się już na tereny gminy. Oleh, wycieńczony po obozie, nie miał szansy na służbę w wojsku, wrócił więc do przedwojennej działalności.

– Żałujesz? – mam na myśli akcję z jeżykami.

– A skąd! – Oleh kręci głową. – Grunt, że napsuliśmy im krwi.

Przygotowania do zawieszenia przewodów. Wieś Szewczenkowe/fot. Marcin Ogdowski

Dziś Oleh ma zupełnie inne zmartwienia. Gmina Szewczenkowe jest jedną z trzech najbardziej zniszczonych gromad w obwodzie mikołajowskim. Sześć z dwudziestu jeden osad zamieniono w zgliszcza, w reszcie straty nie są tak dotkliwe, ale na tyle poważne, że dezorganizują normalne życie. We wsi Szewczenkowe przed wojną mieszkało 3,2 tys. osób, dziś jest ich 2 tys.

– Do końca kwietnia spodziewamy się wzrostu populacji do czterech tysięcy osób – wylicza Pilipienko. – Wracają starzy mieszkańcy, pojawiają się ludzie z innych terenów, także spoza gminy, którzy uciekają z miejscowości przyfrontowych. Tymczasem nadal mamy poważny problem z prądem i wodą – wójt wzdycha głośno.

W zasadzie to jeden i ten sam problem. Linie wysokiego i średniego napięcia doprowadzają prąd na obszar gminy, rzecz w tym, że dostępu do sieci pozbawione są lokalne wieże ciśnień. Niedziałające pompy sprawiają, że nie ma wody w gospodarstwach domowych, nie ma jej też w obiektach i urządzeniach niezbędnych do produkcji rolnej.

– Na szczęście mamy naszych elektryków – Pilipienko prowadzi na pole, gdzie grupa mężczyzn przygotowuje do ponownego zawieszenia zniszczone przez rosjan kable.

Sasza, elektryk, wskazuje jedną z „baszt”, do których należy podpiąć prąd/fot. Marcin Ogdowski

Elektrycy pracują w Szewczenkowe oraz w pobliskim Kotlarewie. Uszkodzone elementy infrastruktury naprawią do końca kwietnia. Do tego czasu ich pensje finansowane są z grantu Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM).

Brali cokolwiek wpadło im w łapy

Niszczenie, i to na dużo większą skalę, miało również miejsce w sąsiednim obwodzie chersońskim, który na wiele miesięcy znalazł się pod okupacją. Wycofujący się rosjanie – wzorem armii czerwonej i Wehrmachtu z czasów II wojny światowej – zastosowali strategię spalonej ziemi, dewastując na opuszczanych terenach mnóstwo elementów krytycznej infrastruktury, także sieci przesyłowe (i kolejowe – jak na zdjęciu).

– Babuszki opowiadały, że Niemcy byli bardziej humanitarni – Kola, elektryk, na własnej skórze doświadczył okupacji.

– Tak źle było? – dopytuję.

Mężczyzna przytakuje.

– Ale na początku nie – zastrzega. – Na swój sposób to było nawet zabawne, jak szukali banderowców – uśmiecha się. – „Chłopcy, w pętlę czasu wpadliście?”, pytam jednego z nich. „Banderowcy? Osiemdziesiąt lat po wojnie?”. Patrzył na mnie jak na wariata.

– Mógł zastrzelić…

– Wtedy jeszcze nie strzelali. To znaczy strzelali, jak popili, na wiwat. Bezpieczne to nie było, ale dało się znieść.

– Kiedy stali się najbardziej agresywni?

– Dwa tygodnie przed wyjściem zaczęli powalać słupy – Kola, członek ekipy zajmującej się odbudową sieci energetycznych w obwodzie chersońskim, wraca do sedna rozmowy. – 9 listopada ruszyła masowa kradzież samochodów. „Nie oddasz? Kula w łeb”, grozili. Brali auta cywilne, wzięli nasze służbowe wozy. Cokolwiek wpadło im w łapy, a czym dałoby się uciekać.

Z Kolą i jego kolegami spotykam się w Tomaryne, wioseczce, którą od Nowej Kachowki dzieli zaledwie osiem kilometrów, licząc razem ze wstęgą Dniepru. Jest więc osada poza zasięgiem snajperów i moździerzy, ale wciąż w promieniu rażenia rosyjskich dział. Praca z prądem ze swej natury do bezpiecznych nie należy, a ekipa Koli ma dodatkowo pod górkę, bo elektryków przywracających prąd w wyzwolonych wioskach rosjanie traktują jako pełnoprawne cele.

– To było dla nas – Kola komentuje eksplozję pocisku artyleryjskiego kilkadziesiąt metrów od wozu z wysięgnikiem. Ów wniosek wywodzi z faktu, że ostrzał kończy się na pojedynczym wystrzale. – Chcieli nas przestraszyć.

Szczęście i okrutny los

Przestraszyli? Tego dnia ukraińscy fachowcy rozpinają kilkaset metrów kabli między świeżo postawionymi słupami. Pracują w kevlarowych hełmach i kamizelkach kuloodpornych, bacznie obserwując niebo. Tak naprawdę od artylerii bardziej boją się dronów – niewielkich aparatów, pod które rosjanie podwieszają nieduże ładunki wybuchowe.

– Wpadnie ci granat do kosza podnośnika i po tobie – mówi jeden z członków ekipy.

– Polują na nas jak na zające – Kola używa bardziej obrazowych porównań. – No ale ktoś tę robotę zrobić musi, ludzie sami sobie prądu nie dostarczą.

Odbudowa ruszyła zaraz po wyzwoleniu, biorą w niej udział liczne zastępy elektromonterów.

– My finansujemy wynagrodzenia dla trzech ekip – wyjaśnia Anna Radecka z PCPM. – Dwóch w okręgu chersońskim, jednej w mikołajowskim. Te chersońskie pracują w Tomaryne, Nowoberysławiu, w Szlachowe, Łymańcu, Inchulowce i Wielkiej Ołeksandrywce. Zajmują się głównie przywracaniem linii średniego napięcia (4/10/35 kV – dop. MO), no i bieżącymi naprawami tego, co wtórnie zniszczą rosjanie.

Brygadzie Koli jak dotąd dopisuje szczęście. Zabrakło go ekipie z Mikołajewa (finansowanej przez państwowe przedsiębiorstwo energetyczne Oblenergo), która w ostatnim dniu marca wjechała na minę. Do zdarzenia doszło w pobliżu niemal kompletnie zrujnowanej wioski Posad-Pokrowskie, gdzie przez jakiś czas przebiegała linia frontu. Dostawczy UAZ – którym poruszali się elektrycy – nie miał szans w konfrontacji z miną przeciwpancerną; zginęła cała brygada. Ile jeszcze takich „zardzewiałych śmierci” przytrafi się Ukrainie?

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Marcinowi Pędziorowi, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale i Piotrowi Pszczółkowskiemu.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich ośmiu dni: Michałowi Baszyńskiemu, Tomaszowi Szewcowi i Tomaszowi Kamińskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Członek ekipy remontowej podczas prac we wsi Tomaryne/fot. Marcin Ogdowski

Niedogodności

Piszę dziś „do papieru”, więc w ramach relacji tylko dwie króciutkie retrospekcje.

– Obudził Was alarm? – spytała właścicielka pensjonatu w Mikołajewie.

Pokiwałem głową – wycie syren o 3.30 rzeczywiście przerwało mi sen.

Ania – wolontariuszka z Polski – machnęła ręką.

– Coś tam słyszałem, ale niespecjalnie się rozbudziłam – dodała.

– Tak to już u nas jest, wojenne niedogodności, do których można się przyzwyczaić – skwitowała Ukrainka. I za chwilę uśmiechnęła się szeroko. – Na was nie zrobiło to wrażenia, miałam ostatnio gości z Anglii, którzy reagowali podobnie. Ale Włosi – kobieta zawiesiła głos. – Mój boże, cały pensjonat na nogi postawili, tak głośno szukali schronu…

Prawdę powiedziawszy, nie wiem, czy w pensjonacie był jakiś schron. Na pewno były płyty pilśniowe w oknach na parterze, co sprawiało, że w skąpo oświetlonej jadali panował z lekka piwniczny klimat. Jak w schronie.

—–

O ile z alarmami musi żyć cała Ukraina, o tyle jedna niedogodność ma wybitnie lokalny charakter. Mikołajów nie posiada własnego ujęcia wody pitnej – najbliższa stacja, czerpiąca wodę z Dniepru, znajduje się w Chersoniu. Ale rosjanie – wzorem hitlerowców z czasów II wojny światowej – stosują taktykę spalonej ziemi. I w jej ramach zniszczyli zarówno punkt poboru, jak i infrastrukturę przesyłową. W efekcie, półmilionowe miasto zmuszone jest korzystać z wody morskiej, która w żadnym razie nie nadaje się do picia. Władze Mikołajewa zdecydowały, że wodociągi będą ją podawać wyłącznie w celach technicznych – można tym spłukać klozet, można się umyć (choć śmierdzi i wygląda zielonkawo), od biedy da się i prać. Ale picie grozi poważnymi problemami zdrowotnymi.

Piją więc „mikołajewscy” wodę dostarczaną przez wojsko, miejskie służby i organizacje pomocowe – w beczkowozach, wielkich zbiornikach i butelkach, które stały się nieodłącznym elementem tamtejszego krajobrazu.

Stały się nim również wozy techniczne, co rusz jeżdżące do kolejnych awarii, bo słona woda „nie lubi się” z rurami i pompami. Niszczy też urządzenia domowe, więc rosjanie mają na sumieniu nie tylko te pralki i zmywarki, które zdołali ukraść.

Odbudowa infrastruktury? Owszem, raz już tego dokonano, ale orki nie dały za wygraną i ostrzelały z artylerii przywróconą do życia stację.

– Nic mnie nie swędzi – raportowałem żonie po dwóch kąpielach w mikołajewskich „solankowych źródłach”. Nadal nie swędzi.

—–

Obwód chersoński to nie Kijów i jego okoliczne gminy. Tu nie ma mowy o szybkiej odbudowie zniszczonych domów i obiektów użyteczności publicznej. Pamiętam serię zdjęć ze stolicy i satelickich miasteczek, zestawionych tak, by pokazać, że kilka miesięcy po uszkodzeniu jakiegoś budynku, wygląda on jak nowy.

Południowy wschód nie jest tak zasobny, a i wciąż wisi nad nim groźba eskalacji jeśli nie walk, to przynajmniej ostrzałów i bombardowań, które zniszczyłyby to, co właśnie odbudowane.

Posad-Pokrowskie, do którego wraca życie, wracają ludzie, dobrze ilustruje ów problem. W całej dużej wiosce widziałem raptem jeden odbudowywany dom. Widziałem też sporo chałup zakrytych niebieskimi płachtami – chronią one resztki dobytku przed całkowitym zniszczeniem przez śnieg i deszcz. To inicjatywa jednej z organizacji wolontariackich, podjęta pod nieobecność właścicieli posesji (o czym wspominam, bo na początku wydawało mi się, że to wstęp do odbudowy i że chodzi o domy obecnych na miejscu mieszkańców).

„Wioska ruin”, przyszło mi do głowy, gdy z dachu lokalnej szkoły – także zniszczonej – kontemplowałem widok.

Ale życie pośród ruin również musi trzymać pewne standardy. Odbudowę można/trzeba odłożyć, ciał zasypanych ludzi (albo po prostu zabitych, bo nie wszyscy ginęli na skutek zawałów) zostawiać nie wolno. Z różnych powodów, także tych pragmatycznych. Rozkładające się zwłoki śmierdzą, a to już nieakceptowalna niedogodność.

Rzecz w tym, że niektóre ciała nawet po uprzątnięciu zostawiały po sobie zapachowy ślad. Jak sobie z tym poradzić? Mieszkańcom wyzwolonych terenów południowo-wschodniej Ukrainy pomógł… COVID. A konkretnie zapasy płynów dezynfekcyjnych, zalegające w magazynach. Wystarczyło rozlać ciecz w miejscach, gdzie leżały rozkładające się zwłoki.

Ot, ponura wojenna pomysłowość.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Widok na Posad-Pokrowskie/fot. Marcin Ogdowski

Pomoc

Samoloty pojawiły się znienacka, w towarzystwie potężnego huku. Leciały w parze, na bardzo niskiej wysokości – aparat zniekształcił perspektywę, na zdjęciu jedna z uchwyconych maszyn wydaje się maleńkim, odległym punktem. Ale w rzeczywistości śmignęły na tyle blisko, że bez trudu rozpoznałem sylwetki szturmowików i dostrzegłem ich charakterystyczny „cyfrowy” kamuflaż.

Zoja – moja rozmówczyni – patrzyła w niebo z niepokojem. Co prawda jej dom poważnie uszkodził rosyjski pocisk artyleryjski, ale pobliską szkołę rozbebeszyły lotnicze bomby. I to bomby odpowiadały za dużą część zniszczeń w Posad-Pokrowskie – w wiosce, w pobliżu której przez wiele tygodni przebiegała linia frontu.

– To wasze – stwierdziłem na głos, robiąc jednocześnie zdjęcia. – Su-25 – dodałem.

Odrzutowce pomknęły w stronę Chersonia.

– Z Polski? – spytała mnie Zoja, nieco starsza ode mnie kobieta, którą chwilę wcześniej zastałem na porządkowaniu zdemolowanej posesji. W pierwszej chwili nie zrozumiałem pytania; byliśmy już po słowie, Ukrainka wiedziała, że jestem Polakiem. Wnet mnie olśniło.

– Samoloty? – chciałem się upewnić.

– No tak, czy to te z Polski? – usłyszałem.

Byłem zaskoczony. Po prawdzie, nie spodziewałem się u „zwykłych ludzi” takiego rozeznania w temacie pomocy wojskowej. A jednak Zoja dobrze wiedziała, że polskie władze zdecydowały o przekazaniu samolotów bojowych Ukrainie. Nie Suchojów, a MiG-ów 29, ale nieznajomość typu to w tym kontekście nic nieznaczący szczegół.

– Nie, nie – zaprzeczyłem. – My wam dajemy inne. Takich jak te – wskazałem ręką kierunek, w którym odleciały szturmowce – nasze wojsko nigdy nie miało.

Kobieta kiwnęła głową.

– Mój boże – westchnęła. – Dobrze, że nam tak pomagacie – stwierdziła i… objęła mnie mocno. Niby nic, a mało się nie popłakałem ze wzruszenia.

Zoja na terenie własnej posesji. W tle zbombardowana szkoła/fot. Marcin Ogdowski

—–

W okolicach Chersonia regularnie znika zasięg ukraińskich sieci komórkowych. Telefony „przejmują” rosyjscy nadawcy, a na wyświetlaczach pojawia się informacja o roamingu. To samo tyczy się stacji radiowych – im bliżej Dniepru, za którym rozciąga się nadal okupowane terytorium Ukrainy, tym łatwiej wyłapać rosyjskie rozgłośnie.

– Czekaj, posłuchamy, co powiedzą – Lesia, wolontariuszka z Odessy, zwróciła się do Julii, która prowadziła nasze auto. Wcześniej, przez prawie trzy godziny, słuchaliśmy radia Bayraktar („muzyki ukraińskiego zwycięstwa”, jak reklamuje się rozgłośnia). Ale w głośnikach zaczęło trzeszczeć, trzeba więc było poszukać czegoś innego.

Trafiliśmy na wiadomości, czytane po rosyjsku śmiertelnie poważnym tonem. Najpierw mówiła spikerka, potem jakiś korespondent, a ostatecznie puszczono fragment przemówienia Dmitrija Miedwiediewa, poświęcony – jak zdołałem się zorientować – systemowi motywacyjnemu dla pracowników rosyjskiej zbrojeniówki.

– Zrzygam się… – zapowiedziała Julia. – Nie mogę tego słuchać – stwierdziła i skorzystała z prerogatyw kierowcy. Radio zamilkło.

– Słyszałeś Marcin? – upewniała się Lesia. – Co mówili o polskim krabiku…

Przytaknąłem, śmiejąc się szeroko. Nim wybrzmiał głos Miedwiediewa, korespondent donosił o zniszczeniu „na południowym odcinku specjalnej operacji wojskowej polskiej samobieżnej armato-haubicy Krab”.

– Kłamią – dla Lesi było to oczywiste.

„Pewnie tak”, uznałem, wszak rosjanie, jak w filmie z gatunku „zabili go i uciekł”, „zniszczyli” lub „uszkodzili” wszystkie przekazane Ukrainie Kraby – i to tak ze dwa-trzy razy. Szybko jednak spoważniałem – udało się ruskim czy nie, fakt, że mówili o tym w wiadomościach był znamienny. „Druga armia świata” chwaliła się zniszczeniem pojedynczej haubicy – oto sukces na miarę rosyjskich możliwości. Ale i dowód, jak bardzo kremlowskiej propagandzie zależy na podkreślaniu polskiego udziału w tej wojnie. „Zaleźliśmy ruskim za skórę”, skwitowałem w myślach tę sytuację.

Jedna z przekazanych Ukrainie haubico-armat Goździk – tę rzeczywiście udało się rosjanom zniszczyć/fot. Marcin Ogdowski

—–

Dawno nie czułem się tak dobrze ze swoją polskością, jak przez ostatnich kilka dni w Ukrainie. Zewsząd słyszałem opowieści o córkach i wnuczętach, które znalazły w Polsce schronienie. Niemal każdy z moich rozmówców ma lub miał u nas kogoś bliskiego. Chciałem czy nie, stałem się obiektem, wobec którego wyrażano wdzięczność za ten zbiorowy wysiłek. O co było tym łatwiej, że pojechałem na chersońszczyznę dokumentować wysiłki podejmowane przez Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej (przy współpracy z ukraińską Fundacją Wieża). Brałem zatem udział w dystrybucji żywności i chemii gospodarczej, dotarłem do przyfrontowych wiosek – omijanych przez inne organizacje – gdzie PCPM finansuje odbudowę infrastruktury energetycznej. W takich okolicznościach utożsamiony z pomocą, stałem się adresatem następującego pytania:

– Dlaczego nam tak pomagacie? – jeden z dzielnych ludzi, elektryków, którym zdarza się pracować mimo rosyjskiego ostrzału, nie był podejrzliwy, a zwyczajnie ciekawy.

Co miałem powiedzieć? Wzruszyłem ramionami, bo dla mnie to oczywista powinność, gdy wróg sąsiada okazuje się barbarzyńcą. Gdy grozi i nam, gdy próbuje podważyć sojusze, na których opiera się nasze bezpieczeństwo. A jego ewentualne zwycięstwo i podejście do naszych granic uczyniłoby mój kraj strefą ekonomicznego ryzyka, zbyt dużego dla wielu obcych kapitałów.

– Bo to też nasza wojna – odparłem i wyliczyłem argumenty.

– Moskale was za tę pomoc nienawidzą…

– Więc tym bardziej musimy Was wspierać.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Przelatujący nad Posad-Pokrowskie ukraiński Su-25. A właściwie próba jego uchwycenia przy pomocy aparatu…/fot. Marcin Ogdowski

Wyprawa

Przez ostatni tydzień przebywałem w Ukrainie, głównie w obwodzie chersońskim. Na Facebooku – gdzie panel administracyjny jest najłatwiejszy do obsługi – prowadziłem na bieżąco relację z wyjazdu. Blog wymaga nieco więcej zabiegów i lepszego niż miałem dostępu do Internetu – stąd taki wybór medium. Nie chcę jednak, by FB pozostał jedynym nośnikiem tej relacji, więc post factum zamieszczam wszystkie wpisy w ich oryginalnej postaci.

21 marca 2023 r.

Co jest na tym zdjęciu? Niby nic, a jednak to kawałek wojenno-podróżniczej rzeczywistości Ukrainy. Kotary w przedziałach i na korytarzach muszą być zasłonięte, tak, by na zewnątrz nie wydostawało się zbyt wiele światła. Zaciemnienie dotyczy również pociągów – o czym przypomina/informuje załoga składu.

Jadę więc przy zaciągniętych.

22 marca 2023 r.

ruskie chciałyby tu być, ale nie dla… nich Odessa. Czają się gdzieś daleko za horyzontem, tchórze, ładując rakietami z okrętów. Wczoraj lokalna OPL zestrzeliła jeden z orkowych pocisków – niestety, odłamki upadły na miasto.

– Zginęły trzy osoby – mówi miejscowy taksówkarz.

—–

Czas na więcej szczegółów. Jutro wieziemy pomoc humanitarną do wiosek w regionie chersońskim. Dziś w Odessie załadowaliśmy samochody – chemią i żywnością. Konwój organizuje miejscowa Fundacja Wieża, od naszej strony Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej.

W składzie, gdzie przechowywane są produkty, znalazłem ciekawą „ekspozycję”.

– To pozostałości ruskiego miru – mówi Ihor z Wieży. Fundacja, poza wsparciem typowo humanitarnym, zajmuje się również rozminowywaniem i zbieraniem amunicyjnych resztek.

Na zdjęciu urobek z jednego tygodnia, z okolic dwóch wiosek na chersońszczyźnie – widoczny na pierwszym planie Grad, resztki bomb kasetowych i pocisków artyleryjskich.

– Śmieci – podkreśla Ihor, a z kontekstu jasno wynika, że nie chodzi mu tylko o żelastwo…

23 marca 2023 r.

Psy wojny/fot. Anna Radecka

—–

Ot, biblioteka, nic niezwykłego. Nieduża, wiejska, w miejscowości Zagaraniwka (region chersoński). Bieda tu aż piszczy, spotęgowana wojną; stąd potrzeba pomocy i nasz humanitarny konwój.

Ukraińcy wyzwolili osadę 11 listopada. Wcześniej bibliotekę wyzwolili rosjanie – od sprzętu komputerowego i innej elektroniki, będącej oknem na świat dla lokalnej dzieciarni.

Widziałem mnóstwo wojennego kurestwa, ruskie – zdawało się – nie są w stanie mnie zaskoczyć. Ale żeby zajebać dzieciakom laptopa, telewizor i kareoke, to już naprawdę trzeba być… No właśnie – kim, czym, jakim?

—–

Podążałem dziś w okolicach Chersonia śladem prezydenta Zełenskiego – początkowo nieświadomie, choć – jak mawiają – znaki były. Zetknąłem się na przykład z jego „głęboką ochroną” – ludźmi i sprzętem strzegącym nieba w rejonie prezydenckiej wizyty. Mniejsza o szczegóły – nie czuję się upoważniony – tym niemniej nie było zaskoczenia, gdy na gruzach wsi Posad-pokrowskie usłyszałem od nielicznych ocaleńców, że właśnie minąłem się z głową ukraińskiego państwa („jaki on chłopięcy!”, dziwili się miejscowi).

Ufam, że będzie jeszcze okazja, ale ja nie o tym.

Mam nieco staroświeckie podejście do narodowych symboli. „Flaga rzecz święta” – uczyli mnie od dziecka i jakkolwiek po drodze moje relacje z Polską harmonijne nie były, respekt do biało-czerwonej pozostał. I zobaczyłem dziś naszą flagę na dachu zrujnowanej szkoły w Posad-pokrowskie. Budynek zniszczyły rosyjskie bomby (bo tak…), biało-czerwoną zawiesili Polacy z Legionu, walczący o miejscowość w listopadzie zeszłego roku.

Gest zacny, zaakceptowany przez miejscowych, tyle że po drodze flaga zmarniała. Zabrudzona, lekko podarta, częściowo leżała na resztkach dachu, bo drzewiec się obniżył i nadłamał. No więc durny łeb zaprogramował się na misję ratowania biało-czerwonej, co wymagało wspinaczki po zarwanych kondygnacjach i spaceru po strychu, którego podłoga trzymała się na słowo honoru.

Pomógł pan Wiktor, jeden z miejscowych Robinsonów. Pierwotny pomysł był taki, by flagę odwinąć i unieść, by znów dumnie powiewała, ale gdy już do niej dotarliśmy, zmieniłem zdanie.

– Zabiorę ją do domu, do Polski – postanowiłem.

– Pomogę zdjąć – Wiktor z miejsca wziął się do roboty. A ja chwyciłem za aparat i telefon, w głowie układając szatański plan.

Wystawię tę flagę na aukcji, a zebrane pieniądze przeznaczę na pomoc Ukrainie; wojskową/humanitarną – niech to pozostanie decyzją zwycięzcy (który proporzec szanować musi – to jasne jak słońce). Za ułamek (mam nadzieję) zebranej kwoty kupię nową biało-czerwoną, z solidnym drzewcem – i osobiście, bądź przy pomocy przyjaciół, zadbam, by trafiła do Posad-pokrowskie.

– Dobry plan – skwitował pan Wiktor.

A Wy co na to?

Ps. Budynek szkoły idzie do rozbiórki. Jak zapewnił prezydent Zełenski, wieś ma zostać odbudowana.

24 marca 2023 r.

Dziś o 3.30 miałem problem natury egzystencjalnej. Zawył alarm przeciwlotniczy, a mnie przyszło do głowy, że będzie głupio, jak „w razie cuś” znajdą mnie w samych gaciach. No więc wstałem, założyłem koszulkę i poczułem się wyraźnie lepiej.

Przebudzony, zerknąłem w telefon. A tam otagowana moim nazwiskiem twitterowa gówno-burza, z której wynika, że jestem „ośrodkiem dezinformacji, wciągającym polską opinię publiczną w konflikt zbrojny/pod ciężarówkę z gruzem”. Jakiś skarpetkosceptyk z naszym (?) paszportem wykonał zestawienie „szkodliwych influencerów”, zaliczając do nich i mnie.

Ból ruskomirskich tyłków to powód do radości i gwarancja dobrego, mocnego snu. Wyspany, donoszę o tym z satysfakcją.

A teraz wracam do pracy, dla której tu przyjechałem.

Na filmiku powód mojego przebudzenia. Z tego co wiem, syreny wyły dziś nie tylko w Mikołajewie.

—–

Wolną chwilę wykorzystuję na spacer.

A te skur…yny ładują po mieście i okolicy. Łaskawie, bo tylko co kilka minut. Dźwięki eksplozji dochodzą z różnych miejsc (mieszają się z wystrzałami, więc nasi odpowiadają). Jestem w centrum, lokalnych kanonada nie rusza. Snują się leniwie, nie przerywają połączeń, nie wstają z ławeczek. Natykam się na panie, które właśnie wyszły z jakiegoś biura. Papierosek, rozmówki o niczym. Łup!

– Nasi – komentuje jedna z nich.

Posyła mi uśmiech, zaciąga się fajeczką.

Łup!

– Ka… py! – mówi z obrzydzeniem, używając nieprawilnego dla cenzorów fejsbuka określenia orków.

Odpowiadam smutnym uśmiechem, idę dalej.

Naprawdę czuć wiosnę, jest chyba ze 20 stopni. Chodnik skąpany w słońcu, nie widzę, po czym depczę. W końcu dostrzegam wyrysowany kredą napis.

– Bądź światłem dla samego siebie – czytam na głos.

Pozytywna moc tych słów wręcz bije z asfaltu…

Łup!

…na przekór gównianym okolicznościom.

—-

– Ludzie u nas biedni, ale o swoje walczyć potrafią – przekonuje Oleh Pilipienko, starosta gromady Szewczenkowe w regionie mikołajewskim.

Gdy zaczęła się inwazja, Oleh – oficer rezerwy armii ukraińskiej – skrzyknął wokół siebie setkę sąsiadów. Bić się nie było czym, ochotnicy skupili się zatem na utrudnianiu życia rosjanom. Poświęcę temu więcej uwagi w obszerniejszym wpisie – na dziś dość powiedzieć, że ruskim przyszło się mierzyć z plagą jeżyków. Takich, jak ten ze zdjęcia.

„Druga armia świata” jeździ na badziewnych kitajeckich oponach, gumy więc pękały raz za razem.

Za swą zuchwałość Pilipienko zapłacił trzymiesięcznym pobytem w rosyjskiej niewoli.

– Grunt, że napsuliśmy im krwi – uśmiecha się szeroko. – My i nasze jeżyki – ostatnie ze słów wymawia z urzekającą czułością.

25 marca 2023 r.

Czemu ruskie bombardują szkoły? Bo w szkołach są piwnice. A Ukraińcy mają być zaszczuci, przekonani, że nigdzie nie znajdą bezpiecznego schronienia.

Nz. szkoła we wsi Zielony Gaj

—–

Weekend, czyli czas na piękne widoczki. Nad Ingulcem sprawy mają się następująco. Wojna, choć tak blisko (słychać artylerię), wydaje się być tak daleko…

26 marca 2023 r.

To ja jeszcze o Chersoniu, przebitka z przedwczoraj.

Grzmiała artyleria, a panowie ze zdjęcia ani myśleli opuścić skąpanej w słońcu ławeczki.

Przysiadłem na chwilę.

– Przywykliśmy – usłyszałem.

Wczoraj rosyjski pocisk zabił mężczyznę, równolatka moich przypadkowych rozmówców. Chersończyk spacerował nad Dnieprem, wszak znów była piękna pogoda. Prosił się o śmierć – powie ktoś. Niemal na pewno nie – odpowiem.

Miasto od wyzwolenia jest pod stałym ostrzałem rosyjskiej artylerii. Nękający ogień ma mieszkańcom uzmysłowić, że lepiej byłoby im w rosji (fakt, Ukraińcy okupowanego przez orków Chersonia nie ostrzeliwali…). Czy też po prostu ich sterroryzować, ukarać. Czasem jest to ogień na rympał, czasem precyzyjnie kierowany przez kolaborantów, którzy zostali w mieście. W drugim przypadku celem może się stać – jak przed kilkoma dniami – punkt pomocy humanitarnej.

Bandyckie metody, bandyckiej armii.

A cywile? Ileż można siedzieć w piwnicy, kryć się, zredukować życie do czynności ściśle związanych z przetrwaniem? Tydzień, dwa, trzy? Jednym pierwszy szok przechodzi szybko, inni bujają się z nim dłużej, ale większość ostatecznie przywyka. Zwłaszcza gdy ogień nie jest huraganowy, pociski spadają z rzadka, na obszarze niemałego przecież miasta.

Zwłaszcza gdy przychodzi wiosna, a słońce i odradzająca się zieleń są jak zapowiedź lepszego jutra…

—–

Wracam do domu. Przede mną długa droga, większość spędzę w pociągu; będzie okazja, by na spokojnie pomyśleć o tym, co zobaczyłem i usłyszałem przez ostatnich kilka dni.

Odbyłem kilkanaście rozmów, zrobiłem tysiąc zdjęć ilustrujących dramat, jaki na chersońszczyznę sprowadzili rosjanie. Skala materialnej destrukcji i ludzkiej krzywdy poraża; mam grubą skórę, ale zdarzyło mi się uciekać w kąt, by nie ujawniać swych emocji (one są niczym przy doświadczeniach moich rozmówców).

Ten ból zostanie ze mną na dłużej.

Ale wiozę w głowie coś jeszcze – dwie istotne obserwacje.

W Ukrainie dokonuje się ZMIANA – celowo zapisana z wielkiej litery. To głęboki psychologiczny i socjologiczny proces rozbratu z szeroko rozumianą rosyjską kulturą. „To nie ludzie, to zwierzęta” – mówią o żołnierzach putina mieszkańcy wyzwolonych terenów. Mówią po ukraińsku, nie rosyjsku, wstyd bowiem używać tego samego języka, co pijane i okrutne żołdactwo. Postrzegane tam, na południowym-wschodzie, jako emanacja rosji. Figura rowu wykopanego między rosjanami a Ukraińcami – dotąd będąca dla mnie przejawem nieco abstrakcyjnej publicystyki – nabrała realnych kształtów. Więc faktycznie putlerze, dokonałeś rzeczy naprawdę wielkiej…

Ale wracam też z czymś bezdyskusyjnie dobrym – z NADZIEJĄ. Zniszczona posesja w Posad-pokrowskie znajduje się przy ul. Zwycięstwa. Trudno o lepszy splot symbolu z brutalną rzeczywistością. W chersońskiej czy mikołajewskiej oblasti nikomu nie trzeba tłumaczyć, że cena oporu była, jest i będzie wysoka.

– Jeszcze wiele domów zostanie zniszczonych, zginie wielu dobrych ludzi, ale zwyciężymy – przekonywała mnie Lesia, wolontariuszka z Odessy. Nie ona jedyna.

27 marca 2023 r.

Tomaryne od Nowej Kachowki dzieli jakieś 8 km, licząc razem z Dnieprem To już poza zasięgiem snajperów i moździerzy, ale wciąż w promieniu rażenia dział. A ruscy polują na elektryków przywracających prąd w wyzwolonych wioskach po naszej stronie rzeki.

Dlatego ukraińscy fachowcy pracują w hełmach i kamizelkach.

Wcześniej robili to z własnej inicjatywy, teraz ich działania finansuje Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. Zapowiadam tekst na ten temat, a zarazem chciałbym zacząć tydzień optymistycznym akcentem – od wskazania nieoczywistego bohaterstwa.

Ci ludzie mają nerwy ze stali. Ledwie dojechali na miejsce, a kilkanaście metrów od wozu upadł artyleryjski pocisk. Szczęśliwie skończyło się na wyrytym w ziemi leju (widocznym na drugim zdjęciu).

– To było dla nas – uznał Koła, członek ekipy, ów wniosek wywodząc z faktu, że skończyło się na pojedynczym wystrzale. – Chcieli nas przestraszyć.

Przestraszyli?

No jak widać – nie…

28 marca 2023 r.

(…) Jestem farciarzem.

Wczoraj odebrała mnie z pociągu córka, a ja nie musiałem się martwić, że po drodze na dworzec jakiś pijany orczy żołdak zechce jej zrobić krzywdę.

W domu przez kilka godzin czekałem aż wróci z pracy żona – bez lęku o to, czy nie dopadnie jej po drodze artyleryjski ostrzał lub atak rakietowy.

Wcześniej wyściskałem swoje psy (zwłaszcza suczkę, która była tak stęskniona, że z radości aż się posikała). Wąchałem ich futra, mając przed oczyma te biedne czworonogi ze strefy wojny. Straumatyzowane, nieufne, otępiałe, albo przeciwnie – lgnące do człowieka, spragnione jego bliskości i opieki.

W tym, czego wczoraj zaznałem, nie było niczego nowego – moje wojenne czy okołowojenne wyjazdy zawsze kończyły się wrażeniem powrotu z odległej galaktyki. Ale kulturowa i geograficzna bliskość tej wojny i Ukrainy potęgują egzystencjalny lęk, że „to, co tam, mogłoby się przytrafić i tu”. Inaczej przeżywam wojnę w Ukrainie, inaczej niż tę iracką czy afgańską.

Nie chcę uciekać w trywialne moralizatorskie tony, napiszę więc tylko, że żyjemy w lepszej części świata. Przytłoczeni rozmaitymi trudami, często o tym zapominamy. Umyka nam świadomość, jakimi jesteśmy farciarzami.

Na załączonej fotografii zerwany wiadukt kolejowy w okolicach Chersonia. Wysadzili go uciekający za Dniepr rosjanie. Zrobiłem to zdjęcie świadom symboliki obrazka. Tak właśnie się dzieje, gdy na drodze życia staje nam jakiś ork…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Tym razem pojechałem do Ukrainy wspierać i dokumentować pracę wolontariuszy z Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej i ukraińskiej Fundacji Wieża. Obie organizacje pracują na terenie wyzwolonej chersońszczyzny, o czym szerzej napiszę w kolejnych postach. Nz. mieszkanka wsi Shidne/fot. Marcin Ogdowski